Dobra. Życie jak kafelki.
Siedzę w ostatnim rzędzie autokaru który wiezie ludzi do pracy, do Niemiec, są do siebie tak podobni. Będą mieli przesiadkę. Zasypiam, ale tylko tam gdzie czuję się w miarę bezpiecznie. Nigdy sam w pociągu, nigdy! Moje oczy ciężkie jak kotlety. W uszach słuchawki, na ręku zegarek, czas odmierza, ten stan lubię, jeszcze to tak nie ubrane w słowa. Nagle się budzę i widzę bloki, które ostatni raz widziałem jak miałem 6-7 lat, nie pamiętam kiedy, ale je rozpoznaję. Szybko fotografuję telefonem. Wysyłam SMS-a do Mamy. To mój wizualny notes. Fotografuję to co uważam za ważne. Potem jeszcze chwilę ze sobą walczę i zjadam rogala z czekoladą. Kolejny przystanek, nowi ludzie, od kolesia obok mnie śmierdzi papierosami, ma w dłoni kwiaty, przysiadam się bliżej okna. Czuję na twarzy chłód i widzę Polskę. Jej centrum. Środek i soczewkę. Oblepione zasranymi reklamami, szyldami i tym wszystkim co powoduje, że się denerwuje. Leży śnieg, do cholery ile można, gdzieś daleko słońce będzie chciało iść spać, muzyka i ten facet przy płocie, który rzyga na swoje buty. Milisekundy jestem już dalej. Las. Noc. Serca bicie. Proszę Państwa, tam czeka na Państwa autokar, proszę się przesiadać. Gdzie Ci ludzie będą sikać? Na policzkach czuję zimny wiatr, zasłaniam usta moim „szalikiem” i patrzę na drzwi. Jak śpiewa Kazik: Czy przyjdzie ktoś od Ciebie, czy przyjdziesz Ty . Łyk ciepłego czaju z miodem. Fotonotatnik rejestruje. Jest marzec. Odliczam dni.
Do wiosny? kolejnej wyprawy?