Kategoria: Białoruś

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 3)

Bezszelestnie opuściliśmy hostelowy pokój, swoje rzeczy zrzuciliśmy w kuchni, szybkie ogarnięcie się i ruszyliśmy z samego rana na dworzec. Miasto było puste, wypełnione zapachem najpiękniejszego lata, czasu podróży w wakacje, jak kiedyś. Nawet wtedy myślałem, że taki zapach kojarzy się z pewną beztroską. Kupiliśmy bilety na plackartnyj i usiedliśmy na jednej z wolnych ławek przed budynkiem dworca. Śniadanie mistrzów. Tyrolska. Symbol podróży. Zapach wakacji.

Pociąg był o czasie. Wsiedliśmy i zajęliśmy wolne dolne prycze. W tej klasie i przy takich odległościach nie trzeba leżeć, chociaż im dłużej czytałem książkę tym bardziej chciało mi się spać. Wnętrze tego wagonu (blisko 60 łóżek bez zamykanych przedziałów) wypełniał także morderczy upał, który od razu zniknął gdy pociąg ruszał z każdej stacji. Po blisko 4 godzinach jazdy z Witebska, przywitał nas Mińsk. Tęskniłem za tym miastem, ale chyba najbardziej za…metrem i jego zapachem. Zważając na fakt, że miasto Mińsk znam całkiem nieźle (w sumie byłem tu kilka dobrych razy), bez problemu dotarliśmy do naszego hotelu „40 lat Zwycięstwa”. Ten budynek to po prostu typowy jak na to co jest za Bugiem, budynek mieszkalny przerobiony na hotel. Skromnie liczyłem na większą sowieckość, ale warunki miło nas zaskoczyły. Pani z recepcji obiecała nam, że nikt z nami nie będzie mieszkać. W jednym „pokoju” były dwa mniejsze. Na jeden „pokój” przypadała wspólna łazienka. My jednak czuliśmy, że mimo zapewnień Pani trafią nam się goście z Litwy.

Mińsk przywitał nas chłodem. Tradycyjnie zapuściliśmy się w miasto i tak też wyglądały te nasze trzy pełne dni w Mińsku. Metro. Ostatnie stacje. Blokowiska. McDonald i Big Tasty(!). Pomniki i skwery. Szerokie ulice. Znane miejsca. Sklepy.

Muszę powiedzieć, że ostatni raz w Mińsku byłem w 2014 roku (Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie) i to miasto już inaczej wyglądało. Mińsk dziś, a Mińsk z 2004 roku to jak dwa różne światy, mimo że ulice pozostały bez zmian, patroni tych ulic także. Podróżując przez ulicę Lenina, przez Partyzancką do Puszkińskiej. Wojna tego miasta nie opuści. To miasto, mam wrażenie zostało na wojnie zbudowane.

Co pozostanie? Smak kwasu chlebowego, ciepło i burza. Także dziwne poczucie, że czas chyba w swoim podróżach pominąć Białoruś. Zobaczymy.

W następnym wpisie wytłumaczę dlaczego wszystkie wpisy z Białorusi z tej wyprawy miały jeden tytuł.

Belarus_Danieluk_2016_026
Belarus_Danieluk_2016_027
Belarus_Danieluk_2016_028
Belarus_Danieluk_2016_029
Belarus_Danieluk_2016_030
Belarus_Danieluk_2016_031
Belarus_Danieluk_2016_032
Belarus_Danieluk_2016_033

CDN.

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 2)

Belarus_Danieluk_2016_009
Belarus_Danieluk_2016_010
Belarus_Danieluk_2016_011
Belarus_Danieluk_2016_012
Belarus_Danieluk_2016_013
Belarus_Danieluk_2016_014
Belarus_Danieluk_2016_015
Belarus_Danieluk_2016_016
Belarus_Danieluk_2016_017
Belarus_Danieluk_2016_018
Belarus_Danieluk_2016_019
Belarus_Danieluk_2016_020
Belarus_Danieluk_2016_021
Belarus_Danieluk_2016_022
Belarus_Danieluk_2016_023
Belarus_Danieluk_2016_024
Belarus_Danieluk_2016_025
Witebsk
Pociąg z Brześcia (poprzedni wpis) przyjechał w samo południe. Witebsk skąpany był ogromną ilością słońca. Tuż przed głównym wejściem na dworzec, widniały wielkie plakaty, setki flag w barwach Białorusi (zielony i czerwony), które mnie olśniły.

Tuż przed wyjazdem do Witebska szukałem noclegów (booking.com) i serwis informował o blisko 98% obłożeniu miejsc. Pomyślałem sobie, no tak, wakacje, ale w sumie co mieli by robić tutaj ludzie? Dopiero przed tym dworcem zobaczyłem, że w Witebsku (tego dnia!) rozpoczyna się Słowiański Bazar. To nic innego jak najważniejszy festiwal piosenki na Białorusi. Połączenie Opola i Spotu oraz Zielonej Góry (Festiwal Piosenki Radzieckiej). W tym roku festiwal obchodzi swoje 25-cio lecie. A każdy z nich jest pod patronatem Prezydenta Białorusi, Aleksandra Łukaszenki.

Są dwie ciekawostki związane z jego początkiem. Przed Słowiańskim Bazarem miał miejsce…uwaga(!) Festiwal Piosenki Polskiej w Witebsku, na potrzeby którego zbudowano w 1988  amfiteatr. A w 1994 roku swój zagraniczny debiut miała na scenie Anna Maria Jopek. W 2013 festiwalowy konkurs wygrał Polak, Michał Kaczmarek i szczerze nie kojarzę chłopaka.

Przeszliśmy przez całe miasto, które przypomniało jeden wielki festyn i zameldowaliśmy się w hostelu (tylko to nam zostało do wyboru w wersji eco). Pokój na 10 chłopa. Łóżka piętrowe. I jak ognia unikam takich miejsc, ale wyboru nie było, zresztą to tylko jedna noc. Cena dosyć wysoka. Po zrzuceniu plecaków, odświeżającej kąpieli ruszyliśmy na kilkugodzinny spacer.

Tak jak wspominałem miasto tętniło festynowym, kiczowatym klimatem. Samo miasto w sobie nie było jakieś za szczególne. Widać, że główne trakty powstały w latach 50-tych. Ten architektoniczny styl wypełniał, wszystkie miasta i miasteczka właśnie tak wyglądają. Szerokie ulice, sowieckie detale, ma to swój urok.

Przez cały dzień czekaliśmy na rozpoczęcie festiwalu. Główną gwiazdą wieczoru był Prezydent. Wszędzie ochrona, milicja, śmigłowiec który od samego naszego przyjazdu krążył nad miastem. Było czuć jakieś bliżej nieokreślone podniecenie, a może to było tylko w mojej głowie, gdzieś jakaś dziwna nadzieja, że zobaczę samego Łukę? Hokeistę numer 1?

Kiedy tylko rozbrzmiały festiwalowe dźwięki, a my byliśmy już po Big Tasty (kanapce w McDonaldzie, której nie ma w Polsce, a jest za wschodnią granicą) udaliśmy się pod amfiteatr z nadzieją na cokolwiek. Blisko 500m od samego punktu zero, kontrola zawartości plecaka. Ponieważ zawsze mam przy sobie blaszanego przyjaciela (gaz pieprzowy), więc musieliśmy go ukryć pod drzewem. Czułem się jak szpieg, który pod korą za murkiem, chowa jakąś wiadomość. Wyglądało to śmiesznie, ale zwyczajnie nie chciałem kłopotów, tak jak to miało miejsce w 2004 w Londynie.

Staliśmy wśród tych którzy nie mieli biletów. Zapewne ich zakup graniczył z cudem, ale jakoś nawet stojąc taki kawałek od sceny nie miałem w sobie poczucia, że chciałbym tam być, no dobra chyba tylko by zobaczyć Prezydenta na żywo. Nagle dobiega do nas śpiewa nam znany. Szybkie przeszukanie pamięci i rozszyfrowanie dźwięków, które dochodząc do nas były nieczyste. To Maryla Rodowicz. Będąc w hostelowej kuchni oglądaliśmy powtórkę z jej występu. Nic ciekawego.

Rano mieliśmy pociąg do Mińska, trzeba było wcześnie położyć się spać, a dopiero po północy zeszli się wszyscy ludzie. Cicho, na paluszkach. Strach było się ruszyć bo łóżko tak trzeszczało, że było mi jakoś wstyd.

Nie pamiętam o czym śniłem.

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 1)

Kiedy pierwszy raz przekraczałem granicę polsko-białoruską, przez moje ciało przechodziła fala magicznej energii. Był wrzesień 2004 roku. Miałem wtedy 21 lat. Rok wcześniej pierwszy raz przekroczyłem granicę, taką która wydawała mi się czymś nieprzekraczalnym i niedostępnym. Było lato 2003 roku, a ja pojechałem na Krym. By zarobić na ten wyjazd sprzedałem gitarę i pracowałem blisko trzy tygodnie jako roznosiciel ulotek. Najgorsza praca w życiu, a zarobek był w granicach 250zł…za cały okres pracy.

Dziś kiedy przekraczałem granicę polsko-białoruską czułem pewien sentyment. Od tamtego czasu minęło 12 lat, a ja przez ten cały czas raz do roku odwidziałem ten kraj, nawet na kilka godzin, kiedy to podróżowałem do Rosji. Za każdym razem gołym okiem widziałem przemiany, te fizyczne, tych innych nigdy nie czułem. Kiedyś nawet wierzyłem ślepo w hasła o Wolnej Białorusi, te piękne flagi biało-czerwono-białe powiewające podczas pięknych koncertów. Dziś wierzę jedynie w to, że Białoruś jest sztucznym krajem, który buduje swoją historię i symbole na jedynie kilku rzeczach. Czy do mnie to przemawia? Nie wiem. Uważam to za coś normalnego.

Ten wyjazd w moim mniemaniu był na pełnym luzie, nie chciało mi się z grubsza nawet fotografować, a obserwować. Rozkoszować się zapachem metra, smakiem kwasu chlebowego i wszech obecnym klimatem, który zawsze ładuje moje baterie na dosyć długi czas, a przecież dwa miesiące temu byłem w Gruzji. Ten wyjazd na Białoruś to także chyba jakieś tymczasowe zamknięcie pewnego rozdziału związanego z tym krajem. Czas na coś nowego, coś dalszego.

Podczas wyjazdu powstał także materiał wideo, który w zasadzie jest super wakacyjny, bez żadnego ciśnienia, takie coś na co miałem od dawna ochotę.

Warszawa – Brześć – Witebsk
Wsiadamy do porannego pociągu Warszawa – Terespol. Cały przedział nasz. Musimy tak dostać się do Terespola by wsiąść o 11:25 do pociągu na Brześć. Pociąg już nie taki jak kiedyś. Brak drewnianych siedzeń, ale o dziwo nie są to dwa wagony, a blisko osiem. Dwa wagony dla zwykłych ludzi, reszta dla…deportowanych obywateli. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Pociąg rusza z blisko godzinnym opóźnieniem. W środku żar roztapia obicia łóżek. Dopiero w kolejce stojąc wśród nich dowiedziałem się kim są, gdzie jadą, chociaż ich życie nadal było dla mnie nadal wielką zagadką. Po powrocie dowiedziałem się, że w Brześciu czeka blisko 1000 osób na wjazd do Polski (UE), ale ta blokuje ich wjazd. I tak jak piłeczki ping-pongowe odbijają się od granicy. To przejście graniczne zawsze mnie jakoś przerażało. Pani z paszportowego okienka poprosiła mnie o dowód osobisty, bo w dokumentach nie miałem takiej dużej brody, a w zasadzie kolejka składała się z samych czeczeńskich brodaczy. Pani z lodowatą od uczuć twarzą wbiła pieczątkę i oddała paszport.

Korzystając z kilku godzin wolnego do pociągu relacji Brześć – Witebsk, razem z Dawidem udaliśmy się na długi spacer po mieście. Chociaż byłem tu kilka razy, to nigdy nie udało mi się zobaczyć tego co najważniejsze…Twierdzy Brzeskiej, a w zasadzie jego jedynego elementu. Wysokiego obelisku przedstawiającego bagnet. Całość otworzono w 1971 roku.

Zawsze gdy byłem u mojej Babci (która odeszła w maju tego roku) to podziwiałem ten obelisk, który górował nad całym horyzontem. To chyba on przyczynił się do tego by przekroczyć Bug, ale dopiero 12 lat od pierwszej wizyty udało mi się go zobaczyć z bliska i dotknąć. Pomijam jego symbolikę, miejsce w jakim się znajduje, to po prostu symbol mojego dzieciństwa. Srebrna sztyca, która o zachodzie słońca, odbijała od siebie promienie słoneczne. Sama Twierdza nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia.

O 20:30 pociąg ruszył do Witebska. Pociąg typu kupe, cztery łóżka w zamykanym przedziale. Na dole dwie młode Białorusinki, które rano miały swoją kurczakową ucztę i od rana gaworzyły nie bacząc, że śpimy na dwóch górnych pryczach. W sumie byłem szczęśliwy, że mam przed sobą blisko 15 godzin jazdy i blisko 800km. Nie pamiętam o czym śniłem, pociąg miał wiele przystanków i po całej podróży czułem się jak pranie po szybkim odwirowaniu, chociaż uwielbiam podróżować tymi wschodnimi pociągami. Szczególnie miło wspominam ten poranny czaj w cienkiej szklance i metalowym koszyczku zwanym podstakańczykiem.

Rano czekał na nas Witebsk skąpany latem. Prawdziwym latem.

Belarus_Danieluk_2016_001
Belarus_Danieluk_2016_002
Belarus_Danieluk_2016_003
Belarus_Danieluk_2016_004
Belarus_Danieluk_2016_005
Belarus_Danieluk_2016_006
Belarus_Danieluk_2016_007
Belarus_Danieluk_2016_008