Czertanowo. Blokowisko. / Moskwa cz. 4

















Program telewizji śniadaniowej został przerwany przez wypowiedź Putina. Może program się skończył, a może gdzieś w aurze zapomnienia ktoś z nas przełączył kanał. Jego twarz budzi pewien niepokój, ale pokazuje że on też jest człowiekiem i każdego czeka ten sam koniec. Za oknem zrobiło się strasznie smutno. Gdzieś te wczorajsze słońce i błękitne niebo odpłynęło, zamieniając się miejscem z zimnem i miliardami kropelek.

Wagonik metra jedzie szybko, trzęsie czasem niemiłosiernie. Kolejne stacje, kolejne setki pokonanych metrów. Nasz stacja. Czertanowskaja. Stacja ma tyle lat co ja. Wysiadamy. To pierwsza część naszej podróży na dziś. Jak tylko dotarliśmy do szklanych drzwi, naszym oczom ukazał się żyjący moloch. Blokowiska na Czertanowie. Jeszcze wczoraj oglądaliśmy film SF o tym jak właśnie tutaj rozbija się ogromny statek kosmiczny. Blokowiska od lat przyciągają, czasem dają spokój, taki dziwny nie do opisania.

Za każdym razem nachodzą mnie te same myśli. Za każdym razem poszukuję zwykłego życia. I zawsze zastanawiam się dlaczego ciągnie do tych blokowisk. Tak to jest jak człowiek pochodzi z bloków, a szara płyta jest oznaką domu.

Robi się przenikliwie zimno. Nawet już nie chce mi się wyjmować aparatu.

The Moscow City / Moskwa cz. 3


Drugi poranek. Trzeci dzień w mieście. Śniadanie. Ambitne plany. Pierwsze co robimy rano to uruchamiamy telewizor (ja w domu nie mam) i słuchamy rosyjskiej muzyki. Akurat ta jest z lekka koszmarna, ale to też tradycja. Wieczorem obejrzymy jakiś film.

Każdego dnia wyznaczaliśmy sobie miejsca, które chcieliśmy zobaczyć. To jest właśnie ta największa przyjemność z wolności podróżowania. Po śniadaniu wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy zobaczyć moskiewski Nju Jork. Na jednej ze stacji metra się zwyczajnie zgubiliśmy i wsiedliśmy nie tam gdzie trzeba. Dziwne i miłe to uczucie po prostu się gdzieś i kiedyś zgubić. Moskiewskie metro jest do tego idealne. Pamiętam jak pierwszy raz w Warszawie wsiadłem nie w ten wagon i pojechałem w przeciwną stronę. No dobrze był to rok 1995.

Moskiewskie Międzynarodowe Centrum Biznesowe to dosyć nie duży obszar na którym mieszczą się różne wieżowce. Można poczuć się tam troszkę jak w Nowym Jorku, ale bardziej mi tam pachnie Hong Kongiem czy Szanghajem. Może to dlatego, że jeden wieżowców przypomina mi siedzibę Bank Of China. Jeszcze widać, że kilka budynków się buduje, a wszędzie widać ślady placów budowlanych, a co za tym idzie wielu azjatycko wyglądających robotników, dodaje to swojego smaku do bycia w Azji w Europie. Nad wszystkim góruje Wieża Federacyjna, która od września 2014 roku jest najwyższym budynkiem w Europie. Urósł na 374 metry. W Moskwie jest też konstrukcja mierząca 540 metrów to wieża Ostankino. Dopiero z drugiego brzegu widać te wielkości. Podoba mi się. Jest słonecznie. Błękit nieba robi dobrze.

Potem udajemy się w rejony stacji Kijewska (mieści się tu też dworzec kolejowy) gdzie mieści się jedna z kapitalistycznych restauracji (hehe!) McDonald’s w której spożywamy klasycznie Big Tasty! To jest taka nasza tradycja. W tym roku ową kanapkę jadłem w Bukareszcie (bez Dawida bo nie mogłem wytrzymać), Belgradzie i Moskwie. Ten kto jej nie jadł albo nie lubi Mc lub też tam czasem jada, ale się nie przyznaje to powiem Wam, że sukcesem tej kanapki, tuż obok wielkości jest sos. Nie wiem z czego to robią, ale jest dobre jak diabli. Tej kanapki nie ma w Polsce. Była kiedyś i powiem Wam, że to dobrze. Tradycja jakaś musi być! W tym roku byłem w dwóch z siedmiu Państw na świecie gdzie nie ma Mc: Iran i Macedonia. Taka anegdotka na Piechocińskiego.

Napełnieni imperialistyczną paszą udajemy się na Wzgórza Worobiowe (do 1992 roku były to Wzgórza Leninowskie) z których rozpościera się widok na Moskwę i stadion Łużniki. Jest piękna pogoda więc okupuję lunetę (o dziwo jest za darmo!) i odszukuję Plac Czerwony, który zlewa się swoją wysokością z całym miastem. Za naszymi plecami jest Moskiewski Uniwersytet Państwowy im. Łomonosowa do którego wrócimy innego dnia. Przy wejściu do metra zatrzymuje nas policja (nie ma już milicji). Policjant sprawdza, patrzy i po angielsku mówi (ten obok w zimowej czapie się śmieje): Welcome in Moscow. Wchodzimy na stację metra i otula nas ciepło.

Na jednej ze stacji metra patrzę na jej sufit. Widzę dwa balony. Jeszcze tu wrócę innego dnia, ale balon będzie już tylko jeden.

Kiedy wstaje słońce / Moskwa cz. 2

Na moim amerykańsko-chińskim telefonie sprawdziłem pogodę na środę. Pokazywał słońce chociaż wtorek był pochmurny i strasznie smutny. Ku mojemu zaskoczeniu iPhone nie kłamał. Gdy wstało słońce na kilka minut przed godziną ósmą ja spałem jeszcze twardo. Tak mi się w każdym razie wydawało bo ciężko było wstać. Widok z łóżka miałem genialny. Ciężka głowa, ale oczy stosunkowo lekkie. Gdy tylko swój wzrok skierowałem na sam dół widziałem jedną z sióstr Stalina, a dokładnie Hotel Leningradzki. Nocą o dziwo wydawał się większy. Kiedy wstaje słońce to człowiekowi od razu chce się żyć, wszystko wydaje się ładniejsze, lepsze i prostsze. Na zegarku 8 rano, a w głowie 6. Do tego jeszcze wiele takich wczesnych poranków to moja głowa była w świecie godziny 4. Lubicie tak wstawać, kiedy jeszcze za oknem chłód? Chyba myślicie podobnie jak ja.

Wchodzimy na naszą stację metra. Jej nazwa za pierwszym razem nie mówi mi za wiele. Krasnosielskaja (ros. Красносельская – Czerwonowiejska). Pani z małego okienka podaje nam bilet jednorazowy. Kiedyś były to plastikowe żetony, dziś naładowane elektosygnałem papierowe karteczki. Na nim widnieje wizerunek mostu krymskiego, łączącego Rosją z Krymem. Mieści się na wysokości 35 metrów ponad wodą nad Cieśniną Kerczeńską. Mają go oddać do użytku w 2019.

Linia numer jeden wiezie nas szybko na Plac Czerwony. Wysiadamy najbliżej jak się da. To stacja Ochotnyj riad (ros. Охотный ряд – Myśliwski riad). Wybudowana w 1935 roku. Słońce pięknie odbija się od bruku. Ten bruk wypełnia cały ogromny plac. Krasnaja Płoszczad. Tu wszystko jest krasnaja. Nie wiem czy słowo krasawica (piękna dziewczyna, kobieta) też nie ma nic wspólnego z krasnym krajem. Kiedy docieramy pod samo mauzoleum Lenina dokładnie widać wszystko. Ten kto był to wie, że w telewizji wszystko się wydaje ładniejsze i większe. Dawidowi się nie podobało, a ja miałem mieszane uczucie. Jak by nie patrzeć ten plac i to wszystko co się znajduje ma swoją wymowną symbolikę. Psychologicznie robi to wrażenie.

Pamiętam jak przez wiele lat marzyłem o wspólnej fotografii z moim szkolnym kolegą Konradem właśnie tutaj. I to się udało bo w połowie kwietnia 2011 powstała taka fotografia.

Tego dnia snujemy się po mieście. Rozmawiamy i obserwujemy. Idziemy wzdłuż rzeki Moskwa. Słońce nas rozpieszcza. Pijemy Colę i docieramy do jednej z sióstr Stalina. Bez zadartej głowy ciężko podziwiać ten budynek. Można takiej architektury nie lubić, ale jeśli ktoś nie ma chociaż za grosz podziwu to nie pogadamy. Ten budynek to dom mieszkalny Wybrzeżu Kotielniczeskim.

Wieżowiec budowano w okresach od 1938 do 1940, oraz od września 1948 roku do 1952[2]. Budynek ma 32 kondygnacje i 176 metrów wysokości, obecnie większość budynku ma charakter mieszkalny, znajduje się tutaj około 800 mieszkań, a także kina, restauracje, sklepy i obiekty użyteczności publicznej.

W Domu na Kotielniczeskiej nabierieżnej często mieszkania zajmowały osoby rozpoznawalne w całym ZSRR i Rosji, głównie związane z teatrem, kinem i estradą, m.in: tancerka Galina Ułanowa (której mieszkanie stanowi muzeum), pisarz Wasilij Aksionow, poeta Andriej Wozniesienski, reżyser Jewgienij Jewtuszenko, śpiewaczka Ludmiła Zykina czy też aktorka Marina Ładynina.

Budynek wielokrotnie był wykorzystywany w filmach o Moskwie (min. w nagrodzonym Oskarem filmie Moskwa nie wierzy łzom z 1980 r.). Pojawia się też w powieści Wasilija Aksionowa pt. Moskwa Kwa Kwa z 2006 jako miejsce zamieszkania głównej bohaterki.

Dnia 20 sierpnia 2014 na pięcioramiennej gwieździe wieńczącej iglicę budynku nieznani sprawcy zatknęli flagę Ukrainy, a samą gwiazdę przemalowano na podobne barwy. Do czynu później się przyznał ukraiński kaskader znany pod pseudonimem Mustang Wanted. / wikipedia

Dosyć szczegółowo obserwuje ten budynek. Idziemy na jego podwórko. Po środku znajduje się dziwna konstrukcja, która na górze ma dwa spore boiska. Wygląda to koszmarnie. Pod nami znajduje się wielki garaż. Z ciemnego wjazdu wystaje stara czarna Wołga. Nic tu po nas. Ruszamy wolnym krokiem w kierunku stacji metra Taganskaja. Przy metrze można spotkać grupę mężczyzn, którzy na jednym z murków wyłożyli setki starych monet. Przeglądają, kupują, wymieniają. Po prostu zwykłe życie.

Tuż przy wejściu na stację metra wita nas ciepły podmuch. Zapach jest ciężki do opisania, ale pobudza wyobraźnię. Nigdzie nie da się go podrobić. Tak pachnie metro. Metro na wschodzie. Wsiadamy w pierwszy lepszy wagon metra. Z głośników sączą się komunikaty o następnych stacjach. Kierunek centrum.

Ponownie jesteśmy na Placu Czerwonym. Teraz mam więcej czasu by przyjrzeć się tym, którzy tworzą tu tłum. Połowa to Rosjanie, druga to Azjaci. Nawet przewinęła się jakaś Para Młoda z fotografem. Wyobrażam sobie jak będą wyglądały ich zdjęcia ślubne z widokiem na Cerkiew Wasyla Błogosławionego. Nic specjalnego, chociaż podziwiam, że chcą pozować w taki chłód.

Jeszcze chwilę snujemy się po mieście i wracamy na piechotę do naszego moskiewskiego mieszkania.