Uzbekistan: Taszkient. Miasto pełne słońca (część 1)

Ja w Taszkiencie. W tęsknocie za weselami w Polsce. Fot. Szymon

W poprzednim wpisie napisałem jak to się stało, że to właśnie Uzbekistan wybraliśmy na nasz następny kierunek podróży. I tak 6 kwietnia w środku dnia zjawiłem się na lotnisku. Ilość lotów od czasu pandemii zmalała u mnie drastycznie. Średnio w roku latam 30-40 razy. W 2020 z Olą poleciliśmy na Kretę: 2 loty. I w 2021 ilość lotów finalnie wyniosła: 4. Czyste szaleństwo. Odprawiliśmy się, zrzuciliśmy bagaże, formalności koronawirusowe, kontrola bagażu, kontrola twarzy, paszportu, a za chwilę czekaliśmy już spokojnie na nasz samolot z Warszawy do Mińska na Białorusi.

Tego dnia na lotnisku pracował Marcin, więc fajnie było chwilę pogadać. Wsiedliśmy do samolotu. Lot do Mińska trwał godzinę. Pierwsza zmiana czasu. Byłem już kiedyś na tym lotnisku, ale gdzieś na dole przed budynkiem. Pamiętam, że było tak strasznie pusto, a w środku stał sztuczny żubr. Dopiero po więcej jak dekadzie udało mi się być na nim pasażerem. Budynek lotniska jest taki brutalny i chłodny, a w środku wyczuwa się podobną aurę. Już tutaj było widać, że wielu pasażerów oczekujących na samolot nie nosiło maseczek co ostatnio zawsze mi się rzuca w oczy. Tak po prostu jest. Musieliśmy poczekać 2-3 godziny, a ja często zerkałem przez szybę gdzie było widać wiele stojących samolotów. To jedna z najciekawszych rzeczy na każdym lotnisku. Tutaj było dużo lotniczych smaczków bo przecież byłem już naszą wschodnią granicą. Wypatrywałem samolotu Baćki, czyli Łukaszenki, ale pewnie jest dobrze schowany w jakimś hangarze. On sam lata Boeingiem 767, który wcześniej latał w  Turkmenistanie. Numer boczny samolotu: EW-001PB. Numer jeden.

Samolot do Taszkientu wystartował chwilę po godzinie 20. Samolot był prawie pełny. Większość to Uzbecy, ale obok nas leciała jakaś kobieca reprezentacja (chyba piłki ręcznej). Widać, że Baćka dba o swoich sportowców, dlaczego? Było to widać po tym ile gadżetów pewnej amerykańskiej firmy miały młode dziewczyny, wiedząc równocześnie jakie średnie zarobki panują w tym kraju. Pasażerowie z Uzbekistanu w większości maseczek nie używali. Obsługa samolotu miała na to wywalone. Tak po prostu było.

W środku nocy wylądowaliśmy gładko w Taszkiencie. 2,3 miliona ludzi. Trochę się zeszło bo trzeba było przejść przez kontrolę kwitów z testem na covid. Potem kontrola paszportowa. Facet z budki długo oglądał mój paszport. I ja mu się nie dziwię. Był pusty. Musiałem wyrobić nowy paszport w styczniu 2020 roku bo w grudniu 2019 będąc z Olą w Gruzji, paszport ten mi się rozerwał. Na szczęście udało mi się opuścić Gruzję bez problemów, a Pani w urzędzie paszportowym, powiedziała, że wymiana jest konieczna. Bolało mnie to bo w ostatnich 4 latach paszport wymieniałem 3 razy. Gdybym miał jeden to ilość pieczątek i wiz, stawiała by mnie jednocześnie w bardzo wiarygodnej pozycji, a dwa mogła też wzbudzić zainteresowanie gdzie byłem i po co. Goły paszport z napisem „Bóg. Honor. Ojczyzna”. Przyznam, że słowo „Bóg” nie powinno widnieć w paszporcie. Tak czy siak Pan wbił mi pierwszą pieczątkę i czekała na nas kontrola celna. Tu Szymona zatrzymali bo miał dwa stare analogowe aparaty. Rozmowy, deklaracje i tak dalej. Kierowca z hotelu na nas nie czekał. Znudził się chyba zbyt długim oczekiwaniem.

Grzesiek załatwił taryfę i ruszyliśmy do hotelu. Był zamknięty. Wszyscy w środku spali. Po kilku minutach walenia w drzwi (nie było dzwonka…) facet się obudził i wpuścił nas do hotelu. Trudno było mi zasnąć, chociaż te kilka godzin snu złapać rzecz bezcenna. Emocje, a sen. Znamy ten mix.

Potwierdzony meldunek w hotelach

Wygodne łóżko, okno z widokiem na ulicę i mozaikę socjalistyczną na szarym poradzieckim bloku. Ludzie po chodnikach szybko podążają do swoich celów. Na ulicy sznur aut w kolorze białym. Pomiędzy nimi, czasem można było dostrzec taryfę w kolorze żółtym. Śniadanie. Ulica. Na dole czekała na nas już registracja czyli ważny kwit we wschodnich państwach. Na szczęście powoli znika to ustrojstwo. To nic innego jak papier który poświadcza, że jesteśmy zameldowani w danym hotelu. Przed wyjazdem czytałem, że jest to bardzo ważne i jak się okazało było raz, podczas zakupu lokalnej karty SIM. Po powrocie jest to jedynie pamiątka gdzie i kiedy człowiek spał. Nic więcej.

Nie pamiętam co mi się śniło tak byłem zmęczony, ale doskonale pamiętam jak się czułem idąc po ulicy skąpanej w gorącym taszkienckim słońcu. Spojrzałem na mapę i ruszyliśmy do metra. W międzyczasie wymiana waluty. 200 amerykańskich dolarów. Czyli ciut więcej jak 2 miliony uzbeckich sumów. Byliśmy milionerami. Na szczęście Pani w okienku dała duże nominały. W tych mniejszych to trzeba by mieć małą reklamówkę albo sakiewkę.

Taszkienckie metro niczym nie różni się od tego w Tbilisi. Cena biletu to 60 groszy (1400 SUM). Otrzymuje się bilecik z kodem QR i można wejść. Jak ja lubię podziemne kolejki, nawet nie zdajecie sobie sprawy. Nie żadne tam z Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Tylko właśnie te na wschodzie. Miałem okazję kilkoma systemami podróżować. Wszystko jest tak do siebie podobne bo przecież było to budowane w czasach gdy miasta te przytulone były do Mateczki Rosji. Nam w Warszawie też coś z tego systemu się dostało, a w zasadzie z fabryki w Sankt Petersburgu. Do dziś można takim wagonem (przed i po liftingu) przejechać się w Warszawie. To jednak nie to. We wschodnim metrze albo można poczuć, że jedzie ono szybciej albo torowisko jest mniej równe. Obstawiam to pierwsze.

Stacja Buyuk Ipak Yo’li. Nawet nie jestem w stanie odczytać tej nazwy. Jest taka jaką bym chciał ją widzieć. Otwarta we wrześniu 1980 roku. Pachnie wschodem. Pachnie smarem, metalem i tym zaduchem, za którym zawsze tęsknię. Przez 7 pierwszych lat stacja nosiła imię Maksyma Gorkiego. Wybitnego pisarza rosyjskiego modernizmu. Wszystkie stacje metra w Taszkiencie są także schronami przeciwatomowymi. Czy jeszcze funkcjonalnymi? Nie mam takiej pewności.

Stacje metra w Taszkencie są bogato udekorowane socrealistycznymi polichromiami, architektura była wzorowana na systemie metra w Moskwie. Orientalny styl stacji może nasunąć skojarzenia z architekturą Baśni z 1001 nocy. Większość stacji wyłożonych jest marmurem, ponadto ozdobione są pozłacanymi, monumentalnymi świecznikami¹

Jest dużo ludzi. Bardzo się od tego odzwyczaiłem. W Warszawie rzadko korzystam z komunikacji miejskiej, chociaż bardzo ją lubię i popieram. Dziki tłum, ale to zasługa tego, że jest to pierwsza stacja na linii Chilonzor.  W trzęsącym się wagoniku ruszamy w miasto. Obserwuję dokładnie każdego z pasażerów. Metro to żyły miasta. Doskonały punkt wyjścia do wejścia w ten świat. Ukrywając się pod maseczką, która daje nam czasem wiele dodatkowych mocy, możemy przez chwilę poczuć się obywatelami tego miasta. Przez te kilka stacji byłem taszkientczykiem. Jednak nie da się być czasem niewidzialnym z przewieszonym aparatem i mimo zakrycia ust i nosa, od razu widać, że nie jesteśmy lokalsami. To jednak czasem ma swoje ogromne plusy. Fart innostrańca, obcokrajowca.

Grzesiek w kieszeni miał mapę, którą przed wyjazdem zrobiłem i wydrukowałem. Były tam zaznaczone miejsca które chcemy zobaczyć podczas tego dnia, a także w dniu naszego powrotu do Polski. To było świetne rozwiązanie. Dzięki temu udało się zaoszczędzić sporo czasu i dużo udało się zobaczyć. Zobaczyć znaczy się sfotografować.

Stacja metra Paxtakor. Ależ nazwa. Jedno z wyjść tej stacji metra było w przepięknym modernistyczno-radzieckim stylu. Tuż obok skąpane w słońcu auta. Ogrom aut w kolorze białym. Na samej stacji przepiękna mozaika, która przedstawiała biegnącego sportowca ze zniczem. Wydaje się olimpijskim. Pogoda sprzyjała oglądaniu miasta z bliska. Dlatego też ruszyliśmy by zdobyć kolejne punkty na mapie.







Taszkient wydaje się miastem zadbanym. Nawet przyglądając się z bliska jest tu czysto. Główne ulice, chodniki, jakieś przystanki autobusowe. Jest ładnie. Człowiek czuje się tu dobrze. Mijamy budynek kina, a potem na horyzoncie pojawia się fenomenalny budynek taszkienckiej filharmonii. Pusto. Tylko my. Po chwili ktoś naciska przycisk i uruchamia się fontanna. Pięknie wygląda na tle błękitnego nieba, a ja wpatrzony w fasadę budynku nie mogę sobie odmówić by dokładnie ją sfotografować bo nie mogę od niej oderwać oczu.









Zaczynam powoli czuć to na co czekałem. Jestem tu i teraz. Co chwilę mój aparat się uruchamia i zaczyna fotografować. Architektura to jedno, ale drugą ciekawą rzeczą jest coś co ciężko mi dokładnie opisać. Nazwijmy to stylem. Chociaż sam Taszkient pachnie poprzednią epoką to jednak od czasu upadku ZSRR, powolnie pojawił się w tej części świata styl, który dokładnie pokazuje to co ciężko mi opisać. Musimy na chwilę szybko przeskoczyć na północ kontynentu (chociaż możliwe, że i to się dzieje w Uzbekistanie – nie wiem) do Rosji.

Stare mieszkania które były wykańczane w stylu sowieckim, czyli z dostępnych towarów wyglądało jak każde inne. Takie to były czasy. Jednak wraz z upadkiem systemu do Rosji na barkach szerokich jak kanał Sueski, wpłynęły towary z zachodu. Tego zepsutego. I tak Rosjanie (możemy zamienić Rosję na Białoruś dla przykładu) pragnący zachodniego stylu, zaczęli remontować swoje mieszkania. Jednak jak to na wschodzie nie da się zachodu skopiować na warunki wschodnie. Powstał zatem euroremont. Czyli zamianę stylu sowieckiego na styl zachodni. Proszę jednak nie wyobrażać sobie, że nagle znajdziemy klasyczne wystroje. Nic z tych rzeczy. Dla mnie euroremont to nic innego jak pewien styl, który według mojej oceny pachnie wschodem. To trzeba zobaczyć by zrozumieć. Taki styl, mam wrażenie jak z przełomu wieku w Polsce, gdzie dziś uważamy te meble i gadżety za niemodne, kiepskie, tandetne. Euroremont ma swoją cenę i to właśnie on często podnosi cenę lokalu mieszkaniowego i oczywiście jego standard. Pozwala lepiej żyć nie zawsze w pięknym jak dla nas miejscu.

I tak właśnie może nieudolnie chciałem Was przekierować na styl jaki panuje w Azji Środkowej. Niby nowoczesne budynki, niby szkło, metal, przyszłość. A jednak coś tu nie pasuje, coś odrzuca, coś co powoduje, że jest to kiczowate, ale spójne i piękne bo jest to tu wszędzie. I tak właśnie też pachną nowe pomniki, obeliski, totemy. Cokolwiek w czym zawarty jest jakiś symbol. Może tego nie rozumiem, może nie ułożyło mi się to w moim rozumie, ale dla mnie jest to kiczowate. Powtarzając się piękne. Tu przypomina mi się Skopje, jedna z najbrzydszych stolic w jakich miałem okazję być. Kiedy ciężko o historię, robi się właśnie takie dziwne rzeczy. Może to też najszybsza droga by wyprzeć sowieckie czasy i powrócić do złotych czasów. Najlepiej tych z czasów jedwabnego szlaku gdzie Uzbekistan odgrywał kluczową rolę.

I tak docieramy do ciekawego miejsca. Z początku wita nas pusta fontanna z milionami błękitnych kafelków. To Skwer Niepodległości. Miejsce przesycone jest przestrzenią, ograniczoną ilością elementów, które mimo swojej liczby emanują na nas swoim patosem. Zaznaczyłem to miejsce ponieważ było ono na drodze do jednego z socrealistycznych budynków, ale także dlatego, że kiedyś mieścił się tu najwyższy pomnik Lenina. Dziś zamiast Lenina jest globus. Frontem do nas widnieje wielki Uzbekistan. Pod nim pomnik Płaczącej Matki, którego zadaniem było oddać hołd poległym Uzbekom podczas II Wojny Światowej (400.000 osób). Niestety nie da się podejść. Stoi barierka. Można by ją obejść, ale gdzie człowiek się nie obejrzy stoi jakiś mundurowy. W zachodniej części placu mieści się Senat. Wolę nie ryzykować. Nadal w Uzbekistanie nie wolno fotografować strategicznych miejsc. Każdy człowiek w mundurze ma swoje diabelskie oblicze. Obserwuję wejście do metra i w oddali widać perełkę. O tak. Dla takich budowli warto podróżować i pozwalać sobie wtykać patyk do nosa. To Muzeum Historii Uzbekistanu.





Mam wrażenie, że wszędzie jest blisko chociaż miasto jest duże. Tuż po upadku ZSRR Taszkient był na miejscu 4 pod względem liczby ludności. Moskwa. Leniningrad (dziś Sankt Petersburg) i Kijów. Był rok 1991. Zapamiętajcie ten adres Buyuk Turon 3 bo właśnie tutaj znajdziecie jeden z najpiękniejszych budynków w Taszkiencie. Od razu przyznam się, że nie przepadam za muzeami. Szkoda mi na nie czasu no chyba, że jest to muzeum wypełnione samolotami i rakietami kosmicznymi. Dlatego też o Muzeum Historii Uzbekistanu nie powiem Wam nic, ale pewnie w środku dla kogoś kto lubi zapoznawać się z fundamentem miejsca w którym jest, będzie to piękna przygoda. Sam budynek to jak dla mnie osiemnasty cud świata. Zewnętrzne ornamenty, bryła i to słońce, które towarzyszy nam od rana. Wszystko układa się w całość. Słońce jest niczym łyżeczka miodu dodawana do kubeczka z czajem o odpowiedniej temperaturze. Smak idealny. Obchodzę budynek z radością i poddaję go szczegółowej rejestracji fotograficznej. Często bywa tak, że liczy się sam proces fotografowania jak późniejszej publikacji tych fotografii. Fotografowanie to czysta przyjemność. Szczególnie, że tego mi brakowało.

Do czasu upadku ZSRR muzeum to nosiło inną nazwę. Muzeum Lenina. I tu wrócę do opisu budynku. Wybudowano go w 1970 roku i jest on doskonałym przykładem tego jak wielokulturowość wpłynęła na architekturę radziecką. Tutejszy rejon Azji Środkowej stał się przepięknym poligonem doświadczalnym w kwestii połączenia obu tych rzeczy. Sowieckości i orientu. Na uwagę zwracają tutaj betonowe kratki ozdobne zwane panżarą (ros. панжара), które mają za zadanie chronić przed słońcem. Ten motyw pojawia się bardzo często w lokalnej architekturze. I robi ogromne wrażenie!

Ciągle wypatrujemy jakiegoś punktu w którym będziemy mogli kupić sobie kartę SIM. Na horyzoncie pojawił się jakiś budynek, który finalnie prowadził nas na stację metra. Front budynku jest niesamowity. Fotografuję go chwilę, portretuję kolegów i po chwili wchodzę do sklepu spożywczego w celu nabycia chłodnego płynu gazowanego. Moja Pani doktor mi je odradza ale z zasady w miejscu gdzie jest odmienna flora bakteryjna, piję Colę. W głowie siedzi mi anegdotka Wojtka Grzędzińskiego który przez kilka lat był oficjalnym fotografem Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, że jak ich gdzieś zaatakowała biegunka, a leki na ten dramat szybko się skończyły, Pan doktor nakazał picie Coli. Wierzę w jej podwójną moc. Pobudzi i poleczy. Do pewnej jej ilości. W domu staram się jej nie pić, chociaż jak tak człowieka czasem poniesie to żyć ten smak nie daje i człowiek się łamie. No to wchodzę do tego sklepu. Towarów dużo, ale sprzedawca od razu mnie atakuje i nie pozwala wejść z plecakiem. Zawsze wtedy czuje się jak złodziej, jak klient społemowskiego sklepu w Polsce czy innego podobnego ze starymi kobietami, które całą młodość oddały marce Społem. Dlatego nigdy nie lubiłem robić zakupów w Hali Kopińskiej (na warszawskiej Ochocie), gdzie zawsze byłem obserwowany przez Panie ekspedientki. Dlatego wtedy też wzbudzała się we mnie agresja i szybko przechodziłem z alejki do alejki, udając niecne czyny, przyszłego złodzieja makaronu, tudzież solniczki. Nie lubię tego tak bardzo.

Przed nami stał dziwny metalowy kwiat z kolejnym pięknym budynkiem w tle. To wejście na stację Kosmonavtlar. Uwierzcie mi lub nie, ale gdy ją pierwszy raz zobaczyłem w sieci internetowej to od razu zapragnąłem tu przyjechać. I tak się stało.

















Koniec części pierwszej.

1) pl.wikipedia.org/wiki/Metro_w_Taszkencie

Kierunek: Uzbekistan

Przewodnik po Uzbekistanie Rok temu i miesiąc mieliśmy być na pokładzie samolotu do Kijowa, dalej do Baku, Nursułtanu i ostatecznym celem Taszkientem. Stolicą Uzbekistanu od 1930 roku. I przyszła pandemia, a razem z nią wachlarz kłód pod nogi. Wyjazd został odwołany, dosłownie na dzień przed. Gorycz pozostała na wiele długich miesięcy.

W marcu tego roku (czyli 2021) Grzesiek w rozmowie z Szymonem podjęli decyzję, że wyjazd ten trzeba zrealizować do końca. Dopiąć to co się rozleciało, zalać słodyczą niesmak w gębie i wyleczyć duszę. Po szybkiej analizie ograniczeń covidowych i połączeń lotniczych, wybór padł na Belavię. Lot Warszawa – Mińsk – Taszkient. Może nie należał on do tanich, ale gwarantował nam krótki czas podróży, a także możliwość zmian lub odwołania. Ucieszyłem się bo nigdy białoruskim przewoźnikiem nie leciałem. Do Mińska zawsze pociągami przez Terespol i Brześć, najtaniej.

Bilety zostały zakupione na trzy tygodnie przed wylotem. Do tego dodatkowe ubezpieczenie w przypadku rezygnacji z podróży. W zasadzie nie musieliśmy się jakoś z grubsza przygotowywać bo przecież rok wcześniej wszystko było dopięte prawie na ostatni guzik. Grzesiek z Polski ogarnął hotele na początkowej trasie, a także wynajem samochodu.

Kolejnym ważnym elementem szykowania się do wyjazdu był test na koronawirusa (PCR). Mały niefart w tej kwestii polegał na tym, że nasz wylot został zaplanowany na 6 kwietnia, a przecież wcześniej były święta Wielkanocne. I tak większość laboratoriów w Warszawie nie dość, że nie pracowały to jeszcze nie dawały gwarancji, że otrzymamy wynik w 24 godziny. Uzbekistan przedstawił swoje warunki wjazdu na ich terytorium. Test PCR (z zaświadczeniem po angielsku lub rosyjsku) ważny 72 godziny, a także test antygenowy po przylocie. Ten drugi z dniem 15 marca został zlikwidowany. Więc po długich namysłach, wyliczeniach zdecydowaliśmy się na test przy wejściu na lotnisko Chopina w Warszawie. Na wyjazd tegoroczny było nas trzech. Grzesiek zrobił do w Gliwicach, a my tutaj w Warszawie. Taki prezent na urodziny sobie zrobiłem w cenie jedynie 520 złotych. To jest chore.

Przyznam się bez bicia, że tego testu się bałem. Należę do tej grupy osób, które odczuwają lęki i stres związany ze sprawami medycznymi. Sam test nie był przyjemny, ale myślałem, że będzie gorzej. Tego dnia około godziny 17 otrzymałem negatywny wynik w ich systemie co oznaczało, że jest zielone światło na wyjazd. Co się nadenerwowałem to moje. Grzesiek otrzymał wynik w nocy. Stres był.

Kolejnym etapem przygotowań do wyjazdu był porządny plan, a raczej poszukanie miejsc które warto zobaczyć. Ostatni nasz wyjazd pokazał, że jeszcze wiele mieliśmy do nauki. Zresztą każda jedna podróż uczy wielu nowych rzeczy. I tak w trójkę przez trzy tygodnie sobie coś tam na mapie zaznaczaliśmy i tak powstał zarys wyjazdu. Kupiłem przewodnik i wertowałem sobie różne strony w poszukiwaniu inspiracji. Najlepszym miejscem do tego by zbadać jak jest to Instagram. Zazwyczaj sprawdzam na nim warunki pogodowe oraz to jak ludzie się tam ubierają by odpowiednio przygotować się na wyjazd.

Powstała szybka lista rzeczy które trzeba zabrać. Odzież, sprzęt, leki. Podczas tego wyjazdu w mojej walizce znalazły się nowe rzeczy. Generalnie zabrałem walizkę na kółkach, a nie plecak. To dlatego, że dojazd na miejsce, a w zasadzie podróż samolotem odbywała się tranzytem. Oddajesz walizkę w Warszawie, odbierasz w Taszkiencie. Potem taryfa i dalej wypożyczone auto. Normalnie zabrałbym plecak, ale walizka jest lepsza. Ta mobilna szafa sprawdza się w każdych warunkach…noclegowych. Od kilku lat używam organizerów, które ładnie układają i kompresują. Moje kupiłem tutaj. Organizery tej firmy polecam. Serio.

W moim bagażu także znalazła się całkiem nowa rzecz. Miałem to już przed podróżą w 2020 roku, ale poleżało, poczekało i w końcu zabrałem to ze sobą. Mowa o racjach żywnościowych, a raczej obiadach „wojskowych” Arpolu. Ich oferta jest tutaj. Z trzech zabranych wykorzystałem tylko jedną. Ciekawe doznanie, ale o tym w innym wpisie.

Codziennie badaliśmy sprawę obostrzeń i innych spraw związanych z covidem. I tak rząd RP wprowadził od 30 marca obowiązkową kwarantannę dla przybywających do Polski. Rozumiem to. Przed przylotem, dzięki informacji uzyskanych od Belavi, nie musieliśmy robić testu przed wejściem do samolotu. Zatem finalnie podróż ta to były dwa testy na covid. Przed wylotem i po wylądowaniu. Wszystko było dobrze.

Spakowany z otwartą głową i ogromnymi emocjami, wsiadłem w Ubera i mój gruziński kierowca zabrał mnie na lotnisko Chopina. Po chwili zjawił się Szymon i Grzesiek. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że nasz plan faktycznie zaczyna się realizować. W normalnych czasach byłyby emocje, ale nie takie. Czy to było fajne? Trochę tak, ale dla mnie osobiście, stresu było za dużo.


Flaga Uzbekistanu
O Uzbekistanie nie wiedziałem zbyt wiele. Nawet przed samym wyjazdem starałem się ograniczać zdobywanie nowej wiedzy bo bałem się ze zapeszę, że znowu nie wyjdzie. Gdzieś ten strach pozostał w głowie i pewnie będzie on mi, czy nam towarzyszył długo. Tak to chyba działa. Kiedyś powiedziałem sobie, że jak skończę 40 lat to ten obszar globu trafi na moją listę miejsc, które bym chciał zobaczyć. Nie sądziłem, że w dwa lata zobaczę Kirgistan, kawałek Kazachstanu no i Uzbekistan.

W 2019 jak skończyliśmy podróż właśnie po Kirgistanie (i dwóch miastach Kazachstanu) i to Grzesiek mówił, że chciałby ponownie tu wrócić i właśnie na celownik wziąć Uzbekistan. Ja miałem w głowie inne miejsce by na chwilę oderwać się od środkowej części Azji (w 2017 byliśmy w Iranie), ale Uzbekistan siedział i na niego trafiło. Naszym celem w głowach było Morze Aralskie oraz główne miasta Uzbekistanu. W pierwszej części planu, podróż miała odbyć się drogą lotniczą z Taszkientu do Nukus. Jednak jak już wiecie pierwotny wyjazd nie doszedł do skutku. W drugiej wersji (pisząc to cieszę się, że się udało) postanowiliśmy, że wykluczymy podróżowanie środkami transportu z dużą ilością osób, a głównym środkiem będzie samochód. I to terenowy bo innym po Uzbekistanie żal jeździć.


I tak powstał plan, który podczas wyjazdu delikatnie się zmienił, a wszystko przez paliwo…ale o tym później. I tak na zielono zaznaczyłem to co nam wyszło, a na czerwono zaplanowana wcześniej trasa. Gdybyśmy mieli 4-5 dni więcej można by nawet dojechać na południe Uzbekistanu do miasteczka Termez, które graniczy z Afganistanem. Zawsze bliskość z granicą powoduje u mnie dziwne drgania. Mimo, że Uzbekistan powierzchniowo jest mniejszy jak Polska to jest tam wszędzie daleko. Szerokość to blisko 500 km, a długość 1500 km. Dlatego też trzeba mieć dobry worek z czasem by zobaczyć dużo. Myślę, że nasz wariant był totalnie optymalny. Były dni jazdy autem od rana do wieczora, a także chwile relaksu. Nie będę tu wypisywał dlaczego obraliśmy te konkretne miejsca, ponieważ to się znajdzie w następnych wpisach.

Wracając do pytania które sam sobie zadałem z jaką wiedzą jechałem do Uzbekistanu to powiem Wam, że z najlepszą, chociaż była ona minimalna. Dlaczego? To proste. Zapoznałem się z uzbeckim savoir-vivre bo to jest po prostu najważniejsze. Znać podstawowe zasady miejsca do którego się jedzie. Odpowiedzialne, mądre i rozsądne podróżowanie to podstawa. Do tego ten dodatkowy rozsądek związany z pandemią. Jest kilka różnych „10 zasad odpowiedzialnego podróżowania” ale chyba te z przewodnika najbardziej pasują do tego co czuję.

1. Zaplanuj swoją podróż i przygotuj się do niej
2. Naucz się choćby kilku słów i zwrotów w języku czy regionu, który odwiedzasz
3. Kupuj lokalne produkty i pamiątki
4. Korzystaj z usług miejscowych ludzi, tak by jak najwięcej Twoich wydatków wspierało lokalną gospodarkę
5. Kosztuj miejscowej kuchni, kupuj sezonowe produkty spożywcze na bazarach
6. Szanuj mieszkańców, ich kulturę i tradycje, staraj się nie zwracać na siebie uwagi strojem i swoim zachowaniem odmiennym od miejscowych zwyczajów, proś o zgodę gdy chcesz zrobić komuś zdjęcie
7. Nie zostawiaj po sobie śmieci, szczególnie w miejscach cennych przyrodniczo i parkach narodowych
8. Dbaj o dziedzictwo kulturowe, nie zostawiaj po sobie śladu, zwiedzając obiekty zabytkowe
9. Korzystaj z ekologicznych środków transportu i komunikacji publicznej
10. Podróżuj aktywnie i poznawczo

Ja bym jeszcze dodał:

11. Nie ufaj nikomu
12. Nie narażaj się na niebezpieczeństwo i nie prowokuj
13. Nie afiszuj się ze swoim sprzętem
14. Zawsze wykup ubezpieczenie na podróż
15. Zarejestruj się przed podróżą na Odyseuszu
16. Pilnuj swoich dokumentów jak oka w głowie
17. Miej kopię paszportu (nawet 3!) oryginał możesz zostawić w hotelu
18. Miej w telefonie lokalną kartę SIM
19. Pij wodę tylko z zamykanych butelek
20. Myj ręce!

Więc generalnie o samym podróżowaniu, sposobach, zasadach chętnie bym poopowiadał o tym czego się nauczyłem. Ja nie mam na instagramie wpisane „traveler” i mieć nie będę. Jednak taki jest świat. Ktoś kilka razy pokaże swoją pupę na plaży, basenie, Rodos, Egipt, wielbłąd i zaczyna się trawelerskie życie. Strasznie mnie to śmieszy jak wszystko dziś jest proste i płytkie. Oczywiście nie zrozumcie mnie źle, ja się ani nie chwalę, nie wywyższam, nie mówię tu, że moje kierunki są bardziej wartościowe niż Egipt czy Zanzibar. Jeden lubi mięso, drugi nie.

Ciągle jednak odbiegam od odpowiedzi na zadane pytanie. Z czym jechałem do Uzbekistanu. Wydawało mi się, że będzie tam jakoś trudno, nie wiedziałem jakich ludzi spotkam, jak to zwyczajnie będzie wyglądało. Sugerowałem się doświadczeniami z Kirgistanu, ale muszę Wam powiedzieć, że przeżyłem niesamowite rozczarowanie na plus. Dlatego nie ma co i biorę się powoli za przygotowanie fotograficzno-tekstowego opracowania wyjazdu. Mam nadzieję, że dokładnie uda mi się wszystko spisać i odpowiedzieć na te pytania, które we mnie ciągle siedzą.

12500 kroków


W sobotę umówiłem się z Dawidem tak jak tydzień wcześniej i poszliśmy na spacer po wiosennej Warszawie. Iść przed siebie, trochę pogadać i pofotografować.

Cmentarz Żydowski w Karczewie


W pierwszy dzień wiosny udałem się z Dawidem do Karczewa gdzie spacerowaliśmy na starym cmentarzu. Historia tego miejsca jest smutna. Jeśli jesteście zainteresowani historią to zapraszam tutaj. U mnie dziś opowiadają tylko fotografie.

Kłodzko


Kłodzko skąpane w zimowym słońcu.

Szczeliniec Wielki

Kiedy tylko dopuszczono możliwość rezerwacji noclegów (co jak wiemy było i wcześniej możliwe) to trzeba było ruszyć się z domu. Większość rodaków, którzy uważają że morze to Sopot, a góry to Zakopane, spowodowało że chyba reszta część południa była pusta. Oczywiście nie mówię o popularnych stokach i miejscowościach które na tym korzystają bo nie wiem, a od nart trzymam się daleko. Dlatego też Kotlina Kłodzka ma o każdej porze roku coś do zaoferowania. Generalnie uważam, że cały Dolny Śląsk to miejsce które ma w sobie tak wiele ciekawych miejsc, a co więcej tajemnic, że mnie od lat tam zwyczajnie ciągnie. Od kilku lat Karkonosze wiodą prym i regularność odwiedzin wynosi 2 razy do roku. Zawsze był to także początek roku, ale teraz mija rok jak wszystko stanęło na głowie.

Mimo wszystko początek roku został przełamany właśnie wschodnią częścią pasma Sudet. Mroźny początek wyjazdu i ogromna ilość śniegu to idealny czas by wejść na Szczeliniec Wielki (919 metrów). Kiedy media pokazywały tłumy w Zakopanem to tutaj cisza i pusto. Idealnie. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji tu być to wejście na górę jest proste i bardzo bezpieczne. Na samym szczycie są tarasy widokowe, ale tylko raz na trzy moje pobyty tam była ładna pogoda i było widać o wiele więcej jak mgłę, mimo to nawet i ta mgła właśnie w tych rejonach ma swoją moc i urok.

Schodząc z góry na dół warto skręcić i odwiedzić małą wieś Pasterka na końcu której mieści się schronisko. To zawsze świetna okazja by uzyskać kolejną pieczątkę do notesu czy książeczki GOT w której od 3 lat zbieram powoli punkty do jakiejś odznaki :) chociaż to nie dla niej odwiedzam tak piękne miejsce w Sudetach (gdzie aktualnie innych pasm górskich nie uznaję).

Miłość do radia


Lato 1995 roku. W notowaniu numer 703 Listy Przebojów Trójki na pierwszym miejscu była piosenka Varius Manx – Pocałuj Noc. Awansowała z miejsca drugiego. Na końcu ulicy Sanatoryjnej mieścił się piętrowy drewniany dom. Stojąc przed nim za plecami był strumyk, a na północnej ścianie domu wychodek. Tuż za domem było jakieś złamane drzewo i huśtawka. Wchodząc stromo do góry widniał wielki las. Może 50 metrów od domu przy jednym z wielkich drzew wybudowałem mój drugi w życiu szałas, który wytrzymał tam do końca mojego pobytu. Spędziłem tam równo miesiąc.

W pierwszej piątce 703 notowania LPT było U2, Edyta Górniak, Robert Gawliński i ONA. Zajmowaliśmy całkiem spory pokój z nierówną podłogą. Tuż pod oknem był wielki mebel, który był radiem. W świecie bez internetu, a nawet brakiem telewizora to właśnie cała moja ciekawość świata była skierowana na to magiczne pudło. Na górze gramofon. To lampowe radio to był Menuet 6204, ale to tylko wynik mojego internetowego śledztwa. Nie ma żadnych fotografii. Tylko wspomnienia. Gdzieś między deskami znalazłem znaczek z Hitlerem, a za domem czytałem bajki.

Po włączeniu odbiornika, zatrzeszczało Radio Wrocław. Potem nastawiłem na Trójkę z którą dorastałem i zostałem do 2020 roku. Może jeszcze kiedyś wrócę. To drewniane pudło z duszą nauczyło mnie słuchać, szanować i kochać radio. Dlatego z tak wielkim sentymentem jeśli tylko mogę i móc będę to będę dowiedział ten stary dom na ul. Sanatoryjnej w Międzygórzu. Miałem 12 lat i nawet nie marzyłem, że kiedyś tu wrócę własnym samochodem. Ostatni raz byłem tu na moment, kilka lat temu. Nic się nie zmienia. To jedno z moich magicznych miejsc.

Ostatni dzień ferii. Kopa Cwila. Ursynów.


Ostatni dzień ferii. Lockdown zabrał wszystkim normalność i ferie. I to właśnie pod koniec spadło dużo śniegu i chwycił mróz, a to skłoniło mieszkańców Ursynowa (i nie tylko) by szturmem zaliczyć górę Ursynowa, czyli legendarną Kopę Cwila. Jak mówi wikipedia:

Wzniesienie powstało w latach 70. XX wieku, z ziemi z wykopów pod budowę bloków i dróg. Trafiały na nią również prefabrykaty, które miały posłużyć do budowy okolicznych budynków mieszkalnych, ale uległy uszkodzeniu w transporcie. Na pomysł sypania górki wpadł inż. Henryk Cwil (1920-1990), główny inspektor w Stołecznej Dyrekcji Inwestycji Spółdzielczych. Od jego nazwiska wzięła się zwyczajowa nazwa wzniesienia.

Lubię ją, ma 108 metrów i była zimową częścią moich wspomnień z czasów kiedy były zimy, długie i śnieżne, a tu przychodziło się piłować płozy sanek po szkole, razem z kolegami. Fajnie było znów na nią wejść, chociaż…sami widzicie jak było.

Krym 2003

Młody leszcz. Jałta. Krym. Ukraina. 2003.

Zapach przedziału w wagonie sypialnym stał się przyprawą kolejnych podróży, ale ta pierwsza na Krym, latem 2003 roku, zaraz po mojej maturze, otworzył jakąś wyjątkową bramę. I dziś, tak bardzo brakuje mi by ją przekroczyć i znów zatopić się krainie wschodu. To jednak nie ucieknie, tak samo jak te kilkanaście wakacyjnych wspomnień. I zawsze sobie to tłumaczę, że początki we wszystkim są trudne i jakoś bliżej nieokreślone i nieukierunkowane. I taki był ten wyjazd. Dziś mądrości człowieka, starszego o prawie dwa razy tyle co miałem wtedy, zrobiłbym pewne rzeczy inaczej, chociaż wszyscy doskonale wiemy, że to tylko sfera marzeń.

Fotografie to skany z odbitek, które wywołałem i zeskanowałem jesienią 2003 roku i od tamtych dni tak właśnie żyją w moich wspomnieniach. Po prostu warto fotografować.

Myślę, że rozdział o Krymie mam ukończony co mnie niezmiernie cieszy, ale nie było to proste, chociaż zaskakująco udało mi się z głowy wygrzebać jakieś zakurzone wspomnienia. I to jest szalenie miłe uczucie!