Strona główna » Uzbekistan

Kategoria: Uzbekistan

Uzbekistan: Chiwa (część 2)


Dobrze jest mieszkać blisko ważnych miejsc.

Dobrze też mieć w głowie takie poczucie, że cały dzień można być w jednym miejscu. Bez pokonywania kolejnych 400, czy 600 kilometrów. Nasz hotel istna perełka, rano śniadanie, wymiana zdań i można ruszać w miasto, właściwie stare miasto Chiwy. Pogoda idealne do tego by wyjąć aparat i fotografować wszystko to co wydaje się interesujące. Nie wszystko co jest ciekawe w rzeczywistości, musi być sfotografowane. Po tylu latach i tylu wykonanych fotografiach, czuje się i człowiek jest w stanie wiedzieć jak będzie to wyglądało na fotografii przez pryzmat tego czym się fotografuje. Dlatego też od kilku lat jeśli to możliwe, zabieram w podróż jeden aparat. Fuji x100, wcześniej w wersji T, a od tego roku V. Idealny sprzęt do fotografowania. Niewymienna optyka nie zajmuje w głowie niepotrzebnego miejsca na rozmyślania w jakiej konfiguracji można zrobić zdjęcia. Jeden obiektyw daje szansę na czystą przyjemność z fotografowania, nawet po tylu laty pracy z i w fotografii. Wielkość aparatu też wiele mówi bo można go schować prawie do kieszeni. Nikt mi za to nie płaci, nie jestem też żadnym ambasadorem marki Fuji, ale z całego serca polecam Fuji x100v.

Ten dzień potraktowałem jako mały poligon fotograficzny włącznie z tym, że razem z Szymonem ruszyliśmy na eksplorację tego co znajdowało się za murem starej Chiwy. Wyznaczyliśmy sobie jakiś cel i dosyć okrężną drogą do niego dotarliśmy, a w międzyczasie mieliśmy okazję zobaczyć jakieś lokalne smaczki. Na tyle ile było nam to dane, bo podróż to nie Instagram. Na pierwszy rzut trafił się pomnik muzułmańskiego Lenina, a raczej tak to sobie tłumaczyliśmy. Nie mogłem w trakcie, ani po powrocie zlokalizować czym był ten pomnik, ani kogo przedstawiał ale jak w mordę strzelił Lenin w turbanie!

W Uzbekistanie fotografowanie ludzi jest przyjemne. To zupełnie inne odczucie jak fotografowanie ludzi w Polsce, czego nie robię bo ludzie u nas są agresywni w tym temacie, a co więcej są podejrzliwi. Nie raz się z tym spotkałem przez co nabrałem niechęci do fotografowania Polaków w Polsce. Oczywistą rzeczą jest to, że najtrudniej fotografuje się na własnym podwórku i może jest to jakieś słabe wytłumaczenie albo ucieczka od walki ze swoimi słabościami, ale poza obszarem Polski jest to o wiele łatwiejsze. Jesteśmy trochę schowani za pewną szybą różnic kulturowych, a w Uzbekistanie wystarczy zapytać. Nikt nie odmawiał. Tak jak właściciel sklepu meblowego, król tapczanów z Chiwy, który zaprosił nas do swojego salonu i dał się sfotografować. Okropne były te meble.

Im bardziej zbaczało się z głównych dróg tym ciekawsze można było napotkać klimaty. Piaskowy kolor opętał moją głowę. Wyblakłe od słońca ściany domów, wywieszone prania, pojawiający się ludzie gdzieś między budynkami, stare radzieckie samochody, a wszystko to połączone z tym tłem o którym pisałem. Soworient. Połączenie orientu z sowieckimi elementami. I jest to połączenie chyba jedno z najbardziej pożądanych w mojej głowie. W poszukiwaniu miejsc, obrazów. Za tym podążam od lat. Ta droga jest długa i raczej nie ma końca. Ja to już wiem, ale to poszukiwanie jest dla mnie bardzo ważne. Potrzebuje tego. Dla przykładu opowiem Wam prostą historię.

W 2008 roku pojechałem na Krym (drugi i ostatni raz). Wydawało mi się, że to nadal kierunek bardzo dostępny i tani, tak też wtedy było, a po drugie chciałem odświeżyć sobie mój pierwszy wyjazd na wschód, właśnie na Krym tuż po tym jak zdałem maturę w 2003 roku. I podczas drugiego pobytu gdzieś we wschodniej części Krymu, sfotografowałem jakiś stary radziecki samochód na tle murów jakiegoś zamku, twierdzy. Nie pamiętam dokładnie co to było, ale w tej historii nie ma to aż takiego znaczenia. Tak skadrowałem zdjęcie by wyglądało jak bym je zrobił w jakieś Armenii. Jakiejś takiej która jest daleko, zawsze szukałem w innych miejscach, miejsc innych, takich do których w danym momencie nie mam dostępu. Dwa lata później mój znajomy pokazywał na swoim fotoblogu, że był w Gruzji. Magiczne miejsce, niedostępne dla mnie, ówcześnie. To ile mam w głowie obrazów to biorąc pod uwagę możliwości, nigdy nie zobaczę, poczuję, sfotografuję. To już wiem, a pandemia tak wiele zabiera. Ludzi i czasu.

Tuż przed zrobieniem zakupów i wymianie dolarów na sumy, Grzesiek zatrzymał się na czas relaksu w knajpie, gdzie rozmawiał z Polakiem. W tym miejscu można było się napić, skorzystać z kibla, a także właśnie wymienić kasę. Właścicielka albo główna Pani ogarniająca wykonała telefon i nagle zjawił się lokalny biznesmen, który dolary zamienił na miliony sumów. Pani o złotym uśmiechu. Musiałem ją sfotografować bo złote zęby były na mojej liście rzeczy do sfotografowania. Pani była dumna ze swoich zębów, a ja ze swojej fotografii. To był czas premium. Miliony w kieszeniach, złoto, splendor.

W Uzbekistanie można zrobić fajne zakupy. Jeśli ktoś szuka tkanin, tutaj kupi coś godnego. Kaszmirowy szal czy inne rzeczy na których się nie znam. Moją uwagę od początku pobytu, przykuły talerze i miski. Zapytałem Panią o cenę i źle zrozumiałem bo zrobiło mi się przykro, że nie kupię tyle ile chcę bo koszt jest za wysoki. Ja jestem oszczędny człowiek. Potem okazało się, że jednak cena była 10x mniejsza, no to rzuciłem się jak wiadomo kto na wiadomo co. Pojemność mojej walizki nie pozwalała na więcej, ale jeśli będzie opcja wrócić tam to jeszcze coś kupię. Każdy z nas miał coś co chciał kupić. Grzesiek tkaniny dla swojej żony (serdecznie pozdrowienia dla Olgi), a Szymon szachy. Po rosyjsku to szachmaty, strasznie mnie śmieszy to słowo, sam nie wiem czemu. Nie pamiętam komu chciał kupić szachy. Ręcznie robione, za ciężkie dolary. Mojej Oli kupiłem saszetkę we wzorki. Sama wybrała najpiękniejszy wzór, a wszystko przez internetowe łącza. Co za technologia!

Zjedliśmy obiad, a potem znów z Szymonem ruszyliśmy w zabudowania, szukając tam ciekawych ujęć. Stare miasto w Chiwie ma dwa mury. Jeden który jest, a także jako drugi krąg, bardzo stary, piaskowy. Widać go w różnych miejscach, ale bardziej wygląda to jak góra piasku niż mur, ale setki lat, zrobiły swoje. W pewnym momencie weszliśmy w ślepą uliczkę. Gdzieś zza krzaku wyłonił się facet i ot tak zaprosił nas na oglądanie starych murów na swojej działce. Spotkanie skończyło się zaproszeniem na czaj i chleb. Zostaliśmy dosłownie porwani. Rozmowa się trochę nie kleiła, a Pan robił z patyków jakieś klatki dla ptaków. Jego przetarte krocze równie groziło uwolnieniem ptaka. Co ciekawe jego żona się z nami nie przywitała i nie przekroczyła na zewnątrz progu domu. My byliśmy na zewnątrz. Dla naszego gospodarza Polska nie była Europą bo nie miała waluty Euro, a Niemcy to potęga bo mają fabryki BMW i Audi. Wiadomo!

Uwolnieni ruszyliśmy do miejsca gdzie wcześniej udało nam się wymienić walutę. Grzegorz nadal tam był i czekał na nas. Zrobiło się na tyle późno, że postanowiłem iż wrócę do hotelu wcześniej, sam i umyję się, a także pooglądam telewizję w poszukiwaniu lokalnych stacji. To zawsze jest dla mnie ciekawe, dlatego też w Terespolu tak bardzo lubię oglądać białoruską telewizję, chociaż dziś (grudzień 2021) to podwójny ściek szamba. I tu wydarzyła się ciekawa przygoda, dla mnie Polaka, dla mnie chłopaka z szarych bloków warszawskiego Ursynowa.

Ruszyłem w kierunku hotelu. Szymon dał mi swój sprzęt fotograficzny i skierowałem się ku jednej z bram starego miasta. Było cicho, ciemno, ale właśnie koło bramy usłyszałem jakieś głośne rozmowy. Gdy już dotarłem do wyjścia, moim oczom ukazało się dosłownie morze siedzących ludzi na swoich dywanach. Tak. To był pierwszy dzień Ramadanu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, nie dało się przejść więc szybko zdjąłem buty i przemykałem między ludźmi po ich dywanach. Niewierny, a do tego obwieszony aparatami jak jakiś dziennikarz, fotoreporter. Byłem, chociaż zapewne całkiem niepotrzebnie, przestraszony. Zrobiłem kilka zdjęć i od razu w hotelu, szybko udałem się na wieżę z której przez małą dziurkę obserwowałem modlących się po zachodzie słońca. Bardzo trudno mi opisać w szczegółach to co się tam działo, ale myślę że nie ma to większego sensu. Niech ten czysty stan zostanie we mnie.

Wieczorem powrócili moi kompani podróży, a Grzesiek zakwestionował mój i Szymona sposób przeżywania podróży, co na wiele lat pozostanie w mojej głowie, śmiejąc się do dziś. Ot taka karuzela śmiechu. Zatyczki do uszu, odcięcie.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć dalej.

Uzbekistan: Chiwa (część 1)


































Kto z Was czytał poprzednie wpisy, doskonale wie, że Chiwa na naszej mapie pojawiła się niespodziewanie. I dziękuję losowi, że tak właśnie się stało. Dla przypomnienia, plan “rozwaliła” nam stacja paliw, a raczej jej brak. Nasze auto potrzebowało tego paliwa najmocniejszego, a będą w Mujnaku, najbliższa jak się okazało na naszej trasie była w Nukusie, czyli wg mapy 200 km. Auto lubiło się napić więc nie mogliśmy ruszyć się dalej. Musiliśmy skrócić nasz wyjazd, a raczej zmienić miejsca które chcemy zobaczyć i dzięki temu na naszej liście pojawiła się właśnie Chiwa. I tu podziękowanie dla Julki, która podczas rozmowy właśnie poleciła to miasto. Całkiem przypadkiem, ale ja uważam, że w życiu przypadków nie ma.

Po pożegnaniu się z Morzem Aralskim Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 3) ruszyliśmy na południe. Mijając Nukus udało nam się zalać bak do pełna i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy w głowie ten komfort, taką świadomość, że cały następny dzień spędzamy w jednym miejscu. Nigdzie nie musimy jeździć. Kiedy tylko dojechaliśmy na miejsce nie mogłem się, ja prosty człowiek z miasta, nadziwić w jakiej scenerii się znalazłem. Autentycznie nie będzie to przesadą, kolejną moją fantazją, ale poczułem się jak w jakimś Iraku czy Afganistanie. Nie pozostałem w tym odczuciu sam bo Szymon również czuł podobny klimat. Ogromny piaszczysty plac, wieża minaretu i ogromny mur za którym znajdowało się stare miasto Iczan Kala. Po prawej stronie opuszczone budynki, które były w trakcie wyburzania. Do tego ogrom słońca. To słońce jest nierozłącznym kompanem drogi.

Grzesiek zaklepał nam nocleg w “opuszczonym” minarecie, a w każdym razie tak to wyglądało. I to był najpiękniejsze miejsce w jakim spaliśmy na trasie całego pobytu. Wszystko co było w tle naszego hotelu to osiedla mieszkaniowe które chociaż do slumsów mają daleko to tak roboczo z Szymonem nazwaliśmy tę część miasta. Wieczorem postanowiliśmy tam ruszyć i zrobiliśmy to nie raz. Jak to bywa stare miasto gdziekolwiek się nie jest to przyciąga ludzi. Urokliwe stare budowle, mocno wykreowane przez religię ze szramami historii. Sama Chiwa była jednym z głównych ośrodków handlowych w VI-VII w. w regionie Azji Środkowej. W XVI w. Starałem się wyobrazić sobie jak mogło to wtedy wyglądać.

Uzbekistan to także jedzenie. Tłuste, mięsne, smażone. Tu przed wyjazdem postanowiłem sobie, że jeszcze poczekam z wprowadzeniem lub próbą ograniczenia jedzenia mięsa. Bo jak ograniczać jak to właśnie jedne z moich ulubionych pierożków pochodzą właśnie z tego kraju? Mowa o mantach, ale wiele innych potraw było warte spróbowania, chociaż nie ukrywam że jestem kulinarnym ignorantem.

















Ostatnie zdjęcie które znajduje się w tym wpisie jest w pewien sposób wyjątkowe. W mojej głowie mam stos wymyślonych ujęć na które składają się oczywiście miejsca, wymyślone sytuacje. Tego jest ogrom i tak krok po kroczku gdzieś próbuję te moje wyobrażenia, wizje, marzenia czy pomysły, a także obrazy z moich snów, przetworzyć z myśli na realny obraz. Często są to obrazy którym jeszcze daleko do spełnienia moich wizji (o ograniczeniach można napisać wiele) to jednak samo fotografowanie czy sam proces “tu i teraz” bywa najważniejszy. Potem zdjęcie leci do szuflady, ale w mojej głowie jest jakieś poczucie spełnienia w większej czy mniejszej postaci. Mimo wszystko jest to bardzo przyjemne uczucie dla którego planowania wyjazdów nie ma końca. Mam jakieś takie przeczucie, że właśnie szukanie tych śladów wizji jest jakąś moją wewnętrzną misją. Jedni widzą swoją misję w swoich dzieciach, modlitwie, wybudowaniu domu, zdobyciu szczytu, a u mnie to wschodnia droga, która jak czuję, nie ma końca. I to jest chyba w tym najpiękniejsze.

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 3)


Jest jeszcze ciemno. Budzimy się z Szymonem w naszym małym pokoju. W drugim budził się Grzesiek.

Plan był prosty. Wstać grubo przed świtem i pojechać nad Morze Aralskie. Tam sfotografować wraki statków. Jak to bywa czasem w życiu, kiedy coś długo się planuje to ma prawo coś nie wypalić. I nic tu z naszej winy. Dlaczego? Bo zawsze jest ktoś lub coś co może nam zepsuć. Najlepiej wszystko. Winowajcą okazał się młody chłopak z recepcji. W Uzbekistanie jest takie prawo, że każde miejsce gdzie śpi obcokrajowiec, musi nasz pobyt zarejestrować. Dowód naszego bytu. Kolejny papier, a wschód papiery lubi. Finalnie z tych wszystkich miejsc mam papier, który faktycznie się przydał, jest pamiątką. W sytuacji awaryjnej może nam posłużyć jako papier toaletowy. Nikt nas o to później nie pytał.

Młody chłopak sennie zebrał się ze swojego łoża, wziął nasze paszporty i zabrał się za wydrukowanie “kart pobytu”. Trwało to na tyle długo, że wyprowadził mnie z równowagi. To się często dzieje w moim życiu, ale kiedy coś jest zaplanowane, kiedy w jakieś miejsce jedziesz trzy dni, leci dwoma samolotami to masz prawo się wkurwić. Udało mu się to. I w tej naszej ekipie wyjazdowej stało się to drugi raz. Ten pierwszy miał miejsce w Iranie, kiedy młody kierowca “taksówki” wiózł nas na lotnisko, ładując się w korek. Do tego ulewa. Brak możliwości komunikacji, a kiedy pojawiło się apogeum zła, wiedząc że nie dojdziemy na czas, nie wsiądziemy do samolotu by lecieć na południe, to on, kierowca, wyjął telefon i pokazywał nam swojego pieska. Było to na tyle absurdalne w tej całej sytuacji, że przestałem wierzyć w dalszy plan podróży. Na szczęście przyjechaliśmy w ostatnim momencie, ostatnim tym ostatnim, że we wspomnieniach mam jak omijam bramkę bezpieczeństwa i rzucam swój plecak na taśmę przy punkcie odprawy. I to w ostatniej sekundzie tego meczu. Rzut na wagę zwycięstwa. Jak w tanim filmie dla młodzieży na Polsacie w niedzielę o 12.

I tak uzbecki chłopak zepsuł mój wielki plan. Chociaż samego wschodu słońca nie widziałem to jednak teren z wrakami był moim fotograficznym poligonem z nisko wiszącym słońcem. To było niesamowite. Mimo pustynnego klimatu, wschodzącego słońca było chłodno. W poprzedniej części obiecałem, że napiszę skąd wzięły się te wraki na tej pustyni. Bardzo dobrze i rzeczowo jest to opisane na Wikipedii:

Budowa kanałów przecinających pustynne obszary Kara-kum prowadzona była na wielką skalę od lat 30., przez pierwsze dziesięciolecia całkowicie wbrew wszelkim zasadom sztuki hydrologicznej. W rezultacie aż od 30 do 70% wody, odbieranej rzekom Syr-daria i Amu-daria bezpowrotnie wsiąkało w glebę lub parowało, nie docierając ani do upraw, ani do jeziora. Szacuje się, że do 1960 od 20 do 50 km³ wody zamiast zasilić jezioro – wsiąkło w ziemię. Nawet do dziś tylko 12% długości kanałów nawadniających uszczelniono i zabezpieczono przed stratami wody. Część wód Amu-darii trafia ponadto do znajdującej się na zachód od rzeki Kotliny Sarykamyskiej, gdzie wypełnia powstałe w ciągu XX wieku słone Jezioro Sarykamyskie. Na nowo powstałej pustyni można spotkać statki – nawet kilkadziesiąt kilometrów od obecnego brzegu Od lat 60. poziom wody w Jeziorze Aralskim zaczął systematycznie opadać w tempie około 20 cm rocznie. W następnej dekadzie już 50–60 cm rocznie, potem dalej przyspieszył i dziś wynosi nawet 80–90 cm rocznie. W 1960 roku powierzchnia jeziora wynosiła 68,5 tys. km² (niemal tyle, co powierzchnia Republiki Irlandii), do roku 2009 zmniejszyła się o ⁴⁄₅ (do 13,5 tys. km²).

W 1960 r. jezioro było czwartym co do wielkości na świecie, obecnie spadło na szesnaste miejsce. Zanikanie wód jeziora doprowadziło do jednej z największych katastrof ekologicznych na obszarze byłego ZSRR, co nie było zresztą zaskoczeniem dla władz sowieckich, którym raporty o przewidywanym wyschnięciu jeziora przedstawiono wiele lat wcześniej. Przeważyła jednak irracjonalna teza, że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii ekologów. Wykorzystanie wód Amu-darii i Syr-darii do nawadniania rosło nadal mimo obserwowanego zanikania jeziora i w okresie między 1960 a 1980 rokiem podwoiło się. W tym samym czasie podwoiła się też skala produkcji uzbeckiej bawełny. Woda z Amu-darii i Syr-darii wykorzystywana jest nie tylko do upraw bawełny, ale i ryżu. Na terenach niemal pustynnych zakładano plantacje monokultur roślin o dużym zapotrzebowaniu wody. Nadmierna gospodarka rolno-spożywcza i wodna (na utrzymanie sieci kanałów w czasach ZSRR wydawano około 25$/ha, obecnie 1,5$ – 10$) doprowadziła do zahamowania zasilania z rzek.

Wzrost produkcji bawełny nie równoważył jednak ponoszonych kosztów. Już w latach osiemdziesiątych załamał się przemysł przetwórstwa rybnego w Aralsku i innych miejscowościach. Przed wyschnięciem jeziora większość okalających go wsi utrzymywała się z rybołówstwa oraz turystyki. Gdy jezioro zaczęło wysychać z jego okolic wyemigrowało 100 tys. ludzi, część osiadła nad Morzem Kaspijskim. Niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły na skutek drastycznego wzrostu zasolenia, a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Szacuje się, że koszty zapaści gospodarki rolno-spożywczej i turystyki, a przede wszystkim pomoc humanitarna to średnio dwa miliardy dolarów rocznie.

Jest to smutne miejsce i człowiek uświadamia sobie, że zmieniający się klimat może kiedyś doprowadzić do tego co właśnie tam stało się to tymi samymi człowieczymi dłońmi.

Nagle znalazłem się tu sam. Szymon wrócił na górę, a ja jeszcze fotografowałem, szukając ciekawych ujęć. Słońce szło do góry, temperatura rosła, a obok mnie stała krowa. Wyrosła nagle z ziemii. Nie patrząc na to co robię poszła w swoją stronę. Pomyślałem, że to dobry moment by wejść na górę, złapać chłopaków i będziemy mogli ruszyć dalej. Dzień wcześniej kiedy testowaliśmy drogę prowadzącą na pustynię, zobaczyłem nowo oddane bloki. To był dobry moment by tam teraz pojechać. Miałem wrażenie, że jestem w Korei Północnej. Dziwne uczucie.

Grzesiek odpalił auto i ruszyliśmy na południe zostawiając za plecami Morze Aralskie. W drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie, a w zasadzie był to mały sklepik, dziura w murze. Właściciel zaproponował nam, że możemy usiąść u niego w “barze”, tak to wyglądało. Wszystkie okna oklejone niebieską folią, pomieszczenie, jedno i drugie. Na ścianie włączony telewizor. Właściciel przyniósł czaj. Znowu poczułem, że jestem w Korei Północnej w jakiejś świetlicy. Co do cholery. Po wszystkim znalazłem toaletę. Była to pewnie barowo-domowa. Czegoś takiego nie widziałem jak żyję, ale w takim wydaniu rzecz jasna. Nieduże pomieszczenie z drewnianą podłogą, na ścianie małe okienko oklejone znaną mi wcześniej niebieską folią. Po środku dziura z której bił ogień smrodu.

I znów w drodze. Minęliśmy Leninabad, a potem tankowanie auta w Nukusie. Kolejny przystanek Chiwa. Perła na szlaku.