Tag: Robert Danieluk

[Kirgistan] Tamczy – Biszkek

Ostatni dzień w Kirgistanie.

Rano wstałem bardzo wcześnie i umyłem głowę. Niby nic, a jednak w podróży człowiek takimi rzeczami żyje. Wszystko się z jednej strony zawęża i otwiera. Taki dziwny paradoks. Człowiek łapie ogromny dystans od tego co zostawił w domu. Podróż jest dobra na wszystko. Pozwala na pewne problemy spojrzeć w zupełnie nowy, inny sposób, niektóre z problemów nagle znajdują proste rozwiązania. Wszystko dzięki odległości, zmianie otoczenia, czasem jest to jak podróż na inną planetę. Tu też zawsze zwracam uwagę jak człowiekowi zmieniają się priorytety potrzeb. Może określenie „zezwierzęcenie” nie jest idealne, ale coś w tym jest. Pewne rzeczy przychodzą nam łatwiej, a głowa potrafi szybko przestawić się na tryb „poza domem”. Chociaż od mycia głowy nie ucieknie się tak łatwo.

Ruszyliśmy na zachód. Mieliśmy ograniczony czas bo wieczorem czekał nas lot do Ałmat w Kazachstanie. Naszym celem tego dnia oprócz wspomnianego Biszkeku, było miasto Bałykczy. To blisko 40 tysięczne miasto, chociaż absolutnie nie było tego po nim widać. Może to po prostu takie uczucie gdy zabudowa jest niska i nie widać jak dane miasto jest rozległe. Odpuściłem sobie poszukiwania poczty. Wiedziałem już, że moja tradycja wysyłania pocztówek się tu nie sprawdzi. Było mi jakoś wewnętrznie z tego powodu przykro.

Pomnik ze złotym Leninem. Dalej przy tej samej trasie Lenin na dachu.

Grzesiek podwozi nas pod tory kolejowe, za którymi widać było część portu. Mieliśmy ogromną nadzieję, że uda nam się wejść na teren portu bo na mapach satelitarnych googla było widać jakieś, jak się wtedy wydawało opuszczone statki. Teren niestety był ogrodzony, ale widok na zachód był ładniejszy. W oddali portowy żuraw i ogromna barka. Tam też ruszyliśmy. Na miejscu czekał na nas Grzesiek. Zaryzykowaliśmy i przeszliśmy przez ogrodzenie. Po chwili pojawił się przy nas jakiś mężczyzna, który zapytał co tu robimy. Po tekście, turyści z Polski, od razu pojawił się uśmiech i zdziwienie bo turyści chyba zwiedzają muzea, fotografują kwiatki czy cholera wie co. Nas fascynował żuraw. Facet powiedział, że jeśli chcemy możemy zobaczyć go z bliska. Chętnie, ale nie mieliśmy na to czasu. Ten cały widok to właśnie jeden z tych obrazów z mojej głowy.

Centrum miasta. Ruchliwa ulica przy której znajdziemy wszystko. Jakiś ładny szyld. Wchodzimy. Wybrałem do jedzenia manty (jak zawsze) i były to najlepsze manty jakie jadłem w życiu. Sama knajpka to było bardzo ruchliwe miejsce. Idealne. Można było poczuć jakiś lokalny koloryt. Tego zawsze poszukuję, tego zawsze mi gdzieś brakuje. To musi być. Bez tego podróż jest nie pełna. Jeśli latem nie czuć ciepłych płyt chodnikowych to nie ma lata. Czasem warto położyć bosą stopę na takiej płycie. Znów zamknąć oczy i czuć. Fizycznie. W erze cyfrowych doznań, jest to rzecz którą warto w sobie pielęgnować. To my pamiętamy czasy bez Internetu, zasięgu sieci komórkowej czy Netflixa. Schować telefon. Nie fotografować. Czuć.

Pod jadłodajnią zaczepiają nas ludzie i proszą by zrobić im zdjęcie. Młody chłopak z kurczakiem pyta o nazwę konta na Instagramie. Za jakiś czas śledzi nas Prezydent Kirgistanu. Takie marzenia ma ten chłopak z kurczakiem. Widać w jego oczach ogromną radość. Naciskam spust. Robię fotografie. Nic innego mnie już nie interesuje.

Ruszamy na wschód. Grzesiek robi przystanek i zalewamy nasz bak paliwem. Postanawiam skorzystać z łazienki. To taka chwila, że człowiek musi, organizm się zwyczajnie domaga. To też zasługa łazienki w naszym ostatnim noclegu. Nie czułem się tam komfortowo i to pewnie organizm do czasu…uszanował. Wchodzę do łazienki i widzę kabiny. Wszystkie kible z dziurą. Rzecz jasna dla mnie, osoby która często podróżuje na wschód to taki widok nie jest zaskoczeniem, ale ta dziura jakoś zawsze budzi mój niepokój, jakoś boję się, że mogę tam wpaść. W każdym razie by skorzystać z szaletu, rozebrałem się. Zostałem prawie tylko w butach. Zawsze mnie to bawi, śmiałem się nawet na głos. Dobrze, że szalet był pusty. Pierwszy raz tak korzystałem z kibla podczas podróży koleją transsyberyjską. Tamten wyjazd zburzył we mnie pewne blokady. To jedna z tych rzeczy, które szanuję w podróżowaniu. To czego człowiek się nauczył i co chyba najważniejsze, co zmienił w sobie. Podróże zmieniają.

Po południu docieramy na lotnisko w Biszkeku. Oddajemy samochód. W lotniskowym sklepiku widzę jedyne pamiątki z Kirgistanu. Lepsze to niż nic. Kupiłem magnesik. Kolejny. Kartki i magnesy. To jedno z moich uzależnień. Lot do Astany trwał około 20-25 minut. Najmłodszy samolot we flocie Air Astana. Czysta przyjemność. Kocham samoloty.

[Kirgistan] Tamga – Tamczy


Trzeci dzień w Kirgistanie. W planie mieliśmy zrobić 300 kilometrów i przedostać się na przeciwległą stronę jeziora Issyk-kul. Ludzie którzy opiekowali się miejscem noclegowym, rano przynieśli nam śniadanie i czaj. Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu by delektować się widokami jakie otaczały nasz mały domek. Z okien było widać wodę. Przed domkiem, budzące się razem z dniem góry Tienszan. Przed trasą stałem jeszcze chwilę i nabierałem do mojej głowy ten fascynujący widok gór. Czyste powietrze, chłód, słońce. To taki dobry moment by zwyczajnie zamknąć oczy i poczuć chwilę.

Samochód zjechał z góry i ruszyliśmy w poszukiwaniu stacji paliw oraz pomnika z Gagarinem. Paliwo wlewał nam mały chłopiec. W pełnej powadze dokończył, przyjął walutę i za chwilę wrócił z resztą. Stacja mieściła się na wysokości około 1700 metrów, a naszym celem był wodospad Barksoon, który jak się okazało jest, ale go nie ma. Nie ma bo zamarzł. Staliśmy u jego podnóża na wysokości 2300 metrów. Obok nas mały cokół z głową Jurija Gagarina. Według legend miał tu w tych rejonach odpoczywać po swoim pierwszym locie. Betonowa głowa Gagarina miała przyznam, piękny widok. Tuż za nim z desek zbity kibel.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się by sfotografować pomnik Kamaza.

Drugim naszym postojem był Karakol, zwany też Przewalskim. Miasto oddalone 200 kilometrów od granicy z Chinami. Gagarin do Chin ma bliżej bo tylko 100 kilometrów. Gdy już dojeżdżaliśmy do granic miasta, po lewej stronie tuż przed budynkiem szkoły był pomnik Lenina. Sekundę później gdy przy nim stałem, dzieci ze szkoły zaczęły bardzo interesować się naszą obecnością. To był doskonały moment by ich sfotografować na tle Lenina, a potem Szymon zrobił mi z dzieciakami zdjęcie. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do naszego celu.

Karakol. Miasto, które nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może dlatego, że było tylko krótkim przystankiem. Kolejnym kilometrem trasy. Tutaj też wydawało mi się, że w centralnym parku jest pomnik Lenina. Okazało się, że to pomnik kogoś innego. Azjatyckie rysy twarzy, nieznane mi nazwisko. Zmrużyłem oczy i widziałem w nim wodza z Korei, tej północnej. Przyznam, że trochę śmieszne jest to poszukiwanie pomników Lenina. Coś jednak aparat kolekcjonować musi. Od tego jest. Tuż za parkiem była poczta, tak mówiła nawigacja i szyld przed wejściem. W Biszkeku nie udało mi się wysłać pocztówki bo w placówce nie było ani znaczków, ani pocztówek. Pani mnie wysłała na pocztę główną, ale nie miałem na to czasu. Tutaj poczta składała się chyba z dwóch pomieszczeń. Pierwsze to poczekalnia, a za drzwiami chyba punkt właściwy. W poczekalni były tłumy. Na zewnątrz około 5-7 stopni. W środku 40. Zrezygnowałem. Przy wyjściu z ciekawości zapytałem jakiegoś młodego chłopaka gdzie jest poczta. Nie miałem pojęcia gdzie. Zatem co to był za budynek?

Postanowiliśmy też coś zjeść. Jakaś główna uliczka z hostelem. Tu w drzwiach pojawił się zagraniczny turysta. Kilka dni później w Budapeszcie, kiedy stałem przy kontroli paszportowej, okazało się że to Słowak. Zasada wyboru miejsca z jedzeniem jest zawsze podobna. Musi być tam dużo ludzi. Najlepiej lokalsi. Pani w knajpie przydzieliła nam oddzielną salę. Niczym sala VIP. Za przepierzeniem, kirgiskie seniorki właśnie pałaszowały dania obiadowe. Może któraś z Pań, właśnie miała swoje urodziny. Tyle z domysłów.

Samochód prężnie cisnął na północ, a potem odbiliśmy na zachód. Naszym ostatnim celem była mała wieś Tamczy, gdzie pierwszy raz widziałem jak psy sczepiły się tyłkami. Ten obraz pozostał mi, aż do snu. Nasz nocleg to taki, którego nigdy nie biorę pod uwagę, ale marzec to czas gdy sezon turystyczny w tych rejonach jest martwy, więc wybór jest czasami tylko taki: albo drogo, albo tanio.

Dom. Taki rozbudowany o dziwne dodatkowe pomieszczenia. W małym piecu ogień. Przed wejściem zostawiamy buty i wchodzimy do środka. Myślałem by je zabrać na noc do pokoju, ale zapomniałem o tym, na plus bo rano buty dobrze się odświeżyły. Pani zaproponowała nam, że zrobi dla nas kolację za dodatkowe wynagrodzenie. Zgodziliśmy się. Dostaliśmy do dyspozycji dwa pokoje. Trzeci służył jako jadalnia, chociaż było w nim strasznie zimno. Do tych trzech pokoi można było dostać się z przedpokoju, który miał wejście do kuchni. Przy kuchni był telewizor. Obok drzwi do pokoju dla gospodarzy. Dalej łazienka i prysznic.

Tuż przed snem zatrzymałem się przed telewizorem. Leciały jakieś kirgiskie pieśni i tańce. Poczułem, że jestem daleko od domu.

Zrobiło się chłodno.

[Kirgistan] Biszkek – Tamga

Nasz plan był mocno napięty. Wszystko przez linię lotniczą, która ucięła nam 3 dni. Zmiany rozkładów lotów bywają czasem mocno irytujące.

Poranek w Biszkeku był pochmurny, ciężki i zimny. Wszystko przez brak słońca. Jakiś depresyjny klimat ogarnął widok za oknem. Do tego mgła zakrywała wszystkie budynki i podwórka. Pod hotelem jakieś bezpańskie psy szukały czegoś na śniadanie. Może zagubiły się miedzy tymi wszystkimi światami. To była dobra noc. Mocny sen zmęczonego człowieka w i po podróży. Uwielbiam takie noce gdzie urywa się film w głowie. Zamyka oczy i otwiera je 8-10 godzin później. Potem dobre śniadanie. O dziwo pojawił mocny czaj w małej filiżance. Ostatnie przygotowania. Energiczne wkładanie rzeczy do plecaka. Zawsze wykładam je na łóżku by niczego nie zapomnieć. Na jednej kupce rzeczy które mam przy sobie, na tej drugiej rzeczy które nie są mi potrzebne i lądują w plecaku.

W międzyczasie chłopaki wyskoczyli odebrać auto pod hotelem i w zasadzie byliśmy gotowi do drogi. Pierwszy dzień prawdziwej wyprawy. Już wtedy czułem, że moje zdrowie wraca do normy bo przed wyjazdem odczuwałem dziwny spadek mocy. W drodze człowiek skupia się na wielu innych rzeczach niż na sobie. Podróż czasem bywa najlepszym lekiem, chociaż wtedy człowiek „choruje” na inne dolegliwości. Droga rządzi się swoimi prawami. Bywa przyjacielem i wrogiem. To chyba jest jedna z tych najbardziej uzależniających jej elementów.

Pierwsze przekręcenie kluczyka. Stukot dwulitrowego silnika. Zapakowane bagaże, załoga gotowa. Można ruszać. Naszym pierwszym celem było opuszczone sowieckie sanatorium gdzieś niedaleko Biszkeku. Ruszyliśmy na wschód i grzecznie skręciliśmy na południe. Po blisko godzinie z kawałkiem musieliśmy odpuścić. Lokalizacja podana w necie była błędna, ale dzięki temu mogliśmy zapuścić się w takie drogi, gdzie było więcej dziur niż płaskich powierzchni. Przyznam się, że moim autem w życiu bym nie wjechał na takie drogi. Jednak nasz srebrny blaszak był gotowy na wszystko. Swoje lata miał, ale widać że nie w jedną dziurę wjechał. Miałem ochotę posłuchać lokalnego radia, ale Grzesiek, nasz kierowca z Gliwic wolał ciszę. Dla mnie muzyka w samochodzie to jak paliwo, jak prąd. Jak kawa w dalekiej trasie. Jak energetyk o drugiej w nocy, gdy siedzisz za kółkiem gdzieś na pograniczu województw. Tu w tej ciszy wszelakiej maści trzaski, umilały daleką podróż. W te miejsca gdzie w mojej głowie były czernią. I to było chyba w tym wszystkim najlepsze, najpiękniejsze i dające najwięcej siły.

Po niepowiedzeniu wróciliśmy na główną drogę w kierunku Bałykczy, miasta z którego można objechać jezioro Issyk-kul od północy i południa. My wybraliśmy właśnie jazdę od południa na wschód.

Przemierzając kirgiskie drogi można było zobaczyć jak wygląda codzienne życie mieszkańców. Można to przyrównać do czytania spisu treści w książce bo jadąc można zobaczyć tylko jakieś ułamki sekund życia. Migawki.

Był poniedziałek. W Kirgistanie było święto ich narodowej czapki zwanej kalpakiem. Żartobliwie nazywaliśmy go kołpakiem. Młodzież wiejska paradowała w małych pochodach z flagami Kirgistanu. Wszyscy dumnie z czapkami na głowach. Mieliśmy nawet okazję na chwilę się zatrzymać przy takim pochodzie. Nie mogło być inaczej. Byliśmy chyba taką samą atrakcją dla nich jak oni dla nas. Kilka fotografii i samochód jechał dalej.

Nasza szyba robiła się co raz to brudniejsza. Niby nic. Jeden ruch ręką i szyba czysta. Nic z tego. Zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji paliw i tam z pomocą identyfikatora Pani zza lady, udało się przepchać wylot spryskiwaczy. Przygoda na miarę Dakaru. Dosłownie. Emocje jak na grzybach. Do tego dużo śmiechu. Od tego w samochodzie był Marcin. Człowiek cytaty filmowe.

Im dalej w las tym krajobraz zaczął się zmieniać. Szczególnie gdy opuściliśmy małe miasteczko Tokmok i droga prowadziła wzdłuż granicy z Kazachstanem. Była prawie na wyciągnięcie ręki. Góry rosły jak grzyby po deszczu. Przyznam, że w życiu nie widziałem wielu gór. Jak miałem lat 15 to na pierwszy mój dalszy wyjazd jechałem przez Austrię i Szwajcarię. Dopiero 3 lata temu miałem okazję być na Kaukazie. I teraz w drodze przez Kirgistan, średnia wysokość gór przekraczała 3000 metrów.

Na południu jeziora był taki klimat jaki wyobrażałem sobie przy wysuszonym Jeziorze Aralskim.  Droga. Piach. Góry. Gdzieś w oddali błękitna tafla jeziora Issyk-kul. Było mi strasznie ciepło. Słońce od południa rozgrzewało prawą część mojego ciała. Gdzieś w drodze kolejny pomnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945. Sierp i młot. Za chwilę pojawiła się policja, która z pobocza obserwowała co robimy. Bez żadnej reakcji.

W drodze do naszego noclegu na naszej liście miejsc były jeszcze dwa miejsca. Pierwszy to kolejny „pomnik” Lenina, drugi to kanion Skazka, który zresztą oglądaliśmy o zachodzie słońca. Przepiękne miejsce.

Po małym zamieszaniu związanym z rezerwacją naszego noclegu, ponownie ruszyliśmy w teren. Celem była potocznie zwana pasza. Posiłek. Jedzenie bez którego ciężko funkcjonować. Po przejechaniu około 15, może 20 kilometrów zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu głównej drogi i drogi do miasta. Tam gdzie na szczycie góry był „pomnik” Lenina. Podoba była tu fabryka uranu i całe miasto świeci. Za dnia i nocą. Udało się zamówić pierożki w bardzo dziwnym miejscu. Jak gdyby dom połączony z jadłodajnią. Marny czaj i całkiem dobre pierożki. Wszystko obsługiwała mała dziewczyna, a jej bracia właśnie odrabiali lekcje. Poczułem się jak w Korei Północnej. Te firany, stoły, ściany i jakieś fotografie przedstawiające lokalne widoki.

Zrobiło się ciemno, a ja wlałem odrobinę koniaku w swoje ciało. Czułem, że muszę, chociaż mialem pierwszy raz od kilku lat,  ochotę napić się zimnej wódki. Szymon chciał porzucić widoki pięknego Paryża, wspomnienia z podróży po USA i swoje milion książek. Smak polskiej konserwy tyrolskiej, wydawał mu się rzeczą najpiękniejszą na świecie. Mickiewicz, Słowacki czy inne polskie rzeczy, nie były tak silne jak smak tyrolskiej. Oczami wyobraźni widziałem jak Szymon roni łzy w tęsknocie za Polską.

To był długi dzień. Nie pamiętam o czym śniłem.

Mam takie marzenie by mnie ktoś gdzieś wysłał, na jakiś temat. Zrobił z tego reportaż.  Fotografie z tekstem, albo tekst z fotografiami. A w przyszłości będę pisał książkę. Mam pomysły na dwie. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że jak wyda się książkę to wszystko to co robię będzie miało jakiś sens, dostępy dla wszystkich.