Strona główna » x100v

Tag: x100v

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 3)


Jest jeszcze ciemno. Budzimy się z Szymonem w naszym małym pokoju. W drugim budził się Grzesiek.

Plan był prosty. Wstać grubo przed świtem i pojechać nad Morze Aralskie. Tam sfotografować wraki statków. Jak to bywa czasem w życiu, kiedy coś długo się planuje to ma prawo coś nie wypalić. I nic tu z naszej winy. Dlaczego? Bo zawsze jest ktoś lub coś co może nam zepsuć. Najlepiej wszystko. Winowajcą okazał się młody chłopak z recepcji. W Uzbekistanie jest takie prawo, że każde miejsce gdzie śpi obcokrajowiec, musi nasz pobyt zarejestrować. Dowód naszego bytu. Kolejny papier, a wschód papiery lubi. Finalnie z tych wszystkich miejsc mam papier, który faktycznie się przydał, jest pamiątką. W sytuacji awaryjnej może nam posłużyć jako papier toaletowy. Nikt nas o to później nie pytał.

Młody chłopak sennie zebrał się ze swojego łoża, wziął nasze paszporty i zabrał się za wydrukowanie “kart pobytu”. Trwało to na tyle długo, że wyprowadził mnie z równowagi. To się często dzieje w moim życiu, ale kiedy coś jest zaplanowane, kiedy w jakieś miejsce jedziesz trzy dni, leci dwoma samolotami to masz prawo się wkurwić. Udało mu się to. I w tej naszej ekipie wyjazdowej stało się to drugi raz. Ten pierwszy miał miejsce w Iranie, kiedy młody kierowca “taksówki” wiózł nas na lotnisko, ładując się w korek. Do tego ulewa. Brak możliwości komunikacji, a kiedy pojawiło się apogeum zła, wiedząc że nie dojdziemy na czas, nie wsiądziemy do samolotu by lecieć na południe, to on, kierowca, wyjął telefon i pokazywał nam swojego pieska. Było to na tyle absurdalne w tej całej sytuacji, że przestałem wierzyć w dalszy plan podróży. Na szczęście przyjechaliśmy w ostatnim momencie, ostatnim tym ostatnim, że we wspomnieniach mam jak omijam bramkę bezpieczeństwa i rzucam swój plecak na taśmę przy punkcie odprawy. I to w ostatniej sekundzie tego meczu. Rzut na wagę zwycięstwa. Jak w tanim filmie dla młodzieży na Polsacie w niedzielę o 12.

I tak uzbecki chłopak zepsuł mój wielki plan. Chociaż samego wschodu słońca nie widziałem to jednak teren z wrakami był moim fotograficznym poligonem z nisko wiszącym słońcem. To było niesamowite. Mimo pustynnego klimatu, wschodzącego słońca było chłodno. W poprzedniej części obiecałem, że napiszę skąd wzięły się te wraki na tej pustyni. Bardzo dobrze i rzeczowo jest to opisane na Wikipedii:

Budowa kanałów przecinających pustynne obszary Kara-kum prowadzona była na wielką skalę od lat 30., przez pierwsze dziesięciolecia całkowicie wbrew wszelkim zasadom sztuki hydrologicznej. W rezultacie aż od 30 do 70% wody, odbieranej rzekom Syr-daria i Amu-daria bezpowrotnie wsiąkało w glebę lub parowało, nie docierając ani do upraw, ani do jeziora. Szacuje się, że do 1960 od 20 do 50 km³ wody zamiast zasilić jezioro – wsiąkło w ziemię. Nawet do dziś tylko 12% długości kanałów nawadniających uszczelniono i zabezpieczono przed stratami wody. Część wód Amu-darii trafia ponadto do znajdującej się na zachód od rzeki Kotliny Sarykamyskiej, gdzie wypełnia powstałe w ciągu XX wieku słone Jezioro Sarykamyskie. Na nowo powstałej pustyni można spotkać statki – nawet kilkadziesiąt kilometrów od obecnego brzegu Od lat 60. poziom wody w Jeziorze Aralskim zaczął systematycznie opadać w tempie około 20 cm rocznie. W następnej dekadzie już 50–60 cm rocznie, potem dalej przyspieszył i dziś wynosi nawet 80–90 cm rocznie. W 1960 roku powierzchnia jeziora wynosiła 68,5 tys. km² (niemal tyle, co powierzchnia Republiki Irlandii), do roku 2009 zmniejszyła się o ⁴⁄₅ (do 13,5 tys. km²).

W 1960 r. jezioro było czwartym co do wielkości na świecie, obecnie spadło na szesnaste miejsce. Zanikanie wód jeziora doprowadziło do jednej z największych katastrof ekologicznych na obszarze byłego ZSRR, co nie było zresztą zaskoczeniem dla władz sowieckich, którym raporty o przewidywanym wyschnięciu jeziora przedstawiono wiele lat wcześniej. Przeważyła jednak irracjonalna teza, że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii ekologów. Wykorzystanie wód Amu-darii i Syr-darii do nawadniania rosło nadal mimo obserwowanego zanikania jeziora i w okresie między 1960 a 1980 rokiem podwoiło się. W tym samym czasie podwoiła się też skala produkcji uzbeckiej bawełny. Woda z Amu-darii i Syr-darii wykorzystywana jest nie tylko do upraw bawełny, ale i ryżu. Na terenach niemal pustynnych zakładano plantacje monokultur roślin o dużym zapotrzebowaniu wody. Nadmierna gospodarka rolno-spożywcza i wodna (na utrzymanie sieci kanałów w czasach ZSRR wydawano około 25$/ha, obecnie 1,5$ – 10$) doprowadziła do zahamowania zasilania z rzek.

Wzrost produkcji bawełny nie równoważył jednak ponoszonych kosztów. Już w latach osiemdziesiątych załamał się przemysł przetwórstwa rybnego w Aralsku i innych miejscowościach. Przed wyschnięciem jeziora większość okalających go wsi utrzymywała się z rybołówstwa oraz turystyki. Gdy jezioro zaczęło wysychać z jego okolic wyemigrowało 100 tys. ludzi, część osiadła nad Morzem Kaspijskim. Niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły na skutek drastycznego wzrostu zasolenia, a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Szacuje się, że koszty zapaści gospodarki rolno-spożywczej i turystyki, a przede wszystkim pomoc humanitarna to średnio dwa miliardy dolarów rocznie.

Jest to smutne miejsce i człowiek uświadamia sobie, że zmieniający się klimat może kiedyś doprowadzić do tego co właśnie tam stało się to tymi samymi człowieczymi dłońmi.

Nagle znalazłem się tu sam. Szymon wrócił na górę, a ja jeszcze fotografowałem, szukając ciekawych ujęć. Słońce szło do góry, temperatura rosła, a obok mnie stała krowa. Wyrosła nagle z ziemii. Nie patrząc na to co robię poszła w swoją stronę. Pomyślałem, że to dobry moment by wejść na górę, złapać chłopaków i będziemy mogli ruszyć dalej. Dzień wcześniej kiedy testowaliśmy drogę prowadzącą na pustynię, zobaczyłem nowo oddane bloki. To był dobry moment by tam teraz pojechać. Miałem wrażenie, że jestem w Korei Północnej. Dziwne uczucie.

Grzesiek odpalił auto i ruszyliśmy na południe zostawiając za plecami Morze Aralskie. W drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie, a w zasadzie był to mały sklepik, dziura w murze. Właściciel zaproponował nam, że możemy usiąść u niego w “barze”, tak to wyglądało. Wszystkie okna oklejone niebieską folią, pomieszczenie, jedno i drugie. Na ścianie włączony telewizor. Właściciel przyniósł czaj. Znowu poczułem, że jestem w Korei Północnej w jakiejś świetlicy. Co do cholery. Po wszystkim znalazłem toaletę. Była to pewnie barowo-domowa. Czegoś takiego nie widziałem jak żyję, ale w takim wydaniu rzecz jasna. Nieduże pomieszczenie z drewnianą podłogą, na ścianie małe okienko oklejone znaną mi wcześniej niebieską folią. Po środku dziura z której bił ogień smrodu.

I znów w drodze. Minęliśmy Leninabad, a potem tankowanie auta w Nukusie. Kolejny przystanek Chiwa. Perła na szlaku.

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 2)


Samochód dociera na parking. Na zewnątrz jest gorąco. Z głośników zamontowanych na jakimś barze leci głośna muzyka. Wychodzimy szybko i kierujemy się na brzeg klifu. To tutaj znajduje się pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu. Szpiczasty pod kątem. Skierowany na wschód. Wieje przyjemny wiatr, a naszym oczom ukazuje się bezkres, aż po sam horyzont. Na dole widzimy cel naszej podróży. Wraki statków na piachu, te które kiedyś żywiły ludzi, dawały im pracę i nadzieję na przyszłość.

W drodze na dół zaczepia nas grupka lokalnych turystów, którzy robią sobie z nami zdjęcie. To złudne uczucie, ale mam jakieś sobie przekonanie, że zaraz nie będzie czasu, że zaraz wraki odpłyną i nie będę mógł ich sfotografować. Schodek po schodku i jesteśmy na dole. Wcześniej zerkałem na zdjęcia z tego miejsca i nie byłem zadowolony (o ile w ogóle mogłem przecież), że dookoła wraków zrobili jakiś chodnik, ale potem się okazało, że bez niego byłoby trudno się tu poruszać. Wyschnięte jezioro czy też morze to przecież pustynia.

Spacerujemy w pełnym słońcu, uświadomiłem sobie, że w tym pędzie zostawiłem wodę w samochodzie. Chodzę między wrakami statków i fotografuję. Próbuję jak najszybciej dojść do tego miejsca, które opowie na wiele moich pytań. Co tu się stało, jak to się stało, dlaczego, po co? Od razu rzuca mi się w oczy ilość dzieciaków, które zapewne chwilę wcześniej zwiedzały muzeum na szczycie klifu. Włażą na wraki, bawią się jak na apokaliptycznym placu zabaw, w najlepsze. Podchodzę i fotografuję. Układam ich na tej planecie zniszczenia.

No dobrze? Co tu właściwie się stało? O tym w następnej części.

Uzbekistan: Nukus – Mizdarkhan – Moynaq (część 1)


Poranek. Przed hotelowym pokojem stoi moja walizka. Na plecach mam plecak. Zapakowany delikatnie tym co powinien mieć. Ostatni raz klasycznie zerkam czy czegoś nie zapomniałem.

To był kolejny dzień na który czekałem, a jeśli powiem, że prawie najważniejszy to nie będę mijał się z prawdą. Tak uważam. Chociaż absolutnie nie znaczy, że inne dni były gorsze, ale tu chwile były wyjątkowe w pewien sposób. Więc po zjedzonym śniadaniu, zdaniu hotelowego pokoju, wsiedliśmy w nasze auto i ruszyliśmy na północny-zachód. Dosyć szybko opuściliśmy Nukus, a naszym pierwszym przystankiem była nekropolia Mizdarkhan przy samej granicy z miastem Khodzheyli. Minęliśmy wielbłądy, a potem znak który ponownie informował mnie o bliskości Turkmenistanu. I nagle jak niby nic na horyzoncie pojawił się właśnie Mizdarkhan. Wzgórze z charakterystycznymi budowlami.

Nie jestem fanem cmentarzy, chociaż jak każde życie jest z nim związane. Od wielu lat cmentarze są dla mnie inne, a wszystko przez wydarzenie w życiu, kiedy mój pochowaliśmy Dziadka. Od tamtej pory unikam ich, chociaż te nie w Polsce są po prostu pozbawione, a raczej nie są obarczone emocjami. Egzotyka czy orient. Te muzułmańskie w szczególności. Przez niecałą godzinę spacerowaliśmy między grobami na wypalonej ziemii. Nad wszystkimi górowała dziwna trójkątna konstrukcja, która przypominała jakiś system wyciągania zawartości studni. I ten nieduży szczyt był celem pielgrzymów, gości odwiedzających cmentarz. Chwilę poobserwowałem ludzi i sam udałem się na jej szczyt. Z góry widok był równie ciekawy co z dołu. I to z góry dopiero było widać przestrzeń.

Mizdarkhan został założony blisko 2500 lat temu, a od 1700 lat służy jako nekropolia. Dopiero zagłębiając się w historię tego miejsca, wieża na wzgórzu zaczyna mieć inne znaczenie. Od tego jest właśnie moje podróżowanie po powrocie. Ta prosta konstrukcja to wieża ciszy. Pozostałość po cmentarzu zaratusztriańskim. W przeciwieństwie do muzułmanów, Zaratusztry (religia wywodzi się z Iranu) nie grzebali swoich zmarłych, ale raczej pozostawiali ciała na pożarcie przez ptaki drapieżne na szczycie płaskiej wieży zwanej dakhmą. I często niewiedza przed i w trakcie, nie pozwala nam na zrozumienie miejsca. I z góry obserwuję jak pielgrzymi układają kamienie na samym początku wzgórza.

Wśród milczących grobów stoi mały domek z białymi ścianami. Obok kręci się starszy mężczyzna. To stoi w słońcu to chowa się pod dachem. Jego skóra jak ta ziemia, jest wypalona słońcem. Kiedy poznaję jego imię (nie byłem w stanie zapamiętać imion moich chwilowych bohaterów, a nie zapisałem sobie, proszę mi to wybaczyć), zapraszam go na białą ścianę i fotografuję. Za chwilę znów jesteśmy pod autem, ale w drodze do auta fotografuję nagrobki, a raczej wyryte na nich twarze. Samochód zawraca i ruszamy na północ. Wskaźnik z paliwem sugeruje by mieć na uwadze uzupełnienie baku. I tak wjeżdżamy do małego miasteczka Kanlykul, które na mapach widnieje jako Leninabad. I tu miałem szalone wyobrażenie, że na środku jakiegoś placu stoi wielki Lenin w turbanie. Gdzie tam. Jak wjechaliśmy tak wyjechaliśmy. W naszym programie ekspresowego zwiedzania miasteczka nie było tam nic ciekawego uwagi.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie stacji paliw na której będzie potrzebne nam paliwo AN-91(92) i właśnie to paliwo, w zasadzie za nas zadecydowało o przyszłym planie zwiedzania Karakałpacji. Jedna stacja, paliwa brak. Druga stacja – wygląda jak by od lat 80-tych nie sprzedawała paliwa. Trzecia stacja. I tu miły Pan oznajmił, że najbliższa stacja jest około 40 kilometrów za nami, znaczy się w Nukusie. W aucie pali się rezerwa, ale ta rezerwa której się unika. Może zostało nam 40, może 50 kilometrów zasięgu. Jest ratunek bo przy wjeździe na główną drogę widzieliśmy stacje. No tak. Stacja z metanem, benzynką, ale naszego nie ma. Motyla noga! Grzesiek zwolnił, klimatyzacja wyłączona. Radio i tak nie działało. I tak tracąc sporo cennego czasu i nerwów, ponownie wjechaliśmy do Nukusu, gdzie znalazła się stacja na której udało nam się zatankować do pełna. Pełny bak, pełna radość, portfel lżejszy o 500 tysięcy. I ponownie wskoczyliśmy na bardzo ładną trasę A381. Naszym celem dziś był Moynoq (Mujnak). Stolica Morza Aralskiego.

Kiedy minęliśmy z lewej strony miasteczko Qo‘ng‘irot (wymówcie to na głos), droga diametralnie siłę zmieniła. W zasadzie była to taka której się najbardziej obawialiśmy na całej trasie. Na szczęście ten ostatni odcinek z kiepską drogą (100 km) pokonaliśmy w niecałe dwie godziny. Im dalej tym cieplej. Krajobraz był już nam znany, ale emocje w mojej głowie rosły. Nie mogłem się doczekać. I tak po wjeździe do Moynaq’u po prawej stronie widoczny był pas startowy, a po lewej jedyna stacja paliw. Wyobrażałem sobie to miejsce jako totalną dziurę, ale moje zaskoczenie było tym większe, że okazało się iż to miejsce jest całkiem zadbane, normalne, a nawet są małe bloki mieszkalne. Nie wiem czemu miałem takie puste wyobrażenia. Wszystko prze oglądanie map zwykłych i satelitarnych. Tutaj starałem się też nie oglądać żadnych fotografii z tego miasta i było to dobre posunięcie.

Dojechaliśmy do celu. Na krawędzi wielkiego klifu ukazał się bezkres Morza. Bez wody.