Strona główna » Uzbekistan: Nukus – Mizdarkhan – Moynaq (część 1)

Uzbekistan: Nukus – Mizdarkhan – Moynaq (część 1)


Poranek. Przed hotelowym pokojem stoi moja walizka. Na plecach mam plecak. Zapakowany delikatnie tym co powinien mieć. Ostatni raz klasycznie zerkam czy czegoś nie zapomniałem.

To był kolejny dzień na który czekałem, a jeśli powiem, że prawie najważniejszy to nie będę mijał się z prawdą. Tak uważam. Chociaż absolutnie nie znaczy, że inne dni były gorsze, ale tu chwile były wyjątkowe w pewien sposób. Więc po zjedzonym śniadaniu, zdaniu hotelowego pokoju, wsiedliśmy w nasze auto i ruszyliśmy na północny-zachód. Dosyć szybko opuściliśmy Nukus, a naszym pierwszym przystankiem była nekropolia Mizdarkhan przy samej granicy z miastem Khodzheyli. Minęliśmy wielbłądy, a potem znak który ponownie informował mnie o bliskości Turkmenistanu. I nagle jak niby nic na horyzoncie pojawił się właśnie Mizdarkhan. Wzgórze z charakterystycznymi budowlami.

Nie jestem fanem cmentarzy, chociaż jak każde życie jest z nim związane. Od wielu lat cmentarze są dla mnie inne, a wszystko przez wydarzenie w życiu, kiedy mój pochowaliśmy Dziadka. Od tamtej pory unikam ich, chociaż te nie w Polsce są po prostu pozbawione, a raczej nie są obarczone emocjami. Egzotyka czy orient. Te muzułmańskie w szczególności. Przez niecałą godzinę spacerowaliśmy między grobami na wypalonej ziemii. Nad wszystkimi górowała dziwna trójkątna konstrukcja, która przypominała jakiś system wyciągania zawartości studni. I ten nieduży szczyt był celem pielgrzymów, gości odwiedzających cmentarz. Chwilę poobserwowałem ludzi i sam udałem się na jej szczyt. Z góry widok był równie ciekawy co z dołu. I to z góry dopiero było widać przestrzeń.

Mizdarkhan został założony blisko 2500 lat temu, a od 1700 lat służy jako nekropolia. Dopiero zagłębiając się w historię tego miejsca, wieża na wzgórzu zaczyna mieć inne znaczenie. Od tego jest właśnie moje podróżowanie po powrocie. Ta prosta konstrukcja to wieża ciszy. Pozostałość po cmentarzu zaratusztriańskim. W przeciwieństwie do muzułmanów, Zaratusztry (religia wywodzi się z Iranu) nie grzebali swoich zmarłych, ale raczej pozostawiali ciała na pożarcie przez ptaki drapieżne na szczycie płaskiej wieży zwanej dakhmą. I często niewiedza przed i w trakcie, nie pozwala nam na zrozumienie miejsca. I z góry obserwuję jak pielgrzymi układają kamienie na samym początku wzgórza.

Wśród milczących grobów stoi mały domek z białymi ścianami. Obok kręci się starszy mężczyzna. To stoi w słońcu to chowa się pod dachem. Jego skóra jak ta ziemia, jest wypalona słońcem. Kiedy poznaję jego imię (nie byłem w stanie zapamiętać imion moich chwilowych bohaterów, a nie zapisałem sobie, proszę mi to wybaczyć), zapraszam go na białą ścianę i fotografuję. Za chwilę znów jesteśmy pod autem, ale w drodze do auta fotografuję nagrobki, a raczej wyryte na nich twarze. Samochód zawraca i ruszamy na północ. Wskaźnik z paliwem sugeruje by mieć na uwadze uzupełnienie baku. I tak wjeżdżamy do małego miasteczka Kanlykul, które na mapach widnieje jako Leninabad. I tu miałem szalone wyobrażenie, że na środku jakiegoś placu stoi wielki Lenin w turbanie. Gdzie tam. Jak wjechaliśmy tak wyjechaliśmy. W naszym programie ekspresowego zwiedzania miasteczka nie było tam nic ciekawego uwagi.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie stacji paliw na której będzie potrzebne nam paliwo AN-91(92) i właśnie to paliwo, w zasadzie za nas zadecydowało o przyszłym planie zwiedzania Karakałpacji. Jedna stacja, paliwa brak. Druga stacja – wygląda jak by od lat 80-tych nie sprzedawała paliwa. Trzecia stacja. I tu miły Pan oznajmił, że najbliższa stacja jest około 40 kilometrów za nami, znaczy się w Nukusie. W aucie pali się rezerwa, ale ta rezerwa której się unika. Może zostało nam 40, może 50 kilometrów zasięgu. Jest ratunek bo przy wjeździe na główną drogę widzieliśmy stacje. No tak. Stacja z metanem, benzynką, ale naszego nie ma. Motyla noga! Grzesiek zwolnił, klimatyzacja wyłączona. Radio i tak nie działało. I tak tracąc sporo cennego czasu i nerwów, ponownie wjechaliśmy do Nukusu, gdzie znalazła się stacja na której udało nam się zatankować do pełna. Pełny bak, pełna radość, portfel lżejszy o 500 tysięcy. I ponownie wskoczyliśmy na bardzo ładną trasę A381. Naszym celem dziś był Moynoq (Mujnak). Stolica Morza Aralskiego.

Kiedy minęliśmy z lewej strony miasteczko Qo‘ng‘irot (wymówcie to na głos), droga diametralnie siłę zmieniła. W zasadzie była to taka której się najbardziej obawialiśmy na całej trasie. Na szczęście ten ostatni odcinek z kiepską drogą (100 km) pokonaliśmy w niecałe dwie godziny. Im dalej tym cieplej. Krajobraz był już nam znany, ale emocje w mojej głowie rosły. Nie mogłem się doczekać. I tak po wjeździe do Moynaq’u po prawej stronie widoczny był pas startowy, a po lewej jedyna stacja paliw. Wyobrażałem sobie to miejsce jako totalną dziurę, ale moje zaskoczenie było tym większe, że okazało się iż to miejsce jest całkiem zadbane, normalne, a nawet są małe bloki mieszkalne. Nie wiem czemu miałem takie puste wyobrażenia. Wszystko prze oglądanie map zwykłych i satelitarnych. Tutaj starałem się też nie oglądać żadnych fotografii z tego miasta i było to dobre posunięcie.

Dojechaliśmy do celu. Na krawędzi wielkiego klifu ukazał się bezkres Morza. Bez wody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.