Tauzen

Gdzie jechać? Gdzie lecieć? Gdzie płynąć? Tylko do Katowic. Jakąś mam słabość do Śląska i jego „stolicy”.

W niedzielę wstałem o wschodzie słońca z nadzieją na piękny wschód. Nie było tak jak sobie wymarzyłem, ale i tak postanowiłem troszkę polatać koło Spodka. Po pierwszym locie postanowiłem przenieść się bliżej Superjednostki. Mój dron można spakować w małe opakowanie. W kieszeni kontroler, telefon i dodatkowa bateria. Położyłem drona i wystartowałem, wszystko tak jak powinno być. Obok mnie leżało opakowanie na drona, a w środku mój case od telefonu w którym mam 20 zł, które znalazłem kiedyś w Parku Skaryszewskim i od tamtej pory noszę zawsze przy sobie. Mój wzrok wbity w telefon i drona. Nagle patrzę, a jakiś łachmyta trzyma mój case na drona, zamyka mu zamek błyskawiczny i daje dzidę w krzaki, jak się rzuciłem, jak mendę złapałem, jak nim szarpnąłem. Trzeba uważać.

Tego dnia byliśmy też w Gliwicach u Marcina i Grześka z którymi byłem w Iranie, a na wiosnę lecimy w kolejne ciekawe miejsce.

Pociąg z Pragi do Warszawy przez Katowice spóźnił się godzinę. Było ciepło, a w telefonie śledziłem kolejny mecz MŚ w Rosji.

Bałtyk
















Miał być jeden dzień. Wyjazd rano, powrót wieczorem. Okazją miała być sesja poślubna jednej z moich Par Młodych. Potem rozrosło się to do weekendu, a finalnie wyszedł blisko tydzień. Ze względu na dziwnie kapryśną pogodę do zdjęć zakochany nie doszło. Mimo to wyjazd na Hel był jak zawsze udany.

Na Helu byłem pierwszy raz w 2005 roku. Potem chyba w 2010 roku, moim pierwszym samochodem na LPG. W pamięci pozostały mi dzikie wakacyjne tłumy, a to zawsze mnie odrzuca. Dopiero od 2016 roku to miejsce jawi mi się szalenie wyjątkowo. Ten czas wyjazdu był ostatnią chwilą na to by cieszyć się tymi małymi miejscami bez wypoczynkowej szarańczy. Chętnie tam jeszcze w tym roku wrócę, ale jeśli tylko będę mógł to klasycznie po wakacjach.

Zawsze warto wybrać się na północ od miasta Hel, na dziką plaże z widokiem na Bałtyk. Turyści klasyczni raczej unikają tego miejsca bo mają daleko do strefy gastronomicznej, a także do tych stoisk z pamiątkami. Można od tego uciec.

Potem ruszyliśmy na północ. Kuźnica, Władysławowo, Karwia, Jastrzębia Góra. I dalej w kierunku Gdyni. Puck i Rewa. Bałtyk i zatoka mają coś w sobie, co przyciąga. Nie musimy na siłę szukać piękna za naszą granicą bo u nas jest cudownie. Gdyby tylko mieć więcej czasu :)

Wschód słońca

Moja maszyna pracy rozkręca się szybko do wysokich obrotów. Taki jest urok, kiedy w naszym pięknym kraju robi się ciepło. W czwartek pojechałem do Opola, gdzie w piątek robiłem reportaż ze ślubu. O fotografii ślubnej można mówić do białego rana. Praca trudna, ale finalnie dająca ogrom satysfakcji. Ponieważ w tych dniach w Opolu był festiwal 55 KFPP (liczę, że dla tego festiwalu przyjdą jeszcze lepsze lata) to ceny noclegów były mocno wywindowane do góry, a dostępność fajnych miejsc była już dawno w sferach marzeń.

Podjąłem zatem decyzję by do Warszawy wrócić przez Łódź, a gdzieś w trasie załapać 60-90 minut snu. Uwierzcie mi, że po całym dniu fotografowania ślubu, człowiek jest wypruty z sił. W każdym razie ja tak się czuję, bo wkładam w to całe swoje serce i siły. Wsiadłem do samochodu, a na tylnich siedzeniach przygotowałem sobie miejsce do spania. Niebieski kocyk i poduszka z domu. Nie miałem okazji jeszcze wcześniej tego testować, ale wyglądało zachęcająco. Jak tylko przekręciłem kluczyk w stacyjce to poczułem, że jest całkiem dobrze i postanowiłem ruszyć. Jakoś nigdy nie mam szczęścia do tej trasy bo zawsze gdzieś gubiłem się między Opolem, a Sieradzem. Może dlatego, że mapy żyją swoim życiem i nie są świadome dróg, ale dałem radę!

Do drogi mam ogromny szacunek. Droga jest niebem i piekłem, dlatego należy jej się respekt. Szczególnie nocą jest bardzo niebezpieczna, a kiedy człowiek jest zmęczony to sami możecie sobie resztę dopowiedzieć. Są kierowcy, którzy lubią podróżować nocą, a jedni za dnia. Ja jestem po środku. Latem bardzo często wracam nocą po pracy więc jestem przyzwyczajony. Lubię ten rytuał, przebieram się i ruszam.


Jadąc gdzieś na granicy województw wjechałem do jakiegoś miasteczka. Na ziemi leżał jeż. Zatrzymałem się i sprawdziłem czy można mu jakoś pomóc. Niestety było za późno. Przykro mi jest zawsze. Strasznie.

Okazało się, że napój dający siłę zadziałał i jechałem dalej. Im bliżej Łodzi tym robiło się jasno. Postanowiłem dojechać do Sieradza gdzie były wiatraki. Nigdy nie byłem tak blisko, a zawsze chciałem. Zostałem tam na blisko 45 minut by przywitać czerwcowe słońce i sobie zwyczajne polatać.








Po blisko 22 godzinach na nogach, padłem w łóżku. Warto było.