Strona główna » Gruzja » Strona 2

Tag: Gruzja

Ostatni wyjazd w roku. Gruzja!


Od bardzo długiego czasu po głowie chodziła mi myśl by ruszyć się gdzieś na Święta. Daleko od domu w minimalnym składzie. Jedną z moich małych przyjemności jest szukanie tanich biletów. Tak by nawet szukać dla samego szukania i podróżowanie w głowie, co ostatnio bardzo często się dzieje. Padło na Gruzję i było to nawet zaskakujące bo to miał być drugi wyjazd w roku (2019) właśnie na Kaukaz, który ma bardzo wiele do zaoferowania. Gruzja to jak wejście do pokoju naszego przyjaciela. Jest tam bałagan, ale miło nam się tam siedzi, a jeszcze dostaniemy coś dobrego do jedzenia. Taka jest właśnie podróż do Gruzji i sama ona. Gruzini to chyba jedyni pasażerowie, którzy regularnie w samolocie po przyziemieniu już wstają i łapią za bagaż.

Poranny lot Wizzair z Warszawy do Kutaisi. Na miejscu od Pani wbijającej pieczątki do paszportu dostaliśmy po małej butelce wina. To bardzo miłe. Przed małym lotniskiem czekał na nas znajomy autobus do Tbilisi. Gruzja nie jest ogromnym krajem, ale podróżowanie po nim, nawet na tych najmniejszych odległościach pochłania ogrom czasu. Autokar jechał blisko 4 godziny. Na miejscu zaklepałem nocleg w okolicy metra Avlabari, ten plac jest jednym z najfajniejszych miejsc w Tbilisi do mieszkania. Jest tu wszystko, a widok z hotelu jest na całe miasto. Warto zatem mieszkać w Tbilisi blisko jakiejś stacji metra bo dzięki temu szybko możemy przedostać się tam gdzie chcemy, a jeśli traktujemy pobyt jako tranzyt to idealnie.

Wieczór to chinkali. Moje ulubione, ukochane pierożki z mięsem i bulionem w środku (jest też wersja z serem i ziemniakami). Dla jednych Gruzja to wino, a dla mnie właśnie to smak chinkali. Te pierożki trzeba umieć jeść i nie bójcie się pobrudzić jedząc je dwoma dłońmi. Jeszcze kilka podejść i będę to potrafił.

Hotel. Przestronny pokój z widokiem na miasto i kościół ormiański. Na ścianie wisiały dwa telewizory. Ciężko powiedzieć czy jestem fanem telewizji, ale te na wyjazdach zawsze mnie kuszą by zobaczyć co łapie ichniejsza satelita. Przeglądanie zawartości to taka jedna z moich tradycji. W domu nie oglądam. Czasami na tablecie korzystam z aplikacji gdzie można popatrzeć na fajne programy na Discovery.

Rano po śniadaniu, ruszyliśmy do centrum miasta, do punktu gdzie dają Internet. To był mój trzeci pobyt w Gruzji i trzecia wizyta właśnie po Internet w tym samym punkcie, to samo krzesło. Ze stacji Rustaveli, ruszyliśmy na stację Didube, gdzie mieści się dworzec autobusowy. To połączenie bazaru z dworcem. Wyobraźcie sobie, że do jednego worka wrzucacie te dwie rzeczy. Nie da się? Uwierzcie mi, że się da. Dworce kolejowe czy autobusowe w danym państwie to jest taka soczewka. Jeśli chcecie zobaczyć jak jest w danym kraju to zobaczcie te miejsca. Będąc na Didube nie przeraźcie się i nie dajcie się zjeść. Tam każdy nagabuje na swoją marszrutkę (mały busik, podstawowy środek transportu na wschodzie). Trochę krążymy, ale na lewej części bazaru znajduje się ta część dworca skąd odjeżdżają marszrutki właśnie na północ. O tych marszrutkach to ktoś powinien napisać książkę.

Taktyka jest prosta. Po pierwsze ciężko wyczuć o której jest odjazd. Można zapytać, ale nie musi to być pewnik. Warto wejść do pustego i zająć miejsce. Najlepsze są te pojedyncze przy oknie po lewej stronie. Nas interesowała podróż na samą północ do Stepancmindy vel Kazbegi. Podróż jest to rzecz wyjątkowa. 100 kilometrów zajmuje blisko 3 godziny jazdy. Dlaczego? Bo jedzie się przez góry, wjeżdża się prawie na 2400 metrów nad poziom morza. To Gruzińska Droga Wojenna. Szlak do Rosji. Czasem góra po lewej jest granią z Osetią Południową, a gdy dojeżdżamy góra oddziela nas od Inguszetii i dalej od Czeczeni. Tam też chciałbym kiedyś pojechać.

Podróż w tak kameralnym gronie w tak ogromnym ścisku i obserwacji szaleńczej jazdy kierowcy daje dużo emocji. Gdy tylko nasze ciało przyzwyczai się do jazdy można iść spać, ale nie na długo bo im wyżej tym piękniej.

Na głównym placu znak drogowy na którym widnieje napis informujący o kierunku drogi do Władykaukazu. O losie, co to za nazwa. To jak uczta, jak tysiące myśli, jak magnes który przyciąga ten drugi. Nie wiem co tam jest, miasto jak miasto, ale nazwa. Mam kilka takich nazw na mojej liście w głowie, które chciałbym zobaczyć. Trudno mi powiedzieć o co tu chodzi, ale tak mam. to cholernie silne. Władykaukaz. Grozny. Workuta. Norylsk. Pjongjang. Mam wymieniać dalej?

Jest 24 grudnia i meldujemy się na północy Gruzji. Postanowiliśmy na czas pobytu zarezerwować sobie dobry i wygodny nocleg. Na dole restauracja. Choinka. Wspólny dobry obiad. W pokoju ciepło.

Wieczorem (w Gruzji doliczamy 3 godziny do czasu w Polsce) walczę z różnymi obejściami by “na żywo” na Polsacie obejrzeć Kevina samego w domu. Co jakiś czas w miasteczku wyłączają prąd, ale jakoś udaje się obejrzeć do końca.

Naiwny film.

Słoneczne Batumi


Było jeszcze ciemno. Metrem ruszyliśmy na główny dworzec w Tbilisi. Tam czekał na nas najnowocześniejszy pociąg w Gruzji, który zabrał nas do Batumi. Zawsze tam gdzie sieć kolejowa cieszy się dużą popularnością, a sama nie jest rozwinięta i jesteście na wschodzie, to zawsze warto wcześniej kupić bilet na interesujący Was pociąg. Jeśli tego nie zrobicie to zwyczajnie biletów może nie być.

Bilet Tbilisi – Batumi kosztował 35 zł, a sam pociąg jechał blisko 5 godzin. Czy to długo? Nie. Pociąg nocny jedzie dwa razy dłużej. Kilka minut po dwunastej byliśmy już na miejscu. Sama podróż pociągiem była wizualnie szalenie miła, bo po obu stronach było można zobaczyć wysokie góry. Tak jak w przypadku mojego latania tanimi liniami, tak tu w pociągu miałem podobne odczucie, że wiele osób pierwszy raz jechało tak nowym pociągiem. Szczególnie grupka młodych mężczyzn, którzy przeżywali podróż jak gdyby była to podróż na księżyc. Po blisko 3,5h jazdy, na pierwszym przystanku, połowa pociągu wyskoczyła na papierosa.

Stacja kolejowa w Batumi nie jest w centrum miasta. Można do niego dostać się autobusem i taryfą. Autobus to koszt około 50 groszy. Nie jest to może blisko, ale już z dworca widać całe miasto. Nie warto zatem iść na piechotę.

Batumi poza sezonem wydaje się fajnym miejscem na spędzenie tu kilku chwil. My zdecydowaliśmy się na dwa. Byłem już w Batumi w maju 2016 przy okazji mojej pierwszej wizyty w Gruzji. Było wtedy bardzo ciepło i było bardzo dużo ludzi.

Mieliśmy nocleg na 27 piętrze w wynajętym mieszkaniu w nowym budynku. Widok był świetny. Po jednej stronie morze, po drugiej góry. Wszystko przywalone nowo powstającymi budynkami. Przez te blisko trzy lata wiele tu się zmieniło. Miasto rośnie w górę. Bardzo szybko. Z klatki schodowej było widać Turcję i lądujące samoloty.

Samo miasto składa się w dwóch części. Starej i nowe. Ta stara jest niska, nowa wysoka. Mam wrażenie, że miasto to jedynie zbiór hoteli, mieszkań do wynajęcia i portu. Wszystko w otoczeniu długiego bulwaru, które “prawie” od granicy z Turcją rozpoczyna się bulwarem im. Lecha i Marii Kaczyńskich. Przyznam się szczerze, że tam nie nie dotarliśmy. Może uda mi się za trzecim razem.

Dla Gruzinów Kaczyński jest kimś szalenie ważnym za to co zrobił dla Gruzji. Oni nie wiedzą jaki był dla Polski. To ich zwyczajnie nie interesuje. Zrobił dużo dobrego dla nich i to jest najważniejsze. W Tbilisi też ma swoje miejsce.

Tego dnia do Batumi przypłyną amerykański niszczyciel USS Donald Cook. Kawał statku. Przyznam, że pierwszy raz z bliska miałem okazję oglądać taką maszynę. Wszystko po to by pograć Ruskim* na nosie. Widok amerykańskiej flagi na żywo, zawsze wzbudza we mnie tęsknotę za USA. To chyba jedyne Państwo gdzie mógłbym mieszkać poza ukochaną Polską.

Te dwa dni w Batumi były świetne i jeśli ktoś zastanawia się czy tu przyjechać to odpowiadam, że warto. Może plaże nie są przepiękne, ale… :)

*) Dzielę ludzi w Rosji na Rosjan i Ruskich. Tych drugich nie szanuję.

Powrót do Tbilisi


Pamiętam jak czekałem na samolot do Warszawy na lotnisku w Tbilisi. Leżałem pod ruchomymi schodami na sztucznej trawie i już w głowie planowałem powrót. Był maj 2016 roku. Tego dnia padał deszcz.

I tak w styczniu 2019 roku samolot wylądował w Kutaisi /Wizzair/ gdzie czekał na nas autobus do Tbilisi. Po blisko 3-4 godzinach byliśmy w naszym hotelu. Chociaż bardziej to jak hostel z łazienkami w pokojach, ale lokalizacja świetna. Podwórko już samo w sobie zrobiło klimacik. Zresztą klimacik to słowo, które kojarzy mi się z całą Gruzją. Plan na wyjazd był prosty. Tbilisi, a w praniu wyszło, że także Batumi i oczywiście Kutaisi skąd wracaliśmy do Warszawy.

Tbilisi w kilku słowach to ciekawe miasto, pełne dobrej energii. Mimo styczniowej aury, bardzo miło było spacerować po wąskich uliczkach, oglądać magiczne gruzińskie podwórka i ponownie zjeść chinkali, gruzińskie pierożki. Dla miłośników jedzenia to nie pierożki, a kołduny. Wypełnione mięsem, a wszystko w gorącym przepysznym bulionie. Są też warianty z ziemniakami lub serem. 10 na 10!

Na moim Instagramie zrobiłem ankietę z pytaniem czy ktoś z Was był w Gruzji. Na 160 osób 130 odpowiedziało na NIE, reszta na TAK. To w sumie fajnie bo wiele osób zwyczajnie ma przed sobą fajną przygodę, oczywiście pod warunkiem, że takie klimaty im pasują.

Wyjazd na 7 dni do Gruzji kosztował nas 950 zł od osoby. W tej cenie są przeloty, transport, noclegi, ubezpieczenie, jedzenie i wszystko to co jest na miejscu ważne. Gruzja pod tym względem jest miejscem szalenie dobrym na ograniczone budżety. To też powód, że śmiało można tu wrócić. Góry i morze. Zabytki, dobre jedzenie, mili ludzie. Dużo miejsc do fotografowania. No i wino…ale ja nie piję alkoholu.

Pisząc ten wpis wiem, że to nie ostatni mój pobyt w Gruzji.