Uzbekistan: Nukus (część 2)

Na ulicy Alakoza, jednej z większych arterii tego miasta, facet w nieznanym wieku, zbliżył się niepewnym krokiem do małego drzewa, wyjął instrument i zaczął oddawać mocz. Chwilę to trwało i mocz zaczął nawadniać malutkie wzniesienie, a także asfalt na którym stał. Jedną ręką trzymał się małego drzewka. Jedynego chyba w obrębie kilkunastu metrów. Obok niego na małym wzniesieniu stał policjant. Trzy metry od urynonauty. Policjant wyjął telefon i uwiecznił wykroczenie. Poczekał chwilę i kiedy facet jedną ręką zapinał rozporek, a drugą nawigował, policjant złapał urynowego przestępcę. I tak znaleźliśmy się na bazarze.

Taki powiedziałbym jak nasz o zapachu końca lat 90-tych. Nie było w nim nic na tyle poruszającego by coś mnie mocno zaskoczyło. Tu but, tam kilogramy mąki czy ryżu. Stoisko z torbami, proszkami i okularami. Między dachy pawilonów, wkradało się zachodzące słońce. Dopiero w drugiej części dnia po długiej podróży z Buchary, dotarliśmy do Nukusu. Dosyć spore to miasto liczące blisko 300 tyś mieszkańców. Do granicy z Turkmenistanem dosłownie chwila. Miasto dzieli prawie na pół kanał, którym można dostać się do Amu-darii. Drugiej, a może pierwszej rzeki Uzbekistanu.

Nukus jest stolicą Karakałpacji. Autonomiczna republika, która znajduje się na terenie Uzbekistanu. I chociaż samych Karakałpaków jest tu 1/3 to czują oni silną więź z miejscem, a także podkreślają swoją autonomiczność i odrębność językową. W socialmediach ostro podkreśląją, że Karakałpacja to nie Uzbekistan.  Mam wrażenie, że to taki bardziej radykalny Śląsk, gdzie opuszczenie granic Uzbekistanu nie wchodzi w grę ze względów ekonomicznych. W większości Karakałpacja jest sucha jak pieprz.

Fotograficzny zapis krótkiego spaceru przed zmrokiem. Tu bazar, za chwilę reklama drzwi, ogromnych bo im większe w bramie, im więcej zdobień tym większe bogactwo za jego progiem. Most na kanale. Czuje się tu jak w Groznym, chociaż nigdy w nim nie byłem. Jest i meczet. Podam nazwę jeśli kogoś on zainteresował Muhammad Imam Iyshan meshiti. Nadkanałowe bulwary, piękne niebo i ten zachód słońca. Za chwilę mijamy kładkę i jesteśmy po naszej stronie miasta. Przez ten czas fotografuję i rozmawiam z Mamą. Tu przejście dla pieszych. Na noc trzeba mieć trochę wody i może coś słodkiego. Ruszamy do lokalnego warzywniaka który znajduje się chyba najbliżej hotelu. Chyba najwyższego budynku w mieście. Jest tak wysoki, że widać z jego okien lotnisko. Widać też Turkmienistan, ale gołym okiem nie bardzo, więc trzeba sobie dorobić groźną i niedostępną granicę. Na bank jest tam portret Prezydenta. Gurbangula Berdimuhamedowa. No nic wchodzimy do sklepu. Po prawej towary spożywcze. Po lewej butik. Widzę za plecami czips krabowy. Mój ukochany. Odmawiam bo czips to zło największe. Opakowania do mnie mówią, krzyczą. Walczę. Kupiłem wodę i batona. Ekspedientka pyta czy my po angielsku. Mówię, że tak. Ona, że wie. Uśmiecha się. Płacimy. Wracamy do hotelu.

Każdy ma swój ogromny pokój. Nie pamiętam kiedy miałem taki duży tylko dla mnie. Widok na zachód i most nad kanałem. Odpalam telewizor. To moja tradycja. Skaczę po kanałach i trafiam na jakiś lokalny program. Koncert życzeń. Nic nie rozumiem, ale na ekranie pojawią się jakieś fotografie. Zwykłe codzienne chwile Karakałpaków. Obok telewizora, który do małych nie należał, małe biurko. Kładę na nich czyste kartki. Wyjmuję pióro i próbuję napisać kilka słów. Jestem zmęczony. Wymieniam ważne rzeczy w punktach. Po spisaniu dwóch dni czuję takie zmęczenie, że odpuszczam. Z żalem, ale nie miałem siły. Za plecami łóżko, które jak czipsy krabowe wołały mnie do swojego przeznaczenia. Jednak żal znowu. Wychodzę na balkon i cieszę się ciepłem. Miasto zasypia jak moja głowa.

Uzbekistan: Buchara – Nukus (część 1)

Jeśli napiszę, że byłem ciekawy tego dnia, a raczej tej części podróży to nie skłamię nic, a nic. Kolejnego dnia po trasie z Taszkientu do Buchary (600km), czekał nas odcinek do Nukusu (550km). I tutaj na uwagę zasługuje odcinek drogi który całkowicie znajduje się na pustyni Kyzył-kum. Przyznam, że nigdy nie byłem w miejscu gdzie w promieniu 100 km nie ma nic.

Na mapie po lewej stronie w kolorze czerwonym zaznaczyłem blisko 250 kilometrowy odcinek pustynny. Zastanawiałem się jak to wygląda, czy będą jakieś przystanki i co najważniejsze, co było także zagadką dla nas wszystkich, jak wygląda droga. Im lepsza tym oczywiste będzie, że dany odcinek pokonamy szybciej. Naszym autem nie można było jechać szybciej jak 120 km/h bo to wiązało się z karą finansową nałożoną przez wypożyczalnię. Auto miało GPS.

Po porannej pobudce i na prawdę fajnym i klimatycznym śniadaniu, zapakowaliśmy nasze bagaże i szczęśliwi ruszyliśmy w drogę. Tuż po opuszczeniu Buchary tankowanie i rura. Dosłownie.









Początkowy etap podróży to był drogowy dramat. Już z Polski dostałem informację w której otrzymałem dawkę współczucia. Nie byłem dobrze nastawiony, uwierzcie mi. I tak też ta droga się zaczęła. Koszmarna, chyba wybudowana w latach 60 może 70-tych ubiegłego wieku i wyglądająca tak jak gdyby od tamtych dni się rozpadała. Szybko odkryliśmy, że jazda poboczem, pełnym żwiru jest po pierwsze wygodniejsza i po drugie szybsza.

Kolejne kilometry od Buchary nie napawały radością. Droga wcale nie była lepsza, ale przyszłościowo będzie tu lepiej. Było doskonale widać remonty drogi A380, a raczej budowę nowej I tak chyba po 75 kilometrach telepania i walki z dziurami i poboczami, naszym oczom ukazała się rajska droga. Prawdziwy uzbecki autoban. Tempomat. 120. Nie do uwierzenia! I tak do końca odcinka można było jechać nowocześnie i szybko. Czyli szybciej będziemy u celu i będzie można coś jeszcze pozwiedzać. Przewodnik może nie napawał nadzieją na wielkie atrakcje w Nukusie, ale czy to miało wtedy jakieś znaczenie? Żadne.

Gdzieś na trasie pojawiła się oaza. Tu nadajnik GSM, stacja paliw, jadłodajnia i wielbłądy. Sztuczne. Motyw wielbłądów pojawia się tu często. Domniemam, że to pomnik jedwabnego szlaku, który prowadził przez sporą część Uzbekistanu. Do szlaku jeszcze będzie okazja wrócić.

Grzesiek siedział już przy stoliku, a Szymon szukał miejsc do zdjęć. Tu wielkie przyczepy TIR-ów w tym jedna z naczep z Polski. Raczej sama buda z Polski bo reszta lokalna. Miło zobaczyć coś po naszemu, wszędzie. Podczas podróży jeszcze kilka razy udało się wypatrzeć naczepy i budy z polskimi napisami. Dołączyłem do Grześka i ciężko nawet było rozmawiać bo głośne uzbeckie disco-polo wypełniało całą przestrzeń przed restauracją. Coś tam wciągnął, a ja za 1000 SUM-ów (40 groszy) skorzystałem z toalety. Kosmiczna dziura.

Ta oaza była pełna życia. Trochę jak izraelskie kibuce, gdzie na pustyni wyrasta malutka osada pełna zieleni i ludzi. Każdy taki punkt na trasie to okazja by spotkać ludzi, którzy mam wrażenie tam żyją, co więcej żyją życiem kierowców. Nie wiem czym Ci ludzie się zajmują. Część z nich jest w drodze, ale większość czerpie radość z obserwacji innych.

I ruszyliśmy dalej, czas i kilometry nas goniły. Tutaj na mapie to jakiś mały odcinek. Patrząc na mapę Polski to jak jechać z Warszawy do Olsztyna, chociaż w rzeczywistości z tej Warszawy dojechaliśmy do Szczecina. Jednak kiedy ma się cel, a jeszcze to jest w otoczeniu pustyni, wszystko ma inne wartości i przeliczniki. Szymon zasnął, a ja wyjąłem książkę. Trasa to jedyna czasem dla mnie okazja by coś poczytać. Na podróż zabrałem ze sobą książkę Talgata Jaissanbayeva – Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim. Polecam każdemu kogo interesuje kryminał i do tego ZSRR. Na szczególną uwagę zasługuje tu rozdział o Andriju Czikatile. Mordercy absolutnym. Znałem ową historię bo kiedyś oglądałem o nim dokument na Kryminalnej Rassiji, a jakiś czas temu był o tym podcast na Kryminatorium. Mimo, że wiedziałem co zrobił i jak to się skończyło to byłem przerażony. Tuż obok niego była podobna historia. Oczami wyobraźni widziałem te miejsca i zdarzenia. P r z e r a ż a j ą c e.

Między województwami (i nie tylko) stoją punkty kontrolne. Przez nas nazwane checkpointami, gdzie trzeba się zatrzymać, albo przejechać z prędkością 5 km/h. Na jednym więcej, na drugim mniej policjantów, którzy patrzą kogo by tu zatrzymać, machając pomarańczową czy czerwoną pałką. Nas nie zatrzymali. Ich celem były samochody przewożące towary. Każdy z policjantów miał specjalne urządzenie, które sczytywało radiowo jakieś informacje. Kiedyś takich punktów było w kraju o wiele więcej. Po przekroczeniu punktu znaleźliśmy się w Karakałpacji (Republika Karakałpacka) . Autonomicznej republice na terenie Uzbekistanu, której stolicą jest Nukus.

Kiedy tylko skończyła się piękna droga, która zamieniła się w znany nam mały tor przeszkód, po lewej stronie ukazało się ogromne rozlewisko Amur-dari. Na uwagę zasługuje tu jej drugi brzeg czyli Turkmenistan. Rzeka ma długość 1425 kilometrów. Płynie przez cztery państwa: Afganistan, Tadżykistan oraz co wyżej wymieniłem Turkmenistan i Uzbekistan. Swój bieg kończyła w Morzu Aralskim.






















Po 550 kilometrach, wcześniej niż planowaliśmy, dotarliśmy do Nukusu. Nocleg mieliśmy luksusowy i to był strzał w 10. Każdy z nas miał swój ogromny pokój. Na wysokim piętrze. Ja dostałem pokój z widokiem na zachód i kanał. Po lewej stronie na horyzoncie znowu ona. Granica z Turkmenistanem. Szybkie odświeżenie. Szybki obiadek i ruszyliśmy z Szymonem zwiedzać okolicę Hotelu Taszkient. I o tym w części drugiej, a także kilka słów o mieście.

Uzbekistan: Taszkient – Buchara

Droga Taszkient - Buchara
W Uzbekistanie wszędzie jest daleko.

Pobudka. Tak zaczyna się każdy dzień życia. Od budzika. Tego w telefonie, głowie lub kogoś kto jest obok. Leżę ukryty pod kołdrą. Wygodne łóżko, dwa miejsca na okna i łazienka. Trzy łóżka. Ja w środku. Dobrze się spało. Bardzo. Jednym okiem widzę Grześka i telewizor na ścianie, a raczej łączniku między pokojem, a dziwną wnęką z oknami. Kusi mnie by poszukać jakiegoś kanału z uzbecką muzyką. Odwracam się i widzę Szymona, który jeszcze śpi. To jedyny człowiek jakiego znam, który zaśnie wszędzie. Za chwilę wszyscy wstaniemy i zacznie się kolejny dzień podróży. Ten można by powiedzieć już właściwy.

Przed godziną ósmą jesteśmy już po śniadaniu, a Grzesiek przed hotelem, od gościa pokroju Alvaro odbiera białą Toyotę Prado. Duży samochód o wielkich kołach. Nisko zawieszone słońce odejmuje lat tej maszynie. Chwilę po dziewiątej do wielkiego bagażnika ładujemy nasz bagaż. Trzy duże walizki. Ja siadam z przodu, Szymon za Grzegorzem, który będzie naszym kierowcą przez najbliższe dni. Te miejsca staną się naszym domem, a moje będzie szczególnie ulubione przez gorące promienie uzbeckiego słońca. Odpalam od razu radio, bo lubię jak coś gra, a jeszcze gdy muzyka zaczyna dosłownie grać z trasą, jest cudownie. Niestety radio po opuszczeniu Taszkientu przestało grać, straciło zasięg i podczas całej podróży nie udało mi się nic złapać. Szkoda. Bardzo.

Z Taszkientu do Buchary jest 568 kilometrów. My zrobiliśmy trochę więcej bo na tej trasie było miasto które musieliśmy odwiedzić.

Szerokie ulice stolicy powoli ustępują drodze dwupasmowej. Wyjazd z miasta jest długi mimo odwrotnego kierunku. Bywa przecież tak, że rano cała okolica wali do miasta, a tu chyba bez znaczenia. na rogatkach miasta ogromny bazar. Wszystko jasne. Blisko po godzinie jechaliśmy po gęsto zaludnionych terenach zabudowanych. Ułożone, czyste miasto, zostało zastąpione podmiejskim ładem klasycznego bałaganu. Pasy drogowe to często jedyny kontakt z namacalnym światem dla ludzi. Przez okno samochodu świat jest szybki. Kolejne momenty znikają tak szybko jak się pojawiają. W jednej sekundzie pojawia się człowiek, a za chwilę już go nie ma i nie będzie. Nasze spotkanie trwa ułamek życia. Nigdy nie poznam jego historii, nigdy nie dowiem się co ma w oczach. Kolejny słupek, kolejna stacja paliw LPG, kolejne osoby stoją przy drodze. Tej drodze która budziła naszą ciekawość. Jaka będzie? Czy nawierzchnia poniesie nas gładko do celu czy będzie to walka z dziurami. W międzyczasie dokonujemy pierwszego tankowania samochodu. Stacje są zupełnie inne jak u nas. Zazwyczaj składają się z dwóch części, które tworzą całość. Będzie to opis wynikający z ogólnych obserwacji różnych stacji, które różnią się między sobą detalami, ale system działania jest podobny. Dwa, może cztery dystrybutory. Dach i budynek kogoś kto odpala te dystrybutory. Wszystko tworzy jedność. Zazwyczaj pracują tam dwie osoby. Człowiek od nalewania paliwa oraz ten drugi. Operator (zazwyczaj nad oknem widnieje taki duży napis) który siedzi w budynku, ukryty za małym okienkiem do którego zazwyczaj prowadzą schody. Człowiek czuje się taki mały, a idąc po schodach ma wrażenie, że zaraz spotka się z jakimś Bogiem paliw, Bogiem oktanów, który ma gest, wciśnie jakiś magiczny przycisk i popłyną wolnym tempem litry paliwa AN-91. O ile przekręcony jest licznik, tylko operator wie. Cena paliwa AN-91 (takie polskie lepsze 98) to 2 złote i 30 groszy. Na koniec człowiek z siatki, saszety lub plecaka, wyjmuje blisko 500.000 i można jechać dalej.

Pierwszy etap podróży. Wjechać do małego miasteczka w wilajecie (“województwo”) dżyzackim (Jizzax viloyati). Zbliżamy się do granicy z Kazachstanem. Jest ona widoczna po prawej stronie. Żal straszny, że ot tak wjechać nie można, na chwilę, dotknąć kazachskiej ziemii, nacieszyć oko kolejną pieczątką, bezcennym dowodem odbytej podróży. Jest zakaz. Nie wolno. Nie ma co błagać pogranicznika, tłumaczyć, że chce się odbywać podróż pełną gębą. Mijamy stado zwierząt i pasterza. Przed nami ostatnie metry i witacz wyjęty z czasów radzieckich, chociaż nowy. Widnieje na nim wielki napis: G A G A R I N. Podejrzewając, że w zasadzie w środku miasta nie ma nic ciekawego, zrobiliśmy kilka fotografii i ruszyliśmy główną arterią. Na horyzoncie pojawił się sporej wielkości plac z mamiącą się wielką postacią w środku. Nie mogło być inaczej. To pomnik Jurija Gagarina.

Grzesiek z piskiem opon podjechał prawie pod budynek partii lub urząd miasta, a ja z Szymonem wyskoczyliśmy jak z procy. Szybkim krokiem bo bałem się, że zaraz ktoś ten pomnik nam ukradnie, schowa, zasłoni i nici ze spotkania ludzi z Polszy. I coś w tym było. Pod pomnikiem zamieszanie. Kilku mężczyzn krzątało się po wschodniej jego części. Tuż za nimi podnośnik. Fotografujemy Gagarina, pięknie oświetlonego. Wśród robotników zamieszanie, czekają na coś, nie przeszkadzają nam w fotografowaniu pierwszego człowieka w kosmosie. Kilka chwil potem, słychać charakterystyczny dźwięk hydrauliki i podnośnik pnie się do nieba. Kosz powoli zbliża się do wielkiej głowy. Mężczyzna patrzy mu w oczy i zaczyna myć. Głowę. Obok mnie stoi jeden z robotników. Pyta skąd jesteśmy. Polsza, nie Rassija. bardzo dużo osób myślało, że jesteśmy z Rosji czy Ameryki. O nie kochani. My jesteśmy z Polszy. Tej Polszy daleko stąd, tej której dumnie paszport noszę na sercu. Szereg pytań o stan pandemii, a wtedy różnica między nami, a Uzbekistanem wynosiła mniej więcej tak: 35.000 vs 180. Pan lekko przerażony, zaczyna zmieniać temat i coś opowiada o Gagarinie. Ja mu przytakuję bo wiem dlaczego go myją. Jest 8 kwietnia tak? Dlaczego tu nie wiszą, żadne flagi? Dlaczego? Kuuu…..a! Myją głowę pierwszego człowieka bo za 4 dni minie równo 60 lat od pierwszego lotu człowieka w przestrzeń kosmiczną. Taki dzień, taka rocznica, wymaga higieny patrona miasta.

Niestety nie do końca zrozumiałem co Pan dalej próbował mi powiedzieć. Mówił coś o Gagarinie i restauracji. Tyle zrozumiałem, a mój mózg już dorobił resztę historii. Tuż po tym jak Gagarin wylądował 1300 km od tego miejsca, stał się bohaterem socjalistycznego świata. I kiedy pewnego dnia odwiedzał Uzbekistan jechał przez małe miasteczko. Zrobił się głodny i poprosił notabli by się zatrzymali, właśnie tu. Wyszedł i poszedł spontanicznie, jak Obama na hot-doga do lokalnego lokalu gastro. Poprosił o szklankę mleka, ziemniaki i zupę. Kucharki mdlały, cucone przez zimnych jak lód funkcjonariuszy KGB. Szefowej kuchni trzęsły się ręce kiedy podawała Gagarinowi zestaw ziemniaczany. Za chwilę w barze, pojawili się włodarze miasteczka, alkonauci dnia poprzedniego w wymiętych garniturach. Szybko kwiaty, radzieckie flagi, bełkotliwe słowa. Gagarin najedzony wyjechał, następnego dnia przemianowali nazwę i kazali wybudować wielki pomnik. Czy tak było? Nie wiem, jednak tak widzieć to chcę.

Na przeciwko Gagarina blok. Patrzę na niego przez pryzmat flag, chociaż chyba lepiej je nazwać powiewającymi tkaninami. Często można je spotkać np. na Białorusi, ale nie mam pojęcia jak to się fachowo nazywa. Czuć, że idzie jakaś ważna chwila. I jak gdyby nic, na tym bloku ktoś wywiesił pranie. Życie toczy się dalej, tak samo jak droga. Samochód rusza i kierujemy się do Buchary. Kolejne wioski, wielbłądy, skrzyżowania, staje z LPG. Zbliżając się do Samarkandy na horyzoncie zaczynają majaczyć góry. Z tej perspektywy wyglądają jak gdyby znajdowały się w Zaamin. W najstarszym parku narodowym tego kraju. Te wysokie góry (prawie 3500 m) graniczą z Tadżykistanem. Z Samarkandy do granicy jest około 30-35 kilometrów. Znów tak blisko, a tak daleko.

Nad Samarkandą chmury, a to pewnie wpływ bliskiej obecności wysokich gór. Samochód mknie dalej. Wszystko powoli zlewa się w jedno. Te same wioski, twarze, słońce. Im dalej tym większe zmęczenie, chociaż nie prowadzę samochodu. Jest jeszcze jasno, a my docieramy do hotelu. Buchara. Nasz mały pokój z malutkim okienkiem na meczet, jest rozgrzany do czerwoności. Chwila ogarnięcia się i ruszamy na kolację. Nie ma czasu na zwiedzanie, a zresztą po ciemku nie lubię i nie widać nic na czym można zawiesić oko. Chłopak z recepcji wysyła nas do jednej z większych restauracji w zabytkowej części miasta. Dadzą nam 10% zniżki. To idziemy. Nawet nie bardzo mam co fotografować, jestem tak bardzo głodny. Na kolację makaron i ryż. Jest przyjemnie i dziwnie się człowiek czuje siedząc przy stole. Zamknięte gastro w Polsce mocno namieszało w głowie jak cała pandemia.

Zasypiam. Śpię pod cienkim prześcieradłem, jest ciepło. I czekam na następny dzień. Nie mogę się go doczekać.