
Autobus 204. Z hotelu na dworzec PKS. Oczywiście ten autobusowy dworzec to drugi pod względem wielkości tego typu budynek na świecie. Kierowca autobusu pyta skąd jesteśmy. Nigdy nie wiem na ile moje Poland to Holland. Mówi, że to piękny kraj, ale nigdy nie był. Dworzec ponownie. Szybko rozglądam się i staram się jakoś wyobrazić sobie jak to kiedyś wszystko tu działało. Ma siedem czy osiem pięter. Na siódmym czeka autobus do Jerozolimy. Wsiadają do niego też jacyś kadeci. Każdy z nich nosi ze sobą karabin maszynowy. Chłopcy i dziewczęta. Autobus w godzinę dojeżdża do celu. Tam kilka chwil i znów siedzimy w autobusie nad Morze Martwe. Trasa biegnie przez Palestynę. Z okien widać mur dzielący to ten obszar od Izraela. Jerozolima znika i pojawia się obszar pełen złotych gór i miliona głazów.
Wchodzę do Morza Martwego. Woda wypycha mnie na powierzchnię. Dryfuję w pełni słońca.
Ona stoi na brzegu.
Zdjęcia są klawe ale teksty w stylu Paolo Coelho…wystarczyłby sam obraz, serio.
Porównanie do Paulo Kojejlo to dla mnie zaszczyt :)