Strona główna » NYC

Tag: NYC

Tęskni mi się


Tęskni mi się z Nowym Jorkiem.

W mojej głowie to miasto jest jak jakaś mityczna kraina, która istnieje tylko w filmach, serialach i w moich wspomnieniach. Mam fotografie, bilety, drobne artefakty, które mówią mi, że kiedyś tam byłem. I chociaż mija już 4 rok od ostatniego mojego pobytu w USA to jest już takie poczucie oddalenia i mistycyzmu. Dosłownie. Jak jakiś religijny obrzęd, przejścia ze świata realnego do świata jak ze snu. Poniekąd jestem w stanie to wytłumaczyć sobie, że przecież jestem karmiony obrazami od małego dziecka i istnieje w mojej duszy głód miejsc, rzeczy, chwil, które silnie związane są ze światem zachodnim, a w szczególności z tym amerykańskim światem.

W 2012 roku, ktoś pokazał mi teledysk Lany Del Ray, który uważał za mało interesujący, odbiegający od mojego gustu. Dziś płyta Born To Die, jest tak silnie związana z moimi wspomnieniami (co zresztą muzyka robi świetnie), że lubię do niej wracać. Ulice Nowego Jorku, pełne żaru, tłumu, miejsc, wszystkiego, od razu stają mi przed oczami gdy tylko słyszę jakiś utwór. Kilka miesięcy później, po powrocie z USA, słuchałem tej płyty podczas rosyjskiej mroźnej zimy i to już nie było to. Nie da się podróżować z muzyką, która podróżowała z nami w zupełnie innym miejscu, tak znacząco innym. W Rosji namiętnie słuchałem innej płyty. Dokładnie to White Lies – To Lose My Life, w szczególności jeden utwór, który pachnie tak mocno gdy za oknem spada temperatura i śnieg. To Farewell to the Fairground, który stał się inspiracją do odbycia właśnie tamtej podróży do Rosji bo teledysk ten był realizowany w Niklu (koło Murmańska) i okolicach. No więc czego innego można było wtedy słuchać? Bajmu?

Tęskni mi się za Nowym Jorkiem, który jeszcze chwilę temu był na wyciągnięcie ręki. Dziś na chwilę już taki nie jest.

I got that summertime, summertime sadness
Su-su-summertime, summertime sadness
Got that summertime, summertime sadness
Oh, oh oh

Podczas ostatniego pobytu w Nowym Jorku byłem sam. Z tego co pamiętam podczas wyboru tematu pracy dyplomowej w łódzkiej szkole filmowej, zastanawiałem się nad podjęciem tematu, który opowiadałby o samotności w podróży. Nic z tego nie wyszło i właśnie ta Rosja z początku 2013 stała się tematem mojej fotograficznej pracy.

Myślę, że w tym roku nie uda się wrócić do Nowego Jorku, chociaż bardzo bym chciał.

Miasto, które nigdy nie śpi

4081
4089
4088
4087
4086
4085
4084
4083
4082
4090
4100
4099
4098
4097
4096
4095
4092
4091
4093
4094
4101
“Miasto, które nigdy nie śpi”

Ono nie śpi, ja z przyjemnością. Wczoraj niestety nie udało mi się wrzucić żadnego wpisu, a sobie obiecałem, ale nie dałem rady. Dziś w końcu mamy wieczór wolny od spacerowania i przemieszczania się nowojorskim transportem. Po tych trzech dniach można coś napisać. Do tego wrzucić parę fotografii.

Mieszkamy na Long Island w Queens. Dzielnica azjatycka. Wsiadając do autobusu ciężko nie poczuć się jak w Pekinie. W miejscu gdzie wysiada się z autobusu, wszędzie napisy chińskie i koreańskie, a może tylko chińskie? Bez znaczenia. Nim jednak autobus przyjedzie wszyscy stoją grzecznie w kolejce. Autobus podjeżdża i zabiera chętnych. Po angielsku mówi tylko suchy komunikat w autobusie o zamiarze otwarcia przednich drzwi.

Wczoraj chcieliśmy z dolnego Manhattanu dostać się pod Statuę Wolności. Niestety kolejka była już tak długa, że się wycofaliśmy pod budowę nowego World Trade Center. Miejsce samo w sobie ciekawe. Dla mnie tamten dzień był szokiem, obrazki płynące z telewizora mam do dziś w głowie. Wczoraj pierwszy raz w życiu byłem w tym miejscu gdzie stały dwie wieże. Czuć jakiś dziwny duch amerykańskiej dumy. Pracownicy budowy na kasakach mają amerykańskie flagi, na odblaskowych koszulkach napisy w stylu: duma i walka, 9/11 pamiętamy. Tuż przy samym płocie mała pizzeria w której robotnicy jedzą pizzę w kawałkach, my obok nich. Pizza pyszna. Nawet nie fotografuję bo jestem zbyt głodny by myśleć.

Chwilę potem metrem drugi raz do Central Parku. Strasznie ciepło, zmęczenie robi swoje. Znowu do metra i do domu na Queens. Metro jednak w każdym mieście jakoś zbiera ludzi. Nowy Jork to jak taka mieszanka studencka. Różne orzeszki i takie tam, wymieszane. Dokładnie i smacznie. Na jednym z odcinków vis’a’vis nas siedziały dwie Rosjanki. Jedna dorosła, druga z nich to mała dziewczynka. Rozmawiały po angielsku, a zaraz po rosyjsku. Raz tak raz tak. Dlaczego? :)

Wieczór natomiast wypełnił blask Times Square. Z tysiącami ludźmi. Może na żywo to miejsce nie robi takiego wrażenia, jednak odwiedzanie znanych miejsc ma coś w sobie. Długo tam nie da się wysiedzieć. Czarnoskóry Batman, myszka Miki i Elmo. Miałem już dosyć bo jeszcze organizm żyje czasem polskim, a ciężko się racjonalnie myśli o 6 nad ranem. Miasto jednak o tej porze żyło w najlepsze. Nawet miałem wrażenie, że było więcej ludzi jak za dnia.

Dziś (w zasadzie wczoraj w PL) wybraliśmy się z samego rana na Liberty Island by zobaczyć Statuę Wolności. Zawsze wydawało mi się, że jest większa i bliżej lądu. Filmy kłamią! Mimo wszystko z bliska robi wielkie wrażenie. Sama ma przecież już 125 lat! Co ciekawe w sklepie z pamiątkami była łazienka. Podczas sikania można było słuchać hymnu USA. Urocze.

Nie da się spacerować po ulicach Manhattanu bez zadzierania głowy. Nie jestem wielkim miłośnikiem fotografowania architektury, ale tutaj się inaczej nie da. Wysokie budynki, a na każdej ulicy coś ciekawego do fotografowania. Każda nazwa coś mówi, każdy większy budynek gdzieś już się widziało. Takie jest to miasto.

Zresztą uwierzcie mi, ale ciężko to wszystko opisywać. Nawet chyba fotografie nie oddają tego jak to wszystko wygląda.

A na koniec dnia wizyta w B&H. O tym sklepie słyszałem od wielu ludzi. Tyle fajnego sprzętu foto nie widziałem nigdy. Jednak najlepsze wrażenie zrobiła na mnie obsługa. Wszyscy z pejsami i w myckach :D