Tag: Podróż

Mediolan (część druga)


















Zastanawiam się co można napisać więcej? Nie wiem. Serio nie wiem. Mediolan wydawał się zwyczajny. Nie było oślepiającego blasku wielkich marek, które nie robią na mnie żadnego wrażenia. Tysiące turystów podobnych do mnie. Setki gołębi. Trochę nudno. Jednak zawsze chciałem zobaczyć kilka miejsc w tym mieście.

Chyba największe wrażenie zrobił na mnie pokaz z kobietą uwiązaną do balonów. Wszystko to stworzone dla Tiffany & Co.

Nie wiem czy tu kiedyś wrócę.

Mediolan część pierwsza

Skopje. Najbrzydsza stolica świata?

Rano z dworca kolejowego w Belgradzie zabrał nas Bośniak swoim dużym samochodem. Około 50-tki. Może mniej. Był trochę zniszczony z twarzy. Potem wręczył nam wizytówkę. Był szefem jakiegoś obozu umysłu. Coś z pogranicza sekty. Przed nam było blisko 5, może 6 godzin drogi. Wybraliśmy BlaBlacar zamiast autokaru. Połączenia kolejowe w marcu 2017 były tak liche, że nawet nie braliśmy ich pod uwagę.

W drodze przez Serbię do Macedonii mieliśmy mały przystanek na śniadanie. Z nami była też chyba Macedonka. Na ręku miała tatuaż z mapą świata. Przy stole rozmawialiśmy o Polsce i Bałkanach. Trochę zaskoczyła mnie niewiedza o Polsce. Patrzyłem na słodki czaj, a za oknem piękne wzgórza południowej Serbii. Wiszące obrazy na ścianie przypominały złote czasy byłej Jugosławii.

Liczyłem na pieczątkę z wjazdu do Macedonii w moim nowym paszporcie. Nic z tego. Po chwili byliśmy już w centrum miasta. Kiedy wysiadłem z samochodu ujrzałem stary dworzec kolejowy połączony z autobusowym. Na parkingu stało wiele starych samochodów, słońce prażyło marcowym dniem, a ja patrząc na Dawida zastanawiałem się co ja tu robię. Do dziś pamiętam jak źle się wtedy czułem. Chociaż nie minęło nawet pięć minut.

Do wynajętego mieszkania dojechaliśmy autobusem. Niestety na gapę, ale może to kara bo nie szło nigdzie kupić biletu. Podczas całego wyjazdu już ani razu nie kupiliśmy biletu, zresztą większość odległości pokonywaliśmy na piechotę. Skopje to małe miasto, żyje tu blisko 500.000 ludzi. Serio, to małe miasto.

Nasze małe mieszkanie w Skopje było bardzo przyzwoite. W naszych telefonach szalał już lokalny internet. To podstawa każdej z podróży. Czy się to komuś podoba czy nie. Internet musi być. Rozpoczęliśmy zwiedzanie tego dziwnego miasta. Miasta brzydkiego i bez klimatu. Miasta gdzie buduje się historię, której mam wrażenie nie ma.

W 1963 roku Skopje nawiedziło trzęsienie ziemi. Na starym budynku poczty blisko wielkiego centrum handlowego widnieje zegar. Zatrzymał się w godzinie pierwszych wstrząsów. 5:17, 26 lipca 1963. Życie straciło 1070 osób. Swój dom straciło blisko 100.000 ludzi. W odbudowie miasta pomagała też Polska. Muzeum tego wydarzenia jest warte odwiedzenia. Jakieś największe wrażenie zrobiła na mnie stara winda.

Centrum Skopje to wielki plac budowy. Co się buduje tego nie wiem, ale to co się wybudowało budzi pewnego rodzaju niesmak. Nie chodzi mi żaden sposób, że jest to brzydkie bo i brzydkie bywa pięknym, ale nasilenie tego powoduje dziwne kłucie w oczy. Tu monumentalny pomnik Aleksandra Macedońskiego, tam odnowione starożytne elementy czy świeżo dorabiana fasada. Wyobraźcie sobie, że stare bloki w centrum miasta, są oklejane (chociaż pewnie jest jakieś fachowe określenie tej czynności) czymś co ma przypominać luksusowe fasady. Ciężko mi to opisać, ale wygląda to koszmarnie, sztucznie.

Po jednej stronie Wardaru część turecka z górującym meczetem, po drugiej stronie szare blokowiska. Na środku rzeki statek iście piracki. Poziom wody jest niski co dodatkowo potęguje jakiś niepokój. Widać też stadion z wielkim napisem Cracovia, pamiątka po naszych. Po mieście można podróżować piętrowymi autobusami i podziwiać setki macedońskich flag wywieszonych w oknach.

Mamy taką tradycję z Dawidem, że na „wchodzie” idziemy do McDonald’s i szukamy naszej ulubionej kanapki Big Tasty, której nie ma w Polsce. Tego nie rozumiem, ale szanuję bo przynajmniej można dalej kultywować tradycję! Jak się okazało Macedonia należy do jednego z 7 państw w którym tej sieciówki nie ma. Czyli w tym roku byłem w 2 z 7 państw gdzie nie ma Maka. Macedonia i Iran. Tuż obok Korea Północna o której od lat podróżniczo wzdycham.

Mogę powiedzieć, że Skopje to najbrzydsza stolica świata*.

*) Z tych stolic które widziałem. Tuż obok jest Bukareszt, który widziałem zimą tego roku i przytłoczył mnie swoją nijakością. Ktoś może powiedzieć, a jak ma się do tego Kiszyniów. Stolica Mołdawii pozostawiła w moim subiektywnym rankingu bardzo wysoką pozycją, chociaż można powiedzieć, że wszystko wyjęte jest jak by z jednego wora. Nie jest.

Mediolan (część pierwsza)














Od czego by tu zacząć. Dosyć długo przed określeniem trasy zastanawialiśmy się jak przedostać się do Wenecji, gdzie mieliśmy samolot do Krakowa. Kombinowaliśmy przeogromnie, ale jednak wybór padł na trasę Genua – Mediolan – Wenecja. Czas zweryfikował nasze pomysły. Będąc Genui kupiliśmy bilet do Mediolanu. Od razu też wyszukaliśmy jakiś całkiem sensowny nocleg. Plan był ambitny bo chcieliśmy spędzić tylko jedną noc w Mediolanie, a potem zrobić sobie 48h bez snu. Wygoda i już zmęczenie intensywnością podróży (miły stan choć…) zadecydowały o zostaniu na następną noc w tym jak, że modnym mieście.

Nasz pierwszy nocleg mieścił się szalenie blisko dworca, który wewnątrz był okupowany przez pasażerów, a na placu przed, przez czarnoskórych imigrantów ekonomicznych. Ten plac powróci w innym wpisie. Bardzo lubię otwierać hotelowe drzwi i odkrywać ich pokoje. Im ładniej tym uśmiech na mojej buzi większy. Oczywiście są też takie miejsca, gdzie im gorzej tym lepiej, ale tutaj było tak jak powinno być. Przed hotelem był znak informujący, że we wtorki i czwartki nie wolno parkować rano. I to była zapowiedź następnego dnia. Od bladego świtu rozstawiał się tam cholerny bazar! Koniec snu, koniec marzeń sennych. Cały blady świt przesiedziałem na tarasie z którego obserwowałem jak setka straganów w huku stawia się do pionu. Zresztą Włochy kojarzą mi się z hałasem, a niestety moje magiczne zatyczki zostawiałem w Polsce. Oj strasznie byłem zły. Nie ma nic gorsze jak wygodne łóżko od którego musisz się oderwać…tu, tam, w domu. Nie ma znaczenia…

Rano też musieliśmy opuścić to urokliwe miejsce, nasz następny hotel mieścił się jakieś 8 minut spaceru. Co ciekawe była to już dzielnica afrykańsko-azjatycka. Pokoik skromny. Można by powiedzieć, ze im dalej w las tym nasze noclegi były biedniejsze (chociaż cena rosnąca). Ważne że była łazienka i duże łóżko. Widok z okna też budził wiele emocji.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ