Kategoria: Mołdawia

Hotel Cosmos

Cosmos_01 Cosmos_04 Cosmos_07 Comos_03 Cosmos_06 Cosmos_05 Comos_02
Listopad 2014. Razem z Dawidem lądujemy w Hotelu Cosmos (poprzedni wpis)  blisko głównego dworca w Kiszyniowie, stolicy Mołdawii. To miejsce w które chciałem trafić. Jak tylko zobaczyłem go, czułem że jeśli w nim nie będę spał to mój wyjazd nie będzie taki jakim go sobie wyobraziłem. Z czasem kiedy wspomnienia powoli zmieniają swoje barwy to jednak w głowie chyba najbardziej zapadł mi zegar tuż pod sufitem hotelowej recepcji. Stary, radziecki z lat 80-tych. Generalnie cały ten hotel to jeden wehikuł czasu. Brakowało tylko podsłuchów i tajnych agentów na korytarzach.

Piąte piętro

5477 5478 5479 5480 5481 5482 5483 5484 5485 5486 5487 5488 5489 5490 5491 5492 5493 5494

Poranek. Spacer po Odessie i kierunek dworzec kolejowy. Każdy dworzec ma swoje miejsce gdzie można zostawić bagaż, warto z tego skorzystać. Plecy lżejsze. Przed oczami rozkład jazdy z szeregiem różnych miast. Peronów 10. Nasz pociąg odjeżdża z peronu 6, którego zwyczajnie nie ma. Nie rozumiem tego, ale pociąg stoi. Gdzieś jak by na uboczu stacji. Wagonów jest 5. Taki mamy na bilecie. Na peronie widać tylko cztery. Trzy z nich mają drewniane siedzenia. Nasz jest luks. Konduktor powtarza tylko: polsza, polsza, polsza. Trzymając nasze bilety coś notuje na nich i sprawdza paszporty. Nazwiska się zgadzają. Wchodzimy. Są wolne miejsca tuż przy barze, takim jak w polskim warsie. Chcemy usiąść, ale konduktor macha ręką, nie pozwala. To jego miejsce. Idziemy dalej, czujemy jak temperatura wzrasta, jest cholernie gorąco. Mamy miejsca na końcu wagonu. Normalnie siedziałaby tu jedna osoba, ale jakoś się upchnęliśmy. Gorąco, smrodek. Przed nami ściana. Wizja jazdy na twardych siedzeniach nie jest za wesoła, ale na ścianie wisi telewizor. Podczas tej podróży nie będzie grał. Drzwi przed nami są takie jak od jakiejś toalety. Nad nimi wisi obrazek jakiegoś świętego. Pociąg rusza. Będzie jechał 5 godzin do celu. Odessa – Kiszyniów. Gdzieś mniej więcej w połowie pociąg zatrzyma się jeszcze na stacji Tyraspol, to stolica Naddniestrza. Kraju no land, którego nie ma, a jest. Przez firankę zerkam na oświetlony budynek dworca kolejowego. Nie powiem, ale strasznie się nakręcam. Po wyjściu z pociągu po 5-cio godzinnej drodze, nie czuję tyłka. Na mapie zaznaczony hotel, widać go z dworca. Jest bardzo blisko.

Hotel Cosmos. Kiedy tylko zobaczyłem go w bazie noclegowej od razu stwierdziłem: muszę tam spać! Hotel mieścił się przy jednej z głównych ulic. Hotel miał może z 20 pięter. Ciężko dokładnie to było stwierdzić bo winda nie jechała na ostatnie piętro. Mieliśmy ogromną nadzieję, że dostaniemy jakieś wysokie piętro by podziwiać miasto. Nic z tego. Okazało się, że nasz hotelowy pokój jest na 5-tym piętrze. Z wspaniałym widokiem musieliśmy się pożegnać, ale jeśli mielibyśmy dostać inny pokój to chyba wolałbym już to 5-te piętro. Wehikuł czasu! Miałem wrażenie, że jestem w 1985 roku i jestem w Związku Radzieckim. Zaczęliśmy sobie z Dawidem wkręcać, że jedyne czego nam tu brakuje to wbudowanych podsłuchów w ścianach. Na jednej z nich wisiała klimatyzacja. Chyba najbardziej cenna rzecz bo zaczęło robić się bardzo zimno. Wieczorem poszliśmy kupić wodę. Znaleźliśmy sklep, ale po długim spacerze. Wydawało się, że okolice to jedynie kasyna i nocne kluby. Tuż obok sklepu był wielki budynek. To opuszczony Hotel National. Postanowiliśmy następnego dnia tam wejść. Dzięki Instagramowi, okazało się, że można spokojnie wejść na dach.

Wstaliśmy rano i poszliśmy w miasto. Od samego rana klimatyzator huczał i dawał dużo ciepła. Noc byłą zimna, a dopiero wieczorem odkryliśmy, że w szafie są koce. Dużo ciepłych koców. Weszliśmy na dach Hotelu National i tam nagrałem małe wideo do zobaczenia tutaj.

Generalnie wydawało mi się, że Kiszyniów to zapyziałe miasto, dziura, najbiedniejsza stolica Europy. Mile się zaskoczyłem. Bardzo mile! Chociaż pewnie poza granicami miasta widać już gorszy standard życia, ale gdzie tak nie jest? Mołdawia obrała kierunek Europa co cieszy. Zresztą to widać bo można było zobaczyć flagi UE. Sporo spacerowaliśmy po mieście, jeździliśmy trolejbusami, chodziliśmy między typowymi blokowiskami. Jednym z ciekawszych miejsc był „najpiękniejszy cyrk ZSRR” który znajdował się przy bulwarze Grigore Vieru. Już przed przyjazdem wiedzieliśmy, że cyrk jest opuszczony. Niestety nie udało nam się wejść do środka. Tuż za starym w pięknym stylu wybudowanym obiektem był nowszy cyrk. Okazało się, że w niedzielę jest tam jakiś spektakl i obok chodziło bardzo dużo ludzi. Musieliśmy obejść się smakiem.

Przed powrotem do hotelu dotarliśmy na dworzec autobusowy. Ponieważ z Kiszyniowa jest jeden pociąg do Odessy który jedzie przed Naddniestrze o godzinie 7:20 i na miejscu jest 9:40. Pomyśleliśmy, że bez sensu jest wstawać tak rano, odpuścić sobie dobre hotelowe śniadanie (pierwszy raz na wschodzie podawali dobre śniadanie!), zarwać sen, stracić energię i czas by pojechać pociągiem, więc na dworcu autobusowym, bardzo podobnym do tego z Odessy, ale z normalnymi kasami, rozkładem jazdy i hallem, dowiedzieliśmy się, że co 20 minut z Kiszyniowa można odjechać do Tyraspolu (chociaż nazwa Tiraspol bardziej mi się podoba), a cena to około 9 złotych. Bilety można kupić w kasie lub u kierowcy.

Wieczór spędziliśmy na wyprawie w stylu „Top of the Cosmos” czyli chcieliśmy wjechać na ostatnie piętro i zobaczyć nocne życia miasta. Windą się nie dało. Okazało się, że hotel ma schody ewakuacyjne i tak udało dojść się prawie na sam szczyt. Widok cudny. Robimy zdjęcia i wracamy do pokoju. Dawid sączy jakieś lokalne piwka, oglądamy telewizję. Typowy wieczór tej wyprawy. Ja napawam się tym klimatem, sowieckiego designu. Na stoliku leży gazeta którą dostałem od jakiejś socjalistycznej partii (byliśmy przed wyborami w Mołdawii) ze zdjęciem Putina na pierwszej stronie.

Kołdra, podwójny koc, klimatyzacja na 31 st.C. Można iść spać mimo, że ja zimna się nie boję i lubię.

Jutro wpis z podróży do Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej, która jest niczym Krakozja, Państwo którego nie ma, a jest.