Miesiąc: Grudzień 2016

Wysokich lotów!


„Ostatnia fotografia” w tym roku. Specjalnie dziś wjechałem na XXX piętro Pałacu Kultury i Nauki by zrobić taką fotografię. Pomyślałem sobie, że to będzie symboliczne zamknięcie tego roku i otwarcie nowego. Samolot to przenośnia zawsze czegoś dobrego, szczególnie w moim życiu. Siedząc na jednym z miejsc, niekoniecznie przy oknie, mam nową listę zadań. Chciałbym za równo 12 miesięcy napisać: Robert, zadanie wykonane.

Co będzie za rok? Kto wie, kto wie…trzymajcie kciuki!

Ryan










Kolejny ciepły dzień. Tak go zapamiętałem.

To chyba była nawet sobota. Samochód gnał przez trzy stany. Za każdym razem gdy mijaliśmy granicę stanu, otwierała mi się gęba jak dziecku na widok samolotu. Dlaczego? To proste. Zawsze można dopisać kolejny obszar do listy miejsc, które się widziało. Kolejny stan, jak kolejne państwo. Zmieniają się znaki, linie na asfaltowych drogach, domy i myśli.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że Nowy Jork to nie jest Ameryka. Pomyślałem sobie, że to jakaś brednia, ale dopiero kiedy wjechałem do Pensylwanii, zrozumiałem to zdanie. To było dosłownie kilka dni przez wyborami w USA i cała Pensylwania była wypełniona wbitymi w przydomowe trawniki, flagami z napisem TRUMP. Było czuć taką prawdziwą białą Amerykę. Przed białymi dodami stały wiele samochody. Nieskończenie długie drogi. Poczułem się jak w filmie. Chyba w takiej chwili kiedy otworzyłem drzwi do jednej z lokalnych knajp i wszyscy na mnie rzucili okiem. Mężczyźni jedzący burgery, pijący piwo z czapkami z daszkiem na swoich białych głowach. A może kiedy kelnerka przyniosła moją porcję paszy, która była chyba dla trzech osób, a nie jednej. A może kiedy stałem przed sklepem z bronią, chociaż samotny spacer między małymi domkami, gdzie jedni mówili do mnie cześć, a Ci drudzy wyglądali jak gdyby zaraz mieli do mnie wystrzelić za wtargnięcie na ich teren.

Co ja tu robiłem? Dziś facebook przypomniał mi, że mija dokładnie trzy lata jak poznałem Ryana, który właśnie w małym uniwersyteckim miasteczku miał swój pokój. No nadal go ma, ale za chwile znów stanie się cywilem. Spotkaliśmy się w Warszawie, a teraz za oceanem. Miło było patrzeć na niego i jego Tatę. Ryan na ścianie w małym pokoju swojego akademika miał kilka fotografii. Trzy rzucały się od razu w oczy. Na pierwszym Ryan z Rodzicami i Obamą, na drugim z Clinton, na trzecim z mężem Clinton. Jeszcze wtedy wydawało się, że ta trójka to Prezydenci USA. Ameryka wybrała inaczej. Jak u nas. Miło było zobaczyć chociaż na chwilę to jak wygląda studencka Ameryka, którą gdzieś nas karmią od młodych lat.

Potem siedziałem na jeden z trybun podczas meczu futbolu amerykańskiego, który mimo że w Polsce ma swoje małe miejsce, to jest i był dla mnie niczym praca mojego młodszego brata. Czarna magia. Czułem się nawet lekko zagubiony. Chwilę potem po przegranym meczu przez lokalną drużynę Juniata College, mogłem stać między tymi młodymi bysiorami.

Wieczorem w drodze do Wirginii, na jednej ze stacji paliw kupiłem sobie Colę o smaku waniliowym. Taką oczywiście można też czasem od Niemca kupić w Polsce, ale ona zawsze kojarzyła mi się z wyprawami na wschód. Potem znikła. Zakup tego gazowanego napoju był pięknym lekiem na pielęgnację moich wspomnień. I dopiero w trasie uświadomiłem sobie jak wiele czasu potrzeba by to wszystko skonsumować. Te setki obrazów. Chwil. Smaków. Zapachów.

Ryanowi dałem słoik pełen ogórków, Żubrówkę, ptasie mleczko i małpeczkę wiśniówki marki Soplica. Mojej ulubionej zresztą.

Tego dnia poczułem niedosyt.