Szukając celu

Gruzja_2016_Danieluk_132
Pobudka.

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie bo byliśmy świadomi drogi jaka miała nas czekać. Chociaż odległość na polskie warunki nie robiła żadnego wrażenia to jednak tutaj w Gruzji, każda odległość to pewnego rodzaju walka, wyzwanie. Ponieważ nie do końca można było ustalić o której godzinie miał odjechać busik z Kazbegi do Tbilisi zjawiliśmy się wcześniej na głównym placu. Pewnie kiedyś tutaj tuż obok znanego poety stał gdzieś pomnik Lenina, a kto wie może nawet i Stalina. Pod tym pomnikiem biegały bezdomne psy, które wybrały sobie to miejsce jako dom. Miejsce dziwne. Pachnące mi nie wiem czemu, ale Alaską.

Zajęliśmy miejsca w autobusie, a już wcześniej nauczeni, chcieliśmy być pierwsi i mieć pewność, że szybko wydostaniemy się na południe i dalej. Autobusik szybko zapełnił się ludźmi i byliśmy gotowi do drogi. W sumie współczułem temu francuzowi przede mną, ale gdy wysiadałem to współczułem sobie. Nie pamiętam kiedy mną tak sponiewierało. Chociaż tego dnia nie wiele kilometrów zrobiłem na nogach to jednak mój krokomierz zmierzył blisko 17,000 kroków! Tak trzęsło. Wyjście z autobusu to był luksus to był dar z nieba.

W Tbilisi szukaliśmy łazienki by skorzystać z niej przed następnym etapem podróży. Wszystkie lokale gastronomiczne wydawały się mało interesujące, a co więcej budzące sporo zastrzeżeń przed wyborem jakiejś śniadaniowej potrawy w samo południe. Dopiero gdzieś za dworcem udało nam się zamówić dobre jedzenie w fajnej restauracji z normalną łazienką, a tych w stolicy Gruzji było wyjątkowo mało, ale czy w Warszawie jest ich dużo? Rzeczą która mnie uderzyła to palenie papierosów w lokalach gastronomicznych. Człowiek się od tego tak mocno odzwyczaił, że widok dymu i jedzenia budzi niesmak…chociaż jestem typem człowieka, którego nawet najmniejsza ilość dymu papierosowego dusi dramatycznie.

Szczęśliwi opuściliśmy lokal i udaliśmy się na dworzec, gdzie przebijając się przez bazarowe klimaty udało nam się odszukać wskazany przez ludzi autobusik do Zestaponi. Kierowca i jego pomagier pomogli zająć wszystkie miejsca, a mi trafiło się siedzieć koło starszego Pana, który większość drogi szalenie na mnie napierał (siedział w przejściu, jak francuz którego widać na fotografii po lewej stronie). W słuchawkach muzyka, a za oknem przemijały przepiękne krajobrazy, tak podobne do tych które kiedyś widziałem przemierzając Włochy. Po drodze minęliśmy Gori, miejsce w którym urodził się Stalin. To jedyna część drogi, która w Gruzji jest autostradą.

Przystanków jako takich nie ma i trzeba było kontrolować pozycję na mapach Googla (mieliśmy gruzińskie karty SIM). Kiedy już dojechaliśmy do Zestaponi i kierowca miał kilka sekund wolnego, wyskoczyłem i zapytałem o dalszą drogę. Za chwilę staliśmy już na chodniku wielkiego skrzyżowania. Mieliśmy na sobie plecaki, a z nieba lał się żar. Blisko 25 st. C różnicy między Kazbegi, a tym miejscem. Na horyzoncie było widać budynek, który sugerował, że jest to dworzec autobusowy. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że żaden z autobusów nie jedzie do naszego punktu docelowego. Kierowcy wzruszali ramionami, a z ich twarzy można było wyczytać bardziej zdziwienie jak brak zainteresowania. Wtedy przeszła mi przez głowę myśl czy faktycznie nasz cel jaki sobie obraliśmy to inna planeta, teren zbyt tajemniczy, strefa wyobcowania? Jeden z kierowców wskazał palcem kierunek w którym mamy iść. Tak też zrobiliśmy. Nie mieliśmy wyboru.

Idąc niepewnym krok postanowiłem, że się zatrzymamy i jeszcze raz zbadamy mapę, jak by to miało coś dać. Jak gdyby nagle miało coś się stać i pomóc nam znaleźć miejsce z którego byśmy udali się dalej. Zawsze w takich chwilach myślę sobie, że czasem sytuacja może wydawać się słaba czasem beznadziejna to ZAWSZE jest jakieś rozwiązanie i czasem taki stan wydaje się czystą przygodą, chociaż w tym wypadku nie było mi do śmiechu. Zbliżała się godzina 18, a to czas kiedy autobusów jest jak na lekarstwo. Wtem koło nas zatrzymał się pusty autobusik (marszrutka) i wychylił się z niej jakiś facet i zapytał: Chiatura? Oczywiście, że tak! Szybko wrzuciliśmy rzeczy i kierowca powiedział, że zrobiła mu się nas żal, że mamy iść taki kawałek i on nas podwiezie do punktu z którego pojedziemy dalej. Kierowca opowiadał o zmiennej pogodzie i za chwilę nas pożegnał. To był kawałek drogi, a wysoka temperatura wcale nam nie pomogła.

Przystanek autobusowy na którym się znajdowaliśmy to po prostu wiata sklepu spożywczego. Gdyby nie kilka osób które wypatrywały swojego środka transportu w żaden sposób nie można by było dojść gdzie złapać autobus. Niestety kierunki na autobusach są tylko w języku gruzińskim. Jakiś młody chłopak mnie obserwował, więc pomyślałem sobie, że go poproszę o pomoc. Niestety kiedy ja mówiłem do niego po rosyjsku, on odpowiadał mi po gruzińsku. Domyślcie się jak zakończył się nasz dialog. Znów byliśmy w tym samym punkcie. Jednak obok stał starszy Pan który pomógł nam i kiedy przyjechał autobusik już w pełni załadowany, zaklepał nam miejsca. Marszrutka pędziła na północ, kierowca co chwilę odbierał dzwoniący telefon, a kobieta po mojej lewej non stop patrzyła na wielkie torby, które pomagałem jej trzymać gdy tylko otwierały się drzwi. Uśmiechaliśmy się do siebie. Godzinę później dojechaliśmy do celu. Chiatura.

Plac na którym wysadził nas kierowca przypominał mi kadr z filmu, który dzieje się gdzieś w Ameryce Południowej. Musicie mi uwierzyć na słowo. Biały człowiek trafia do miasta gdzie zatrzymał się czas, a gdy tylko autobusik odjechał zostaliśmy w samym środku tego świata. Nagle wszyscy ludzie na placu przerwali swoje zajęcia i zaczęli na nas patrzeć. To ciężko sobie wyobrazić, ale tak właśnie było. Jak gdyby do miejsca zapomnianego przez Boga przyjechali jacyś dziwni ludzie z plecakami, z innymi twarzami, jak gdyby ze statku kosmicznego wysiedli obcy, kosmonauci z flagą UE.

Dziarsko ruszyliśmy szukać hotelu, którego namiar dostaliśmy od pewnego Gruzina z Tbilisi przez Internet, który nam zaklepał 2 noce. Blisko godzinę kluczyliśmy po mieście wzbudzając totalne zainteresowanie mieszkańców. Brakowało mi tylko lokalnej TV i pytań reporterki o cel wizyty. W drodze do hotelu minęliśmy cel naszej podróży, ale o tym później. Nasz hotel przez małe h, mieścił się przy stacji paliw oraz dziwnych warsztatów i magazynów. Żeby nie marnować czasu od razu weszliśmy do hotelu gdzie przywitał nas właściciel z żoną. Fetor jaki uderzył w nasze nozdrza zapowiedział ciekawą przygodę. Wadim (jak go nazwałem) pokazał nam pokój, chociaż usilnie chciał byśmy spali w dwóch, ale gdzie tam o rozdzieleniu naszego trio w podróży nie ma mowy. Każdy zajął swoje łóżko i zaczęliśmy rytualne badanie noclegu. W niedużym zimnym pokoju z widokiem na murek. Mniejsza o widok. O dziwo fetor był większy w pokoju jak w łazience, która bardziej wywoływała u mnie uśmiech jak złość. Hotel u Wadima to jeden z dwóch w mieście, chociaż hotel to za duże słowo. Wadim na moją prośbę o pilota do klimatyzatora (było zimno), wzruszył ramionami i ze straszliwego bełkotu zrozumiałem, że jakieś dzieci go zwyczajnie ukradły. Wzruszyłem ramionami, chociaż miałem ochotę wyrwać mu z gardła ten pilot.

Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer po mieście by zobaczyć co będziemy zwiedzać i fotografować następnego dnia. Kupiliśmy sobie kilka fantów na kolację, lokalne piwo i poszliśmy spać. Pierwszy raz miałem tak, że nakrywając się (podkreślam, że było bardzo zimno) kołdrą, czułem zapach opuszczonych miejsc. Nie było mi do śmiechu, chociaż wiedziałem, że lepsze to jak koczować całą noc gdzieś na lokalnym dworcu, bo taki wariant też przewidywaliśmy. Tak nam zależało tu być. Jak nigdy.

Nie pamiętam o czym śniłem, gdy się przebudziłem za oknem lał deszcz. Nie miałem dobrych myśli, a Wadim od wczesnego świtu krzyczał na swoją żonę w hotelu gdzie ściany były grubości kartki papieru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *