Sen o dolinie

W słuchawkach leci Budka Suflera. Kolejny dzień siedzenia w domu i rozmyślania o przyszłości, przeszłości i chwilach, które uciekają. Cenny czas ucieka przez palce, chociaż szczerze mówiąc to też dobry czas by zająć się wszystkimi rzeczami które się odkładało, przekładało, a można je zrobić w domu.

Martwię się tym co się dzieje, nie ukrywam tego, ale oduczyłem się czytać informacje i oglądać non-stop programy informacyjne. To i tak nie pomoże, w zasadzie nic nie pomoże, mogę jedynie siedzieć w domu i nie wariować. Kto by się spodziewał, że wyjście do sklepu to taka przygoda, dosłownie.

Czasy pandemii są generalnie trudne. Psychicznie. Kiedy mam ogromną ochotę gdzieś wyjechać to nie można. Wierzę jednak, że ten czas to chwila przełomowa dla nas wszystkich, to sprawdzian nas samych, naszych bliskich i przyjaciół. W takie dni jak te jak na dłoniach widzę na kim można polegać. I to jest piękne.

Z drugiej strony widać jak bardzo politycy mają nas w dupie, szczególnie ten jeden.

Czekam na chwilę wolności. Jednak by nie marnować swojego życie, wiele/-u z Was zauważyło, że reaktywowałem swój kanał Zwykłe Rzeczy w nowej formie, podcastowej. To dopiero pierwsze kroki, ale już możecie posłuchać dosłownie paru odcinków. Ten największy jest o Czarnobylu, który zajął mi 3 dni ciężkiej pracy. Efekt jest jaki jest, uczę się. Liczę, że będzie o czym Wam opowiadać. Patrzę na statystyki i cieplej mi się robi na sercu.

W końcu mogę też zabrać się za dwie spore rzeczy, czyli dwa filmy, ale o tym będzie później.

Serdecznie zapraszam do wysłuchania podcastów!

PS. Tęskni mi się za fotografowaniem.

Koronawirus czyli siedź na dupie w domu


Od dawna razem z chłopakami planowaliśmy bardzo fajny wyjazd. Męskie wypady na wschód to już taka tradycja. Wiele połączeń, miast, miejsc fotogenicznych, a do tego fajna atmosfera. Tak to działa i zawsze te wyjazdy na wschód były dla mnie jak jakiś prąd, który ładował baterię i pozwalał na dalsze życie. Trwa to już bardzo długo i działa.

Kto by przypuszczał, że na początku planowania wyjazdu będą dziać się takie rzeczy, jak to kiedyś powiedział mój znajomy, w życiu ciężko jest coś planować, a mówił to po nagłej operacji w szpitalu. Tak mocno to się we mnie wryło, że chociaż uwielbiam planować to wiem, że niczego nie można być pewnego na 100%, ale marzenia i plany to rzecz piękna.

Nasz wyjazd do Uzbekistanu został odwołany, chociaż lepsze słowo to przełożony. Jak większość dziś osób wiele rzeczy musi przełożyć. Wiem, że zbliża się ciężki czas, ale ten czas trzeba przeczekać. Może więcej o wyjeździe i jego planach nie będę pisał bo to jest dla Was mało ciekawe, ale też nie chce wypalić przyszłej radości z tego co tam będzie nas czekać. W planie B był wyjazd Kijów – Tallinn – Petersburg, ale w obecnej sytuacji ciężko cokolwiek planować skoro sytuacja zmienia się tak dynamicznie. Nie wstydzę się tego, ale chociaż nie panikuję to jednak mam jakieś wewnętrzne lęki, te same które nie pozwoliły mi na to by odbyć aktualnie jakąkolwiek podróż. To poczeka. Musi. Nie jest czas na podróżowanie i łączę się w bólu z tymi wszystkimi, którzy musieli odwołać swoje wyjazdy (i nie tylko).

Dla mnie siedzenie w domu to żadna nowość, ale mam nadzieję, że dla wszystkich „normalnie” pracujących będzie to ciekawy czas, a już za chwilę będziemy cieszyć się ciepłem i wspólnymi spotkaniami.

Trochę się martwię tym ile to będzie trwało bo już za miesiąc rusza moja praca i jako osoba prowadząca swoją własną firmę (firemkę) to muszę nastawić się na to, że dostanę po dupie.

No ale nie ma co nastrajać się negatywnie. W nas siła! I pamiętacie, jeśli możecie to ZOSTAŃCIE W DOMU!

Odbiór!


Teraz mam taki czas, że siedzę w domu. Popijam ciepły, czarny czaj z miodem i próbuje sobie układać w głowie wszystkie rzeczy, sprawy i elementy. To dobry czas na to by wrócić do fotografii, które powstały w 2019 roku, ale też i te które zrobiłem mocno wcześniej. To też taki czas, że zastanawiam się zwyczajnie co dalej. Czym się zająć, w co zaangażować. Gdzie żyć i jak żyć. Zawsze powtarzam sobie, że każdy jeden dzień może być dobrym momentem zwrotnym, że los nam podpowie co dalej, ale też musimy coś od siebie dać.

Ten MiG-21 sfotografowałem jak brzegiem jeziora Issyk-kul w Kirgistanie. Ten zimnowojenny klimat to jeden z moich motorów napędowych, mojej wyobraźni. Mój mózg potrzebuje tego. To też zaczątek myśli nad nowymi projektami. W tym roku obiecuję sobie, że jedna rzecz mi tego nie zabierze jak to miało miejsce w zeszłym roku. Czasem mam ochotę na to by ktoś do mnie przyszedł i powiedział mi wprost. Robert zrób to i to. Weź się za swój kanał na YT, albo ciśnij w bloga, albo na Instagram, albo zabierz się za książkę, albo cholera nie wiem co! :)

24 godziny, cel Narowla


Patrzę w kalendarz i widzę, że plus minus kilka dni mija 15 lat od mojej podróży na Białoruś. Jednej z wielu przez te lata, ale ten wyjazd był szczególny. To pierwszy kiedy sam przekroczyłem granicę państwa, pierwszy raz na wschód. To była świetna przygoda. Miesiąc wcześniej byłem na Ukrainie, a jesienią pierwszy raz na Białorusi. Wsiadłem w pociąg i pojechałem przez Terespol i Brześć do Mińska, gdzie czekał mnie Sergiusz. Następnego dnia wsiedliśmy w jego Ładę i ruszyliśmy na południe. Chciałem dziś skupić się na kilku godzinach tej podróży. Chociaż patrząc po datach cyfrowych fotografii ten wyjazd był bardzo krótki, ale w głowie po tylu latach to zupełnie inaczej wygląda.

Było cholernie zimno, chociaż noc była stosunkowo krótka, miałem kaca bo wieczorem piłem bimber i wódkę z mieszkańcami pewnej wioski w drodze do Narwoli. To jakaś rodzina Sergiusza, dziś już tych ludzi z fotografii nie ma. Co do Pana nie mam pewności, ale Pani już nie ma. Do śniadania dostałem szklankę bimbru. Sto gram. Taka jednostka miary i dawka leczniczego płynu. Przyznam się, że od tamtego czasu w moim życiu to już tyle alkoholu nie piłem, dziś są to znikome ilości. Co więcej nie ciągnie mnie do tej cieczy. Nie potrzebuję jej w swoim życiu, ale wtedy piłem wódkę, od jesieni trenowałem by przeżyć to o czym jeszcze nie miałem pojęcia. Przyznam, że zimą, gdzie w piecu huczy, a na stole tłuste potrawy, ziemniaki to ten bimber ma swój dobry smak. Do tego klimat, wschód i jeszcze ten chłód za oknem. Bimber odcinał mi nogi.

Ruszyliśmy z wioski na południe. Po tylu latach niestety nie pamiętam nazwy tej wsi, chociaż dzień wcześniej planowałem moim cyfrowym aparatem zrobić taki mały reportaż o kierowcy, który wozi dojarki po kołchozach, ale do dziś żałuję, że tego nie udało mi się zrobić. Powód jest dziś lokalnie prozaiczny, ale byłem po prostu pijany. Blisko 20 godzin wcześniej przed dniem wyjazdu ze wsi, Pani raczyła mnie samogonem. Wiele nie trzeba by z uśmiechem zwiedzać wioskę. Wracając do mojego aparatu to do dziś go mam. Moja cyfrowa legenda. Dziś mój telefon robi tysiąc raze lepsze fotografie, ale wtedy pamiętam miałem pożyczoną kartę pamięci i musiałem robić fotografie w bardzo niskiej rozdzielczości by zrobić ich jak najwięcej. Wtedy to była super jakość. Dziś w dobie 4K czy 8K to był technologiczny żart. Tak było.

Łada na jakiejś stacji paliw się zakopała w śniegu. Może to było potem, a może wcześniej, ale Sergiusz obraził mijany pomnik Lenina i on, swoimi betonowymi oczami, telepatycznie uszkodził Ładę, która nie chciała odpalić. W międzyczasie na zakręcie otworzyły się same drzwi. Tylne. Wszak auto dalej mknęło, a we wspomnianej wsi pojawiła się milicja (o tym dowiedziałem się rzecz jasna po powrocie). Badała fakt przybycia innostrańca z Polszy. Raczej nie była to miła wizyta, milicja nie kojarzy się z ciepłym słowem. No ale pies to gryzł. Samochód mknął by dotrzeć do celu. Był nim wjazd do zamkniętej zony, ale jak to wyobrażeniach bywa, wszystko można łatwo. Dojechaliśmy do małego miasta Narowla (a może Narwoli?). Do dziś w mojej głowie pozostał dziwny klimat tego miejsca. Ta zamknięta zona o której mówiłem to zona czarnobylska. Ta która częściowo leży na Białorusi, a częściowo na Ukrainie. W tej całej tragedii, która przyczyniła się do upadku ZSRR, najbardziej dostała w kość właśnie Białoruś. W każdym razie Czarnobyl zostawię na później, ale to on od małego mnie wołał. Ten wyjazd w 2005 roku pozwolił mi się zbliżyć na odległość 60 kilometrów od elektrowni atomowej. Cztery lata później ten dystans zmniejszyłem do jedynie 155 metrów.

Główny plac w Narowli to duży budynek, taki ratusz, taki budynek oddziału jakiejś komunistycznej partii. Przed nim Lenin, a na początku placu mały dom handlowy. Po prawej stronie wielki żółty sierp i młot. Za nim tabliczki informujące, że znajdujemy się w Poleskim Państwowym Rezerwacie Radiacyjno-Ekologicznym. Obok charakterystyczny znak promieniowania. Tak ten teren dostał odpowiednią ilość czarnobylskich minerałów. Sfotografowaliśmy się na tle Lenina i postanowiłem, że odwiedzę ten budynek partyjny i poszukam łazienki. Pominę szczegóły co tam się działo, ale ciekawostką był papier toaletowy. To były bony obiadowe z lat 70-tych. Do tego w środku było bardzo zimno. Do dziś wszystko pamiętam, tego się z pamięci nie wyczyści. Papier na mrozie robi się twardy.

W tym małym domu handlowym był sklep spożywczy i meblowy. Miałem wrażenie, że jestem w latach 80-tych. Tak żałuję, że nie zrobiłem żadnej fotografii. Chyba za dużo emocji, chyba jeszcze głowa była wczorajsza. Ponownie wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do miejsca gdzie był wjazd do zony. Z niebieskiej budy wyskoczył milicjant i kazał nam wypierdalać. Miło z jego strony. Na jego budzie znów charakterystyczny symbol promieniowania. Dla nas wycieczka się skończyła. Dojechaliśmy najdalej jak się dało. Wtedy czułem taką ekstremalność. Przygoda 12/10. Adrenalina. Promieniowanie. Dziś z samego siebie się śmieję, ale tak to czułem.

Opuściliśmy miasteczko i ruszyliśmy dalej. Tego dnia zrobiliśmy blisko 400 kilometrów. Mijaliśmy rzekę Prypeć i chyba Pińsk. Jak to czas wyciera z głowy wspomnienia. Pamiętam, że gdy zrobiło się ciemno, dużo mówiłem do Sergiusza by nie zasnął w trasie. Wieczorem dom Popa w którym zostaliśmy na noc. Przed domem jak to na wsi, wychodek. Pamiętam, że telefonem rozświetlałem sobie jego wnętrze. Dopiero po wszystkim zrozumiałem, że bilet kolejowy Warszawa – Terespol był dla mnie ratunkiem. Stare wnętrze domu i upragniony sen. Byłem jakiś wewnętrznie szczęśliwy, że udało się podjechać tak blisko.


Styczeń/Luty 2005

Władywostok. Marzenia.

Jestem marzycielem, fotografem-marzycielem. W głowie odbywam wiele podróży, tych realnych i tych mniej. Latam w kosmos, gram w filmach i piszę fajne książki. To wszystko jest w głowie. Mojej głowie. Jednak bez rzeczywistego przeżywania miejsc i chwil nie ma marzeń. Nie ma fundamentów do ich tworzenia i realizacji. Dużo mam snów, sny wypełniają moją głowę każdej nocy.

W takie dni jak teraz odbywam podróże do miejsc w których byłem, do chwil które przeżyłem. To dzięki fotografii. Lubię to robić bo dzięki temu pielęgnuję wspomnienia, a z drugiej strony ciągle dorzucam do pieca mojej fascynacji tym co za wschodnią granicą. I chociaż nie jestem żadnym pisarzem, reporterem czy nawet dobrym fotografem to jednak od wielu wielu lat jest to moją wewnętrzną misją, pielgrzymką, wschód jest moim „Camino de Santiago”.

Na fotografii Władywostok. Cel moich marzeń ze szkolnej ławki. Zdobyty w marcu 2011 roku.

Styczniowe mobilne




I w głowie tylko jedna pieśń:

Jak Pory roku Vivaldiego
Zmienia się światło w twoich oczach
Powiedz mi życie coś miłego
Nie pędź tak, proszę, daj odpocząć

Pierwszy miesiąc zupełnie nowego roku minął jak tydzień. Im człowiek więcej ma lat tym ten czas ucieka szybciej. Styczeń jest ważny pod wieloma względami. Zawsze sobie powtarzam, że jaki ostatni dzień starego roku i początek nowego, taki jest cały nowy rok. I chociaż jak pisałem ten styczeń zleciał szybko jak diabli i znów trzeba płacić ZUS to jednak…

Życie, życie jest nowelą
Co wciąga jak rzeka
Chciałbyś dziś znać przyszłość
Lecz musisz poczekać

Na fotografiach głównie Terespol i Karkonosze. Nowy miesiąc nowe założenia.

Pusty stół

Siedzę przy pustym stole. Na środku tylko biała kartka i pióro, którym kocham pisać. Obok kartki kubek ciepłego, mocnego naparu. To czaj. Z miodem. Całkiem niedaleko czarny notatnik, który został kupiony w Tiranie. Czarny Moleskin z gładką kartką. Wymieniam co dwa lata bo na tyle starcza w nim miejsca. Bez notesu nie potrafię żyć i podróżować. Leży telefon, chociaż kusi mnie by go odłączyć od sieci. Na uszach słuchawki i jakaś folkowa piosenka. Zamykam oczy i stoję na łące, widzę jezioro, a obok rzekę. Jest ciepło, chociaż słońce już zaszło. Czuję zapach ziemi.

Chociaż chciałbym by był pusty to takim nigdy nie jest.

Śnieżka 2020


Zimowe wejście na Śnieżkę chodziło mi od dawna, jednak to wejście można traktować jako wiosenne bo jak wiemy zimy w tym roku brak. I szkoda. Trzeba czekać na nową szansę, chociaż samo wejście i zejście nie było łatwe. Wszystko przez lód i twardy, stary śnieg. Bez raków lub antypoślizgów na buty, możecie mieć ogromne problemy. Żal było tego śniegu i patrzeć na tych turystów, którzy bezpieczeństwo swoje i innych mają gdzieś.

Karkonosze jak zawsze piękne.

Nad brzegiem Bugu




Ostatni tydzień spędziłem w Terespolu. Miejscu dla mnie szczególnym. Tym gdzie piec pięknie śpiewa, ulice wieczorami są puste, a w telewizorze można oglądac białoruską telewizję. I tu nie zmienia się, prawie nic.

Stojąc nad brzegiem Bugu zawsze myślę o tym jak wielki miał on na mnie wpływ i nadal ma. Cisza.

Może kiedyś założę wygodne buty i przejdę z domu w Terespolu do miejsca gdzie leży mój dziadek Edward, którego nigdy nie poznałem. Idąc wzdłuż Bugu, dotykając kolejne słupy graniczne.

Rozpocząłem też pracę nad moją książką.

Stepancminda – Tbilisi – Kutaisi – Warszawa












Kończy się pobyt na północy Gruzji. Rano wychodzimy przed hotel i kierujemy się na południe placu. Głównego miejsca skąd można wydostać się z miasteczka. Są tu dwie możliwości. Pierwsza to powrót „taksówką”, druga to powrót marszrutką. Wybieramy to pierwsze, cena nie jest aż taka wielka. Jednak byśmy mogli ruszyć, potrzeba jeszcze dwóch osób. Wszyscy jednak ładują się do busika. Kierowca mówi, żebyśmy jednak wybrali busa. Załadowaliśmy się tam i czekaliśmy na pełną godzinę o której miał odjechać.

Klasycznie ścisk. I to taki, że nie ma nawet gdzie wyprostować nogi. Dlatego też jeśli będziecie mieli okazję podróżować po Gruzji, warto przyjść wcześniej i zająć sobie miejsce od okna po prawej stronie. Widok w drodze powrotnej do Tbilisi zmienił się radykalnie, a wszystko przez opady śniegu. Im bliżej stolicy tym temperatura rosła, a śnieg ustępował tym jesienno-wiosennym widokom.

Sama podróż to przygoda bo gruzińscy kierowcy to są dziki. Podróż kosztowała 13 zł (10 lari). Z dworca Didube, dostaliśmy się do naszego hoteliku z widokiem na ormiańską dzielnicę. Muszę przyznać, że trafiliśmy na świetną pogodę. Spacer po Tbilisi to jedna z największych przyjemności. Wieczorem jeszcze katowałem jakiś kanał telewizyjny, nadawany z Czeczeni.

Następnego dnia ruszyliśmy na kolejny spacer po mieście. Finałem był ponownie dworzec Didube (można dojechać tam metrem). Ponowna walka o miejsce do Kutaisi. Trochę poszło za szybko bo kierowca wcisnął nas do busa, na dwa ostatnie, koszmarne miejsca. Podróż była męcząca. Cztery godziny jazdy i jesteśmy u celu. Tam łapiemy taksówkę i ruszamy do centrum miasta. Kierowca myśli, że jesteśmy obywatelami Rosji. On w ogóle mało rozumiał, ale muzykę rosyjską w stylu hardbass puścił w swoim wysłużonym mercedesie, nad wyraz głośno. Przed hotelikiem wytłumaczyłem mu, że jesteśmy z Polski. Poloneta!

Hotel Tbilisi w KutaisiKutaisi wieczorem miało swój klimacik. Byliśmy tu na początku tego samego roku bo niedaleko jest lotnisko, które napędza to miasto, zasila turystami z Polski czy Litwy. Na środku placu były świąteczne, podświetlone elementy, które przyciągały rzeszę ludzi. Moją uwagę zwróciła dziewczyna która z samochodu fotografowała choinkę. Zapewne na swój Instgram. Przywiózł ją jej chłopak. Zaparkowali najbliżej jak się dało. Takie, szpanerskie życie. To w ogóle nie jest moja planeta i śmieszy mnie takie podejście. Nigdy mi to nie imponowało, ale ludzie pochodzą z różnych domów, mają w sobie różne cele i mentalność. Może o tym kiedyś napiszę więcej.

Następnego dnia mąż właścicielki hoteliku, zawiózł nas na lotnisko. W drodze, kiedy powoli wstawało słońce (a o tej porze w Gruzji, dosyć późno) to moim oczom ukazał się Hotel Tbilisi. Słońce. Kolor. Palma. Poczułem w głowie klimat Kuby, nie wiem dlaczego, ale w tym miejscu musiały dziać się piękne historie. Dziś to raczej hotel robotniczy. Pełen potu i brudnych łazienek.

Dzień wcześniej uszkodził mi się paszport. Niestety. Nie było to duże uszkodzenie, ale żaden celnik nie zauważył, że ostatnia strona została rozerwana. Nikt tam by pieczątki nie postawił bo zwyczajnie nie ma tam miejsca na nowe. I to mnie zasmuciło bo wiedziałem, że po powrocie musze go wymienić.

Lotnisko w Kutaisi jest średnie (nic tam nie ma). Zresztą te małe lotniska takie są i służą jedynie do wsiadania i wysiadania. Świeciło ogromne słońce, które wpadało do hali głównej i smażyła wszystkich ludzi. Za szybą, która dzieliła halę odlotów z halą przylotów był gdzieś mój ulubiony twórca Daniel Spaleniak. To taka sucha anegdotka podróżnicza. Jak cały ten wpis. Wióry :)

Gdy samolot wylądował to od razu kilku pasażerów zaczęło wstawać. Stewardesa (siedziała przodem do nas) od początku miała minę tak złą, że chyba latanie na Kaukaz to jakaś firmowa kara. Trochę współczułem bo niestety ale wśród tych moich kilku lotów samolotem to właśnie Gruzini mnie zaskoczyli. Negatywnie, ale ja to lubię te wszystkie zasady stosowane w lotnictwie. W samolocie i poza nim. Na tych połączeniach powinien być ktoś z twardą ręką i językiem w gębie. Dla Gruzinów język polski nie jest językiem międzynarodowym.

Byłem w wydziale paszportowym i Pani powiedziała, że trzeba wymienić. Szkoda. Żal najbardziej tych pieczątek. To jak jakiś jedyny dowód podróżowania. Jednak cieszę się, że w nowym paszporcie nie będzie wizy z Iranu. To jednak jest niestety, problematyczna sprawa w podróży np. do gorącego Izraela.