Tag: Canon

Via Baltica / Ryga / 2

Ryga / Część druga

Poranek. Jeden z klasycznych poranków w podróży. Śniadanie będzie dziś gdzieś na spacerze. Gdzieś na jakimś murku. To jedna z tych rzeczy, która tak silnie kojarzy mi się z odbywaniem podróży. Nie zawsze w hotelu można zjeść, nie zawsze jest lodówka. O tym może kiedyś zrobię oddzielny wpis.

Naszym celem tego dnia był wieżowiec ANŁ (Akademii Nauk Łotwy), czyli kuzyn/-ka Siedmiu Sióstr Stalina (grupa siedmiu Pałaców Kultury wybudowanych w Moskwie w latach 1947-1953, swoją drogą przepiękne!). Śmiało można dostać się na górę, opłacając bilet w walucie zachodniej. W środku czuć ducha dawnej epoki, która silnie przeżarła się z latami 90-tymi. Sam budynek budowano w latach 1952-1958. Ma wysokość 107 metrów i liczy 21 pięter. Pałac Kultury ma 237 metrów. To tak dla wyrobienia sobie skali. Nie jest zatem duży, ale patrząc na linię horyzontu to robi wrażenie.

Z górnego tarasu rozpościerał się widok na całą Rygę i jest to widok warty poświęcenia swojego czasu. Można zobaczyć miasto z czterech stron. Największe wrażenie robi widok na północną stronę, gdzie widać ichniejsze Stare Miasto.

Zjeżdżając na dół, wysiedliśmy na kilku piętrach by zobaczyć jak wygląda od środka. Nic ciekawego bo korytarze nie są, aż tak fascynujące jeśli nie widać okien. Będąc na dole ruszyliśmy na wielki market, charakterystyczna budowla widziana na większości fotografii zachęcających do wizyty w Rydze. Między marketem, a wieżowcem ANŁ mieścił się mały bazarek z budami. Kiedy odwróciłem się przodem do ANŁ, poczułem się jak w połowie lat 90-tych w Warszawie. Piorunujące uczucie. 

Poczułem, że za chwilę dokupię drugi kontroler do Pegasusa i kolejny kartrydż (co za nazwa!) z grami w stylu 9999999 in 1. Nad budami górował ANŁ, jak kiedyś nad warszawskimi szczękami, Pałac Kultury. Pamiętam doskonale jak byłem pewnej soboty z moim Wujkiem właśnie pod Patykiem, kiedy wojskowy śmigłowiec montował antenę na PKiN. Miałem farta. To był 9 października 1994 roku. Niedziela. Internet to dobra rzecz.

Pałac został. Bud już nie ma.

Bazar. Można powiedzieć, że taki typowy wschodni bazar. Tutaj smaczku dodaje fakt, że na Łotwie mieszka bardzo dużo Rosjan. Można nawet poczuć się jak w Rosji. Dosłownie. Brakowało mi tylko stoiska z pirackimi płytami CD, ale to już chyba nie te czasy.

Ryga pachnie też Budapesztem i chwała jej za to. Można poczuć ducha poprzedniej epoki i smak dzieciństwa. Tak to zapamiętałem. W głowie miałem już plaże.

Czuję, że jeszcze tu kiedyś wrócę.

Via Baltica / Ryga / 1

Ryga / Część pierwsza

Ruszyliśmy z Kowna z pełną radością na twarzach. Droga była całkiem sympatyczna, a im bliżej granicy z Łotwą tym serce biło szybciej. To było jedyne Państwo Via Baltica w którym nie byłem. Po przekroczeniu granicy, jakość dróg się nie poprawiła, ale przybyło fotoradarów. Generalnie podróżowanie po tych drogach to nauka ekonomicznej jazdy, którą bardzo lubię i szanuję. Nie jestem z tych co po autostradzie jadą 190 km/h. Im mniejsze spalanie na komputerku tym moja radość większa.

Ponieważ dopiero w Kownie robiliśmy rezerwację noclegu w Rydze to wybór był szalenie okrojony. Nasz pomysł był prosty. Zostawić samochód na parkingu hotelowym i korzystać z naszych nóg. Ryga nie jest dużym miastem, a jego centrum jest w zasięgu naszych kroków. Zresztą warto chodzić. Od siedzenia dusza płacze.

Hotel był lekko wysłużony, ale nie przyjechaliśmy tam siedzieć (o czym pisałem wyżej). Ruszyliśmy do centrum, a Ola wspominała swój spacer po tym mieście. Pokazała mi nawet miejsce gdzie spała. Ponieważ w środku poczułem ogromne ssanie, a wieczór witał się z nami to vis’a’vis dworca kolejowego mieścił się Hesburger. To taki nadbałtycki McDonald’s. Miałem okazję zajadać się ich fast burgerami w Estoni. Sentyment pozostał, ale wnętrze lokalu nas odrzuciło, szczególnie Pan za ladą z katarem. Czasem tak jest, że gdzieś wchodzisz i już wychodzisz. Na przeciwko był Maczek, więc (chyba, bo to już blisko 2 miesiące temu!) zamówiłem najlepszą kanapkę w tym lokalu (silnie związana z podróżami na wschód) Big Tasty!

Zawsze kiedy jem Big Tasty przypominają mi się moje podróże z Dawidem, który dziś obchodzi swoje urodziny, więc to podwójny powód by o tym napisać. Pamięć przypomina mi Białoruś, Ukrainę, Rosję czy Gruzję. Przypomniało mi się jak rok temu w Skopje szukaliśmy Maczka by zjeść wschodnią kanapkę. Okazało się, że Macedonia to jedno z siedmiu państw gdzie Maczek ma zakaz sprzedawania czegokolwiek. Generalnie nie ma. 

Zachód słońca nad Dźwiną był magiczny. Chociaż była już blisko godzina 22 to nadal było jasno. Chyba tego zazdroszczę tym wszystkim, którzy żyją na północ od Polski. Życie byłoby piękniejsze, ale zimą…no dobra to już wolę by nic się nie zmieniało.

Ryga chodziła mi po głowie szalenie długo. Rok temu miałem tu nawet lecieć, ale zmieniłem plany, bilety LOT-u przepadły. Oczywiście nie żałuję, ale muszę powiedzieć, że te nadbałtyckie miasta coś w sobie mają. Wszystko porównywałem do Tallinna, który w mojej głowie zrobił ogromną dziurę radości i muszę Wam powiedzieć, że Ryga nie ma czego się wstydzić i jest miastem z duszą, takim które mówi, wróć do mnie.

Następnego dnia ruszyliśmy na ryski Pałac Kultury i Nauki, jedną z sióstr Stalina, a może to kuzynka lub kuzyn, sam nie wiem. Ten następny dzień to była podróż w drugą połowę lat 90-tych.

Z Warszawy do Rygi jest 670 kilometrów. Warto w Suwałkach zrobić sobie przystanek na pizzę.

Kilka malutkich informacji i rad:

  • Na Łotwie obowiązuje czas +1 do polskiego
  • Na Łotwie płaci się Euro
  • Na Łotwie można śmiało dogadać się po angielsku i po rosyjsku
  • Ryga jest dobrym miastem na 2 dni, max 3
  • Ceny na Łotwie są ciut większe jak u nas, paliwo tym samym było po jakieś 5,6 zł (w pl 5,10)
  • W Rydze jest bezpiecznie

Notatka z podróży

Lizbona. Portugalia. 2018

Wychodzę z założenia prostego. Ma być dobrze i smacznie jak u Mamy! Czyli DiT, dobrze i tanio. Do tego dodam, że jeśli wschód ma smakować równie dobrze, trzeba udać się na zachód. Przez wiele lat zachód był u mnie mocno zaniedbany i od jakiegoś czasu nadrabiam zaległości. Może to też fakt, że zachód potrzebował zawsze większych nakładów finansowych niż wschód. Chyba im więcej mam lat tym widzę, że nie ma kompromisu, złotego środka czy miejsca które miałoby mieć wszystko w sobie. Ciągle poszukuję, siebie także, a droga bardzo w tym pomaga.

Nie czuję się żadnym podróżnikiem, ale czuję całym sercem, że podróże to część mojej duszy, tak jak fotografia. Podróż jest i bywa uzależniająca. Jedni otaczają się rzeczami, całą swoją pracę wkładają w to by mieć tych przedmiotów jak najwięcej. Rozumiem to. Każdy człowiek ma w sobie wolne miejsca, które zapełnia tym co czyni go szczęśliwym. To może i brzmi banalnie, ale każdy z nas kiedyś odejdzie. Każdy z nas będzie nagi tak jak się urodził. Nie zabierzemy ze sobą samochodu, mieszkania, zmywarki czy innych kilogramów złota. Zostaną wspomnienia, chociaż i tak też już z nich żadnego pożytku nie będzie, ale wspomnienia są bezcenne. Trzeba chyba być fair w stosunku do innych i siebie. Ostatnio w samolotach spędziłem blisko 12 godzin na lotach po starym kontynencie i sporo rozmyślałem o ludziach, podróżach i wartościach. Jeśli wrzucimy te trzy aspekty do jednego worka to od zawsze jakąś dziwną największą wartością człowieka była dla mnie ilość odbytych podróży. Zwyczajnie mi to imponowało. Podróż jak nic innego uczy życia.

Lubię smak drogi, lubię ten stan kiedy wiem, że zaraz się zacznie podróż, że czekają mnie kolejne kilometry drogi. Zobaczyć nowe miejsca, pozdrowić już te które „znam”. Podróż to cudowna terapia na oderwanie się od codziennych problemów, które każdy z nas ma. Te mniejsze i większe. Podróż jest dobra na wszystko. Szczególnie jeśli pod domem mamy rozpuszczony śnieg, przemieszany z odchodami, a my możemy napawać się nawet najmniejszą ilością dobrego słońca, gdzieś daleko od domu. Nawet jeśli te daleko to 30 minut jazdy od domu.

Właśnie zakończyła się moja duo-podróż. Porto/Lizbona oraz Ateny. Postaram się szybko wrzucić moje myśli i fotografie z tych wszystkich miejsc. Portugalia mnie zauroczyła, szczególnie Porto, które daleko w tyle pozostawia osławioną Lizbonę. Do tego Ateny, które już miałem okazję zobaczyć (grudzień 2016). Myślę, że to moja druga i ostatnia podróż do tego dziwnego miasta.