Tag: Robert Danieluk

Islandia. Półwysep Snaefellsnes.

Islandia zaskoczyła mnie wieloma rzeczami, ale chyba najbardziej tym, że wszędzie jest…daleko. Jakoś miałem takie wyobrażenie, że Islandia jest jak Fuerta, gdzie od brzegu do brzegu jest jakieś 5 minutes. To brednia. Na drogach Islandii nie da się szybko jeździć. Nie chodzi tu o ich jakość, ale o ograniczenia, brak dróg szybkiego ruchu. Wysokość mandatów działa jak ogranicznik prędkości. Po przekroczeniu 10-20 kilometrów, wysokość mandatu to około 200$ (200 x 3.9 = 780 zł). Zatem nie warto się spieszyć, ale warto uzbroić się w cierpliwość. Kultura jazdy jest wysoka, no chyba że natrafimy na turystów, którzy mają problemy z obsługą auta i na takich trzeba uważać.

My wybraliśmy Dacię Duster 4×4 bo to idealny wybór. Nie jest szalenie droga, a po drugie napęd na wszystkie koła i jej wysokość to takie auto które bez problemu będzie prowadzić nas po drogach Islandii, które często są bez asfaltu.

W nasz pierwszy dzień po przylocie ruszyliśmy na aklimatyzacyjny wyjazd by zobaczyć Półwysep Snaefellsnes. To był fajny początek bo można było zobaczyć Islandię w pigułce, chociaż to za dużo powiedziane. Blisko 220 kilometrów w jedną stroną. Mosty, woda, bezkres, góry, ocean, krajobraz księżycowy, wodospady.

Reykjavik. Insomnia


Islandio nie dajesz mi spać. Tu w Warszawie. Jest godzina 4 w nocy, a może już nad ranem.

Decyzja o podróży na Islandię zapadła w połowie sierpnia. Razem z Mateuszem czekaliśmy na jedną decyzję i z początkiem października byliśmy już na miejscu. Efekty naszej pracy będą za jakiś czas, ale już się cieszę jak dobrze to wszystko wyszło. O tym jeszcze napiszę, ale chcę skupić się na tym co działo się przez te kilka wietrznych dni. Blog odżył pełną gębą!

Trochę się stresowałem. Po pierwsze samym lotem bo dwie noce wcześniej samoloty nie lądowały po zachodniej stronie wyspy i bałem się, że i nas to dotknie. Wszystko przez silny wiatr. Na szczęście wszystko udało się tak jak powinno, a chłopak który wydawał nam samochód, twierdził że ta chmura za biurem to zorza. Ja nadal będę się upierał, że to rozświetlone niebo największego miasta na Islandii – Reykjaviku. Drugim powodem do stresu była środa bo to właśnie był główny powód naszej obecności czyli sesja fotograficzna + film. Jeśli człowiek szykuje się na dany dzień od blisko dwóch miesięcy, a może i w głowie od jeszcze dłuższego czasu to zawsze jest jakiś nerw czy dam(y) radę. Zawsze tak mam przy każdej sprawie. Człowiek gdzieś pokłada wielką nadzieję w jutrze, chociaż w siebie tak mało wierzy. I może w życiu potrzebna jest taka Islandia na chwilę by zaczął zmieniać podejście do siebie i do tego co robi. Ostatni powód to była pogoda, ale ona chyba nam po prostu sprzyjała. Było lepiej niż oczekiwałem.

Islandio nie dajesz mi spać i zadajesz w mojej głowie kolejne pytania, zasiewasz dobry ferment. Zarówno ten fizyczny jak i duchowy. Wierzycie, że w życiu człowieka pojawiają się ludzie, miejsca i wydarzenia, które są właśnie po to by coś zmienić w swoim życiu? Do tego dziś w Polsce wybory. To kolejna rzecz, która dokłada do tego myślenia kolejne wątki. Po prostu kiedy będę umierał nie chcę mieć do siebie żalu, że nie spróbowałem żyć w innym miejscu, a tego chciałem od zawsze i o tym myślę. Ostatnio właśnie bardzo często. Islandia tuż obok USA dołączyła do mojej listy miejsc z dobrą energią. Czy wiecie, że na Islandii żyje blisko 20 tysięcy Polaków? Mało? Biorąc pod uwagę, że na całej wyspie żyje 360 tysięcy osób to nie! To trzeci język Islandii, bo ten pierwszy jest dla mnie jak magia. Nic z niej nie rozumiem.

Po przylocie i zameldowaniu się w naszej noclegowni, poszliśmy spać. Ja, Ola, Mateusz i Łukasz. Po kilku godzinach snu, otworzyłem oczy i przez kawałek zasłony obaczyłem świt. To było coś więcej jak kawa, jak dwanaście herbat. To był początek, taki prawdziwy, zaczątek pięknego wyjazdu.

Kowary. Muzeum Sentymentów.

Może się wydawać, że w pewnym sensie jestem monotematyczny, chociaż lepsze słowo będzie „monomiejscowy”. O co chodzi? Mam na swojej mapie miejsc, trzy ulubione miejsca. Oczywiście ta lista jest bardzo długa, ale w głowie siedzą trochę te, które są z jednej strony blisko i daleko. To trochę taki paradoks. Wracając co tych trzech miejsc są to: Terespol, Kowary i Hel. Dla osób, które posiadają mapę i kompas w głowie, szybko odkryją, że wszystkie trzy miejscowości, są na obrzeżach  Polski. Hel wiadomo. Terespol na wschodzie na granicy z Białorusią, a Kowary tuż przy granicy z Czechami w Karkonoszach. I to właśnie na nich się dziś skupię, a w szczególności na jednym miejscu jakim jest pewne magiczne miejsce.

To mój drugi raz w tym roku gdy jestem w Kowarach. W 12 miesięcy, czwarty. Kowary są oddalone o blisko 480 kilometrów od Warszawy. To kawał drogi, ale droga jest dobra i będzie jeszcze lepsza. Może się wydawać, że Kowary są na końcu świata. I trochę tak jest bo czuje się, że jest to miasto zapomniane, pomijane, opuszczone. Chociaż po części tak jest to do tego trzeba dorzucić takie określenia jak piękno, spokój, cisza i tajemnicę. Do tego sentyment. O tak. Podczas tego pobytu byłem w Ośrodku Wczasowym „Przedwiośnie” w którym byłem… uwaga 30 lat temu z moim Tatą. Coś tam pamiętam bo miałem 6 lat. I jakoś te Kowary tak zostały w mojej głowie, ale temat tego miasta odrodził się po spotkaniu z Jackiem Podemskim i jego wizycie w kopalni uranu „Podgórze”. Jakoś tak udawało mi się tam bywać regularnie w tych Kowarach. Dziś jakoś nie wyobrażam sobie bym tam nie mógł jeździć. Kowary są blisko Karpacza, którego może nie tyle nie lubię co unikam. Tłumy turystów to nie jest to co lubię. Mój blog nie jest blogiem w którym opisuję jakieś miejsca do zwiedzania bo się tym nie zajmuję, ale dziś zrobię wyjątek bo warto.

Mowa o Muzeum Sentymentów, które jest dziełem Andrzeja Olszewskiego (miałem okazję poznać). Mieści się w dawnej Fabryce Dywanów. To jest kultowe miejsce tak samo jak dywany z kowarskiej fabryki. Pewnie wielu z Was miało taki dywan w domu rodziców, to pewnie pierwsze kroki robiliście właśnie na nich. Niestety fabryka upadła jak komuna w Polsce (tu na szczęście dobrze). Dziś jest to spory budynek fabryczny, raczej hala, a front tego budynku to właśnie Muzeum Sentymentów.

Czym jest? Jest podróżą w czasie. Ja uwielbiam klimat rzeczy związanych z poprzednią epoką. Po prostu socjalistyczny design w rzeczach użytkowych, architektura… prawie wszystko! Sam w domu używam zastawy Społemowskiej, więc uwierzcie mi, ale połowę tego Muzeum to bym ukradł i w domowym zaciszu cieszył oczy. Bo to miejsce właśnie od tego jest. Nie wiem jak odczuwają to miejsce bardzo młodzi ludzie i nie interesuje mnie to, ale dla mnie jest podróż do czasów dzieciństwa. To jest magiczne jak bardzo wszystko to się zmieniło, jak bardzo w swojej głowie pielęgnuje lata 90-te. Tutaj można wszystkiego dotknąć. To piękne miejsce.

Więcej może nie będę pisał, bo są od tego fotografie i samo miejsce. Jednak jeśli będziecie w okolicach Jeleniej Góry, Karpacza, Szklarskiej Poręby to koniecznie wpadajcie do Kowar. Polecam z całego serca :) Mianuję się Ambasadorem Promocji Kowar.

Muzeum Sentymentów
ul. Zamkowa 9, 58-530 Kowary
muzeumsentymentow.pl


Mam jeszcze jedno marzenie związane z tym miastem. To właśnie tutaj chciałbym wynająć jakieś małe mieszkanko na miesiąc. Im mniej mebli tym lepiej. Po prostu wygodne łóżko, radio, mała kuchnia, łazienka i okno. To tutaj chciałbym napisać swoją pierwszą książkę, która w różnej formie chodzi mi po głowie od 6 lat, a jakoś wewnętrznie czuję, że to właśnie Kowary są do tego stworzone. Takie miejsce, gdzie wieczorem nikogo nie ma na ulicach, a zza okna wpada świeże powietrze.