Kategoria: Chiny

Thames Town. Bliżej nie znaczy lepiej

ROB_7510

ROB_7512

ROB_7516

ROB_7518

ROB_7591

ROB_7589

ROB_7586

ROB_7583

ROB_7582

ROB_7578

ROB_7576

ROB_7574

ROB_7567

ROB_7561

ROB_7555

ROB_7553

ROB_7551

ROB_7549

ROB_7543

ROB_7531

ROB_7526

Pamiętacie oszukany Paryż pod Hangzhou? Jeśli nie zapraszam Was do Tianducheng. Postanowiliśmy, że odwiedzimy kopię angielskiego miasteczka na peryferiach Szanghaju. Wiemy, że w Chinach kopiowanie nie jest niczym nowym. Gdzieś udało mi się przeczytać, że obecnie budowana jest kopia jakiegoś alpejskiego miasteczka bodajże w Austrii, oczywiście bez zgody władz tego miasta, a co tam! Austria tak daleko, tak inaczej. Zafascynowani wsiedliśmy w metro i jedną przesiadką byliśmy już niedaleko Thames Town. Okazało się jednak, że bez podróży autobusem dojście zajęło by nam z 1,5 godziny. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy autobus i śledząc mapę na telefonie (CityMaps2Go) udało nam się zbliżyć i zobaczyć osiedle mieszkaniowe zbudowane za bagatela 2,960,000,000 złotych. Jak kto woli 800mln $! Ja osobiście nie wyobrażam sobie ile to jest gotówki, ale robi wrażenie.

Samo miasteczko (osiedle) robi wrażenie. Widać, że mieszka tam dużo ludzi w przeciwieństwie do Tianducheng, oszukanego Paryża. Widać nawet po samochodach, że na biednych nie trafiło. Mieszkańcy mogą poczuć się jak w Anglii. Li mieszka na Oxford Street, a Lu na Elizabeth Queen Street. W wolny dzień mogą coś zjeść w English Restaurant, a wieczorem napić się czegoś w Punk Pub. Nie ukrywam, ale przez chwile poczułem się jak bym nagle w przeciągu minuty przeleciał z 10,000km. Oczywiście wszystko to jest złudne jak sen. Urokliwe budynki, wąskie uliczki, małe mosty i na środku miasteczka kopia kościółka z Bristolu (Christ Church, Clifton Down). Szukaliśmy też pomnika Harrego Pottera (tak się to pisze?), ale się nie udało. Stał za to Churchill.

To co najbardziej rzuciło mi się po oczach to ogromna ilość Par Młodych wykorzystująca klimat i architekturę podczas ich plenerów ślubnych. Nie jest mi to temat obcy, ale nie ukrywam, że w życiu nie widziałem tylu Par Młodych w jednym miejscu! Szczególnie było to widać pod kościołem, ale w tych uliczkach, żeby nie skłamać na każdym kroku i rogu była jakaś Para Młoda. Ciekawie było przyglądać się jak pracują chińscy fotografowie i wydaje mi się, że też mógłbym odnieść sukces na ich rynku. Europejski fotograf który portretuje azjatyckie Pary. To oczywiście wizja, ale kto wie…kilka fotograficznych marzeń mam.

 

Szanghaj

ROB_7223

ROB_7496

ROB_7495

ROB_7473

ROB_7471

ROB_7454

ROB_7430

ROB_7419

ROB_7400

ROB_7399

ROB_7390

ROB_7375

ROB_7274

ROB_7268

ROB_7247

ROB_7241

ROB_7233

Szanghaj to miasto które dziwnie mnie zaskoczyło. Po długim dosyć pobycie w innej części Chin miałem wrażenie, że Szanghaj to miasto światowe, nowoczesne i mocno kontrastowe. Znów podzielone trochę jak Hong Kong. Z jednej strony biednie i ciekawie, z drugiej bogato i nudno. Ogromne budynki, ogromna metropolia. Tuż obok samej promenady zabudowania jak z początku XX wieku z nadal wspólnymi publicznymi toaletami dla mieszkańców. Istna podróż w czasie za darmo.

Zatrzymaliśmy się w jednym z hosteli. Opinie oczywiście średnie, ale muszę przyznać, że było bardzo fajnie. Prosto, trochę staro, ale do stacji metra nie było daleko. Szanghaj pozwolił nam trochę na chwilę odpoczynku po tym co działo się w poprzedniej części wyjazdu (bieganina, upały, szpital, góry). W tej podróży także mieliśmy kilka dni technicznych. To takie które charakteryzują się wolnością wyboru i nikt z góry nam nie nakazuje na łazęgi, zwiedzania, spacery tylko na to by się wyspać, zrobić pranie (mieliśmy małe bagaże), odpocząć, posiedzieć na necie, poczytać książki czy zrobić zakupy na śniadanie. I to nie jest takie proste jak się wydaje. W okolicy hostelu (hotelu) po obu stronach dużej ruchliwej ulicy znajdowały się różne sklepy. Te z żywnością i wodą cieszyły się moim największym zainteresowaniem. W Chinach popularne są takie piekarnio-cukiernie. Śniadanie na słodko nie jest wymarzonym początkiem dnia, ale tu wyboru nie ma. Oczywiście można zacząć od makaronu czy ryżu, ale jednak człowiek mocno przyzwyczajony do polskiego sposobu żywienia. Napisałem polskiego bo europejskie w moim rozumowaniu to już tościk, na słodko i jesteśmy kulinarnie na śniadaniu w USA. Wybierający się do Chin mogą o tym zapomnieć. Próbowałem szukać dżemów (etc), ale wybór ograniczał się do jednego rodzaju! Na szczęście tuż za wielkim mostem był Carrefour, ogromny market w którym był dział z importowanymi produktami (sery, generalnie dużo z Europy) w takich cenach, że wolałem pozostać przy słodkiej bułce i kubeczku ciepłego czaju niż wypłukać cały budżet do denka. O dziwo przez cały pobyt w Chinach smakowałem się w ciastkach Oreo, których w Polsce nie jem. Od czasu powrotu też ich nie jem.

Jednej nocy miałem sen ściśle związany z jedzeniem. Śniła mi się komórka (mini garaż) w której mój Tata przechowywał dużo rzeczy mięsno-nabiałowych. I zamiast okna jakie w rzeczywistości było, było takie okienko jak na poczcie. I Tata chwalił się wielkim baleronem który zakupił na święta (a to było na tydzień przed Wielkanocą), a potem chciał mi przez to małe okienko dać ten baleron. Niestety okienko było za małe…i rano uświadomiłem sobie czym jest tęsknota za serem i mięskiem takim jakim żywię się w Polsce ;)

W Szanghaju wyznaczyliśmy sobie kilka miejsc do zobaczenia. Jedną z nich było osiedle mieszkaniowe oddalone o 45km od Centrum. Nim jednak tam pojechaliśmy kupiliśmy sobie bilet do Pekinu na pociąg klasy G, ten który 1400km pokonuje w 5 godzin…