Tag: Kazbegi

Zobaczyć na żywo Cminda Sameba

Gruzja_2016_Danieluk_118
Gruzja_2016_Danieluk_119
Gruzja_2016_Danieluk_120
Gruzja_2016_Danieluk_121
Gruzja_2016_Danieluk_122
Gruzja_2016_Danieluk_123
Gruzja_2016_Danieluk_125
Gruzja_2016_Danieluk_126
Gruzja_2016_Danieluk_127
Gruzja_2016_Danieluk_128
Gruzja_2016_Danieluk_129
Gruzja_2016_Danieluk_130
Gruzja_2016_Danieluk_131
Rankiem wyruszyliśmy do centrum miasteczka by coś zjeść i dowiedzieć się o której godzinie można odjechać pierwszym autobusikiem do Tbilisi. Zjedliśmy skromne śniadanie w małym barze i ruszyliśmy w górę. Podejście dla takiego człowieka jak ja, miejską duszę, nie było łatwe. Nie można było tego powiedzieć o małym psie, który widać żyje tu od lat i wprowadza turystów na samą górę, licząc że dostanie coś w zamian. Pies poruszał się skrótami, a nam dane było wchodzić krętymi drogami, aż na samą górę.

Im wyżej tym Kazbegi stawało się jak zbiór pudełek po zapałkach. Czyste, świeże powietrze i deszcz który to raz padał, raz zanosił się na kolejne opady. Dopiero w drodze powrotnej zaczęło mocno padać. Wejście na górę zajęło nam blisko 90 minut. Mijały nas rosyjskie i japońskie samochody terenowe, które prężnie wwoziły tych turystów, którzy nie mieli ochoty się przemęczać. Dla nas była to pewnego rodzaju profanacja. Na samej górze można było spotkać ludzie w krótkich spodenkach, którzy trzęśli się z zimna…zresztą nie po to tam weszliśmy.

Na samym szczycie Cminda Sameba. To prawosławny klasztor położony niedaleko wioski Gergeti w północnej Gruzji, w pobliżu miasteczka Stepancminda (dawniej Kazbegi). Kościół jest położony na wzgórzu, na wysokości 2170 m n.p.m. Klasztor został zbudowany w XIV w. i według mojej opinii jest to flagowy widok z Gruzji. Tuż przed wyjazdem uświadomiłem sobie, że blisko dekadę temu widziałem ten pejzaż gdzieś na jakimś blogu i zapragnąłem pojechać do Gruzji, chociaż wtedy wydawało mi się to jak podróż na obcą planetę. Zobaczyć na żywo Cminda Sameba, taki był cel. Udany.

W środku klasztoru panował szmer przemieszczających się ludzi. Tuż przy wejściu piec typu koza, który swoim ciepłem przenikał przez moje ciało. W takich miejscach ogarnia mnie pewnego rodzaju mistycyzm, cisza, myśli zaczynają wolniej biec. Zawsze obserwuję wiernych, którzy przechodzą spod jednego do drugiego obrazu, modląc się i całując obrazy świętych. Zawsze wtedy myślę, że chciałbym być częścią tej społeczności i wiary.

Na zewnątrz zaczął zacinać deszcz i nieubłaganie zegarek nakazywał wracać do miasteczka. Nauczeni przez psiego przewodnika, przecinaliśmy drogę skrótami.

Od dziś nowe wpisy będą przyjazne ekranom z wyświetlaczem retina ;)

Kazbegi

Gruzja_2016_Danieluk_099
Gruzja_2016_Danieluk_100
Gruzja_2016_Danieluk_101
Gruzja_2016_Danieluk_102
Gruzja_2016_Danieluk_103
Gruzja_2016_Danieluk_104
Gruzja_2016_Danieluk_105
Gruzja_2016_Danieluk_106
Gruzja_2016_Danieluk_107
Gruzja_2016_Danieluk_108
Gruzja_2016_Danieluk_109
Gruzja_2016_Danieluk_110
Gruzja_2016_Danieluk_111
Gruzja_2016_Danieluk_112
Gruzja_2016_Danieluk_113
Gruzja_2016_Danieluk_114
Gruzja_2016_Danieluk_115
Gruzja_2016_Danieluk_116
Gruzja_2016_Danieluk_117
Leonidas stał przed domem przy swoim samochodzie. Od razu zrozumiał, że trzy postacie z plecakami to Polacy, jego przyszli goście. Otworzył bramę i pokazał pokój. Skromny z łazienką, trzy łóżka i przepiękny widok na góry. Wydawało się, że takie spartańskie warunki idealnie koegzystują z otoczeniem. Zrzuciliśmy swoje plecaki i ruszyliśmy na spacer po tej dziwnej miejscowości. Po drugiej stronie rzeki Terek mieściła się opuszczona stacja kolejki linowej, która została rozebrana przez mieszkańców, którzy uważali, że jest to profanacja tego miejsca. Za dziwną konstrukcją pusty dom. Taki jak z radzieckich filmów lat 50-tych. Tu krowy mają swój dom. Snując się po małych uliczkach miałem dziwne wrażenie, że jestem gdzieś zupełnie w innym miejscu. Może to był Nepal, może jakaś wioska w górach Peru. Tego nigdy nie będę widział, ale wyobraźnia próbowała na siłę gdzieś nas umieścić, chociaż nadal byliśmy tu i teraz.

Wieczorem obserwując zachodzące słońce i powoli zanikające górskie szczyty, zapukał do nas Leonidas (Leo, ale musiałem mu zmienić imię na jakieś bardziej bajkowe), rozejrzał się i zapytał czy chcemy napić się herbaty. Oczywiście, że tak! Za chwilę gospodarz przyniósł nam herbatę, konfitury i własnej roboty wino. Nigdy nie piłem tak dobrego wina, szkoda że tak mało…na szczęście mieliśmy w zapasie drugie.

Gdzieś w głowie trzymałem mocno kciuki przed następnym dniem, kiedy to zaplanowaliśmy wejście na pobliski szczyt.