Miesiąc: Lipiec 2018

Via Baltica / Warszawa – Kowno

Od kiedy zacząłem interesować się tym co jest za naszą wschodnią granicą to kilka miejsc i tras do dziś powoduje u mnie szybsze bicie serca. Będąc kilka lat temu po zachodniej stronie USA miałem okazję jechać znaną Route 66. Tuż obok mojego domu można śmiało wskoczyć na inną ciekawą trasę, mianowicie Via Baltica, której oficjalna nazwa to E67, a prowadzi z Warszawy do Tallinna. Nie przejechałem jej całej, ale wszystkie większe (no prawie!) miasta na jej trasie zaliczyłem. Na raty, ale też nie powiedziałem sobie ostatniego słowa i mój plan nadal uważam otwarty.

Kiedy za oknem ciepło, zaczynają się wakacje, a miliony ludzi rusza się z domu to w moim przypadku nie jest to takie jednoznaczne. Ogranicza mnie czas i tak też było w tym przypadku. Kilka dni to za mało na to co człowiek chciałby zobaczyć i przejechać. Pojawia się piękne słowo kompromis. Odrzuciliśmy Tallinn ponieważ był on zbyt daleko, a co jest zbyt daleko to pochłania cenny czas. Oczywiście można było tam pojechać, ale po co być gdzieś na chwilę i nie mieć możliwości nacieszenia się tym pięknym miastem? Zostawmy to na jutro, może pojutrze.

Pierwszym etapem podróży było dotarcie do Kowna z którego następnego dnia mieliśmy ruszyć do Rygi. Do Kowna z Warszawy jest 400 kilometrów. Z Kowna do Rygi jest 260 kilometrów. Miałem ochotę to zrobić na raz, ale zawsze kiedy fotografuję ślub to następnego dnia mam już inny pokład energii. Dlatego też stwierdziliśmy, że pojedziemy na spokojnie z noclegiem w Kownie i małym zwiedzaniem. To było idealne rozwiązanie.

Kierowcy z Litwy lubią nasz kraj bo mogą tu łamać wszystkie przepisy i jeździć jak dziki, ale u siebie są już grzeczni. Inni też są grzeczni bo kary za łamanie przepisów (np. prędkość) są o wiele większe jak u nas. Może kiedyś znajdzie się jakiś bat na idiotów za kierownicą. Zresztą podczas całej podróży widziałem jedną kontrolę prędkości gdzieś na Łotwie. Nie wiem gdzie jest policja po naszej stronie. Może muszą chronić Naczelnika, albo walczyć pod Sejmem? Nie wiem, ale wk…a mnie to wszystko.

Kowno. Szału nie ma. Zwykłe litewskie miasto, rok temu byłem w pięknym Wilnie. Ichniejsza starówka warta spaceru, a także rzeka Niemen (widziałem ją drugi raz!). Kowno to dobre miasto właśnie na nocleg i krótki spacer w drodze do kolejnego punktu.

Drogi po stronie litewskiej są kiepskie, przez Litwę jedzie się wolno (ekonomicznie), ale bezpiecznie. Odcinek gdzie jechałem astronomiczne 130 km/h nie był długi. Generalnie jazda była stosunkowo przyjemna, może też dlatego że zawsze chciałem tak się poruszać. Chociaż miałem okazję kierować samochodem w paru krajach to uważam, że moje zagraniczne doświadczenie jest mizerne. Gdzie ja kierowałem? Dania, Czechy, Litwa, Łotwa, Białoruś i USA. Mam ochotę na więcej.

Przed Kownem przestało działać Polskie Radio 1 w którym słuchałem relacji z meczu. Fajne uczucie.

















Tauzen

Gdzie jechać? Gdzie lecieć? Gdzie płynąć? Tylko do Katowic. Jakąś mam słabość do Śląska i jego „stolicy”.

W niedzielę wstałem o wschodzie słońca z nadzieją na piękny wschód. Nie było tak jak sobie wymarzyłem, ale i tak postanowiłem troszkę polatać koło Spodka. Po pierwszym locie postanowiłem przenieść się bliżej Superjednostki. Mój dron można spakować w małe opakowanie. W kieszeni kontroler, telefon i dodatkowa bateria. Położyłem drona i wystartowałem, wszystko tak jak powinno być. Obok mnie leżało opakowanie na drona, a w środku mój case od telefonu w którym mam 20 zł, które znalazłem kiedyś w Parku Skaryszewskim i od tamtej pory noszę zawsze przy sobie. Mój wzrok wbity w telefon i drona. Nagle patrzę, a jakiś łachmyta trzyma mój case na drona, zamyka mu zamek błyskawiczny i daje dzidę w krzaki, jak się rzuciłem, jak mendę złapałem, jak nim szarpnąłem. Trzeba uważać.

Tego dnia byliśmy też w Gliwicach u Marcina i Grześka z którymi byłem w Iranie, a na wiosnę lecimy w kolejne ciekawe miejsce.

Pociąg z Pragi do Warszawy przez Katowice spóźnił się godzinę. Było ciepło, a w telefonie śledziłem kolejny mecz MŚ w Rosji.

Bałtyk
















Miał być jeden dzień. Wyjazd rano, powrót wieczorem. Okazją miała być sesja poślubna jednej z moich Par Młodych. Potem rozrosło się to do weekendu, a finalnie wyszedł blisko tydzień. Ze względu na dziwnie kapryśną pogodę do zdjęć zakochany nie doszło. Mimo to wyjazd na Hel był jak zawsze udany.

Na Helu byłem pierwszy raz w 2005 roku. Potem chyba w 2010 roku, moim pierwszym samochodem na LPG. W pamięci pozostały mi dzikie wakacyjne tłumy, a to zawsze mnie odrzuca. Dopiero od 2016 roku to miejsce jawi mi się szalenie wyjątkowo. Ten czas wyjazdu był ostatnią chwilą na to by cieszyć się tymi małymi miejscami bez wypoczynkowej szarańczy. Chętnie tam jeszcze w tym roku wrócę, ale jeśli tylko będę mógł to klasycznie po wakacjach.

Zawsze warto wybrać się na północ od miasta Hel, na dziką plaże z widokiem na Bałtyk. Turyści klasyczni raczej unikają tego miejsca bo mają daleko do strefy gastronomicznej, a także do tych stoisk z pamiątkami. Można od tego uciec.

Potem ruszyliśmy na północ. Kuźnica, Władysławowo, Karwia, Jastrzębia Góra. I dalej w kierunku Gdyni. Puck i Rewa. Bałtyk i zatoka mają coś w sobie, co przyciąga. Nie musimy na siłę szukać piękna za naszą granicą bo u nas jest cudownie. Gdyby tylko mieć więcej czasu :)