Strona główna » Tbilisi » Strona 2

Tag: Tbilisi

W Tbilisi zaszło słońce

Dzień 11

Tradycyjnie ruszamy z rana na miasto. Spacerujemy dużo, całkiem intensywnie, odkrywając nowe części miasta. Chyba największe wrażenie zrobiła na nas eksploracja opuszczonego parkingu, gdzie zostaliśmy zatrzymani. W zasadzie na dole czekała na nas para dwóch uzbrojonych ludzi, którzy działają i chronią okoliczne ministerstwa, a my tutaj naruszyliśmy ich strefę. Pan który nas spisywał był szalenie miły, a wszystko dzięki polskiemu paszportowi. Na koniec sympatycznie nas pożegnał i wskazał miejsce gdzie mamy opuścić to miejsce.

Wieczorem znów wjechaliśmy na samą górę by zobaczyć jak zachodzi słońce nad Tbilisi. To w zasadzie był koniec naszej podróży po Gruzji chociaż został nam jeszcze jeden pełen dzień.

Dzień 12

Zrobiłem tylko kilka zdjęć. Nie miałem już siły, a dwa z nieba woda lała się jak łzy w Batumi. Próbowaliśmy gdzieś snuć się po mieście, po znanych nam wcześniej uliczkach, w zasadzie czekaliśmy już na chwilę kiedy będziemy musieli zawinąć się na lotnisko.

Stojąc w kolejce do samolotu, mając w plecaku książkę, rozpoznałem korespondenta Polskiego Radia na Rosję (wschód) co dało mi dużo sił bo mogłem chwilę porozmawiać z człowiekiem, którego nigdy nie widziałem, a czytałem książkę i regularnie słuchałem.  Mowa oczywiście o Macieju Jastrzębskim.

Samolot oderwał się od płyty i tak definitywnie zakończyła się fajna podróż po Gruzji, którą z całego serca polecam.

Gruzja_2016_Danieluk_236
Gruzja_2016_Danieluk_237
Gruzja_2016_Danieluk_238
Gruzja_2016_Danieluk_239
Gruzja_2016_Danieluk_240
Gruzja_2016_Danieluk_241
Gruzja_2016_Danieluk_242
Gruzja_2016_Danieluk_243
Gruzja_2016_Danieluk_244
Gruzja_2016_Danieluk_245
Gruzja_2016_Danieluk_246
Gruzja_2016_Danieluk_247
Gruzja_2016_Danieluk_248
Gruzja_2016_Danieluk_249

Mapa naszej trasy:
Mapa podróży po Gruzji 2016

Batumi pełne deszczu

Babcia Halina 1929-2016
Halina Iwanczewska 1929 – 2016

Ten dzień zaczął się tym czego gdzieś w środku się bałem, ale czekałem. Byłem spokojny, a przed oczami przeleciało mi tysiące obrazów. W wieku 87 lat odeszła moja ukochana Babcia Halina, która od blisko miesiąca była w szpitalu. Niestety przez ten czas jak gdyby Babcia była za grubą, matową szybą, to skutki udaru. Ona zwyczajnie nie zasłużyła na to. Zerkałem wtedy na ostatnią fotografię jaką zrobiłem Babci. Siedziała na swoim fotelu. Spokojna, uśmiechnięta, po prostu Ona. Gdyby nie Babcia nie byłbym w tym miejscu w którym jestem. Nie pokochał bym Podlasia, mojego Wschodu. I chociaż wiem, że skończyło się coś ważnego, dużego, bliskiego to pewnych moich magicznych miejsc nigdy nie zostawię, a tych wszystkich chwil, ot tak nie zapomnę bo zapomnieć to uśmiercić także kawałek siebie.

Dziękuję Ci Babciu!

 

 

 

Kiedy siedzieliśmy w autobusie do Tbilisi rozszalała się wielka burza. Patrzyłem na mokrą szybę z bliska, miałem wrażenie, że to miasto, ten kawałek życia kończy się rzęsistymi łzami, ale za tym wszystkim, za tymi wszystkimi chmurami jest przecież słońce, tak samo jak wysoko na niebie, zawsze jest jasno.

Nam w sumie było już wszystko jedno. Czy to deszcz czy przenikliwy, ciężki skwar. Wcześniej drobne zakupy w tureckim sklepie i czekało nas blisko 7, a może 8 godzin drogi w przyzwoitych warunkach. Chcieliśmy podróż odbyć pociągiem, ale dworzec kolejowy mieści się za daleko od miasta, a godzina przybycia do Tbilisi była szalenie późna. W drodze pozwoliłem sobie obejrzeć amerykański film z rosyjskim dubbingiem (lepsze to niż gruzińska mowa, która jest totalnie niezrozumiała). Gdzieś w środku trasy był przystanek. Po wyjściu z autobusu otoczyły nas bezdomne psy. Zawsze tak mnie serce boli jak na nie patrzę. Tuż obok jakaś duża knajpa, gdzie w kilka chwil coś wrzuciliśmy na język. Z chwili na chwilę, dzień ustępował nocy, a to był jasny znak, że za chwilę znajdziemy się w Tbilisi.

Autobus zatrzymał się w zachodniej części miasta. Po wyjściu zostaliśmy brutalnie otoczeni przez lokalnych kierowców, którzy w większości proponowali nam kurs do…Armenii. Chętnie bym skorzystał, ale czas nie jest z gumy i w głowie miałem myśli o powrocie do Polski i tym co mnie tam czeka. Blisko 300 metrów uciekaliśmy przed nimi. Zawsze mnie zadziwia te chore uparcie. Skoro nas coś nie interesuje to po biegu za nami nas zainteresuje? Wątpię.

Nasz nocleg znajdował się teraz w starej części miasta i swoim wyglądem przypominał koniec lat 80-tych, a w nowym telewizorze można było oglądać tylko tureckie programy. Właściciel tego przybytku nie był za bardzo ogarnięty, ale jedyne na co miałem ochotę to schować się pod kołdrą.

Jutro czekało na nas.

Zobaczyć na żywo Cminda Sameba

Gruzja_2016_Danieluk_118
Gruzja_2016_Danieluk_119
Gruzja_2016_Danieluk_120
Gruzja_2016_Danieluk_121
Gruzja_2016_Danieluk_122
Gruzja_2016_Danieluk_123
Gruzja_2016_Danieluk_125
Gruzja_2016_Danieluk_126
Gruzja_2016_Danieluk_127
Gruzja_2016_Danieluk_128
Gruzja_2016_Danieluk_129
Gruzja_2016_Danieluk_130
Gruzja_2016_Danieluk_131
Rankiem wyruszyliśmy do centrum miasteczka by coś zjeść i dowiedzieć się o której godzinie można odjechać pierwszym autobusikiem do Tbilisi. Zjedliśmy skromne śniadanie w małym barze i ruszyliśmy w górę. Podejście dla takiego człowieka jak ja, miejską duszę, nie było łatwe. Nie można było tego powiedzieć o małym psie, który widać żyje tu od lat i wprowadza turystów na samą górę, licząc że dostanie coś w zamian. Pies poruszał się skrótami, a nam dane było wchodzić krętymi drogami, aż na samą górę.

Im wyżej tym Kazbegi stawało się jak zbiór pudełek po zapałkach. Czyste, świeże powietrze i deszcz który to raz padał, raz zanosił się na kolejne opady. Dopiero w drodze powrotnej zaczęło mocno padać. Wejście na górę zajęło nam blisko 90 minut. Mijały nas rosyjskie i japońskie samochody terenowe, które prężnie wwoziły tych turystów, którzy nie mieli ochoty się przemęczać. Dla nas była to pewnego rodzaju profanacja. Na samej górze można było spotkać ludzie w krótkich spodenkach, którzy trzęśli się z zimna…zresztą nie po to tam weszliśmy.

Na samym szczycie Cminda Sameba. To prawosławny klasztor położony niedaleko wioski Gergeti w północnej Gruzji, w pobliżu miasteczka Stepancminda (dawniej Kazbegi). Kościół jest położony na wzgórzu, na wysokości 2170 m n.p.m. Klasztor został zbudowany w XIV w. i według mojej opinii jest to flagowy widok z Gruzji. Tuż przed wyjazdem uświadomiłem sobie, że blisko dekadę temu widziałem ten pejzaż gdzieś na jakimś blogu i zapragnąłem pojechać do Gruzji, chociaż wtedy wydawało mi się to jak podróż na obcą planetę. Zobaczyć na żywo Cminda Sameba, taki był cel. Udany.

W środku klasztoru panował szmer przemieszczających się ludzi. Tuż przy wejściu piec typu koza, który swoim ciepłem przenikał przez moje ciało. W takich miejscach ogarnia mnie pewnego rodzaju mistycyzm, cisza, myśli zaczynają wolniej biec. Zawsze obserwuję wiernych, którzy przechodzą spod jednego do drugiego obrazu, modląc się i całując obrazy świętych. Zawsze wtedy myślę, że chciałbym być częścią tej społeczności i wiary.

Na zewnątrz zaczął zacinać deszcz i nieubłaganie zegarek nakazywał wracać do miasteczka. Nauczeni przez psiego przewodnika, przecinaliśmy drogę skrótami.

Od dziś nowe wpisy będą przyjazne ekranom z wyświetlaczem retina ;)