Kategoria: Kirgistan

Warszawa – Biszkek

Port lotniczy w Astanie

Na stacji w Warszawie spotkałem Szymona. Za chwilę piliśmy gorący czaj bo nasz pociąg już na starcie złapał opóźnienie. Było jakoś tak przenikliwie zimno, a pociąg łapał jeszcze większe straty. Dlaczego pociąg? Taki był plan. Nasz lot do Astany w Kazachstanie był z Budapesztu. Do tego w Katowicach dosiadł się Marcin i Grzesiek. Cała podróż z Warszawy do Budapesztu trwała blisko 10 godzin. Polska, Czechy, Słowacja i Węgry. Pociąg jechał przez Bratysławę i Štúrovo. W tej ostatniej miejscowości w 1999 roku spędziłem letnie kolonie. Od tamtego wyjazdu nie jem papryki. Przez blisko dwa tygodnie karmili nas papryką, a z okien pokoju było widać Dunaj i Węgry. Za to w Bratysławie byłem z Olą blisko 5 miesięcy temu. Jakaś ta podróż zrobiła się sentymentalna.


W Budapeszcie mieliśmy nocleg blisko ostatniej stacji metra. Dzięki temu powstała oszczędność czasu bo z tej stacji odjeżdża autobus na lotnisko. Tuż obok lokalna restauracja z kuchnią węgierką. Ostatni taki prawie „domowy” obiad na trasie naszego wyjazdu. Zajazdowy klimat z biesiadną muzyką węgierską. Dobry klimat.

Następnego dnia ruszyliśmy autobusem na lotnisko. W drodze natrafiliśmy na szalenie miłego pracownika LOT-u, Węgra. Możliwe nawet, że to pilot jednego z samolotów LOT-u do USA. W Budapeszcie jest polski hub. Gratulacje dla polskiego przewoźnika bo takiego chama to dawno moje oczy nie widziały! Naklejka na torbie z napisem CREW nie zrobi z Ciebie Boga. Może kiedyś się jeszcze spotkamy.

Naszym przewoźnikiem był Wizzair. Bilet kosztował 360 zł w dwie strony, dlatego też to właśnie to połączenie narzuciło nam taką trasę z Europy do Azji. Sam lot trwał blisko 5 godzin z kawałkiem. Z okien było widać powoli zasypiającą Rosję. Zawsze się zastanawiam czy jak człowiek leciał 10 kilometrów nad ziemią to już był w tym kraju? W Astanie było już bardzo późno, a za oknem padał śnieg i było zimno. Przekiblowaliśmy kilka godzin w lotniskowej restauracji. Było tak pusto i cicho.

Rano wsiedliśmy do samolotu Astana – Biszkek linii Air Astana. Po blisko 25 godzinach na nogach i postoju na płycie przez kolejne 1,5 godziny miałem już serdecznie dosyć wszystkiego. Zawiniła tu pogoda bo wszystko było w śniegu. Dwie godziny później byliśmy już w Kirgistanie. Stolica, Biszkek przywitała nas słońcem i ciepłem. Ruszyliśmy do hotelu. Zmęczony ale szczęśliwy, że po blisko 50 godzinach od wyruszenia z Warszawy, udało się szczęśliwie osiągnąć pierwszy cel. Potem się okazało, że to najlepszy hotel na trasie. Prysznic staje się złotem.

Biszkek to okropne miasto. Nic tu nie ma. Serio. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek czuje się zagubiony. Jakiś plac. Sklepy. Bazar. Trafiliśmy do fajnej knajpy, gdzie zjadłem manty. Jestem wielkim fanem wszystkich pierożków. Do tego czaj. Lekki ale całkiem dobry. Tutaj co ciekawe mocna herbata nie jest popularna, a mi zwyczajnie bez tego było ciężko żyć. Wracając do stolicy Kirgistanu, Biszkek nie zaskoczył mnie kompletnie niczym. Ani pozytywnym, ani negatywnym. Miałem nawet ochotę uciekać, zapomnieć i ruszyć w nieznane. Tradycyjnie wstąpiłem na pocztę by kupić kartki pocztowe i znaczki. I tu moje zdziwienie. Ani tego, ani tego drugiego kupić zwyczajnie nie można. Jestem uzależniony od wysyłania kartek, szczególnie nawet tej jednej.

Moje oczy były ciężkie jak betony. Marzyłem o tym by wskoczyć do łóżka. Te hotelowe zawsze są jakieś dziwnie wygodne. Chwilę po godzinie 18 lokalnego czasu, urwał mi się film. Spałem 11 godzin. Rankiem czekało na nas dobre śniadanie i samochód. Szczerze to przyznam się, że każda jedna potrawa, chociaż przepyszna budziła u mnie lekką dozę stresu. Naczytałem się jak głupi, że i tak dorwie człowieka klątwa…szukam jakiegoś kirgiskiego imienia męskiego…bez znaczenia. Zwyczajnie czułem, że zmieniając florę bakteryjną gdzieś mnie dorwie zły sen Lenina. O tak Lenina! Jego macki dosięgły mnie, ale już w Kazachstanie.  Mimo wszystko jak człowiek sobie coś tam założy w głowie to potem lepiej mu to przyjąć na klatę. Tak jest ze wszystkim.


Do Kazachstanu i Kirgistanu nie trzeba żadnych wiz. Finalnie podróż w jedną stronę z Warszawy do Biszkeku kosztowała nas około 500 zł od osoby (same bilety). W cenie mały bagaż podręczny i 10 kg rejestrowany. To układ idealny. Na wyjazd zabrałem plecak duży i mały. Oba bardzo lubię i się wielokrotnie sprawdziły w bojach. Sam nie wiem czy zrobić jakiś wpis albo videoblog o tym jak się spakować i nie zwariować? Co o tym sądzicie?


Klasycznie na wyjazd zabrałem mojego małego Fuji X100T oraz kamerę.

Kierunek wschód

Grzesiek, ja, Szymon i Marcin / Dolina Barskoon / 2300 m n.p.m. / Kirgistan 2019

Nim zacznę pisać o właśnie ukończonej podróży cofnę się o kilka lat. Była to chyba wiosna 2003 roku. Byłem na dwa, może trzy miesiące przed maturą. Wraz ze znajomymi zaplanowaliśmy wakacje. Wybór padł na słoneczny Krym. Byłem szczęśliwy bo zawsze chciałem przekroczyć naszą wschodnią granicę. Niestety jakoś tak los nie dawał mi na to szansy, chociaż było to na wyciągnięcie ręki. Moja Babcia mieszkała w Terespolu, a z okien było widać srebrną sztycę Twierdzy Brzeskiej. Od małego gdzieś we mnie tliła się ogromna ciekawość. Tyle razy jako dzieciak stałem nad brzegiem Bugu. Patrząc na jej drugi brzeg, chciałem po prostu ją przekroczyć. Tuż po maturze pierwszy raz udało się złamać magiczną granicę. Za chwilę od tamtego wyjazdu minie 16 lat. Przez te lata realizowałem jakąś nieznaną mi misję i to trwa nadal. Poszukiwanie w plenerze tych wszystkich obrazów, które gdzieś siedzą w głowie.

Podróżowanie na wschód uważałem za ładowanie moich gdzieś ukrytych baterii. Tu się od tych blisko 16 lat nic nie zmieniło. Ja po prostu się gdzieś wewnętrznie spełniam lecąc czy jadąc na wschód. Ci którzy myślą „wschód” widzą świątynie, kadzidełka, jogę gdzieś w lesie czy azjatycki klimat. Dla mnie „wschód” to kraje byłego Związku Radzieckiego. Przystanki autobusowe wyłożone mozaikami, witacze przy wjeździe do miast czy pomniki Leninów. Mógłbym o tym pisać tak dużo i długo, że znudzilibyście się po pierwszych stu słowach. A mi wciąż mało. Tak mało. Może dlatego, że wciąż nie znalazłem tego miejsca do którego podążam. Wiem jednak, że takowe nie istnieje. Nie stoi w jakiejś dolinie, nie ma tego na polu czy w górach. To miejsce jest w mojej głowie i składa się z setek innym małych miejsc, rzeczy, słów, muzyki, zapachów czy smaków. Właśnie kolekcjonowanie tych małych klocków sprawia tak dużo radości. W tym wszystkim cieszę się, że są ludzie którzy to rozumieją. Miło patrzeć jak nie tylko mi zaczyna bić szybciej serce na widok samolotu na jakimś cokole.

Czasem dziwię się, że ludzie z taką wielką chęcią jeżdżą do kurortów cieszyć się słońcem i drinkami wykupionymi w pakiecie all inclusive. Jeżdżą co roku w te same miejsca. To takie symboliczne miejsce i nudne. Potem przecież uświadamiam sobie, że ktoś inny może powiedzieć, że Ty to ciągle jeździsz w te miejsca gdzie jest tak zimno, brzydko. Od lat. Przestaję wtedy oceniać innych przez pryzmat swoich upodobań kierunkowych. Ten wschód cenię za to, że jest taki dziki. Czasem mało obliczalny. To mi odpowiada, chociaż nie chciałbym tam żyć. Jestem tylko gościem.

Na mojej liście są kolejne miejsca. Lista jest cholernie długa, podlegająca kompromisom i rozsądkowi. Tu moje serce się raduje, że na tej liście mogłem odznaczyć dwa kraje. Chociaż to brzydkie słowo, bardzo. Odznaczenie nie oznacza zamknięcia drogi powrotnej bo podczas każdej podróży widzi się tylko kawałeczek. Życie jest zbyt krótkie by zobaczyć wszystko. Tak się nie da. Jednak smakowanie tych małych kawałeczków buduje nam pewną całość…właśnie taką jaką szukam. Czy znajdę? Wierzę, że jednak nie. Sprzeczne to uczucia.

Wybór na wiosnę tego roku padł już kilka miesięcy wcześniej. Kirgistan i Kazachstan. W następnych wpisach opowiem Wam historię tej wspaniałej podróży.


Na fotografii znajdziecie oczywiście moją osobę i chłopaków. Złota ekipa. Przed wyjazdem kupiłem flagę Polski. Zabrałem ją ze sobą. Miejsce w dolinie Barskoona było idealne.


Moją ogromną inspiracją do podróży na wschód była i jest Barbara Włodarczyk. Tuż obok niej jest Jacek Hugo-Bader.