Strona główna » Orta Osiyo » Strona 2

Tag: Orta Osiyo

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 2)


Samochód dociera na parking. Na zewnątrz jest gorąco. Z głośników zamontowanych na jakimś barze leci głośna muzyka. Wychodzimy szybko i kierujemy się na brzeg klifu. To tutaj znajduje się pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu. Szpiczasty pod kątem. Skierowany na wschód. Wieje przyjemny wiatr, a naszym oczom ukazuje się bezkres, aż po sam horyzont. Na dole widzimy cel naszej podróży. Wraki statków na piachu, te które kiedyś żywiły ludzi, dawały im pracę i nadzieję na przyszłość.

W drodze na dół zaczepia nas grupka lokalnych turystów, którzy robią sobie z nami zdjęcie. To złudne uczucie, ale mam jakieś sobie przekonanie, że zaraz nie będzie czasu, że zaraz wraki odpłyną i nie będę mógł ich sfotografować. Schodek po schodku i jesteśmy na dole. Wcześniej zerkałem na zdjęcia z tego miejsca i nie byłem zadowolony (o ile w ogóle mogłem przecież), że dookoła wraków zrobili jakiś chodnik, ale potem się okazało, że bez niego byłoby trudno się tu poruszać. Wyschnięte jezioro czy też morze to przecież pustynia.

Spacerujemy w pełnym słońcu, uświadomiłem sobie, że w tym pędzie zostawiłem wodę w samochodzie. Chodzę między wrakami statków i fotografuję. Próbuję jak najszybciej dojść do tego miejsca, które opowie na wiele moich pytań. Co tu się stało, jak to się stało, dlaczego, po co? Od razu rzuca mi się w oczy ilość dzieciaków, które zapewne chwilę wcześniej zwiedzały muzeum na szczycie klifu. Włażą na wraki, bawią się jak na apokaliptycznym placu zabaw, w najlepsze. Podchodzę i fotografuję. Układam ich na tej planecie zniszczenia.

No dobrze? Co tu właściwie się stało? O tym w następnej części.

Uzbekistan: Nukus – Mizdarkhan – Moynaq (część 1)


Poranek. Przed hotelowym pokojem stoi moja walizka. Na plecach mam plecak. Zapakowany delikatnie tym co powinien mieć. Ostatni raz klasycznie zerkam czy czegoś nie zapomniałem.

To był kolejny dzień na który czekałem, a jeśli powiem, że prawie najważniejszy to nie będę mijał się z prawdą. Tak uważam. Chociaż absolutnie nie znaczy, że inne dni były gorsze, ale tu chwile były wyjątkowe w pewien sposób. Więc po zjedzonym śniadaniu, zdaniu hotelowego pokoju, wsiedliśmy w nasze auto i ruszyliśmy na północny-zachód. Dosyć szybko opuściliśmy Nukus, a naszym pierwszym przystankiem była nekropolia Mizdarkhan przy samej granicy z miastem Khodzheyli. Minęliśmy wielbłądy, a potem znak który ponownie informował mnie o bliskości Turkmenistanu. I nagle jak niby nic na horyzoncie pojawił się właśnie Mizdarkhan. Wzgórze z charakterystycznymi budowlami.

Nie jestem fanem cmentarzy, chociaż jak każde życie jest z nim związane. Od wielu lat cmentarze są dla mnie inne, a wszystko przez wydarzenie w życiu, kiedy mój pochowaliśmy Dziadka. Od tamtej pory unikam ich, chociaż te nie w Polsce są po prostu pozbawione, a raczej nie są obarczone emocjami. Egzotyka czy orient. Te muzułmańskie w szczególności. Przez niecałą godzinę spacerowaliśmy między grobami na wypalonej ziemii. Nad wszystkimi górowała dziwna trójkątna konstrukcja, która przypominała jakiś system wyciągania zawartości studni. I ten nieduży szczyt był celem pielgrzymów, gości odwiedzających cmentarz. Chwilę poobserwowałem ludzi i sam udałem się na jej szczyt. Z góry widok był równie ciekawy co z dołu. I to z góry dopiero było widać przestrzeń.

Mizdarkhan został założony blisko 2500 lat temu, a od 1700 lat służy jako nekropolia. Dopiero zagłębiając się w historię tego miejsca, wieża na wzgórzu zaczyna mieć inne znaczenie. Od tego jest właśnie moje podróżowanie po powrocie. Ta prosta konstrukcja to wieża ciszy. Pozostałość po cmentarzu zaratusztriańskim. W przeciwieństwie do muzułmanów, Zaratusztry (religia wywodzi się z Iranu) nie grzebali swoich zmarłych, ale raczej pozostawiali ciała na pożarcie przez ptaki drapieżne na szczycie płaskiej wieży zwanej dakhmą. I często niewiedza przed i w trakcie, nie pozwala nam na zrozumienie miejsca. I z góry obserwuję jak pielgrzymi układają kamienie na samym początku wzgórza.

Wśród milczących grobów stoi mały domek z białymi ścianami. Obok kręci się starszy mężczyzna. To stoi w słońcu to chowa się pod dachem. Jego skóra jak ta ziemia, jest wypalona słońcem. Kiedy poznaję jego imię (nie byłem w stanie zapamiętać imion moich chwilowych bohaterów, a nie zapisałem sobie, proszę mi to wybaczyć), zapraszam go na białą ścianę i fotografuję. Za chwilę znów jesteśmy pod autem, ale w drodze do auta fotografuję nagrobki, a raczej wyryte na nich twarze. Samochód zawraca i ruszamy na północ. Wskaźnik z paliwem sugeruje by mieć na uwadze uzupełnienie baku. I tak wjeżdżamy do małego miasteczka Kanlykul, które na mapach widnieje jako Leninabad. I tu miałem szalone wyobrażenie, że na środku jakiegoś placu stoi wielki Lenin w turbanie. Gdzie tam. Jak wjechaliśmy tak wyjechaliśmy. W naszym programie ekspresowego zwiedzania miasteczka nie było tam nic ciekawego uwagi.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie stacji paliw na której będzie potrzebne nam paliwo AN-91(92) i właśnie to paliwo, w zasadzie za nas zadecydowało o przyszłym planie zwiedzania Karakałpacji. Jedna stacja, paliwa brak. Druga stacja – wygląda jak by od lat 80-tych nie sprzedawała paliwa. Trzecia stacja. I tu miły Pan oznajmił, że najbliższa stacja jest około 40 kilometrów za nami, znaczy się w Nukusie. W aucie pali się rezerwa, ale ta rezerwa której się unika. Może zostało nam 40, może 50 kilometrów zasięgu. Jest ratunek bo przy wjeździe na główną drogę widzieliśmy stacje. No tak. Stacja z metanem, benzynką, ale naszego nie ma. Motyla noga! Grzesiek zwolnił, klimatyzacja wyłączona. Radio i tak nie działało. I tak tracąc sporo cennego czasu i nerwów, ponownie wjechaliśmy do Nukusu, gdzie znalazła się stacja na której udało nam się zatankować do pełna. Pełny bak, pełna radość, portfel lżejszy o 500 tysięcy. I ponownie wskoczyliśmy na bardzo ładną trasę A381. Naszym celem dziś był Moynoq (Mujnak). Stolica Morza Aralskiego.

Kiedy minęliśmy z lewej strony miasteczko Qo‘ng‘irot (wymówcie to na głos), droga diametralnie siłę zmieniła. W zasadzie była to taka której się najbardziej obawialiśmy na całej trasie. Na szczęście ten ostatni odcinek z kiepską drogą (100 km) pokonaliśmy w niecałe dwie godziny. Im dalej tym cieplej. Krajobraz był już nam znany, ale emocje w mojej głowie rosły. Nie mogłem się doczekać. I tak po wjeździe do Moynaq’u po prawej stronie widoczny był pas startowy, a po lewej jedyna stacja paliw. Wyobrażałem sobie to miejsce jako totalną dziurę, ale moje zaskoczenie było tym większe, że okazało się iż to miejsce jest całkiem zadbane, normalne, a nawet są małe bloki mieszkalne. Nie wiem czemu miałem takie puste wyobrażenia. Wszystko prze oglądanie map zwykłych i satelitarnych. Tutaj starałem się też nie oglądać żadnych fotografii z tego miasta i było to dobre posunięcie.

Dojechaliśmy do celu. Na krawędzi wielkiego klifu ukazał się bezkres Morza. Bez wody.

Uzbekistan: Nukus (część 2)

Na ulicy Alakoza, jednej z większych arterii tego miasta, facet w nieznanym wieku, zbliżył się niepewnym krokiem do małego drzewa, wyjął instrument i zaczął oddawać mocz. Chwilę to trwało i mocz zaczął nawadniać malutkie wzniesienie, a także asfalt na którym stał. Jedną ręką trzymał się małego drzewka. Jedynego chyba w obrębie kilkunastu metrów. Obok niego na małym wzniesieniu stał policjant. Trzy metry od urynonauty. Policjant wyjął telefon i uwiecznił wykroczenie. Poczekał chwilę i kiedy facet jedną ręką zapinał rozporek, a drugą nawigował, policjant złapał urynowego przestępcę. I tak znaleźliśmy się na bazarze.

Taki powiedziałbym jak nasz o zapachu końca lat 90-tych. Nie było w nim nic na tyle poruszającego by coś mnie mocno zaskoczyło. Tu but, tam kilogramy mąki czy ryżu. Stoisko z torbami, proszkami i okularami. Między dachy pawilonów, wkradało się zachodzące słońce. Dopiero w drugiej części dnia po długiej podróży z Buchary, dotarliśmy do Nukusu. Dosyć spore to miasto liczące blisko 300 tyś mieszkańców. Do granicy z Turkmenistanem dosłownie chwila. Miasto dzieli prawie na pół kanał, którym można dostać się do Amu-darii. Drugiej, a może pierwszej rzeki Uzbekistanu.

Nukus jest stolicą Karakałpacji. Autonomiczna republika, która znajduje się na terenie Uzbekistanu. I chociaż samych Karakałpaków jest tu 1/3 to czują oni silną więź z miejscem, a także podkreślają swoją autonomiczność i odrębność językową. W socialmediach ostro podkreśląją, że Karakałpacja to nie Uzbekistan.  Mam wrażenie, że to taki bardziej radykalny Śląsk, gdzie opuszczenie granic Uzbekistanu nie wchodzi w grę ze względów ekonomicznych. W większości Karakałpacja jest sucha jak pieprz.

Fotograficzny zapis krótkiego spaceru przed zmrokiem. Tu bazar, za chwilę reklama drzwi, ogromnych bo im większe w bramie, im więcej zdobień tym większe bogactwo za jego progiem. Most na kanale. Czuje się tu jak w Groznym, chociaż nigdy w nim nie byłem. Jest i meczet. Podam nazwę jeśli kogoś on zainteresował Muhammad Imam Iyshan meshiti. Nadkanałowe bulwary, piękne niebo i ten zachód słońca. Za chwilę mijamy kładkę i jesteśmy po naszej stronie miasta. Przez ten czas fotografuję i rozmawiam z Mamą. Tu przejście dla pieszych. Na noc trzeba mieć trochę wody i może coś słodkiego. Ruszamy do lokalnego warzywniaka który znajduje się chyba najbliżej hotelu. Chyba najwyższego budynku w mieście. Jest tak wysoki, że widać z jego okien lotnisko. Widać też Turkmienistan, ale gołym okiem nie bardzo, więc trzeba sobie dorobić groźną i niedostępną granicę. Na bank jest tam portret Prezydenta. Gurbangula Berdimuhamedowa. No nic wchodzimy do sklepu. Po prawej towary spożywcze. Po lewej butik. Widzę za plecami czips krabowy. Mój ukochany. Odmawiam bo czips to zło największe. Opakowania do mnie mówią, krzyczą. Walczę. Kupiłem wodę i batona. Ekspedientka pyta czy my po angielsku. Mówię, że tak. Ona, że wie. Uśmiecha się. Płacimy. Wracamy do hotelu.

Każdy ma swój ogromny pokój. Nie pamiętam kiedy miałem taki duży tylko dla mnie. Widok na zachód i most nad kanałem. Odpalam telewizor. To moja tradycja. Skaczę po kanałach i trafiam na jakiś lokalny program. Koncert życzeń. Nic nie rozumiem, ale na ekranie pojawią się jakieś fotografie. Zwykłe codzienne chwile Karakałpaków. Obok telewizora, który do małych nie należał, małe biurko. Kładę na nich czyste kartki. Wyjmuję pióro i próbuję napisać kilka słów. Jestem zmęczony. Wymieniam ważne rzeczy w punktach. Po spisaniu dwóch dni czuję takie zmęczenie, że odpuszczam. Z żalem, ale nie miałem siły. Za plecami łóżko, które jak czipsy krabowe wołały mnie do swojego przeznaczenia. Jednak żal znowu. Wychodzę na balkon i cieszę się ciepłem. Miasto zasypia jak moja głowa.