Tag: Robert Danieluk

Kowary. Muzeum Sentymentów.

Może się wydawać, że w pewnym sensie jestem monotematyczny, chociaż lepsze słowo będzie „monomiejscowy”. O co chodzi? Mam na swojej mapie miejsc, trzy ulubione miejsca. Oczywiście ta lista jest bardzo długa, ale w głowie siedzą trochę te, które są z jednej strony blisko i daleko. To trochę taki paradoks. Wracając co tych trzech miejsc są to: Terespol, Kowary i Hel. Dla osób, które posiadają mapę i kompas w głowie, szybko odkryją, że wszystkie trzy miejscowości, są na obrzeżach  Polski. Hel wiadomo. Terespol na wschodzie na granicy z Białorusią, a Kowary tuż przy granicy z Czechami w Karkonoszach. I to właśnie na nich się dziś skupię, a w szczególności na jednym miejscu jakim jest pewne magiczne miejsce.

To mój drugi raz w tym roku gdy jestem w Kowarach. W 12 miesięcy, czwarty. Kowary są oddalone o blisko 480 kilometrów od Warszawy. To kawał drogi, ale droga jest dobra i będzie jeszcze lepsza. Może się wydawać, że Kowary są na końcu świata. I trochę tak jest bo czuje się, że jest to miasto zapomniane, pomijane, opuszczone. Chociaż po części tak jest to do tego trzeba dorzucić takie określenia jak piękno, spokój, cisza i tajemnicę. Do tego sentyment. O tak. Podczas tego pobytu byłem w Ośrodku Wczasowym „Przedwiośnie” w którym byłem… uwaga 30 lat temu z moim Tatą. Coś tam pamiętam bo miałem 6 lat. I jakoś te Kowary tak zostały w mojej głowie, ale temat tego miasta odrodził się po spotkaniu z Jackiem Podemskim i jego wizycie w kopalni uranu „Podgórze”. Jakoś tak udawało mi się tam bywać regularnie w tych Kowarach. Dziś jakoś nie wyobrażam sobie bym tam nie mógł jeździć. Kowary są blisko Karpacza, którego może nie tyle nie lubię co unikam. Tłumy turystów to nie jest to co lubię. Mój blog nie jest blogiem w którym opisuję jakieś miejsca do zwiedzania bo się tym nie zajmuję, ale dziś zrobię wyjątek bo warto.

Mowa o Muzeum Sentymentów, które jest dziełem Andrzeja Olszewskiego (miałem okazję poznać). Mieści się w dawnej Fabryce Dywanów. To jest kultowe miejsce tak samo jak dywany z kowarskiej fabryki. Pewnie wielu z Was miało taki dywan w domu rodziców, to pewnie pierwsze kroki robiliście właśnie na nich. Niestety fabryka upadła jak komuna w Polsce (tu na szczęście dobrze). Dziś jest to spory budynek fabryczny, raczej hala, a front tego budynku to właśnie Muzeum Sentymentów.

Czym jest? Jest podróżą w czasie. Ja uwielbiam klimat rzeczy związanych z poprzednią epoką. Po prostu socjalistyczny design w rzeczach użytkowych, architektura… prawie wszystko! Sam w domu używam zastawy Społemowskiej, więc uwierzcie mi, ale połowę tego Muzeum to bym ukradł i w domowym zaciszu cieszył oczy. Bo to miejsce właśnie od tego jest. Nie wiem jak odczuwają to miejsce bardzo młodzi ludzie i nie interesuje mnie to, ale dla mnie jest podróż do czasów dzieciństwa. To jest magiczne jak bardzo wszystko to się zmieniło, jak bardzo w swojej głowie pielęgnuje lata 90-te. Tutaj można wszystkiego dotknąć. To piękne miejsce.

Więcej może nie będę pisał, bo są od tego fotografie i samo miejsce. Jednak jeśli będziecie w okolicach Jeleniej Góry, Karpacza, Szklarskiej Poręby to koniecznie wpadajcie do Kowar. Polecam z całego serca :) Mianuję się Ambasadorem Promocji Kowar.

Muzeum Sentymentów
ul. Zamkowa 9, 58-530 Kowary
muzeumsentymentow.pl


Mam jeszcze jedno marzenie związane z tym miastem. To właśnie tutaj chciałbym wynająć jakieś małe mieszkanko na miesiąc. Im mniej mebli tym lepiej. Po prostu wygodne łóżko, radio, mała kuchnia, łazienka i okno. To tutaj chciałbym napisać swoją pierwszą książkę, która w różnej formie chodzi mi po głowie od 6 lat, a jakoś wewnętrznie czuję, że to właśnie Kowary są do tego stworzone. Takie miejsce, gdzie wieczorem nikogo nie ma na ulicach, a zza okna wpada świeże powietrze.


Sarajewo. Miasto pełne krwi. (część 1)

Z początkiem maja wpadliśmy na pomysł by gdzieś się ruszyć. Ola zaproponowała Bałkany. Jedynym słusznym punktem na tej mapie to stolica Bośni i Hercegowiny – Sarajewo. To była już moja druga próba dostania się do tego miasta. Brzmi to jak gdyby było to gdzieś za jakimiś górami i szerokimi na kilometry pasami przygranicznymi. Pierwsza próba była w 2017 roku gdy z Dawidem chcieliśmy z Belgradu dostać się do Sarajewa, ale połączeń kolejowych między Serbią, a Bośnią brak. Był też wtedy jakiś problem z autobusami, a sama droga była zbyt długa. Odpuściliśmy sobie na rzecz Skopje.

Podróż do Sarajewa była z lekką nutką niepewności ponieważ w Budapeszcie mieliśmy około 2 godzin na przesiadkę. Nawet pozwoliłem sobie dla bezpieczeństwa wykupić Fast Track, który w rzeczywistości nic nam nie przyśpieszył, ponieważ nie było tak dużej kolejki do kontroli bezpieczeństwa jak straszyły maile i myśli. Podróż Warszawa – Budapeszt – Sarajewo była gładka i prosta. Po raz kolejny korzystaliśmy z Wizzair’a, który od listopada jest głównym przewoźnikiem naszych 4 liter.

Lądowanie w Sarajewie to już ciekawe doznanie wizualnie. Wzgórza, doliny i w oddali stolica. Przywitało nas ciepło, chociaż spodziewałem się, że generalnie będzie padać i może padało, chwilę, dosłownie, tak to skwar i słońce. Przed wylotem do Sarajewa musiałem szybko nadrobić i poukładać wszystkie informacje o tym mieście, a także o historii która jest tu bardzo istotnym tłem. Mogę nawet zaryzykować, że mocniejszym jak np. w Warszawie. Dlaczego? To chyba osobiste odczucie i czas. Warszawa została zburzona, zniszczona, spalona 70 lat temu. Jak się urodziłem to od zakończenia wojny minęło blisko 40 lat. Kiedy trwał konflikt w Sarajewie, ja miałem 12 lat. To się działo blisko 1000 kilometrów od mojego pokoju, ciepłego łóżka, bezpiecznego podwórka. Poukładanie informacji o przyczynach konfliktu to podstawa by chociaż trochę zrozumieć to miejsce geograficzne. To trochę jak wsadzić na pakę szklane butelki, jechać szybko i uważać by się nic nie potłukło. Niestety szkło pękło w drobny mak, jak serca ludzi.

Nasze mieszkanie było tuż przy samej Alei Snajperów.

Aleja Snajperów (oryg. Snajperska aleja / Снајперска алеја) – nieoficjalna nazwa głównej alei w Sarajewie: ulicy Smoka z Bośni (oryg. Zmaja od Bosne / Улица Змаја од Босне), która podczas wojny w Bośni i Hercegowinie (1992–1995) służyła jako przyczółek dla wielu stanowisk snajperskich. Było to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w całym mieście. Ulica prowadziła do jedynego źródła czystej wody oraz łączyła dzielnicę przemysłową ze Starym Miastem. Wzdłuż alei znajdowało się wiele wysokich budynków, które wykorzystywane przez strzelców wyborowych, dawały rozległe pole rażenia. Góry otaczające Sarajewo były także używane przez snajperów. Wszystko dzięki bezpiecznemu dystansowi oraz znakomitemu widokowi na miasto i ruch uliczny. Podczas serbskiego oblężenia mieszkańcy Sarajewa, aby przeżyć, zmuszeni byli do częstych migracji z zagrożonych, niebezpiecznych dzielnic. Znaki „Pazi – Snajper!” („Uwaga – Snajper!”) stały się powszechne. Ludzie chcący przeprawić się przez aleję często korzystali z pomocy transporterów opancerzonych należących do ONZ, używając ich jako tarczy. Inni, decydowali się na szybki bieg licząc, że kule ich nie dosięgną. Według danych zebranych w 1995 snajperzy zabili 225 ludzi, z czego 60 to dzieci. (Wikipedia)

Trafiliśmy chyba na jedno z najfajniejszych mieszkań jakie udało nam się wynająć na różnych wyjazdach. I chociaż nie było tam jakiś ogromnych wygód, ale była tam tak dobra energia. W kuchni stół, a obok mała wieża, która podczas naszego pobytu raczyła nas lokalną muzyką. Zresztą muzyka to jeden z kluczowych elementów jeśli człowiek chce wczuć się w dane miejsce. Może ten rodzaj muzyki nie jest moim ulubionym, bo było to połączenie trochę folku z bośniackim disco polo, ale miło się do tego jadło.  Z kuchni można było wyjść na balkon. Widok był na drzewa, jakieś budynki i wzgórze pełne domów. To właśnie z nich leciały setki kul i pocisków. Któregoś dnia po śniadaniu, stojąc na balkonie postanowiłem się wychylić. Na fasadzie budynku było widać pełno dziur. Do jednej z nich włożyłem palec. Doznanie było przeszywające. Minęło już ćwierć wieku, a ślady nadal są. Właśnie te rany pozostały w mojej głowie po powrocie do Polski. Są wszędzie. Ogarnęła mnie jakaś dziwna fascynacja tymi śladami. Widziałem je wszędzie bo są wszędzie. Myślę, że zarówno ze względów ekonomicznych, technicznych, a także historycznych pozostaną na długo. Tutaj ciekawostką są „Sarajewskie Róże”. To nic innego jak masa żywicy połączona z plastikiem w kolorze czerwonym, którą wypełnione są dziury na chodnikach. Te dziury to efekt uderzenia granatów i innych większych pocisków. Takich miejsc jest 150 w Sarajewie. Każde z nich upamiętnia ofiary. Minimum trzy osoby musiały zginąć by takie miejsce mogło zostać różą. Człowiek czeka na tramwaj i pod nogami ma ślady. Ktoś tu stracił życie.

Tego dnia ruszyliśmy na zachód miasta. Chcieliśmy ominąć starą jego część i udać się na pobliskie wzgórza by zobaczyć miasto z góry. Możliwości odkrywania punktów widokowych jest ogrom. Wcześniej trochę się przygotowaliśmy by znaleźć takie miejsca z których miasto widać najciekawiej. Tym elementem były także cmentarze. Sarajewo to miasto cmentarz. Podczas oblężenia miasta od 5 kwietnia 1992 (w moje 9 urodziny) do 29 lutego 1996 roku, codziennie ginęło statystycznie 8 osób. Wszystko za cenę wolności.