Strona główna » Sakartwelo » Strona 2

Tag: Sakartwelo

Chiatura. Kolejką na szczyt (część pierwsza)

Poranek nie był za szczególny. Za oknem padał deszcz, a głowa ciężko leżała na poduszce. Od samego początku był we mnie pewien dziwny lęk, który powodował obawę przed uciekającym czasem. Wszak mieliśmy być tutaj dwie noce to jednak czasu na samo fotografowanie było niewiele. Ciągle w biegu i w drodze, nie mając czasu by odpocząć opuściliśmy “hotel” i ruszyliśmy na miasto. Wyjątkowe. Tuż przed wyjazdem do Gruzji szukałem miejsc, które warto by było zobaczyć, często też wpisuję jedno magiczne słowo abandoned. I właśnie dzięki różnym kombinacjom słów, udało się znaleźć to miejsce i gdzieś w głowie, Chiatura stała się miejscem numer jeden na liście miejsc i obiektów w podróży po Gruzji.

Mowa oczywiście o Chiaturze. Mieście które uzyskało prawa miejskie w 1921 roku, a wg. danych w 2008 roku mieszkało tu blisko 20,000 osób. Przez miasto płynie rzeka, a dookoła wszystko otaczają wzgórza. Miasto wygląda trochę jak gdyby zatrzymał tu się czas w latach 50-tych. Okolica znana jest z kopalni i zakładów przetwarzania rud manganu. Jednak kopalnie te nie mieszczą się w dolinie, a na wzgórzach, a górnicy i mieszkańcy musieli się jakoś przemieszczać. Ponieważ w miejscach takich jak te są oczywiście drogi, ale najlepszym i najszybszym środkiem transportu byłyby kolejki linowe i tak właśnie w pierwszej połowie lat 50-tych w Chiaturze powstała sieć kolejek. I co najważniejsze. Kolejki te od tamtych lat nie miały żadnego generalnego remontu. Musiałem to zobaczyć na własne oczy.

Gruzja_2016_Danieluk_133Spacerując wzdłuż rzeki, zerkając co chwilę na zegarek musieliśmy najpierw coś zjeść, a w drodze do jedynej chyba pizzeri (ta potrawa nie ma prawa mi się znudzić) w mieście, mijaliśmy pierwszy obiekt związany z system kolejek. Na fasadzie przepiękna mozaika z Leninem i Stalinem, a z samego budynku można było zaobserwować trzy kierunki po których poruszały się wagoniki. Minęła może godzina, dwa słodkie czaje i znów byliśmy w punkcie wyjścia. Nareszcie!

Budynek z mozaiką Lenina i Stalina (na pierwszym planie Stalin, na drugim oczywiście Lenin) mieścił w sobie dwa pomieszczenia. W pierwszym tym mniejszym siedziały Panie, które obsługiwały pierwszą linię, która prowadzi na sam szczyt jednej z gór, ponad rzeką do kolejnej dosyć dużej stacji. W drugim większym pomieszczeniu znajdowało się miejsce w którym czekała jedna kolejka i można było do niej wsiąść za pomocą dwóch małych, dziwnych platform. Całość okraszona łukami i pięknym sufitem. Wszystko umorusane oparami smarów, które od lat 50-tych zapewne lały się tu sowicie. Zawsze na dole był jeden wagonik, zwyczajowo drugi na samej górze. Dopiero w drodze mają okazję się przywitać i trwa to dosłownie chwilę.

Obserwowałem jak powoli ludzie czekali na moment kiedy to z małego pomieszczenia wyjdzie kobieta i otworzy drzwi do wagonu, a następnie razem za nią ruszą ludzie by zająć miejsca w środku. Sam wagonik na pierwszy rzut oka budził lęk przed skorzystaniem. Tu kawałek rdzy, tam przez kawałek poszycia można było zobaczyć wnętrze wagonika. Widać też ile przez te pół wieku, jacyś bezimienni mechanicy nakładali kolejne warstwy nowej farby, jak gdyby proces ten miał pomóc naprawić, zespolić, utwardzić całą konstrukcję.

Pierwsza kolejka z pasażerami opuściła wnętrze budynku i poszybowała w górę. Kiedy jej siostra zjechała z góry, ustawiłem się razem z innymi w oczekiwaniu na kolejny kurs. Na ścianach nie ma żadnego rozkładu jazdy, tutaj kursy odbywają się na prośbę oraz ilość chętnych. Nawet dla jednej osoby kolejka rusza. Kiedy już znaleźliśmy się ze wszystkimi w blaszanej klatce, Pani zamknęła małym kluczykiem drzwi i czekała. Za chwilę nacisnęła na starym telefonie magiczny guzik, gdzieś za plecami w małym pomieszczeniu zadzwonił dzwonek i po chwili całość zaczęła się wznosić, a moje nogi zrobiły się miękki jak blacha na której stałem. Nie po to przejechałem tyle kilometrów bym nie wsiadł i nie był jednym z mieszkańców tego miasta, dla których kolejki te to rzecz jasna żadna atrakcja, a codzienny element. Znudzona Pani, znudzona widokiem za oknem para młodych dziewczyn, które od razu po wejściu zajęły najlepsze miejsce…przy oknie. Bo okna w tej kolejce blakły jak wspomnienia, które gdzieś w głowie z czasem zanikają. Wzrokiem przyciągałem twarz jednej dziewczyny, która odsunęła się od okna i dała mi przestrzeń do zdjęć. Za chwilę ktoś mnie pociągnął za ramię i kazał zamknąć okienko. Wagonik nagle wjechał w krzaki by zaraz znaleźć się na samym szczycie budynku z wielką datą 1953 rok na fasadzie.

Z samej góry doskonale było widać całe miasto, chociaż widok imponujący, bo wszystko co z góry wydaje się piękniejsze to jednak budynki mieszkalne tuż za stacją górną, powodowały że moje wyobrażenie o dokładnym miejscu pobytu znów szalało. Poczułem się jak w Czeczeni. Wielkie szare bloki. Opuszczone w części, tuż obok jakiś budynek z którego warto było oglądać to wszystko co otaczało stację górną. Pośrodku tego mała krowa. W takich miejscach moje serce zawsze bije szybciej. Zawsze.

Po chwili znów byliśmy na dole. Podczas tej podróży bałem się przemieszczać po cienkiej blasze. Każdy mój ruch powodował, że owa cienka blacha wyginała się i wydawała takie dźwięki, po których moje nogi ponownie robiły się miękkie, a każde bujnięcie wagonika nie pozwalały mi w pełni skupić się na tym po co tam byłem. Chociaż co chwilę powtarzałem sobie, że przecież przed chwilą ta kolejka zrobiła kilkanaście kursów w górę i w dół i jakoś nic się nie stało. Na dole czekał na nas kolejny wagonik w kolorze niebieskim. Od razu po jego budowie i oknach było widać, że podróżują nim inni ludzie. Okienka okrągłe, wypełnione gęstą siatką. Wystrój surowy, półmrok. Kolejka ruszyła, stromo wzbijając się ku górze. Widok z góry robił wrażenie, chociaż dopiero jak człowiek przyjrzał się z bliska na punkt dowodzenia ową linią oraz sam peron, wtedy ponownie giętkość nóg zmniejszała się z każdym wykonanym krokiem po blaszanej platformie.

Chwilę potem znów spacerowaliśmy po tym małym, urokliwym miasteczku. W jego samym środku, jak by się wydawało plac, ławeczki, jakieś drzewka. Dosyć tłoczno. Nad placem góruje budynek z wieżą, który zapewne kiedyś był ratuszem, a dziś siedzibą policji. Przypomina on typowy sowiecki pałac. Spacerując po mieście można natknąć się na różnego typu stacje dla kolejek linowych. Jedne po prostu wyłączone z użycia z ciągle napiętymi linami, część z nich przy samej stacji ma swoje wagoniki. Po niektórych widać, że działały jeszcze kilka lat temu. Generalnie stacje te architektonicznie robią wrażenie. Strzeliste dachy, koła, liny. Takie obiekty zawsze robiły na mnie wrażenie. Tuż obok jednej ze stacji przy samej rzece był postój taksówek i kilku mniejszych autobusów. Ponieważ czas nas gonił, a według mapy którą udało mi się gdzieś odkopać z dna Internetu, wynikało że jest jeszcze kilka stacji do zobaczenia. Pierwsze co przyszło mi do głowy to możliwość zamówienia sobie taksówki i poproszenia o kurs do najbliższej stacji, która według mapy była może 3 lub 5 km od punktu w którym się znajdowaliśmy. Nic trudnego.

Pierwsza z brzegu taksówka to stara Łada. Jej kierowca równie stary i zniszczony jak jego maszyna. Pokazałem mu na telefonie moją mapę i zapytałem w jakiej cenie będzie kurs. Mężczyzna był lekko zagubiony, zapytał jakiegoś innego kierowcę po fachu i krzyknął 15 Lari. Przemnożyłem razy dwa, podzieliłem na trzy. Pomyślałem sobie, że cena jest do zaakceptowania. Wsiedliśmy do środka. Wybór tej taksówki był naszym przeznaczeniem. Zapisem na katach przygód i wspomnień, które pamięta się latami, czasem przez całe życie. Kiedy siedziałem już na siedzeniu pasażera tuż przy kierowcy, moim oczom ukazał się widok ciekawy, a nawet szalony. Samochód blisko 15 lat temu przeszedł na wysłużoną emeryturę. Środek przypominał szaber, a na samej kierownicy, która nie była ustawiona prawidłowo, kierowca nakleił małą nalepkę Pilot Master, która swoim położeniem mówiła, gdzie góra i gdzie dół. Nim jednak ruszyliśmy Gieorgij otworzył maskę i wlał do chłodnicy sporą ilość wody z wielkiego baniaka. Chociaż nie poznaliśmy jego imienia, nazwaliśmy go Gieorgijem od jednego z bohaterów znanego serialu w ZSRR, oczywiście polskiej produkcji, o pewnym czołgu i psie. Ten bohater był także Gruzinem, więc nie mogło być inaczej!

Gieorgij, niski człowiek, którego wieku nie potrafiłem rozszyfrować. Bliżej mu do 60-tki niż do 50-tki. Odpalił maszynę i ruszyliśmy dziarsko do przodu. Maszyna podczas jazdy wydawała z siebie symfonię dźwięków, raczej tych bliskich rozpaczy niż radości, chociaż w tamtej chwili była przepustką do zarobieniu kilku porządnych złotówek. Mimo, że nie minęła nawet doba w tym miasteczku, ja już wiedziałem, że coś się kroi. Gieorgij ruszył w przeciwnym kierunku. Przez chwilę pomyślałem, że coś przy okazji musi załatwić, ogarnąć kiedy po chwili wyjąłem telefon i zobaczyłem, że samochód jedzie zdecydowanie w przeciwnym kierunku. Szybko pokazałem to kierowcy i znów upewniając się i uspakajając swoje sumienie, miejsce do którego chcemy dotrzeć. Gieorgij przytaknął i swoim gruzińsko-rosyjskim powiedział, że gdzieś musimy podjechać. Spojrzałem na wskaźnik paliwa i przez chwile byłem spokojny. Patrzyłem też na zegarek, który nieubłaganie zabierał nam cenne minuty światła, które przecież są najważniejsze w tym co robię i po co tam byłem.

Samochód stał koło jakiegoś wielkiego bloku z szarej płyty. Otwarta maska i brak kierowcy, który wrócił po dłuższej chwili z baniakiem wody i całą zawartość przelał do chłodnicy. Po krótkiej chwili znów go nie było, ale sprawa miała się jasno bo przecież z pustym baniakiem daleko nie pojedziemy. Kierowca baniak umieścił pod swoim siedzeniem(!) i ruszyliśmy w drogę, która była zła. Auto ostatkiem sił wdrapywało się po asfaltowej drodze by dotrzeć do małej stacji paliw gdzie Gieorgij kilkoma litrami paliwa zalał prawie pusty bak. Pomyślałem sobie, że ta podróż zaczyna pachnieć absurdem. Jeszcze raz wskazałem mu miejsce docelowe i kierowca ruszył…w złą stronę. Zacząłem patrzeć na mapę czy może to ja jestem taki niezorientowany, może tam gdzieś jest jakiś skrót o którym nie mam pojęcia.

Gieorgij ciskał nogą w gaz i auto mknęło do przodu. Przy tym jak by każda jego część drżała, ale wynikało to raczej z braku jakiegokolwiek wyważenia kół, nie wspominając już o geometrii. Niby takie podstawy, a jednak jaki to inny komfort jazdy. Samochód mknął dalej i dalej, oddalając nas od miejsca w które chcieliśmy jechać. Skończyła mi się cierpliwość, poczułem się nawet aresztowany przez naszego kierowcę. I nagle samochód się zatrzymał. Przed oczami była jakaś cerkiew. Wydumany przez Gieorgija cel. Opadła mi głowa, straciłem chęci na cokolwiek. Miałem ochotę wysiąść i przywalić kierowcy. Wtem starszy człowiek się jak gdyby wybudził ze snu. Uświadomił sobie w mig, że chyba coś mu się pomyliło. Jeszcze raz pokazałem mu mapę, ten przytaknął, a do tego jeszcze ciągle powtarzałem mu gdzie chcemy jechać. Kierownica w lewo i auto ruszyło. Kilkanaście metrów dalej, kiedy auto już nabrało swojej prędkości (podczas zjazdów Gruzin wyłączał silnik!). Miał otwarte okno przez które wpadało świeże powietrze. I zaciekawił mnie dziwny, regularny dźwięk, stukot. Jak gdyby nagle miało coś się stać. Nagle huk wybuchającej opony i walka Gieorgija o prosty tor, o życie, o samochód, skończył bieg auta w dosyć dziwnej pozycji. Szybko wyskoczyliśmy by sprawdzić gdzie tak wystrzeliło. Okazało się, że wybuchła przednia prawa opona. Była tak łysa, że w życiu nie widziałem takiej opony. Przed oczami pojawił mi się czarny obraz dalszego dnia. Widziałem siebie jak łapię stopa do miasta, że zastanie mnie noc, że już nic nie zobaczę.

Gieorgij pokręcił głową, skoczył do bagażnika i wyjął dobre koło. Pomogliśmy mu przepchnąć auto, a kierowca szybko wymienił koło. Miał wprawę, a w bagażniku miał dwie opony w tym tą która przed chwilą nas zatrzymała. Gieorgijowi było strasznie głupio i w tym momencie zrobiło mi się przykro. Tak zwyczajnie po ludzku. Przeszła mi złość i zacząłem się śmiać sam do siebie. Kierowca obiecał nam, że będzie nas woził przez cały dzień. Nas jednak interesowały dwie dolne stacje kolejki, które mieściły się na granicy miasta. Samochód ruszył do przodu, a przed nami pojawił się ostry zjazd z góry. Wtedy na poważnie pierwszy raz od dawna zacząłem się bać. Samochód z wyłączonym silnikiem mknął w dół, przy tym trzęsąc się jak ręce z zimna. W drodze do centrum miasta, Gieorgij ponownie zatrzymał się i poprosił mnie o asystę. Przy jakiejś stolarni rozmawiałem po angielsku z chłopakiem, który w końcu powiedział gdzie kierowca ma jechać. Szczęśliwy z kilkoma kwadransami w plecy ruszyliśmy do celu (a miało być taksówką szybciej!). Po drodze Gieorgij znów gdzieś skręcił bo chciał pokazać nam jedną ze stacji pod którą już byliśmy, a sam ją odkryłem wchodząc w przypadkowe krzaki.

W podróż przedostatnią kolejką wybrał się wraz z nami taksówkarz. Wszystkie przejazdy wagonikami na linach były bezpłatne. Widok z góry robił się bardziej industrialny. Po lewej stronie pojawiły się także budynki, które widziałem na fotografiach przed przyjazdem do Chiatury. Operator linii na górnej stacji, bo każda ze stacji ma swojego, poprosił o zdjęcie i pożegnał nas, gdy kolejka zmierzała na sam dół. Można by nawet stwierdzić, że im dalej od centrum miasta, tym stan techniczny kolejek jest co raz gorszy. Ta dolna stacja robiła wrażenie opuszczonej i kiedy wszedłem na górę, okazało się że tam siedzą ludzie.

Ostatnia stacja była wisienką na torcie. Przez jakieś Peru, Czeczenię dotarliśmy do głębokiej Rosji, niczym wyobrażenie o mieście Norylsk. Ogromny budynek w tle linowych kolejek. Te dwie stacje, a właściwie jej operatorzy jak gdyby te stacje były ich domami. Ciężko to opisać, ale odnosiłem wrażenie, że ta linia kursuje częściej, może nawet przez całą dobę. Obok dolnego budynku biegały dwa małe szczeniaki, które swoją sielanką nie do końca pasowały mi do tego brutalnego otoczenia. Podczas naszej podróży w górę i dół, na dole czekał nas Gieorgij. To był już koniec dnia. Z ciemnych wiszących chmur poleciał deszcz, który czekał do ostatniej chwili byśmy mogli tylko pracować bez deszczu.

Znów byliśmy pod naszym hotelem. Kierowca dostał 20 żeli (GEL), szczęśliwy powtarzał, że to za dużo za dużo. Chociaż to blisko 40 złotych to przecież przygoda czasem nie ma swojej ceny, a ta którą przeżyliśmy do dziś budzi we mnie śmiech, taki przez łzy. Wieczór kończyliśmy w znanej nam pizzeri przy ciepłym czaju, zimnym piwie w cuchnącym hotelu i telewizyjnym kanałem gruzińskim. Patrzyłem w ten telewizor i marzyłem o śnie. Zapadła ciemność.

To był cholernie dobry dzień i jestem świadomy, że dobry materiał powstałby gdybym tu został jeszcze tydzień, ale podróż rządzi się lekko innymi prawami.

W tym wpisie tylko część zdjęć.

Gruzja_2016_Danieluk_134
Gruzja_2016_Danieluk_135
Gruzja_2016_Danieluk_136
Gruzja_2016_Danieluk_137
Gruzja_2016_Danieluk_138
Gruzja_2016_Danieluk_139
Gruzja_2016_Danieluk_140
Gruzja_2016_Danieluk_141
Gruzja_2016_Danieluk_142
Gruzja_2016_Danieluk_143
Gruzja_2016_Danieluk_144
Gruzja_2016_Danieluk_145
Gruzja_2016_Danieluk_146
Gruzja_2016_Danieluk_147
Gruzja_2016_Danieluk_148
Gruzja_2016_Danieluk_149
Gruzja_2016_Danieluk_150
Gruzja_2016_Danieluk_151

CDN…

Szukając celu

Gruzja_2016_Danieluk_132
Pobudka.

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie bo byliśmy świadomi drogi jaka miała nas czekać. Chociaż odległość na polskie warunki nie robiła żadnego wrażenia to jednak tutaj w Gruzji, każda odległość to pewnego rodzaju walka, wyzwanie. Ponieważ nie do końca można było ustalić o której godzinie miał odjechać busik z Kazbegi do Tbilisi zjawiliśmy się wcześniej na głównym placu. Pewnie kiedyś tutaj tuż obok znanego poety stał gdzieś pomnik Lenina, a kto wie może nawet i Stalina. Pod tym pomnikiem biegały bezdomne psy, które wybrały sobie to miejsce jako dom. Miejsce dziwne. Pachnące mi nie wiem czemu, ale Alaską.

Zajęliśmy miejsca w autobusie, a już wcześniej nauczeni, chcieliśmy być pierwsi i mieć pewność, że szybko wydostaniemy się na południe i dalej. Autobusik szybko zapełnił się ludźmi i byliśmy gotowi do drogi. W sumie współczułem temu francuzowi przede mną, ale gdy wysiadałem to współczułem sobie. Nie pamiętam kiedy mną tak sponiewierało. Chociaż tego dnia nie wiele kilometrów zrobiłem na nogach to jednak mój krokomierz zmierzył blisko 17,000 kroków! Tak trzęsło. Wyjście z autobusu to był luksus to był dar z nieba.

W Tbilisi szukaliśmy łazienki by skorzystać z niej przed następnym etapem podróży. Wszystkie lokale gastronomiczne wydawały się mało interesujące, a co więcej budzące sporo zastrzeżeń przed wyborem jakiejś śniadaniowej potrawy w samo południe. Dopiero gdzieś za dworcem udało nam się zamówić dobre jedzenie w fajnej restauracji z normalną łazienką, a tych w stolicy Gruzji było wyjątkowo mało, ale czy w Warszawie jest ich dużo? Rzeczą która mnie uderzyła to palenie papierosów w lokalach gastronomicznych. Człowiek się od tego tak mocno odzwyczaił, że widok dymu i jedzenia budzi niesmak…chociaż jestem typem człowieka, którego nawet najmniejsza ilość dymu papierosowego dusi dramatycznie.

Szczęśliwi opuściliśmy lokal i udaliśmy się na dworzec, gdzie przebijając się przez bazarowe klimaty udało nam się odszukać wskazany przez ludzi autobusik do Zestaponi. Kierowca i jego pomagier pomogli zająć wszystkie miejsca, a mi trafiło się siedzieć koło starszego Pana, który większość drogi szalenie na mnie napierał (siedział w przejściu, jak francuz którego widać na fotografii po lewej stronie). W słuchawkach muzyka, a za oknem przemijały przepiękne krajobrazy, tak podobne do tych które kiedyś widziałem przemierzając Włochy. Po drodze minęliśmy Gori, miejsce w którym urodził się Stalin. To jedyna część drogi, która w Gruzji jest autostradą.

Przystanków jako takich nie ma i trzeba było kontrolować pozycję na mapach Googla (mieliśmy gruzińskie karty SIM). Kiedy już dojechaliśmy do Zestaponi i kierowca miał kilka sekund wolnego, wyskoczyłem i zapytałem o dalszą drogę. Za chwilę staliśmy już na chodniku wielkiego skrzyżowania. Mieliśmy na sobie plecaki, a z nieba lał się żar. Blisko 25 st. C różnicy między Kazbegi, a tym miejscem. Na horyzoncie było widać budynek, który sugerował, że jest to dworzec autobusowy. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że żaden z autobusów nie jedzie do naszego punktu docelowego. Kierowcy wzruszali ramionami, a z ich twarzy można było wyczytać bardziej zdziwienie jak brak zainteresowania. Wtedy przeszła mi przez głowę myśl czy faktycznie nasz cel jaki sobie obraliśmy to inna planeta, teren zbyt tajemniczy, strefa wyobcowania? Jeden z kierowców wskazał palcem kierunek w którym mamy iść. Tak też zrobiliśmy. Nie mieliśmy wyboru.

Idąc niepewnym krok postanowiłem, że się zatrzymamy i jeszcze raz zbadamy mapę, jak by to miało coś dać. Jak gdyby nagle miało coś się stać i pomóc nam znaleźć miejsce z którego byśmy udali się dalej. Zawsze w takich chwilach myślę sobie, że czasem sytuacja może wydawać się słaba czasem beznadziejna to ZAWSZE jest jakieś rozwiązanie i czasem taki stan wydaje się czystą przygodą, chociaż w tym wypadku nie było mi do śmiechu. Zbliżała się godzina 18, a to czas kiedy autobusów jest jak na lekarstwo. Wtem koło nas zatrzymał się pusty autobusik (marszrutka) i wychylił się z niej jakiś facet i zapytał: Chiatura? Oczywiście, że tak! Szybko wrzuciliśmy rzeczy i kierowca powiedział, że zrobiła mu się nas żal, że mamy iść taki kawałek i on nas podwiezie do punktu z którego pojedziemy dalej. Kierowca opowiadał o zmiennej pogodzie i za chwilę nas pożegnał. To był kawałek drogi, a wysoka temperatura wcale nam nie pomogła.

Przystanek autobusowy na którym się znajdowaliśmy to po prostu wiata sklepu spożywczego. Gdyby nie kilka osób które wypatrywały swojego środka transportu w żaden sposób nie można by było dojść gdzie złapać autobus. Niestety kierunki na autobusach są tylko w języku gruzińskim. Jakiś młody chłopak mnie obserwował, więc pomyślałem sobie, że go poproszę o pomoc. Niestety kiedy ja mówiłem do niego po rosyjsku, on odpowiadał mi po gruzińsku. Domyślcie się jak zakończył się nasz dialog. Znów byliśmy w tym samym punkcie. Jednak obok stał starszy Pan który pomógł nam i kiedy przyjechał autobusik już w pełni załadowany, zaklepał nam miejsca. Marszrutka pędziła na północ, kierowca co chwilę odbierał dzwoniący telefon, a kobieta po mojej lewej non stop patrzyła na wielkie torby, które pomagałem jej trzymać gdy tylko otwierały się drzwi. Uśmiechaliśmy się do siebie. Godzinę później dojechaliśmy do celu. Chiatura.

Plac na którym wysadził nas kierowca przypominał mi kadr z filmu, który dzieje się gdzieś w Ameryce Południowej. Musicie mi uwierzyć na słowo. Biały człowiek trafia do miasta gdzie zatrzymał się czas, a gdy tylko autobusik odjechał zostaliśmy w samym środku tego świata. Nagle wszyscy ludzie na placu przerwali swoje zajęcia i zaczęli na nas patrzeć. To ciężko sobie wyobrazić, ale tak właśnie było. Jak gdyby do miejsca zapomnianego przez Boga przyjechali jacyś dziwni ludzie z plecakami, z innymi twarzami, jak gdyby ze statku kosmicznego wysiedli obcy, kosmonauci z flagą UE.

Dziarsko ruszyliśmy szukać hotelu, którego namiar dostaliśmy od pewnego Gruzina z Tbilisi przez Internet, który nam zaklepał 2 noce. Blisko godzinę kluczyliśmy po mieście wzbudzając totalne zainteresowanie mieszkańców. Brakowało mi tylko lokalnej TV i pytań reporterki o cel wizyty. W drodze do hotelu minęliśmy cel naszej podróży, ale o tym później. Nasz hotel przez małe h, mieścił się przy stacji paliw oraz dziwnych warsztatów i magazynów. Żeby nie marnować czasu od razu weszliśmy do hotelu gdzie przywitał nas właściciel z żoną. Fetor jaki uderzył w nasze nozdrza zapowiedział ciekawą przygodę. Wadim (jak go nazwałem) pokazał nam pokój, chociaż usilnie chciał byśmy spali w dwóch, ale gdzie tam o rozdzieleniu naszego trio w podróży nie ma mowy. Każdy zajął swoje łóżko i zaczęliśmy rytualne badanie noclegu. W niedużym zimnym pokoju z widokiem na murek. Mniejsza o widok. O dziwo fetor był większy w pokoju jak w łazience, która bardziej wywoływała u mnie uśmiech jak złość. Hotel u Wadima to jeden z dwóch w mieście, chociaż hotel to za duże słowo. Wadim na moją prośbę o pilota do klimatyzatora (było zimno), wzruszył ramionami i ze straszliwego bełkotu zrozumiałem, że jakieś dzieci go zwyczajnie ukradły. Wzruszyłem ramionami, chociaż miałem ochotę wyrwać mu z gardła ten pilot.

Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer po mieście by zobaczyć co będziemy zwiedzać i fotografować następnego dnia. Kupiliśmy sobie kilka fantów na kolację, lokalne piwo i poszliśmy spać. Pierwszy raz miałem tak, że nakrywając się (podkreślam, że było bardzo zimno) kołdrą, czułem zapach opuszczonych miejsc. Nie było mi do śmiechu, chociaż wiedziałem, że lepsze to jak koczować całą noc gdzieś na lokalnym dworcu, bo taki wariant też przewidywaliśmy. Tak nam zależało tu być. Jak nigdy.

Nie pamiętam o czym śniłem, gdy się przebudziłem za oknem lał deszcz. Nie miałem dobrych myśli, a Wadim od wczesnego świtu krzyczał na swoją żonę w hotelu gdzie ściany były grubości kartki papieru.