Miesiąc: Listopad 2013

Lasting Moments

Noc PolarnaGorąca woda leje się z dyszy prysznicowej rakiety. Spada jak letni, ciepły deszcz, pełen wielkich kropli, pod którymi znikam, oblewa mnie swoją wysoką temperaturą, brakiem słów. Dłonie przykładam do zimnej ściany, woda leci dalej, odwracam się, nastawiam plecy, zamykam oczy. Panuje kojąca cisza, wypełniona tylko dźwiękiem rozbijających się kropel, setek kropli o moje ciało, o dno, plastikowe i ciepłe. Woda pozornie milczy, ale w głowie myśli grają, układają piękną melodię, której nie da się zamienić na ciąg słów i zdań.

Ostatnie krople uderzają o moje stopy. Chwilę potem chłód/powrót. Jest miło.

Zapach kawy, zapomniany zegarek, książka, muzyka, jej mała fotografia.

Daniel Bloom – Lasting Moments

Na fotografii, która najbardziej przypasowała mi do utworu, który zresztą mnie zainspirował by coś napisać, to brzeg Morza Barentsa, która wdziera się w ląd. Obwód Murmańsk. Rosja. Zima 2013.

 

Miliony

Czasem brakuje nam kilku centymetrów by wstawić jakiś mebel, by coś włożyć, domknąć, powiesić. A co gdybyście mieli do dyspozycji 400 milionów centymetrów? Tyle jest jak sądzę między jawą, a snem. Przebycie tej odległości w ułamku sekundy potrafi kosztować wiele sił.

Opuszczony dom. Chyba spalony. Słabo go widzę. Nie czuję żadnego zapachu. Ktoś jest ze mną. Twarz tak samo rozmyta jak przejście przez ten dom. Między jedną, a drugą sceną. Jest jasno, chociaż 400 milionów centymetrów w nieznanym kierunku leży moje ciało. Panuje tam noc. Nagle w moje ciało, w tym przejściu między scenami, jakieś nieznane mi obiekty uderzają o mnie, to duchy. Tak to sobie w tej chwili tłumaczę. Gdzie nie spojrzę, lecą mi prosto w oczy, straszą mnie. Nie mogę wytrzymać. Taki niemy krzyk, skok w dziwną przestrzeń między jawą, a sen. Budzę się z krzykiem. W pokoju ciemno i pusto. Serce mi wali, zapalam światło. Boje się.

Lubię śnić!

Pielgrzymka do Pałacu Sportu

4943a 4944 4945 4946 4947 4948 4949 4950 4951 4952 4953 4954 4955 4956 – Dobry wieczór!
– Dobry wieczór – odpowiedziałem grzecznie
– Co Panowie tu robią? – zapytał jeden z wartowników, ubranych niczym na działania wojenne, pojawili się nagle, jak by z ciemności, bezszelestnie
– Oglądamy architekturę – odpowiedziałem po rosyjsku – jesteśmy turystami z Polski! – dodałem szybko
– O! A z jakiego miasta?
– Z Warszawy – odpowiedziałem
– Ale tu nie można robić zdjęć, trzeba mieć zezwolenie na fotografowanie – powiedział jeden ze strażników
– Zrobiliście już zdjęcia? – zapytał drugi
– Tak – odpowiedziałem

Strażnicy bez słów udali się do swojej budki. Przed wejściem do nowej rezydencji Prezydenta Białorusi Łukaszenki (nazwanej Pałacem Niezależności), przed pięknie zdobionym płotem (nie bez kozery budynek nosi nazwę – Pałac) były ogromne metalowe bolce, uniemożliwiające wjazd na jego teren. Strażnicy na pokaz obniżyli i podnieśli blokadę. Byliśmy zażenowani. Zwyczajnie. Budynek ten jest ogromny, przypomina jakaś chińską budowlę, swoim ogromem onieśmielający, kiczowaty, godny władzy. Za naszymi plecami była stara hala ekspozycyjna, bardzo ładna, klimat socrealistyczna, lata 60-te. Za budynkiem plac i na ogromnym maszcie, wielka flaga białoruska. Widać ją z granic miasta. Jest chłodno. Plac obserwuje biały UAZ. W środku siedzi milicja po cywilnemu. Pilnują flagi. Biegniemy do autobusu. Bilet kosztuje 2500 Rubli. To niecała złotówka.

Stacja metra Jakuba Kolasa. Bardzo ją lubię. Na pylonach socrealistyczne rzeźby przedstawiające ludzi pracy. Jest ciepło. Ludzie spokojnie czekają na swoje metro. W obu kierunkach. Wyjmuję telefon i fotografuję stację. Podchodzi do mnie młoda kobieta w mundurze i rozkazuje mi usunąć fotografie. Jest zakaz fotografowania. Udaję, że kasuje. Kobieta odchodzi. Na plakacie widnieje informacja, że za rok odbędą się Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie, Mińsk 2014. Całe miasto zalane jest podobnymi informacjami. Zaczynam zadawać sobie pytanie, czy za rok w maju też turyści nie będą mogli robić zdjęć.

Ogromny plac. Pochmurny dzień. Z nieba od czasu do czasu kropi deszcz. Czapka na głowie, ręce w kieszeni. Nad placem czuwa On, wielki, w zasadzie znamy się od prawie 9-ciu lat. Zawsze patrzy w jedną stronę. Nigdy w drugą. Jest bardzo pusto. Przy tak wielkiej przestrzeni wydaje się jak by ta pustka biła nas po głowie. Lenin. Wielki, chociaż na początku wydawał mi się większy. Zachodzę go od tyłu i fotografuję. Widzę małe schodki prowadzące do płaskorzeźb, które zdobią pomnik. Z budki wychodzi strażnik i wydobywa z siebie dźwięk niczym klakson. Eeeeeeee! Ręką nakazuje mi usunąć się z pomnika. Odchodzimy. Plac nadal pusty, teraz patrzy na nas ich dwóch. Strażnik i Lenin.

Na terenie sanatorium „Krynica” znajduje się pomnik Lenina, jelenia i kobiety z dzieckiem. Kobieta trzyma gołębia, znak pokoju. Jej palec już odpada. Gdzieś zza drzew wyłania się puste boisko do gry w kosza, małe trybuny i mała cerkiew, która pewnie w poprzedniej epoce była domem kultury. Mały chodnik prowadzi nad wodę. Słońce powoli znika za linią drzew, robi się pięknie. Im więcej mam lat tym bardziej taki widok mnie wzrusza. Na wodzie dryfują kaczki i łabędzie. Fotografuje je młoda kobieta, która z zachwytem komentuje poczynania ptaków. Na jej twarzy rysuje się uśmiech, w oczach pełne podniecenie. Woła nas i opowiada o tym co widziała. Oddalamy się w kierunku betonowej konstrukcji, sztucznego wodospadu. Nie docieramy tam bo zachód słońca staje się jeszcze piękniejszy. Siedzę z Dawidem na ławce i patrzymy. Za chwilę słońce zajdzie, a my ponownie mijając pomnik Lenina, udamy się do Mińska. W drodze do miasta miniemy jeszcze długi, oświetlony mur, pełen drutu kolczastego. To dom Aleksandra Łukaszenki. Prezydenta Białorusi od 20 lipca 1994 roku. Na drodze z jego pracy do domu, rosną jak grzyby po deszczu Pałace Sportu. To nic innego jak sportowe hale. Od piłki nożnej, gimnastyki czy hokeja. Którego zresztą Aleksander wielkim fanem jest.

Bardzo łatwo jest nam oceniać, obserwować miejsca w których nie żyjemy. Łatwo nam też przychodzi wydawać własne osądy, wrzucać różne sprawy do dwóch worków, z dobrymi i złymi emocjami. Łatwo nam dostrzegać rzeczy, które nas dziwią, bolą, śmieszą. Także te które budzą u nas dobre skojarzenia. Wszystko co związane z emocjami, zapada do naszej głowy. W takiej czy innej formie. Podczas tego pobytu, dosyć krótkiego ale bardzo intensywnego więcej obserwowałem jak fotografowałem. Niestety ogarnął mnie jakiś wewnętrzny smutek. Może to wina aury, chłodu na mojej twarzy, ale na dzień dzisiejszy Białoruś może zapomnieć o tak mocno, a kiedyś modnie skandowanym hasłem: Wolna Białoruś. Ten kraj nie jest miejscem atrakcyjnym dla zwykłych turystów. Nawet powiem więcej, jest antyturystyczny. Poza Nowogródkiem i Grodem, Polacy nie mają zielonego pojęcia o tym kraju, chociaż i tak nasza świadomość jest bardzo rozwinięta. Na mapach Białoruś jest pustą plamą, czasem czarną. Gdzieś gdzie socrealistyczne budynki stolicy, łączą się z nowoczesną, ale brutalnie kiczowatą architekturą. Ten kraj to Absurdystan, gdzie zwykli ludzie nie mają nic do powiedzenia, a wymieniając dolary, mamy w kieszeni trzy kilogramy waluty narodowej. Gdzieś gdzie słodycze są dobre, a pociągi punktualne. Lubię Białoruś, ale wczoraj pożegnałem się ze smutnym miejscem.

– Niestety nie może Pan codziennie wwozić czekolad z Polski!
– Dlaczego?
– Taki jest regulamin! – powiedziała celniczka z pomalowanymi na czerwono ustami do jednego z setek ludzi przekraczających granicę między Białorusią, a Polską w Brześciu.

Fotografia na której jestem została zrobiona przed Dawida Markoffa, który towarzyszył mi podczas mojego pobytu na Białorusi.