Długi marsz grzbietem Karkonoszy

Myślę sobie, że do tego wpisu dobry byłby jakiś wstęp. Bo pomysł długiego marszu zrodził się dawno temu ale impuls nastąpił pewnego dnia kiedy przeglądałem Instagram i znalazłem relację Kamila, który samotnie ruszył na Rysy. Pomyślałem sobie, że to fantastyczna przygoda, sprawdzenie własnego siebie i czas na poukładanie sobie różnych spraw w głowie. Góry to chyba najlepsze do tego miejsce. Zwyczajnie chciałem spełnić swoje marzenie, dokonać tego i wrócić w przepiękne miejsca. Przeżyć coś pierwszy raz i zobaczyć nowe miejsca. To była moja misja. Nawet można nazwać ją pielgrzymką.

Pierwsza moja myśl była taka, że przecież Tatr nie znam i ich zwyczajnie nie czuję. Po drugie Tatry przy mojej formie fizycznej to jest o wiele za dużo ponad moją skalę. Wybór padł na moje ukochane Karkonosze za którymi regularnie tęsknię. Wybrałem sobie datę mojej podróży. Zrobiłem małe zakupy by uzupełnić braki sprzętowe, kupiłem bilet i ruszyłem.

Plan marszu

Plan na papierze był stosunkowo prosty. Pojechać, wejść, przejść, zejść i wrócić. Świadomy mojej formy mieszczucha, opracowałem trzy warianty. O tych dwóch nie będę się rozpisywał bo udało mi się zrobić plan największy. Zaplanowałem dwa noclegi na górze w schroniskach bo bez tego to absolutnie plan by się nie udał. Na dole zamieściłem dokładną mapę mojego marszu oraz wszystkie ważne miejsca by sobie wszystko zwizualizować.

Zaplanowałem moją drogę razem z drogą ucieczki gdyby pogoda się zepsuła albo zwyczajnie nie miałbym siły dalej iść (kontuzje też uwzględniłem). Planowałem także, że w razie kryzysu złapię nocleg w połowie drogi drugiego dnia. Na szczęście wszystko poszło prawie zgodnie z planem. Zatem trasa wyglądała tak:

  • Szklarska Poręba – PTTK Schronisko Kamieńczyk – Szrenica – Hala Szrenicka
  •  PTTK Schronisko Na Hali Szrenickiej
  • Hala Szrenicka – Śnieżne Kotły – Przełęcz Karkonoska – Dom Śląski
  •  PTTK Schronisko Dom Śląski
  • Dom Śląski – Śnieżka – Średnia Kopa – Jelenka –  Schronisko PTTK Przełęcz Okraj – Kowary

Według mapy jest to blisko 46 kilometrów. Endomondo pokazało mi łącznie 53 kilometry.

Kupiłem sobie dwie mapy, które idealnie pomogły w marszu. Jedyną rzeczą, której zabrakło mi w nawigacji to mały kompas. Tutaj ratował mnie telefon, ale to jest urządzenie, które może nas zgubić. Człowiek się ciągle czegoś uczy. Patrzenie na drzewa i szukanie mchu i te sprawy ;)


Warszawa – Szklarska Poręba – Szrenica

Poranny pociąg Intercity z Warszawy do Wrocławia, a potem przesiadka w Koleje Dolnośląskie i do Szklarskiej Poręby. Od blisko tygodnia przed moim wyjazdem śledziłem pogodę, która mogła zwyczajnie utrudnić mój spacer. Pogoda okazała się chyba najpiękniejsza jaka mogła być jesienią w górach. Kilka chmurek, przepiękne rozgrzewające słońce i dobra widoczność.

Może kilka słów o tym co miałem ze sobą. Pakowanie na różne wyjazdu to jedna z tych rzeczy, która sprawa mi ogromną radość. Pisałem o tym, ale musiałem dokupić kilka fantów, które moim zdaniem były strzałem w dziesiątkę. Uświadomiłem sobie, że prawie wszystkie rzeczy miałem z Decathlonu. To nie wpis sponsorowany, ale serio bardzo lubię ich rzeczy, a po drugie nie są drogie. Generalnie uważam, że moje wyposażenie było dobre, chociaż następnym razem może coś bym zmodyfikował. Kto wie?

Co miałem ze sobą?

  • Plecak (60 litrowy, który był ze mną w Chinach i Iranie). Najlepszy jaki mogę tylko mieć
  • Czapkę na chłodne chwile, czapkę z daszkiem na ciepłe oraz buff, który też jest i czapką, opaską i szalikiem
  • Rękawiczki cienkie polarowe
  • Kurtkę 3w1 (kurtka, polar, kurtka z polarem)
  • Średniej grubości bluza polarowa
  • Spodnie trekkingowe
  • Dwie pary butów. Jedne klasyczne przed, drugie klasyczne za kostkę. Oczywiście trekkingowe
  • Bielizna (majtki, skarpetki, koszulki etc.)
  • Anty-grzyby (klapki prysznicowe)
  • Dwa telefony + powerbank
  • Aparat fotograficzny ;)
  • Jedzenie oraz woda (duże obciążenie, ale konieczne)
  • Termos
  • Czaj i cukier
  • Plastikowy talerzyk i plastikowe sztućce
  • Metalowy kubek
  • Scyzoryk
  • Okulary przeciwsłoneczne
  • Mokre chusteczki i reszta higienicznych przedmiotów
  • Ręcznik szybkoschnący
  • Podstawowe leki (oraz maść)
  • Śpiwór
  • Dwie latarki (zwykła i czołówka) oraz dwie małe lampki mrugające koloru białego

Ostatnią rzeczą którą kupiłem na wyjazd i uważam, ze jest to must have i top topów to kije trekkingowe. Coś co wcześniej mnie zastanawiało i nawet lekko bawiło, ale kiedy uświadomiłem sobie ile jest w nich mocy to do dziś jestem pod wrażeniem i zastanawiam się dlaczego tak późno je odkryłem. Co w nich takiego fajnego?  Po pierwsze dają więcej siły. Nadają rytm, a także podpierają Was w chwilach gdy stracicie równowagę o co na kamieniach nie tak trudno. Pomagają łatwiej wchodzić pod górę, a także przy schodzeniu po „schodach” pomagają odciążać. Doceniłem to trzeciego dnia kiedy moje stopy odczuwały dzień drugi (odcisk). W chwilach kiedy było płasko i dobrze się szło to kije dodając rytmu, pomagały zwyczajnie iść szybciej nie zużywając tak dużej ilości energii. Te moje kijki były szalenie lekkie. Szybko można było je złożyć. Uratowały mnie trzy razy w tym raz poważnie. Trzeciego dnia nadałem im imiona. Tupo i Lew.

Drugiego dnia ruszyłem w górę. Szlak był stosunkowo prosty, ale pierwszy dzień wchodzenia tylko na górę dał mi wycisk. Dodatkowo problem był ciężki plecak, który oczywiście z czasem stawał się lżejszy, ale na to trzeba było poczekać do końca. W połowie trasy dotarłem do wodospadu Kamieńczyka (846 m n.p.m.). Największego w Sudetach. Miałem dużo czasu to pozwoliłem sobie zejść na dół. Wdałem się w długą rozmowę z Panem który zajmuje się wąwozem i wpuszczaniem turysty. Siedzi cały dzień i tylko sprzedaje bilety i wydaje kaski. Na koniec przechował moje rzeczy, dał kask i zaprosił na zwiedzanie. Na dole było tak przyjemnie chłodno. Chętnie bym wskoczył do tej wody.

Ruszyłem dalej. Kupiłem bilet do parku na 3 dni (20zł) i sukcesywnie parłem na górę gdzie zameldowałem się w schronisku PTTK Na Hali Szrenickiej (1250 m n.p.m). Przyznam się, że w schroniskach byłem kilka razy, ale nigdy nie spałem. Dostałem pokój 4 osobowy, ale cały był dla mnie. Pierwsze co mnie zaskoczyło to brak kontaktu elektrycznego. Reszta była do przewidzenia. Prosto i tanio. Chwila przerwy i ruszyłem na Szrenicę (1361 m n.p.m.). Byliśmy tu zimą. Ogrom śniegu, zimna i mega wiatru. Wiało około 100km/h. To był udany dzień. Postanowiłem położyć się wcześniej i już być dokładnie przygotowany do następnego dnia. Od nowa przygotowałem sobie plan dnia. Długości i czasy przejścia oraz dokładny godzinowy plan dojścia do odpowiednich miejsc z zapasem czasu. Dzięki temu wiedziałem, że będę miał pewność, że zdążę ze wszystkim. O 22 zapadła cisza w schronisku. I chwała za to bo wcześniej miłośnicy gór darli ryja przy gitarze.














Hala Szrenicka – Dom Śląski

Pobudka o godzinie 5:15. Mój plecak był już przygotowany do zabrania i wyjścia. Na drugim łożku miałem przygotowane wszystkie rzeczy. Mój plan godzinowy także uwzględniał czas na zrobienie czaju na dole w „barze”. Tam podczas grzania wody spotkałem jednego z miłośników gór i wódki, który spał na stole, gołymi stopami brodził w rozlanym piwie, a obok leżała gitara. Tego dnia chyba w szalki nie ruszył.

Było chłodno, ale pusto. Totalnie pusto. Kolejnym punktem do którego parłem, obserwując wschód słońca były to Śnieżne Kotły. Jeden ma głębokość 250 metrów, a drugi 150. Dno wielkiego kotła leży na wysokości 1245 metrów, a mały 1175 m n.p.m.

To dla mnie miejsce wyjątkowe ponieważ pierwszy raz byłem tutaj w 1997 roku razem z Tatą i Bratem. To był miesiąc kiedy wielka powódź już odpuściła, a trasa z Warszawy do Szklarskiej Poręby trwała niezliczone godziny. Pamiętam doskonale jak jechaliśmy Tico (Tata je miałem na szczęście krótko) i mijaliśmy Kędzierzyn-Koźle. Pamiętam doskonale dwie rzeczy. Ogromny fetor i linię wody na budynkach. Jak byliśmy już w górach to kierownik ośrodka wczasowego informował o stanie wód w okolicach bo potoki rwały. W pamięci wracają mi obrazy dzieciaków takich jak my, które słuchały radia. Były dwa hity. Pierwszy to „Moja i Twoja nadzieja”, a drugi to „Tango” Budki Suflera.

Przez te 21 lat nigdy nie udało mi się tu dostać. Zawsze koncentrowałem się na okolicach Karpacza, dlatego też magicznie było stać przy przekaźniku RTV, który doskonale widać z każdej części kotliny. Widok kotłów, gdzie słońce wzbijało się do góry to był ten piękny moment by napić się gorącego czaju.

To był ostatni moment gdy byłem sam. Od tej chwili na trasie spotykałem różnych ludzi. Im niżej tym większa ich ilość, chociaż i tak bardzo długie odcinki można było iść samemu i rozmawiać na głos. Mijając Wielki Szyszak można było zobaczyć Śnieżkę. To chyba był jeden z trudniejszych momentów bo szlak był ułożony z kamieni. Łatwo można było zwyczajnie z nich spaść gdybyśmy stracili równowagę. Tu też pomogły mi kijki. Myślami byłem już w Przełęczy Karkonoskiej, która była dla mnie połową drogi, bardziej tej w głowie. Schodząc z góry w przełęcz szło się asfaltową drogą. Potem też spotkałem taką drogę ponownie po czeskiej stronie. Jak człowiek idzie tyle kilometrów po kamieniach to z nadzieją czeka na drogę z trawą, ale nie asfalt. W schronisku PTTK Odrodzenie 1236 m n.p.m. (swoją drogą piękna nazwa) zjadłem zupę pomidorową i dałem sobie 60 minut przerwy. Siedziałem obok kaloryfera więc mogłem wysuszyć kilka rzeczy. Nie ma nic przyjemniejszego jak po wysiłku założyć suche rzeczy (można też założyć całkiem czyste i nowe). Nic tak nie cieszy jak sucha stopa. Co więcej sucha stopa to podstawa szczęścia w marszu.

Gdy zegarek pokazał równo godzinę odpoczynku, ruszyłem dalej. Idąc po śliskich kamieniach, robiąc co raz częstsze przystanki, przyszedł do mnie pierwszy kryzys. Drugi był następnego dnia. Czułem jak stopy zaczynają powoli mieć inne zdanie o moim marszu.

Kiedy minąłem formację skalną zwaną Słonecznikiem to wiedziałem, że za chwile wydarzą się dwie piękne rzeczy. To dodało mi nowych sił. Pierwsze to widok ze szczytu na Wielki Staw. Przepiękne! Cudownie! Widziałem go pierwszy raz! Jest blisko cztery razy większy jak Mały Staw przy którym znajduje się moje ulubione miejsce w Karkonoszach czyli schronisko PTTK Samotnia (1195 m n.p.m.). I to właśnie kawałek drogi dalej można było zobaczyć piękny krajobraz na którym widać było trzy „symbole” Karkonoszy. Samotnię, schronisko PTTK Strzecha Akademicka i Śnieżkę. To było jedno z tych miejsc, które bardzo mnie pchało w górę. Chciałbym tam wrócić.

Ostatnie setki metrów do Domu Śląskiego  to już była największa męczarnia. Wszystko na wyciągnięcie ręki, a miałem uczucie jak gdyby ktoś oblał mi buty klejem. Z każdym krokiem ciężej było odrywać nogi.

Schronisko PTTK Dom Śląski (1400 m n.p.m.) nigdy nie budził mojej sympatii. Zawsze tłum ludzi i dzieciaków napierających na kiczowate pamiątki i dyplomy czy drogie napoje. Teraz było zupełnie inaczej. O tej godzinie ostatni turyści uciekali przed zbliżającym się zachodem słońca i ostatnimi kursami wyciągu do Karpacza. Mój pokój to była luksusowa wersja pierwszego noclegu. Miałem jeden kontakt elektryczny i co najważniejsze, był on w prywatnej łazience. Pozwoliłem sobie na gorącą kąpiel, a potem wyjąłem worek ze śmietnika i nalałem do niego wodę. Potem moczyłem w tym plastikowym wiaderku mojego stopy. Najtańsza odnowa biologiczna. Czułem się błogo.

Zachód słońca oglądałem przez chwilę pod schroniskiem i Śnieżką, ale wiatr był juz tak silny, że wróciłem do pokoju na gorący kubek czaju. Próbowałem z drugiego telefonu słuchać radia, ale były tylko czeskie stacje. Moją uwagę zwróciło okno, które pod naporem silnego wiatru, wydawało z siebie takie dźwięki, które pomogły mi spać bo uwielbiam szum wiatru. Rozłożyłem śpiwór, schowałem się do środka, wyprostowałem nogi i urwał mi się film.

Tego dnia zrobiłem trasę o której marzyłem. 25 kilometrów.

































Dom Śląski – Kowary

Noc była wietrzna, ale bardzo przyjemna. Szum w szczelinie okna był lekiem na całe zło. Postanowiłem się wyspać i na spokojnie ruszyć w ostatni odcinek drogi. Rano zadecydowałem też, że absolutnie nie będę witał dnia wschodem słońca. Moja trasa na ten ostatni dzień opiewała o trzy punkty. Śnieżkę, Przełęcz Okraj i Kowary. Miałem jakieś złudne przekonanie, że będzie to najłatwiejsza droga bo wszystko będzie z górki. Myliłem się.

Na szczycie Śnieżki (1602 m n.p.m) wiatr wiał z prędkością 80km/h. Podejście na sam szczyt zrobiłem wyjątkowo prostszym szlakiem i to chyba pierwszy raz. Im wyżej tym ten wiatr wpływał na oddychanie, ale satysfakcja była ogromna. Po wejściu szybki skierowałem się do polskiego budynku, który był zamknięty. To jest oddzielna bajka. Strasznie żal, że tak kosmiczny(!) budynek jest tak marnowany, a kiedy kończy się lato to szukaj żywej duszy. Chciałem wbić sobie pieczątkę ze zdobycia tego miejsca, ale dostałem ją po czeskiej stronie gdzie jest takie połączenie schroniska i poczty. W środku wysłałem dwie pocztówki, wbiłem pieczątki i pogadałem chwilę z dwójką polaków, którzy od lat spacerują po Sudetach. Wiatr był tak duży, że cała drewniana buda zwyczajnie chodziła.

Widziałem, że chociaż wyruszyłem o czasie to muszę iść równo i do celu. Minąłem czeskie schronisko Jelenka (1260 m n.p.m.) i wybrałem szlak przez Czechy do Przełęczy Okraj, która była moim celem. Bardzo przyjemna trasa, chociaż im bliżej granicy tym zmęczenie zaczęło znów przemawiać przez moje nogi. Oczywiście nie będę opisywał tutaj pięknych widoków i kamienisto-leśnych szlaków, bo to Wam serdecznie polecam.

Kiedy z wielką radością dotarłem do Przełęczy Okraj (1048 m n.p.m.), nie miałem już czasu na dłuższy odpoczynek. Nie ukrywam, ale przeliczyłem się, a do tego jeszcze pomyliłem szlaki o tym samym kolorze! W samym schronisku byłem chwilę bo w głowie miałem jakieś ciastko w ukochanych Kowarach. Schodząc w dół przez las, uświadomiłem sobie, że gdzieś na trasie złapałem opóźnienie. Słońce powoli gdzieś uciekało w miejsce za dziś wyjątkowo wysokim horyzontem, więc za każdym razem gdy sobie to uświadamiałem to przyśpieszałem. Zamiast planowanego zejścia 90 minutowego, realnie zajęło mi to blisko 2,5 godziny. Fajnie bo idąc przez las na dole widziałem kolejne super miejsce. To kopalnia uranu Podgórze. Chętnie bym tam zszedł, ale czas nie był z gumy. Wcześniej przez drzewa było widać Zakłady R-1, o których pisałem tutaj.

Ostatni odcinek był można powiedzieć straszny. Pamiętam jak siedziałem na jakiś kamieniach i miałem ochotę teleportować się do domu. Nic z tego. Kiedy tylko wyszedłem z ciemnego lasu widziałem już prostą drogę do Kowar. Żeby się zmotywować, trzymałem moje kijki jak broń, wyobrażając sobie, że jestem częścią jakiegoś odcinka The Walking Dead.

W Kowarach byłem 15 minut. Wpadłem na pocztę, ale była zbyt duża kolejka. Kupiłem obok magnesik (latem nie było) i na przystanku od razu przyjechał autobus, który zawiózł mnie do Jeleniej Góry. Finalnie w Warszawie byłem przed 6 rano.

Byłem zmęczony, ale szczęśliwy. I wiecie co? Chętnie bym wrócił!

Marzy mi się zimowe wejście na wietrzną Śnieżkę :)














Via Baltica / Karosta


Karosta to część Lipawy chociaż ma się wrażenie, że jest to oddzielne miasteczko. Kiedyś było to zamknięte miejsce, które służyło jako radziecka baza wojskowa. Ostatni wojskowi opuścili to miejsce w 1991 roku. Bunkry, które pochłania Bałtyk to świetne miejsce na spotkanie z historią i siłą natury. Jeśli będziecie w okolicy to koniecznie tam zarzućcie swoje ciała i dusze. Niedaleko jest falochron, który ma długość blisko 1600 metrów. Na jego końcu tuż obok smrodu uryny można nacieszyć się pięknym widokiem morza i wiatraków.