Miesiąc: Styczeń 2017

I tak spokojnie oddycha…

Wenecja. 2017

(…)
Cześć, gdzie uciekasz, skryj się pod mój parasol
Tak strasznie leje i mokro wszędzie
(…)
Wydaje mi się, że jesteś gdzieś daleko
Tak się tylko wydaje, bo właściwie ciebie nie ma
(…)
To wychowanie / T.Love

(…)
Siedzę w łóżku a obok śpi ona 

I tak spokojnie oddycha. 
(…)
List do M / Dżem

(…)
Zostaniesz tu – ile można tak żyć na palcach,
(…)
Andrzej Zaucha / Pocztówka z Paryża

(…)
Gdy po pokoju chodzisz, lubię wtedy śledzić cię

Uwielbiam mocną kawę, nikt nie robi jej jak ty
A kiedy szepczesz: „jestem”, to dla mnie najwspanialszy dźwięk
(…)
Varius Manx / Najmniejsze Państwo Świata

Mam takie wieczory, gdzie usilnie poszukuję siebie w różnych znanych mi utworach. Zazwyczaj widzę jednak siebie w przyszłości. Siebie w innym życiu lub kogoś kto żyje jak gdybym ja sam chciał być na jego miejscu. Niezmiernie lubię przenosić się w te historie utworów. Tworzyć jeden, tak bardzo mówiący, co we mnie siedzi, co czuję, czego zwyczajnie pragnę.

Ten rok zaczął się od tych utworów, których autorzy mieli najlepszy czas na ich tworzenie. To przecież  żadna tajemnica, że najlepiej tworzy się wtedy gdy człowiek jest szczęśliwy lub jest mu po ludzku źle. Źle czasem musi być, po prostu. Życie to istna amplituda. Inaczej byłoby nudno i bezproduktywnie. Człowiek tworzy tylko wtedy kiedy czuje, że musi, że chce.

Kończy się pierwszy miesiąc tego wyjątkowego roku. Roku najdłuższej podróży w moim życiu. Roku pokory w stosunku do życia. Miesiąc też skończył się 5000km podróżą po Europie i godzinami w samolotach. Tam na górze, chyba najlepiej mi się marzy, bo marzenia wypełniają mi miejsca w moim życiu w których jest kartka z napisem Rezerwacja. Odwracam się do tyłu i usilnie próbuję przypomnieć sobie, kto dokonał tej rezerwacji.

Nie można uciec od samego siebie przenosząc się z miejsca na miejsce / Ernest Hemingway

Muzeum Emigracji


















W przeciągu paru dni odwiedziłem dwa muzea. Może to złe zachowanie, ale omijam muzea. Nawet kilka lat przepracowałem w jednym, ale przez te długie 6 lat nie zdołałem przeczytać od deski do deski to co dopiero podczas wizyty w innym?

Kilka dni temu razem ze znaną blogerką i fotografką ze Szczecina – Kamilą Lewdańską, zwiedziliśmy Muzeum Historii Żydów POLIN. Dosyć długo zwlekałem z odwiedzeniem tego miejsca, ze względu na tematykę, która przyznam się nie jest dla mnie ani bliska (mimo dwukrotnej wizyty w pięknym(!) Izraelu) ani ciekawa. Budynek w środku przepiękny. Ekspozycja ogromna. W zasadzie myślałem, że jest to małe muzeum. Dopiero od około XIX wieku, mój wzrok był przyciągany przez informacje i fotografie.

Wczoraj, korzystając z możliwości szybkiego przedostania się z Warszawy do Gdańska, samolotem, razem z młodym fotografem Łukaszem Kłosińskim, wyruszyliśmy na zwiedzanie Gdyni, miasta które Łukasz kocha. Mówił, że gdyby nie kilka rzeczy, chętnie by tam zamieszkał. Tam też oświadczył się swojej dziewczynie, a już jesienią będę fotografował ich ślub.

Jednym z punktów spaceru (w drodze napotkaliśmy na czterech obywateli Korei Północnej, dam sobie za to uciąć rękę!) było Muzeum Emigracji w Gdyni. Żałuję, że wcześniej nie udało mi się tam zawitać, ale w myśl zasady lepiej późno niż wcale…cieszę się, że tam dotarłem. Nie pamiętam też bym ostatnio był gdzieś w jakimś muzeum, że miałem ochotę chłonąć każdą informację, wydrukowaną, naniesioną. Może dlatego że proces podróży, jest mi bliski. Jeśli będziecie kiedyś w Gdyni, Gdańsku czy Sopocie i mieli trochę czasu do marsz do tego muzeum.

Wieczorem samolot stał na płycie i czekał na odlot do Warszawy. Była mgła, która opóźniła powrót, ale poczułem taki spokój, zawsze go czuję kiedy samolot dotyka płyty lotniska i wiem, że czeka mnie coś dobrego. I tak właśnie czuję. To nadchodzi.

Chwila kiedy nie tęskniłem za Polską


Jechałem metrem. To było gdzieś między stacją Seneca Av, a Fresh Pond Road. Jechałem sam. Nie trudno to sobie wyobrazić, ale pierwszy raz jechałem sam w wagonie. Pamiętam, że biegałem po nim i krzyczałem. Gdy tylko metro zatrzymało się na stacji metra, wysiadłem, jak gdyby nic. Zdecydowanym krokiem podążyłem w kierunku ulicy Madison. Jednej z takich typowych uliczek Ridgewood. Chociaż to i tak nie ma żadnego znaczenia. Po prostu jedna z miliarda uliczek miasta Nowy Jork.

Na zegarku jeszcze kilka minut do spotkania w kawiarni The Spot. Ja nienawidzę się spóźniać. Idąc po prawej stronie zauważyłem jakiś plakat, od razu rzucił mi się w oczy, nie pamiętam co przedstawiał, ale był po polsku. Poczułem w sobie nagły przypływ czegoś całkiem interesującego, swojskiego. Po chwili stałem przed polskim sklepem. Po następnej chwili, stałem przed półką pełną polskich…mielonek. Sprzedawca rozmawiał z jakąś Polką, a ja zza tych mielonek, uśmiechnięty patrzyłem na tą całą, wydawało mi się, absurdalną i śmieszną sytuację. Było mi zwyczajnie dobrze. To była jedna z polskich dzielnic.

Po chwili byłem już za jednym z kawiarnianych stoliczków. Do lokalu weszła Monika i zaczęliśmy rozmawiać. Nie widzieliśmy się trzy lata. Ona żyje tu drugie tyle.

Kiedy nastał mój czas powrotu do mojej części miasta, wstąpiłem do delikatesów „Kefirek” i kupiłem mielonkę, tyrolską, Krakusa za 2,5$. Pomyślałem sobie, że śmiesznie będzie ją zjeść tak daleko od domu.

Był ranek 11-tego listopada. W niedużej kuchni hostelu w Queens, otworzyłem mieloneczkę, a obok mnie siedział Rodolfo. Przesympatyczny człowiek z północnej Argentyny. Byłem szalenie zadowolony, że mogę podzielić się czymś polskim, dla mnie tak charakterystycznym.

Tak świętowałem ten dzień i uwierzcie mi, nie tęskniłem za Polską. Nie taką jak dziś. I wtedy chyba nastąpił ten moment, kiedy poczułem się jak jeden z kilkudziesięciu milionów mieszkańców Nowego Jorku.

Przypomniało mi się coś jeszcze. Jak wracałem metrem to postanowiłem, że wysiądę na jakiejś stacji, zrobię sobie mały spacer i wsiądę do innej linii by skrócić sobie drogę do mojej noclegowni. Kiedy szedłem za jakimś ortodoksyjnym żydem w jednej z ciemniejszych uliczek Queens, uruchomiłem mapę googla, na której miałem zaznaczone punkty, miejsc które warto zobaczyć, albo po prostu „zaliczyć” nawet przy okazji. Okazało się, że byłem jedną….tylko jedną, przecznicę od kamienicy gdzie mieszkał sam Akeem, Książę Zamundy z filmu Książę w Nowym Jorku, jednego z moich ulubionych filmów, którego mogę oglądać milion razy w roku. Bodajże następnego dnia byłem w hotelu Waldorf Astroria, ale płatków róż nie było i króla Jaffe Joffera też nie :(