Uzbekistan: Chiwa (część 2)


Dobrze jest mieszkać blisko ważnych miejsc.

Dobrze też mieć w głowie takie poczucie, że cały dzień można być w jednym miejscu. Bez pokonywania kolejnych 400, czy 600 kilometrów. Nasz hotel istna perełka, rano śniadanie, wymiana zdań i można ruszać w miasto, właściwie stare miasto Chiwy. Pogoda idealne do tego by wyjąć aparat i fotografować wszystko to co wydaje się interesujące. Nie wszystko co jest ciekawe w rzeczywistości, musi być sfotografowane. Po tylu latach i tylu wykonanych fotografiach, czuje się i człowiek jest w stanie wiedzieć jak będzie to wyglądało na fotografii przez pryzmat tego czym się fotografuje. Dlatego też od kilku lat jeśli to możliwe, zabieram w podróż jeden aparat. Fuji x100, wcześniej w wersji T, a od tego roku V. Idealny sprzęt do fotografowania. Niewymienna optyka nie zajmuje w głowie niepotrzebnego miejsca na rozmyślania w jakiej konfiguracji można zrobić zdjęcia. Jeden obiektyw daje szansę na czystą przyjemność z fotografowania, nawet po tylu laty pracy z i w fotografii. Wielkość aparatu też wiele mówi bo można go schować prawie do kieszeni. Nikt mi za to nie płaci, nie jestem też żadnym ambasadorem marki Fuji, ale z całego serca polecam Fuji x100v.

Ten dzień potraktowałem jako mały poligon fotograficzny włącznie z tym, że razem z Szymonem ruszyliśmy na eksplorację tego co znajdowało się za murem starej Chiwy. Wyznaczyliśmy sobie jakiś cel i dosyć okrężną drogą do niego dotarliśmy, a w międzyczasie mieliśmy okazję zobaczyć jakieś lokalne smaczki. Na tyle ile było nam to dane, bo podróż to nie Instagram. Na pierwszy rzut trafił się pomnik muzułmańskiego Lenina, a raczej tak to sobie tłumaczyliśmy. Nie mogłem w trakcie, ani po powrocie zlokalizować czym był ten pomnik, ani kogo przedstawiał ale jak w mordę strzelił Lenin w turbanie!

W Uzbekistanie fotografowanie ludzi jest przyjemne. To zupełnie inne odczucie jak fotografowanie ludzi w Polsce, czego nie robię bo ludzie u nas są agresywni w tym temacie, a co więcej są podejrzliwi. Nie raz się z tym spotkałem przez co nabrałem niechęci do fotografowania Polaków w Polsce. Oczywistą rzeczą jest to, że najtrudniej fotografuje się na własnym podwórku i może jest to jakieś słabe wytłumaczenie albo ucieczka od walki ze swoimi słabościami, ale poza obszarem Polski jest to o wiele łatwiejsze. Jesteśmy trochę schowani za pewną szybą różnic kulturowych, a w Uzbekistanie wystarczy zapytać. Nikt nie odmawiał. Tak jak właściciel sklepu meblowego, król tapczanów z Chiwy, który zaprosił nas do swojego salonu i dał się sfotografować. Okropne były te meble.

Im bardziej zbaczało się z głównych dróg tym ciekawsze można było napotkać klimaty. Piaskowy kolor opętał moją głowę. Wyblakłe od słońca ściany domów, wywieszone prania, pojawiający się ludzie gdzieś między budynkami, stare radzieckie samochody, a wszystko to połączone z tym tłem o którym pisałem. Soworient. Połączenie orientu z sowieckimi elementami. I jest to połączenie chyba jedno z najbardziej pożądanych w mojej głowie. W poszukiwaniu miejsc, obrazów. Za tym podążam od lat. Ta droga jest długa i raczej nie ma końca. Ja to już wiem, ale to poszukiwanie jest dla mnie bardzo ważne. Potrzebuje tego. Dla przykładu opowiem Wam prostą historię.

W 2008 roku pojechałem na Krym (drugi i ostatni raz). Wydawało mi się, że to nadal kierunek bardzo dostępny i tani, tak też wtedy było, a po drugie chciałem odświeżyć sobie mój pierwszy wyjazd na wschód, właśnie na Krym tuż po tym jak zdałem maturę w 2003 roku. I podczas drugiego pobytu gdzieś we wschodniej części Krymu, sfotografowałem jakiś stary radziecki samochód na tle murów jakiegoś zamku, twierdzy. Nie pamiętam dokładnie co to było, ale w tej historii nie ma to aż takiego znaczenia. Tak skadrowałem zdjęcie by wyglądało jak bym je zrobił w jakieś Armenii. Jakiejś takiej która jest daleko, zawsze szukałem w innych miejscach, miejsc innych, takich do których w danym momencie nie mam dostępu. Dwa lata później mój znajomy pokazywał na swoim fotoblogu, że był w Gruzji. Magiczne miejsce, niedostępne dla mnie, ówcześnie. To ile mam w głowie obrazów to biorąc pod uwagę możliwości, nigdy nie zobaczę, poczuję, sfotografuję. To już wiem, a pandemia tak wiele zabiera. Ludzi i czasu.

Tuż przed zrobieniem zakupów i wymianie dolarów na sumy, Grzesiek zatrzymał się na czas relaksu w knajpie, gdzie rozmawiał z Polakiem. W tym miejscu można było się napić, skorzystać z kibla, a także właśnie wymienić kasę. Właścicielka albo główna Pani ogarniająca wykonała telefon i nagle zjawił się lokalny biznesmen, który dolary zamienił na miliony sumów. Pani o złotym uśmiechu. Musiałem ją sfotografować bo złote zęby były na mojej liście rzeczy do sfotografowania. Pani była dumna ze swoich zębów, a ja ze swojej fotografii. To był czas premium. Miliony w kieszeniach, złoto, splendor.

W Uzbekistanie można zrobić fajne zakupy. Jeśli ktoś szuka tkanin, tutaj kupi coś godnego. Kaszmirowy szal czy inne rzeczy na których się nie znam. Moją uwagę od początku pobytu, przykuły talerze i miski. Zapytałem Panią o cenę i źle zrozumiałem bo zrobiło mi się przykro, że nie kupię tyle ile chcę bo koszt jest za wysoki. Ja jestem oszczędny człowiek. Potem okazało się, że jednak cena była 10x mniejsza, no to rzuciłem się jak wiadomo kto na wiadomo co. Pojemność mojej walizki nie pozwalała na więcej, ale jeśli będzie opcja wrócić tam to jeszcze coś kupię. Każdy z nas miał coś co chciał kupić. Grzesiek tkaniny dla swojej żony (serdecznie pozdrowienia dla Olgi), a Szymon szachy. Po rosyjsku to szachmaty, strasznie mnie śmieszy to słowo, sam nie wiem czemu. Nie pamiętam komu chciał kupić szachy. Ręcznie robione, za ciężkie dolary. Mojej Oli kupiłem saszetkę we wzorki. Sama wybrała najpiękniejszy wzór, a wszystko przez internetowe łącza. Co za technologia!

Zjedliśmy obiad, a potem znów z Szymonem ruszyliśmy w zabudowania, szukając tam ciekawych ujęć. Stare miasto w Chiwie ma dwa mury. Jeden który jest, a także jako drugi krąg, bardzo stary, piaskowy. Widać go w różnych miejscach, ale bardziej wygląda to jak góra piasku niż mur, ale setki lat, zrobiły swoje. W pewnym momencie weszliśmy w ślepą uliczkę. Gdzieś zza krzaku wyłonił się facet i ot tak zaprosił nas na oglądanie starych murów na swojej działce. Spotkanie skończyło się zaproszeniem na czaj i chleb. Zostaliśmy dosłownie porwani. Rozmowa się trochę nie kleiła, a Pan robił z patyków jakieś klatki dla ptaków. Jego przetarte krocze równie groziło uwolnieniem ptaka. Co ciekawe jego żona się z nami nie przywitała i nie przekroczyła na zewnątrz progu domu. My byliśmy na zewnątrz. Dla naszego gospodarza Polska nie była Europą bo nie miała waluty Euro, a Niemcy to potęga bo mają fabryki BMW i Audi. Wiadomo!

Uwolnieni ruszyliśmy do miejsca gdzie wcześniej udało nam się wymienić walutę. Grzegorz nadal tam był i czekał na nas. Zrobiło się na tyle późno, że postanowiłem iż wrócę do hotelu wcześniej, sam i umyję się, a także pooglądam telewizję w poszukiwaniu lokalnych stacji. To zawsze jest dla mnie ciekawe, dlatego też w Terespolu tak bardzo lubię oglądać białoruską telewizję, chociaż dziś (grudzień 2021) to podwójny ściek szamba. I tu wydarzyła się ciekawa przygoda, dla mnie Polaka, dla mnie chłopaka z szarych bloków warszawskiego Ursynowa.

Ruszyłem w kierunku hotelu. Szymon dał mi swój sprzęt fotograficzny i skierowałem się ku jednej z bram starego miasta. Było cicho, ciemno, ale właśnie koło bramy usłyszałem jakieś głośne rozmowy. Gdy już dotarłem do wyjścia, moim oczom ukazało się dosłownie morze siedzących ludzi na swoich dywanach. Tak. To był pierwszy dzień Ramadanu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, nie dało się przejść więc szybko zdjąłem buty i przemykałem między ludźmi po ich dywanach. Niewierny, a do tego obwieszony aparatami jak jakiś dziennikarz, fotoreporter. Byłem, chociaż zapewne całkiem niepotrzebnie, przestraszony. Zrobiłem kilka zdjęć i od razu w hotelu, szybko udałem się na wieżę z której przez małą dziurkę obserwowałem modlących się po zachodzie słońca. Bardzo trudno mi opisać w szczegółach to co się tam działo, ale myślę że nie ma to większego sensu. Niech ten czysty stan zostanie we mnie.

Wieczorem powrócili moi kompani podróży, a Grzesiek zakwestionował mój i Szymona sposób przeżywania podróży, co na wiele lat pozostanie w mojej głowie, śmiejąc się do dziś. Ot taka karuzela śmiechu. Zatyczki do uszu, odcięcie.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć dalej.

Między domem, a wschodem

Nie ma tu codzienności. Ona się rozlała, a trwa to już wiele wiele lat. Mowa o moim notatniku fotograficznym. Za każdym razem gdy siadam do tego białego ekranu to ciągle mój mózg klepie te same tematy, trochę filozoficzne bzdury z którymi problem mam tylko ja. Słowo problem możemy zamienić na formę bo od dawna to miejsce, ten blog, ten fotoblog jest jedynie miejscem do krótkich opisów moich podróży, a ostatnio, a w zasadzie w tym roku kierunek jest tylko jeden: wschód.

O wchodzie zrobiło się głośno. Zawsze są to rzeczy złe lub straszne. Wojna, kryzys, zło, cierpienie i zimna noc. Kryzys na granicy polsko-białoruskiej, wywołany przez Moskwę i Mińsk, będzie jeszcze przez wiele tygodni rozpalał wyobraźnię i budził wszechobecny lęk. Media po prawej, media po lewej przekazują swoje treści, a my gdzieś, zawsze dobieramy je do swoich przekonań. Nie zawsze jasnych. Tu przecinają ogrodzenia, a tysiąc kilometrów od nas, spokojnie spacerują po ulicy mieszkańcy Charkowa, chociaż gdyby nie media, nie wiedzieliby, że tuż za ich granica z Rosją, oddaloną o 30 minut jazdy samochodem i jeszcze kawałek zbiera się armia Rosji, gotowa zaatakować Ukrainę. Pozostawmy to wszystko jedynie na obraz placu zabaw gdzie kilku kolegów grozi sobie patykami, pięściami i czymkolwiek ma by pokazać kto tu rządzi. Jaki będzie tego finał nie wiem, ale wiem że i tak wszyscy dyktatorzy kończą tak samo.

Jeszcze rok temu kiedy wszystko było pozamykane nie wiedziałem jaki będzie ten rok pod względem jakichkolwiek wyjazdów z Polski. Od marca 2020 roku, przestałem daleko patrzeć, widzę tylko to co mogę. Trochę to smutne, ale dzięki temu chyba śpię spokojnie. Moja lista w głowie, ta która zajmuje mi dużo w niej miejsca, jest. Ma się bardzo dobrze. Jedynie żal, że czas ucieka, że tyle planów trzeba było odłożyć na przyszłość. Chociaż dobrze, że można o tym myśleć. Nic to nie kosztuje, jak rozmyślanie o swoich marzeniach, tuż przed tym jak zaśniemy. Dlatego też uważam, że chociaż do końca roku jeszcze daleko to ten rok pod względem tego co tu pokazuję, czyli wyjazdów jest bardzo dobry.

Wiem to doskonale bo jeszcze tyle zdjęć nie wrzuciłem. Aktualnie (koniec listopada 2021 roku), utknąłem w Uzbekistanie. Przed Wami i mną jeszcze fotograficzna podróż do Kijowa, Lwowa, Odessy, Charkowa, Turcji i na sam koniec będzie jeszcze coś ciekawego. Zrobię to tylko po to by sobie kiedyś w wolnej chwili tu zajrzeć i przypomnieć. Powspominać. Wspomnienia są najpiękniejszą inwestycją. Jedni inwestują w swoje dzieci czy mieszkania, ale myślę że obie te rzeczy nie nawet nie dorównają temu co czuje taki człowiek jak ja, stojąc blisko przystanku autobusowego przy -8 st.C w Charkowie. Dla tej jednej chwili, momentu ulotnego, warto lecieć pokonać 1400 kilometrów z Warszawy przez Kraków. Wschód ma w sobie to coś co wypełnia część mnie. Ktoś ma potrzebę się modlić do swojego Boga, a ja mam potrzebę poczuć zapach metra na wschodzie. Od kiedy pierwszy raz poczułem ten dziwny zapach to po dziś dzień jest nadal magiczny. Takich rzeczy jest kilka.

Na zdjęciu wyżej jest moja walizka. W tym roku zza wschodniej granicy przywiozłem spore zapasy czaju i śmieję się z samego siebie, że ja to muszę kupować, muszę tego szukać po marketach. Mam dwie marki herbat które lubię właśnie na wschodzie, ale nie zawsze są. Z Turcji też trochę przywieźliśmy, ale czaju sypanego o zwiększonej ilości mocy.

Kto tu zagląda to dziękuję. To też dla Ciebie.

Uzbekistan: Chiwa (część 1)


































Kto z Was czytał poprzednie wpisy, doskonale wie, że Chiwa na naszej mapie pojawiła się niespodziewanie. I dziękuję losowi, że tak właśnie się stało. Dla przypomnienia, plan „rozwaliła” nam stacja paliw, a raczej jej brak. Nasze auto potrzebowało tego paliwa najmocniejszego, a będą w Mujnaku, najbliższa jak się okazało na naszej trasie była w Nukusie, czyli wg mapy 200 km. Auto lubiło się napić więc nie mogliśmy ruszyć się dalej. Musiliśmy skrócić nasz wyjazd, a raczej zmienić miejsca które chcemy zobaczyć i dzięki temu na naszej liście pojawiła się właśnie Chiwa. I tu podziękowanie dla Julki, która podczas rozmowy właśnie poleciła to miasto. Całkiem przypadkiem, ale ja uważam, że w życiu przypadków nie ma.

Po pożegnaniu się z Morzem Aralskim Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 3) ruszyliśmy na południe. Mijając Nukus udało nam się zalać bak do pełna i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy w głowie ten komfort, taką świadomość, że cały następny dzień spędzamy w jednym miejscu. Nigdzie nie musimy jeździć. Kiedy tylko dojechaliśmy na miejsce nie mogłem się, ja prosty człowiek z miasta, nadziwić w jakiej scenerii się znalazłem. Autentycznie nie będzie to przesadą, kolejną moją fantazją, ale poczułem się jak w jakimś Iraku czy Afganistanie. Nie pozostałem w tym odczuciu sam bo Szymon również czuł podobny klimat. Ogromny piaszczysty plac, wieża minaretu i ogromny mur za którym znajdowało się stare miasto Iczan Kala. Po prawej stronie opuszczone budynki, które były w trakcie wyburzania. Do tego ogrom słońca. To słońce jest nierozłącznym kompanem drogi.

Grzesiek zaklepał nam nocleg w „opuszczonym” minarecie, a w każdym razie tak to wyglądało. I to był najpiękniejsze miejsce w jakim spaliśmy na trasie całego pobytu. Wszystko co było w tle naszego hotelu to osiedla mieszkaniowe które chociaż do slumsów mają daleko to tak roboczo z Szymonem nazwaliśmy tę część miasta. Wieczorem postanowiliśmy tam ruszyć i zrobiliśmy to nie raz. Jak to bywa stare miasto gdziekolwiek się nie jest to przyciąga ludzi. Urokliwe stare budowle, mocno wykreowane przez religię ze szramami historii. Sama Chiwa była jednym z głównych ośrodków handlowych w VI-VII w. w regionie Azji Środkowej. W XVI w. Starałem się wyobrazić sobie jak mogło to wtedy wyglądać.

Uzbekistan to także jedzenie. Tłuste, mięsne, smażone. Tu przed wyjazdem postanowiłem sobie, że jeszcze poczekam z wprowadzeniem lub próbą ograniczenia jedzenia mięsa. Bo jak ograniczać jak to właśnie jedne z moich ulubionych pierożków pochodzą właśnie z tego kraju? Mowa o mantach, ale wiele innych potraw było warte spróbowania, chociaż nie ukrywam że jestem kulinarnym ignorantem.

















Ostatnie zdjęcie które znajduje się w tym wpisie jest w pewien sposób wyjątkowe. W mojej głowie mam stos wymyślonych ujęć na które składają się oczywiście miejsca, wymyślone sytuacje. Tego jest ogrom i tak krok po kroczku gdzieś próbuję te moje wyobrażenia, wizje, marzenia czy pomysły, a także obrazy z moich snów, przetworzyć z myśli na realny obraz. Często są to obrazy którym jeszcze daleko do spełnienia moich wizji (o ograniczeniach można napisać wiele) to jednak samo fotografowanie czy sam proces „tu i teraz” bywa najważniejszy. Potem zdjęcie leci do szuflady, ale w mojej głowie jest jakieś poczucie spełnienia w większej czy mniejszej postaci. Mimo wszystko jest to bardzo przyjemne uczucie dla którego planowania wyjazdów nie ma końca. Mam jakieś takie przeczucie, że właśnie szukanie tych śladów wizji jest jakąś moją wewnętrzną misją. Jedni widzą swoją misję w swoich dzieciach, modlitwie, wybudowaniu domu, zdobyciu szczytu, a u mnie to wschodnia droga, która jak czuję, nie ma końca. I to jest chyba w tym najpiękniejsze.

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 3)


Jest jeszcze ciemno. Budzimy się z Szymonem w naszym małym pokoju. W drugim budził się Grzesiek.

Plan był prosty. Wstać grubo przed świtem i pojechać nad Morze Aralskie. Tam sfotografować wraki statków. Jak to bywa czasem w życiu, kiedy coś długo się planuje to ma prawo coś nie wypalić. I nic tu z naszej winy. Dlaczego? Bo zawsze jest ktoś lub coś co może nam zepsuć. Najlepiej wszystko. Winowajcą okazał się młody chłopak z recepcji. W Uzbekistanie jest takie prawo, że każde miejsce gdzie śpi obcokrajowiec, musi nasz pobyt zarejestrować. Dowód naszego bytu. Kolejny papier, a wschód papiery lubi. Finalnie z tych wszystkich miejsc mam papier, który faktycznie się przydał, jest pamiątką. W sytuacji awaryjnej może nam posłużyć jako papier toaletowy. Nikt nas o to później nie pytał.

Młody chłopak sennie zebrał się ze swojego łoża, wziął nasze paszporty i zabrał się za wydrukowanie „kart pobytu”. Trwało to na tyle długo, że wyprowadził mnie z równowagi. To się często dzieje w moim życiu, ale kiedy coś jest zaplanowane, kiedy w jakieś miejsce jedziesz trzy dni, leci dwoma samolotami to masz prawo się wkurwić. Udało mu się to. I w tej naszej ekipie wyjazdowej stało się to drugi raz. Ten pierwszy miał miejsce w Iranie, kiedy młody kierowca „taksówki” wiózł nas na lotnisko, ładując się w korek. Do tego ulewa. Brak możliwości komunikacji, a kiedy pojawiło się apogeum zła, wiedząc że nie dojdziemy na czas, nie wsiądziemy do samolotu by lecieć na południe, to on, kierowca, wyjął telefon i pokazywał nam swojego pieska. Było to na tyle absurdalne w tej całej sytuacji, że przestałem wierzyć w dalszy plan podróży. Na szczęście przyjechaliśmy w ostatnim momencie, ostatnim tym ostatnim, że we wspomnieniach mam jak omijam bramkę bezpieczeństwa i rzucam swój plecak na taśmę przy punkcie odprawy. I to w ostatniej sekundzie tego meczu. Rzut na wagę zwycięstwa. Jak w tanim filmie dla młodzieży na Polsacie w niedzielę o 12.

I tak uzbecki chłopak zepsuł mój wielki plan. Chociaż samego wschodu słońca nie widziałem to jednak teren z wrakami był moim fotograficznym poligonem z nisko wiszącym słońcem. To było niesamowite. Mimo pustynnego klimatu, wschodzącego słońca było chłodno. W poprzedniej części obiecałem, że napiszę skąd wzięły się te wraki na tej pustyni. Bardzo dobrze i rzeczowo jest to opisane na Wikipedii:

Budowa kanałów przecinających pustynne obszary Kara-kum prowadzona była na wielką skalę od lat 30., przez pierwsze dziesięciolecia całkowicie wbrew wszelkim zasadom sztuki hydrologicznej. W rezultacie aż od 30 do 70% wody, odbieranej rzekom Syr-daria i Amu-daria bezpowrotnie wsiąkało w glebę lub parowało, nie docierając ani do upraw, ani do jeziora. Szacuje się, że do 1960 od 20 do 50 km³ wody zamiast zasilić jezioro – wsiąkło w ziemię. Nawet do dziś tylko 12% długości kanałów nawadniających uszczelniono i zabezpieczono przed stratami wody. Część wód Amu-darii trafia ponadto do znajdującej się na zachód od rzeki Kotliny Sarykamyskiej, gdzie wypełnia powstałe w ciągu XX wieku słone Jezioro Sarykamyskie. Na nowo powstałej pustyni można spotkać statki – nawet kilkadziesiąt kilometrów od obecnego brzegu Od lat 60. poziom wody w Jeziorze Aralskim zaczął systematycznie opadać w tempie około 20 cm rocznie. W następnej dekadzie już 50–60 cm rocznie, potem dalej przyspieszył i dziś wynosi nawet 80–90 cm rocznie. W 1960 roku powierzchnia jeziora wynosiła 68,5 tys. km² (niemal tyle, co powierzchnia Republiki Irlandii), do roku 2009 zmniejszyła się o ⁴⁄₅ (do 13,5 tys. km²).

W 1960 r. jezioro było czwartym co do wielkości na świecie, obecnie spadło na szesnaste miejsce. Zanikanie wód jeziora doprowadziło do jednej z największych katastrof ekologicznych na obszarze byłego ZSRR, co nie było zresztą zaskoczeniem dla władz sowieckich, którym raporty o przewidywanym wyschnięciu jeziora przedstawiono wiele lat wcześniej. Przeważyła jednak irracjonalna teza, że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii ekologów. Wykorzystanie wód Amu-darii i Syr-darii do nawadniania rosło nadal mimo obserwowanego zanikania jeziora i w okresie między 1960 a 1980 rokiem podwoiło się. W tym samym czasie podwoiła się też skala produkcji uzbeckiej bawełny. Woda z Amu-darii i Syr-darii wykorzystywana jest nie tylko do upraw bawełny, ale i ryżu. Na terenach niemal pustynnych zakładano plantacje monokultur roślin o dużym zapotrzebowaniu wody. Nadmierna gospodarka rolno-spożywcza i wodna (na utrzymanie sieci kanałów w czasach ZSRR wydawano około 25$/ha, obecnie 1,5$ – 10$) doprowadziła do zahamowania zasilania z rzek.

Wzrost produkcji bawełny nie równoważył jednak ponoszonych kosztów. Już w latach osiemdziesiątych załamał się przemysł przetwórstwa rybnego w Aralsku i innych miejscowościach. Przed wyschnięciem jeziora większość okalających go wsi utrzymywała się z rybołówstwa oraz turystyki. Gdy jezioro zaczęło wysychać z jego okolic wyemigrowało 100 tys. ludzi, część osiadła nad Morzem Kaspijskim. Niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły na skutek drastycznego wzrostu zasolenia, a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Szacuje się, że koszty zapaści gospodarki rolno-spożywczej i turystyki, a przede wszystkim pomoc humanitarna to średnio dwa miliardy dolarów rocznie.

Jest to smutne miejsce i człowiek uświadamia sobie, że zmieniający się klimat może kiedyś doprowadzić do tego co właśnie tam stało się to tymi samymi człowieczymi dłońmi.

Nagle znalazłem się tu sam. Szymon wrócił na górę, a ja jeszcze fotografowałem, szukając ciekawych ujęć. Słońce szło do góry, temperatura rosła, a obok mnie stała krowa. Wyrosła nagle z ziemii. Nie patrząc na to co robię poszła w swoją stronę. Pomyślałem, że to dobry moment by wejść na górę, złapać chłopaków i będziemy mogli ruszyć dalej. Dzień wcześniej kiedy testowaliśmy drogę prowadzącą na pustynię, zobaczyłem nowo oddane bloki. To był dobry moment by tam teraz pojechać. Miałem wrażenie, że jestem w Korei Północnej. Dziwne uczucie.

Grzesiek odpalił auto i ruszyliśmy na południe zostawiając za plecami Morze Aralskie. W drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie, a w zasadzie był to mały sklepik, dziura w murze. Właściciel zaproponował nam, że możemy usiąść u niego w „barze”, tak to wyglądało. Wszystkie okna oklejone niebieską folią, pomieszczenie, jedno i drugie. Na ścianie włączony telewizor. Właściciel przyniósł czaj. Znowu poczułem, że jestem w Korei Północnej w jakiejś świetlicy. Co do cholery. Po wszystkim znalazłem toaletę. Była to pewnie barowo-domowa. Czegoś takiego nie widziałem jak żyję, ale w takim wydaniu rzecz jasna. Nieduże pomieszczenie z drewnianą podłogą, na ścianie małe okienko oklejone znaną mi wcześniej niebieską folią. Po środku dziura z której bił ogień smrodu.

I znów w drodze. Minęliśmy Leninabad, a potem tankowanie auta w Nukusie. Kolejny przystanek Chiwa. Perła na szlaku.

Uzbekistan: Moynaq – Morze Aralskie (część 2)


Samochód dociera na parking. Na zewnątrz jest gorąco. Z głośników zamontowanych na jakimś barze leci głośna muzyka. Wychodzimy szybko i kierujemy się na brzeg klifu. To tutaj znajduje się pomnik poświęcony Morzu Aralskiemu. Szpiczasty pod kątem. Skierowany na wschód. Wieje przyjemny wiatr, a naszym oczom ukazuje się bezkres, aż po sam horyzont. Na dole widzimy cel naszej podróży. Wraki statków na piachu, te które kiedyś żywiły ludzi, dawały im pracę i nadzieję na przyszłość.

W drodze na dół zaczepia nas grupka lokalnych turystów, którzy robią sobie z nami zdjęcie. To złudne uczucie, ale mam jakieś sobie przekonanie, że zaraz nie będzie czasu, że zaraz wraki odpłyną i nie będę mógł ich sfotografować. Schodek po schodku i jesteśmy na dole. Wcześniej zerkałem na zdjęcia z tego miejsca i nie byłem zadowolony (o ile w ogóle mogłem przecież), że dookoła wraków zrobili jakiś chodnik, ale potem się okazało, że bez niego byłoby trudno się tu poruszać. Wyschnięte jezioro czy też morze to przecież pustynia.

Spacerujemy w pełnym słońcu, uświadomiłem sobie, że w tym pędzie zostawiłem wodę w samochodzie. Chodzę między wrakami statków i fotografuję. Próbuję jak najszybciej dojść do tego miejsca, które opowie na wiele moich pytań. Co tu się stało, jak to się stało, dlaczego, po co? Od razu rzuca mi się w oczy ilość dzieciaków, które zapewne chwilę wcześniej zwiedzały muzeum na szczycie klifu. Włażą na wraki, bawią się jak na apokaliptycznym placu zabaw, w najlepsze. Podchodzę i fotografuję. Układam ich na tej planecie zniszczenia.

No dobrze? Co tu właściwie się stało? O tym w następnej części.

Uzbekistan: Nukus – Mizdarkhan – Moynaq (część 1)


Poranek. Przed hotelowym pokojem stoi moja walizka. Na plecach mam plecak. Zapakowany delikatnie tym co powinien mieć. Ostatni raz klasycznie zerkam czy czegoś nie zapomniałem.

To był kolejny dzień na który czekałem, a jeśli powiem, że prawie najważniejszy to nie będę mijał się z prawdą. Tak uważam. Chociaż absolutnie nie znaczy, że inne dni były gorsze, ale tu chwile były wyjątkowe w pewien sposób. Więc po zjedzonym śniadaniu, zdaniu hotelowego pokoju, wsiedliśmy w nasze auto i ruszyliśmy na północny-zachód. Dosyć szybko opuściliśmy Nukus, a naszym pierwszym przystankiem była nekropolia Mizdarkhan przy samej granicy z miastem Khodzheyli. Minęliśmy wielbłądy, a potem znak który ponownie informował mnie o bliskości Turkmenistanu. I nagle jak niby nic na horyzoncie pojawił się właśnie Mizdarkhan. Wzgórze z charakterystycznymi budowlami.

Nie jestem fanem cmentarzy, chociaż jak każde życie jest z nim związane. Od wielu lat cmentarze są dla mnie inne, a wszystko przez wydarzenie w życiu, kiedy mój pochowaliśmy Dziadka. Od tamtej pory unikam ich, chociaż te nie w Polsce są po prostu pozbawione, a raczej nie są obarczone emocjami. Egzotyka czy orient. Te muzułmańskie w szczególności. Przez niecałą godzinę spacerowaliśmy między grobami na wypalonej ziemii. Nad wszystkimi górowała dziwna trójkątna konstrukcja, która przypominała jakiś system wyciągania zawartości studni. I ten nieduży szczyt był celem pielgrzymów, gości odwiedzających cmentarz. Chwilę poobserwowałem ludzi i sam udałem się na jej szczyt. Z góry widok był równie ciekawy co z dołu. I to z góry dopiero było widać przestrzeń.

Mizdarkhan został założony blisko 2500 lat temu, a od 1700 lat służy jako nekropolia. Dopiero zagłębiając się w historię tego miejsca, wieża na wzgórzu zaczyna mieć inne znaczenie. Od tego jest właśnie moje podróżowanie po powrocie. Ta prosta konstrukcja to wieża ciszy. Pozostałość po cmentarzu zaratusztriańskim. W przeciwieństwie do muzułmanów, Zaratusztry (religia wywodzi się z Iranu) nie grzebali swoich zmarłych, ale raczej pozostawiali ciała na pożarcie przez ptaki drapieżne na szczycie płaskiej wieży zwanej dakhmą. I często niewiedza przed i w trakcie, nie pozwala nam na zrozumienie miejsca. I z góry obserwuję jak pielgrzymi układają kamienie na samym początku wzgórza.

Wśród milczących grobów stoi mały domek z białymi ścianami. Obok kręci się starszy mężczyzna. To stoi w słońcu to chowa się pod dachem. Jego skóra jak ta ziemia, jest wypalona słońcem. Kiedy poznaję jego imię (nie byłem w stanie zapamiętać imion moich chwilowych bohaterów, a nie zapisałem sobie, proszę mi to wybaczyć), zapraszam go na białą ścianę i fotografuję. Za chwilę znów jesteśmy pod autem, ale w drodze do auta fotografuję nagrobki, a raczej wyryte na nich twarze. Samochód zawraca i ruszamy na północ. Wskaźnik z paliwem sugeruje by mieć na uwadze uzupełnienie baku. I tak wjeżdżamy do małego miasteczka Kanlykul, które na mapach widnieje jako Leninabad. I tu miałem szalone wyobrażenie, że na środku jakiegoś placu stoi wielki Lenin w turbanie. Gdzie tam. Jak wjechaliśmy tak wyjechaliśmy. W naszym programie ekspresowego zwiedzania miasteczka nie było tam nic ciekawego uwagi.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie stacji paliw na której będzie potrzebne nam paliwo AN-91(92) i właśnie to paliwo, w zasadzie za nas zadecydowało o przyszłym planie zwiedzania Karakałpacji. Jedna stacja, paliwa brak. Druga stacja – wygląda jak by od lat 80-tych nie sprzedawała paliwa. Trzecia stacja. I tu miły Pan oznajmił, że najbliższa stacja jest około 40 kilometrów za nami, znaczy się w Nukusie. W aucie pali się rezerwa, ale ta rezerwa której się unika. Może zostało nam 40, może 50 kilometrów zasięgu. Jest ratunek bo przy wjeździe na główną drogę widzieliśmy stacje. No tak. Stacja z metanem, benzynką, ale naszego nie ma. Motyla noga! Grzesiek zwolnił, klimatyzacja wyłączona. Radio i tak nie działało. I tak tracąc sporo cennego czasu i nerwów, ponownie wjechaliśmy do Nukusu, gdzie znalazła się stacja na której udało nam się zatankować do pełna. Pełny bak, pełna radość, portfel lżejszy o 500 tysięcy. I ponownie wskoczyliśmy na bardzo ładną trasę A381. Naszym celem dziś był Moynoq (Mujnak). Stolica Morza Aralskiego.

Kiedy minęliśmy z lewej strony miasteczko Qo‘ng‘irot (wymówcie to na głos), droga diametralnie siłę zmieniła. W zasadzie była to taka której się najbardziej obawialiśmy na całej trasie. Na szczęście ten ostatni odcinek z kiepską drogą (100 km) pokonaliśmy w niecałe dwie godziny. Im dalej tym cieplej. Krajobraz był już nam znany, ale emocje w mojej głowie rosły. Nie mogłem się doczekać. I tak po wjeździe do Moynaq’u po prawej stronie widoczny był pas startowy, a po lewej jedyna stacja paliw. Wyobrażałem sobie to miejsce jako totalną dziurę, ale moje zaskoczenie było tym większe, że okazało się iż to miejsce jest całkiem zadbane, normalne, a nawet są małe bloki mieszkalne. Nie wiem czemu miałem takie puste wyobrażenia. Wszystko prze oglądanie map zwykłych i satelitarnych. Tutaj starałem się też nie oglądać żadnych fotografii z tego miasta i było to dobre posunięcie.

Dojechaliśmy do celu. Na krawędzi wielkiego klifu ukazał się bezkres Morza. Bez wody.

Uzbekistan: Nukus (część 2)

Na ulicy Alakoza, jednej z większych arterii tego miasta, facet w nieznanym wieku, zbliżył się niepewnym krokiem do małego drzewa, wyjął instrument i zaczął oddawać mocz. Chwilę to trwało i mocz zaczął nawadniać malutkie wzniesienie, a także asfalt na którym stał. Jedną ręką trzymał się małego drzewka. Jedynego chyba w obrębie kilkunastu metrów. Obok niego na małym wzniesieniu stał policjant. Trzy metry od urynonauty. Policjant wyjął telefon i uwiecznił wykroczenie. Poczekał chwilę i kiedy facet jedną ręką zapinał rozporek, a drugą nawigował, policjant złapał urynowego przestępcę. I tak znaleźliśmy się na bazarze.

Taki powiedziałbym jak nasz o zapachu końca lat 90-tych. Nie było w nim nic na tyle poruszającego by coś mnie mocno zaskoczyło. Tu but, tam kilogramy mąki czy ryżu. Stoisko z torbami, proszkami i okularami. Między dachy pawilonów, wkradało się zachodzące słońce. Dopiero w drugiej części dnia po długiej podróży z Buchary, dotarliśmy do Nukusu. Dosyć spore to miasto liczące blisko 300 tyś mieszkańców. Do granicy z Turkmenistanem dosłownie chwila. Miasto dzieli prawie na pół kanał, którym można dostać się do Amu-darii. Drugiej, a może pierwszej rzeki Uzbekistanu.

Nukus jest stolicą Karakałpacji. Autonomiczna republika, która znajduje się na terenie Uzbekistanu. I chociaż samych Karakałpaków jest tu 1/3 to czują oni silną więź z miejscem, a także podkreślają swoją autonomiczność i odrębność językową. W socialmediach ostro podkreśląją, że Karakałpacja to nie Uzbekistan.  Mam wrażenie, że to taki bardziej radykalny Śląsk, gdzie opuszczenie granic Uzbekistanu nie wchodzi w grę ze względów ekonomicznych. W większości Karakałpacja jest sucha jak pieprz.

Fotograficzny zapis krótkiego spaceru przed zmrokiem. Tu bazar, za chwilę reklama drzwi, ogromnych bo im większe w bramie, im więcej zdobień tym większe bogactwo za jego progiem. Most na kanale. Czuje się tu jak w Groznym, chociaż nigdy w nim nie byłem. Jest i meczet. Podam nazwę jeśli kogoś on zainteresował Muhammad Imam Iyshan meshiti. Nadkanałowe bulwary, piękne niebo i ten zachód słońca. Za chwilę mijamy kładkę i jesteśmy po naszej stronie miasta. Przez ten czas fotografuję i rozmawiam z Mamą. Tu przejście dla pieszych. Na noc trzeba mieć trochę wody i może coś słodkiego. Ruszamy do lokalnego warzywniaka który znajduje się chyba najbliżej hotelu. Chyba najwyższego budynku w mieście. Jest tak wysoki, że widać z jego okien lotnisko. Widać też Turkmienistan, ale gołym okiem nie bardzo, więc trzeba sobie dorobić groźną i niedostępną granicę. Na bank jest tam portret Prezydenta. Gurbangula Berdimuhamedowa. No nic wchodzimy do sklepu. Po prawej towary spożywcze. Po lewej butik. Widzę za plecami czips krabowy. Mój ukochany. Odmawiam bo czips to zło największe. Opakowania do mnie mówią, krzyczą. Walczę. Kupiłem wodę i batona. Ekspedientka pyta czy my po angielsku. Mówię, że tak. Ona, że wie. Uśmiecha się. Płacimy. Wracamy do hotelu.

Każdy ma swój ogromny pokój. Nie pamiętam kiedy miałem taki duży tylko dla mnie. Widok na zachód i most nad kanałem. Odpalam telewizor. To moja tradycja. Skaczę po kanałach i trafiam na jakiś lokalny program. Koncert życzeń. Nic nie rozumiem, ale na ekranie pojawią się jakieś fotografie. Zwykłe codzienne chwile Karakałpaków. Obok telewizora, który do małych nie należał, małe biurko. Kładę na nich czyste kartki. Wyjmuję pióro i próbuję napisać kilka słów. Jestem zmęczony. Wymieniam ważne rzeczy w punktach. Po spisaniu dwóch dni czuję takie zmęczenie, że odpuszczam. Z żalem, ale nie miałem siły. Za plecami łóżko, które jak czipsy krabowe wołały mnie do swojego przeznaczenia. Jednak żal znowu. Wychodzę na balkon i cieszę się ciepłem. Miasto zasypia jak moja głowa.

Uzbekistan: Buchara – Nukus (część 1)

Jeśli napiszę, że byłem ciekawy tego dnia, a raczej tej części podróży to nie skłamię nic, a nic. Kolejnego dnia po trasie z Taszkientu do Buchary (600km), czekał nas odcinek do Nukusu (550km). I tutaj na uwagę zasługuje odcinek drogi który całkowicie znajduje się na pustyni Kyzył-kum. Przyznam, że nigdy nie byłem w miejscu gdzie w promieniu 100 km nie ma nic.

Na mapie po lewej stronie w kolorze czerwonym zaznaczyłem blisko 250 kilometrowy odcinek pustynny. Zastanawiałem się jak to wygląda, czy będą jakieś przystanki i co najważniejsze, co było także zagadką dla nas wszystkich, jak wygląda droga. Im lepsza tym oczywiste będzie, że dany odcinek pokonamy szybciej. Naszym autem nie można było jechać szybciej jak 120 km/h bo to wiązało się z karą finansową nałożoną przez wypożyczalnię. Auto miało GPS.

Po porannej pobudce i na prawdę fajnym i klimatycznym śniadaniu, zapakowaliśmy nasze bagaże i szczęśliwi ruszyliśmy w drogę. Tuż po opuszczeniu Buchary tankowanie i rura. Dosłownie.









Początkowy etap podróży to był drogowy dramat. Już z Polski dostałem informację w której otrzymałem dawkę współczucia. Nie byłem dobrze nastawiony, uwierzcie mi. I tak też ta droga się zaczęła. Koszmarna, chyba wybudowana w latach 60 może 70-tych ubiegłego wieku i wyglądająca tak jak gdyby od tamtych dni się rozpadała. Szybko odkryliśmy, że jazda poboczem, pełnym żwiru jest po pierwsze wygodniejsza i po drugie szybsza.

Kolejne kilometry od Buchary nie napawały radością. Droga wcale nie była lepsza, ale przyszłościowo będzie tu lepiej. Było doskonale widać remonty drogi A380, a raczej budowę nowej I tak chyba po 75 kilometrach telepania i walki z dziurami i poboczami, naszym oczom ukazała się rajska droga. Prawdziwy uzbecki autoban. Tempomat. 120. Nie do uwierzenia! I tak do końca odcinka można było jechać nowocześnie i szybko. Czyli szybciej będziemy u celu i będzie można coś jeszcze pozwiedzać. Przewodnik może nie napawał nadzieją na wielkie atrakcje w Nukusie, ale czy to miało wtedy jakieś znaczenie? Żadne.

Gdzieś na trasie pojawiła się oaza. Tu nadajnik GSM, stacja paliw, jadłodajnia i wielbłądy. Sztuczne. Motyw wielbłądów pojawia się tu często. Domniemam, że to pomnik jedwabnego szlaku, który prowadził przez sporą część Uzbekistanu. Do szlaku jeszcze będzie okazja wrócić.

Grzesiek siedział już przy stoliku, a Szymon szukał miejsc do zdjęć. Tu wielkie przyczepy TIR-ów w tym jedna z naczep z Polski. Raczej sama buda z Polski bo reszta lokalna. Miło zobaczyć coś po naszemu, wszędzie. Podczas podróży jeszcze kilka razy udało się wypatrzeć naczepy i budy z polskimi napisami. Dołączyłem do Grześka i ciężko nawet było rozmawiać bo głośne uzbeckie disco-polo wypełniało całą przestrzeń przed restauracją. Coś tam wciągnął, a ja za 1000 SUM-ów (40 groszy) skorzystałem z toalety. Kosmiczna dziura.

Ta oaza była pełna życia. Trochę jak izraelskie kibuce, gdzie na pustyni wyrasta malutka osada pełna zieleni i ludzi. Każdy taki punkt na trasie to okazja by spotkać ludzi, którzy mam wrażenie tam żyją, co więcej żyją życiem kierowców. Nie wiem czym Ci ludzie się zajmują. Część z nich jest w drodze, ale większość czerpie radość z obserwacji innych.

I ruszyliśmy dalej, czas i kilometry nas goniły. Tutaj na mapie to jakiś mały odcinek. Patrząc na mapę Polski to jak jechać z Warszawy do Olsztyna, chociaż w rzeczywistości z tej Warszawy dojechaliśmy do Szczecina. Jednak kiedy ma się cel, a jeszcze to jest w otoczeniu pustyni, wszystko ma inne wartości i przeliczniki. Szymon zasnął, a ja wyjąłem książkę. Trasa to jedyna czasem dla mnie okazja by coś poczytać. Na podróż zabrałem ze sobą książkę Talgata Jaissanbayeva – Słynne zbrodnie w ZSRR. 10 najgłośniejszych przestępstw w Związku Radzieckim. Polecam każdemu kogo interesuje kryminał i do tego ZSRR. Na szczególną uwagę zasługuje tu rozdział o Andriju Czikatile. Mordercy absolutnym. Znałem ową historię bo kiedyś oglądałem o nim dokument na Kryminalnej Rassiji, a jakiś czas temu był o tym podcast na Kryminatorium. Mimo, że wiedziałem co zrobił i jak to się skończyło to byłem przerażony. Tuż obok niego była podobna historia. Oczami wyobraźni widziałem te miejsca i zdarzenia. P r z e r a ż a j ą c e.

Między województwami (i nie tylko) stoją punkty kontrolne. Przez nas nazwane checkpointami, gdzie trzeba się zatrzymać, albo przejechać z prędkością 5 km/h. Na jednym więcej, na drugim mniej policjantów, którzy patrzą kogo by tu zatrzymać, machając pomarańczową czy czerwoną pałką. Nas nie zatrzymali. Ich celem były samochody przewożące towary. Każdy z policjantów miał specjalne urządzenie, które sczytywało radiowo jakieś informacje. Kiedyś takich punktów było w kraju o wiele więcej. Po przekroczeniu punktu znaleźliśmy się w Karakałpacji (Republika Karakałpacka) . Autonomicznej republice na terenie Uzbekistanu, której stolicą jest Nukus.

Kiedy tylko skończyła się piękna droga, która zamieniła się w znany nam mały tor przeszkód, po lewej stronie ukazało się ogromne rozlewisko Amur-dari. Na uwagę zasługuje tu jej drugi brzeg czyli Turkmenistan. Rzeka ma długość 1425 kilometrów. Płynie przez cztery państwa: Afganistan, Tadżykistan oraz co wyżej wymieniłem Turkmenistan i Uzbekistan. Swój bieg kończyła w Morzu Aralskim.






















Po 550 kilometrach, wcześniej niż planowaliśmy, dotarliśmy do Nukusu. Nocleg mieliśmy luksusowy i to był strzał w 10. Każdy z nas miał swój ogromny pokój. Na wysokim piętrze. Ja dostałem pokój z widokiem na zachód i kanał. Po lewej stronie na horyzoncie znowu ona. Granica z Turkmenistanem. Szybkie odświeżenie. Szybki obiadek i ruszyliśmy z Szymonem zwiedzać okolicę Hotelu Taszkient. I o tym w części drugiej, a także kilka słów o mieście.

Uzbekistan: Taszkient – Buchara

Droga Taszkient - Buchara
W Uzbekistanie wszędzie jest daleko.

Pobudka. Tak zaczyna się każdy dzień życia. Od budzika. Tego w telefonie, głowie lub kogoś kto jest obok. Leżę ukryty pod kołdrą. Wygodne łóżko, dwa miejsca na okna i łazienka. Trzy łóżka. Ja w środku. Dobrze się spało. Bardzo. Jednym okiem widzę Grześka i telewizor na ścianie, a raczej łączniku między pokojem, a dziwną wnęką z oknami. Kusi mnie by poszukać jakiegoś kanału z uzbecką muzyką. Odwracam się i widzę Szymona, który jeszcze śpi. To jedyny człowiek jakiego znam, który zaśnie wszędzie. Za chwilę wszyscy wstaniemy i zacznie się kolejny dzień podróży. Ten można by powiedzieć już właściwy.

Przed godziną ósmą jesteśmy już po śniadaniu, a Grzesiek przed hotelem, od gościa pokroju Alvaro odbiera białą Toyotę Prado. Duży samochód o wielkich kołach. Nisko zawieszone słońce odejmuje lat tej maszynie. Chwilę po dziewiątej do wielkiego bagażnika ładujemy nasz bagaż. Trzy duże walizki. Ja siadam z przodu, Szymon za Grzegorzem, który będzie naszym kierowcą przez najbliższe dni. Te miejsca staną się naszym domem, a moje będzie szczególnie ulubione przez gorące promienie uzbeckiego słońca. Odpalam od razu radio, bo lubię jak coś gra, a jeszcze gdy muzyka zaczyna dosłownie grać z trasą, jest cudownie. Niestety radio po opuszczeniu Taszkientu przestało grać, straciło zasięg i podczas całej podróży nie udało mi się nic złapać. Szkoda. Bardzo.

Z Taszkientu do Buchary jest 568 kilometrów. My zrobiliśmy trochę więcej bo na tej trasie było miasto które musieliśmy odwiedzić.

Szerokie ulice stolicy powoli ustępują drodze dwupasmowej. Wyjazd z miasta jest długi mimo odwrotnego kierunku. Bywa przecież tak, że rano cała okolica wali do miasta, a tu chyba bez znaczenia. na rogatkach miasta ogromny bazar. Wszystko jasne. Blisko po godzinie jechaliśmy po gęsto zaludnionych terenach zabudowanych. Ułożone, czyste miasto, zostało zastąpione podmiejskim ładem klasycznego bałaganu. Pasy drogowe to często jedyny kontakt z namacalnym światem dla ludzi. Przez okno samochodu świat jest szybki. Kolejne momenty znikają tak szybko jak się pojawiają. W jednej sekundzie pojawia się człowiek, a za chwilę już go nie ma i nie będzie. Nasze spotkanie trwa ułamek życia. Nigdy nie poznam jego historii, nigdy nie dowiem się co ma w oczach. Kolejny słupek, kolejna stacja paliw LPG, kolejne osoby stoją przy drodze. Tej drodze która budziła naszą ciekawość. Jaka będzie? Czy nawierzchnia poniesie nas gładko do celu czy będzie to walka z dziurami. W międzyczasie dokonujemy pierwszego tankowania samochodu. Stacje są zupełnie inne jak u nas. Zazwyczaj składają się z dwóch części, które tworzą całość. Będzie to opis wynikający z ogólnych obserwacji różnych stacji, które różnią się między sobą detalami, ale system działania jest podobny. Dwa, może cztery dystrybutory. Dach i budynek kogoś kto odpala te dystrybutory. Wszystko tworzy jedność. Zazwyczaj pracują tam dwie osoby. Człowiek od nalewania paliwa oraz ten drugi. Operator (zazwyczaj nad oknem widnieje taki duży napis) który siedzi w budynku, ukryty za małym okienkiem do którego zazwyczaj prowadzą schody. Człowiek czuje się taki mały, a idąc po schodach ma wrażenie, że zaraz spotka się z jakimś Bogiem paliw, Bogiem oktanów, który ma gest, wciśnie jakiś magiczny przycisk i popłyną wolnym tempem litry paliwa AN-91. O ile przekręcony jest licznik, tylko operator wie. Cena paliwa AN-91 (takie polskie lepsze 98) to 2 złote i 30 groszy. Na koniec człowiek z siatki, saszety lub plecaka, wyjmuje blisko 500.000 i można jechać dalej.

Pierwszy etap podróży. Wjechać do małego miasteczka w wilajecie („województwo”) dżyzackim (Jizzax viloyati). Zbliżamy się do granicy z Kazachstanem. Jest ona widoczna po prawej stronie. Żal straszny, że ot tak wjechać nie można, na chwilę, dotknąć kazachskiej ziemii, nacieszyć oko kolejną pieczątką, bezcennym dowodem odbytej podróży. Jest zakaz. Nie wolno. Nie ma co błagać pogranicznika, tłumaczyć, że chce się odbywać podróż pełną gębą. Mijamy stado zwierząt i pasterza. Przed nami ostatnie metry i witacz wyjęty z czasów radzieckich, chociaż nowy. Widnieje na nim wielki napis: G A G A R I N. Podejrzewając, że w zasadzie w środku miasta nie ma nic ciekawego, zrobiliśmy kilka fotografii i ruszyliśmy główną arterią. Na horyzoncie pojawił się sporej wielkości plac z mamiącą się wielką postacią w środku. Nie mogło być inaczej. To pomnik Jurija Gagarina.

Grzesiek z piskiem opon podjechał prawie pod budynek partii lub urząd miasta, a ja z Szymonem wyskoczyliśmy jak z procy. Szybkim krokiem bo bałem się, że zaraz ktoś ten pomnik nam ukradnie, schowa, zasłoni i nici ze spotkania ludzi z Polszy. I coś w tym było. Pod pomnikiem zamieszanie. Kilku mężczyzn krzątało się po wschodniej jego części. Tuż za nimi podnośnik. Fotografujemy Gagarina, pięknie oświetlonego. Wśród robotników zamieszanie, czekają na coś, nie przeszkadzają nam w fotografowaniu pierwszego człowieka w kosmosie. Kilka chwil potem, słychać charakterystyczny dźwięk hydrauliki i podnośnik pnie się do nieba. Kosz powoli zbliża się do wielkiej głowy. Mężczyzna patrzy mu w oczy i zaczyna myć. Głowę. Obok mnie stoi jeden z robotników. Pyta skąd jesteśmy. Polsza, nie Rassija. bardzo dużo osób myślało, że jesteśmy z Rosji czy Ameryki. O nie kochani. My jesteśmy z Polszy. Tej Polszy daleko stąd, tej której dumnie paszport noszę na sercu. Szereg pytań o stan pandemii, a wtedy różnica między nami, a Uzbekistanem wynosiła mniej więcej tak: 35.000 vs 180. Pan lekko przerażony, zaczyna zmieniać temat i coś opowiada o Gagarinie. Ja mu przytakuję bo wiem dlaczego go myją. Jest 8 kwietnia tak? Dlaczego tu nie wiszą, żadne flagi? Dlaczego? Kuuu…..a! Myją głowę pierwszego człowieka bo za 4 dni minie równo 60 lat od pierwszego lotu człowieka w przestrzeń kosmiczną. Taki dzień, taka rocznica, wymaga higieny patrona miasta.

Niestety nie do końca zrozumiałem co Pan dalej próbował mi powiedzieć. Mówił coś o Gagarinie i restauracji. Tyle zrozumiałem, a mój mózg już dorobił resztę historii. Tuż po tym jak Gagarin wylądował 1300 km od tego miejsca, stał się bohaterem socjalistycznego świata. I kiedy pewnego dnia odwiedzał Uzbekistan jechał przez małe miasteczko. Zrobił się głodny i poprosił notabli by się zatrzymali, właśnie tu. Wyszedł i poszedł spontanicznie, jak Obama na hot-doga do lokalnego lokalu gastro. Poprosił o szklankę mleka, ziemniaki i zupę. Kucharki mdlały, cucone przez zimnych jak lód funkcjonariuszy KGB. Szefowej kuchni trzęsły się ręce kiedy podawała Gagarinowi zestaw ziemniaczany. Za chwilę w barze, pojawili się włodarze miasteczka, alkonauci dnia poprzedniego w wymiętych garniturach. Szybko kwiaty, radzieckie flagi, bełkotliwe słowa. Gagarin najedzony wyjechał, następnego dnia przemianowali nazwę i kazali wybudować wielki pomnik. Czy tak było? Nie wiem, jednak tak widzieć to chcę.

Na przeciwko Gagarina blok. Patrzę na niego przez pryzmat flag, chociaż chyba lepiej je nazwać powiewającymi tkaninami. Często można je spotkać np. na Białorusi, ale nie mam pojęcia jak to się fachowo nazywa. Czuć, że idzie jakaś ważna chwila. I jak gdyby nic, na tym bloku ktoś wywiesił pranie. Życie toczy się dalej, tak samo jak droga. Samochód rusza i kierujemy się do Buchary. Kolejne wioski, wielbłądy, skrzyżowania, staje z LPG. Zbliżając się do Samarkandy na horyzoncie zaczynają majaczyć góry. Z tej perspektywy wyglądają jak gdyby znajdowały się w Zaamin. W najstarszym parku narodowym tego kraju. Te wysokie góry (prawie 3500 m) graniczą z Tadżykistanem. Z Samarkandy do granicy jest około 30-35 kilometrów. Znów tak blisko, a tak daleko.

Nad Samarkandą chmury, a to pewnie wpływ bliskiej obecności wysokich gór. Samochód mknie dalej. Wszystko powoli zlewa się w jedno. Te same wioski, twarze, słońce. Im dalej tym większe zmęczenie, chociaż nie prowadzę samochodu. Jest jeszcze jasno, a my docieramy do hotelu. Buchara. Nasz mały pokój z malutkim okienkiem na meczet, jest rozgrzany do czerwoności. Chwila ogarnięcia się i ruszamy na kolację. Nie ma czasu na zwiedzanie, a zresztą po ciemku nie lubię i nie widać nic na czym można zawiesić oko. Chłopak z recepcji wysyła nas do jednej z większych restauracji w zabytkowej części miasta. Dadzą nam 10% zniżki. To idziemy. Nawet nie bardzo mam co fotografować, jestem tak bardzo głodny. Na kolację makaron i ryż. Jest przyjemnie i dziwnie się człowiek czuje siedząc przy stole. Zamknięte gastro w Polsce mocno namieszało w głowie jak cała pandemia.

Zasypiam. Śpię pod cienkim prześcieradłem, jest ciepło. I czekam na następny dzień. Nie mogę się go doczekać.



































Uzbekistan: Taszkient. Kosmonavtlar. Kosmiczna stacja metra (część 2)

Jesteśmy przed wejściem na stację Kosmonavtlar. Wejście jak każde inne tu podobne. Schody w dół, a po bokach znajome kafelki. Nie mogę się doczekać, aż wejdę na peron. I tu podobny scenariusz. Zakup biletu, kod QR i kontrola plecaka. Na każdej stacji Pan w mundurze w ręku trzymając pałkę-skaner, bada kto co ma w środku. Nikt nie protestuje. To tak samo normalne jak przejście przez bramkę biletową. Aparat przewieszony przez ramię. Bez żadnego stresu. Nie tak jak w Baku gdzie fotografowanie metra jest zakazane.

Metro w Taszkiencie można fotografować i warto to robić. Zakaz został tu zniesiony w 2018 roku. I bardzo dobrze bo stacje metra w tym stylu, gdzie widać historię, jest świetnym i namacalnym muzeum. W przypadku stacji budowanych przed 1991 rokiem, ta historia jest jasna. Sowiecka historia. Pełna pracy, siły i dumy. My teraz skupmy się na stacji Kosmonavtlar, która została poświęcona radzieckiemu programowi kosmicznemu. Została oddana na cześć uzbeckiego kosmonauty Władimira Dżanibekowa w grudniu 1984 roku. Sam Dżenibekow pięciokrotnie latał w kosmos. W przestrzeni kosmicznej spędził łącznie 145 dni.

Na uwagę zasługują tu trzy rzeczy. Pierwszą z nich jest kolor. Błękit nieba, wkraczający w granat, który symbolizuje przejście między ziemią, a umownym kosmosem. Ziemska atmosfera. Patrząc w górę dostrzegamy przepiękny system oświetlenia sufitowego stacji, który nawiązuje do drogi mlecznej. Jestem pod wrażeniem detali, a także odwagi budowania takich stacji. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ściany.

Warto poświęcić im najwięcej czasu. Kosmiczne medaliony na których widnieją wizerunki ważne dla radzieckiego programu kosmicznego. Chociaż bez prekursorów nie było by to możliwe. Jest i mityczny Ikar. Obok niego Uzbecki sułtan, astronom i matematyk Ulugbek. Dalej wspaniała postać Siergieja Korolowa – ojca programu kosmicznego, którego ZSRR przez pewien czas nie kochała i spędził 6 lat w gułagu, a potem wyniósł ZSRR na podium wyścigu kosmicznego. Jeśli patrzymy przez finał tego wyścigu, czyli lądowania na księżycu to faktycznie można brać USA pod uwagę, że zdobyli miejsce numer 1, ale ZSRR miał tych jednostkowych sukcesów więcej. I tak docieramy do tego najważniejszego. Jurija Gagrina. Pisać o nim nie muszę. Jednakże jeśli interesujecie się kosmosem, a będzie kiedyś Wam dane być w Moskwie to z czystym sumieniem polecam Wam Muzeum Kosmonautyki. Kiedy z bliska można zobaczyć zeszyt z notatkami Gagarina czy legendarny czarny płaszcz Korolowa to czuć magię podboju kosmosu. W tym muzeum miałem okazję być dwa razy. W 2011 i 2017 roku. Do dziś popijam chętnie czaj z dwóch kubków, które tam kupiłem. Jeśli kiedyś rzuci mnie jeszcze raz do Moskwy (na co liczę) to pójdę tam kolejny raz. Jest tam ogrom(!) rzeczy do oglądania.

Szymon mnie sfotografował jak fotografuję stację metra pod czujnym okiem Pana w mundurze. Obok selfie z Gagarinem.

Fotografuję stację i co chwilę wracam do medalionu z wizerunkiem Gagrina. Czas nas goni. Wsiadamy w wagonik metra i jedziemy dalej. Na naszej mapie zaznaczone mamy kolejne miejsca. Jednym z nich jest wejście na stację Bunyodkor. Kilka fotografii i lecimy dalej. Przed nami pojawia się ogromny plac z wielką flagą Uzbekistanu, który pięknie komponuje się z Pałacem Przyjaźni Narodów. To nic innego jak wielka sala koncertowa. W bloku wschodnim takich budynków jest sporo. Ten jest wisienką na tym placowym torcie. Po obu jego stronach, wielkie bloki mieszkalne, które tworzą istny falochron, niczym ekrany na autostradzie A2. Na ich dachach widnieją metalowe ornamenty. W centralnej ich części widnieje godło Uzbekistanu.

Od razu co przykuwa uwagę to ogólny jego wzór który nawiązuje do tego z czasów ZSRR. Wystarczy zobaczyć lub przypomnieć sobie godło Białorusi. Główną postacią godła jest mityczny ptak Huma. Symbol powodzenia, szczęścia i wolności. Za nim dwie główne rzeczki Uzbekistanu.

Na placu jest sporo ludzi. Pora dnia zaczyna sugerować, że zaczynają się godziny szczytu. Słońce praży więc chowam się na chwilę pod wielkim, mobilnym cieniem jaki rzuca ogromna flaga Uzbekistanu. Kiedy próbuję ją sfotografować, wiatr przestaje wiać. Flaga opada. Jak na złość. Skupiam się zatem na wielkim bloku i godle. Stoję na trawie, mijają mnie białe samochody i zastanawiałem się wtedy po co właściwie to fotografuję. Odkładam aparat i patrzę na betonowy blok. Odnajduję w tym widoku częściowy spokój. Nie ma go jeszcze wiele bo nie kupiliśmy kart SIM. Generalnie za dużo emocji.
















Mijamy wielki napis pod którym każdy może sobie zrobić zdjęcie. I ♥ TASHKIENT. Jest dobrym tłem na mijających mnie ludzi. Pewnie każdy wieczór generuje kolejne fotografie na Instagram. Pasy. Chodnik. Słońce. Długa droga, po lewej jakiś płot. Przed nami idzie grupka młodych chłopaków. Przystawiam aparat do oka i fotografuję. To jedna z tych wschodnich rzeczy która nie ma w Polsce swoistego odpowiednika (bez alkoholu). Mianowicie wschodni mężczyźni, a tutaj to doskonale widać, przytulają się. Obejmują, czasem nawet chodzą pod rękę. Zawsze jedna ręką jest na barku drugiego. To okazywanie przyjaźni. Nie obędzie się bez wschodnich pocałunków na powitanie, może nie w usta ale jednak.

I to okrutnie mi kontrastuje z problemem jaki Uzbekistan ma. W Polsce też go ludzie mają, ale wschód wydaje się prosty i męski. Podział ról w społeczeństwie jest trochę inny jak u nas. Pamiętam dwie rzeczy które spowodowały, że zacząłem nad tym się zastanawiać. Dawno temu razem z koleżanką i kolegą, pojechaliśmy do Kaliningradu na kilka dni. Znaliśmy się kilka lat i postanowiliśmy się razem ruszyć. Wcześniej przez Internet zdobyłem na miejscu kontakt, chłopaka który załatwił nam hotel, a potem mieliśmy okazję z nim pospacerować. Mówił po polsku. Bardzo miło wspominam tamten czas. To dzięki niemu poznałem i pokochałem rosyjską grupę Kino. Do rzeczy. Kiedy w hotelu byliśmy w trójkę. Ja, kolega i Dima, Rosjanin zapytał nas jak to jest. My we dwóch, ona jedna i seksa niet? Po powrocie zacząłem się nad tym zastanawiać, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi. Potem z czasem gdy zacząłem poznawać wschód, natrafiła się druga okazja by powrócić do rozmyślań o roli kobiet i mężczyzn za naszą wschodnią granicą. Moja wiedza nie jest duża, a wynika jedynie z prostych obserwacji.

Białoruś. Strasznie zimno. Byliśmy w trójkę. Ja, była partnerka i kolega. Byliśmy u jakiegoś chłopaka i jego dziewczyny, który miał czytnik kart i zgrywał zdjęcia na dysk. Dokładnie po tylu latach nie pamiętam o co tam dokładnie chodziło. Generalnie po wejściu chłopak podał rękę tylko nam, męskiej części grupy. Bardzo mnie to zdziwiło i zdenerwowało. Jestem człowiekiem który wyznaje zasadę równouprawnienia. Uważam też, że w wielu sprawach kobiety są lepsze od mężczyzn i odwrotnie. I to jest siła tego by się uzupełniać. Mogą to też być dwie kobiety, dwóch mężczyzn. Nie ma to znaczenia. Każdy inny, wszyscy równi. Jednak nie tu na wschodzie. Tu jest inaczej.

Mężczyzna ma swoją rolę, kobieta swoją. Mężczyźni na wschodzie udają, że są silni, mocni, stanowczy, idą do przodu, jedną ręką zbierają plony, drugą niosą swoją kobietę. Jednak według mojej oceny wschodni mężczyzna jest słaby. Tu myślę o Rosji, Ukrainie i Białorusi. Tych z Azji Centralnej nie znam na tyle by mieć prawo się wypowiadać. To moje odczucie. Do tego problem alkoholu mocno wpływa na jakość męskich dusz. Kobieta na wschodzie ma wszystko na swojej głowie. Facet jest wycofany i zajęty swoimi sprawami. Może to się zmienia, tego nie wiem. Fakt jest taki, że żyją krótko. Kobiet jest tam więcej.

Tu w Uzbekistanie doskonale czuć było rolę kobiety, która ma za zadanie zajmować się domem. W Chiwie kiedy zabrnęliśmy z Szymonem w ślepą uliczkę, zostaliśmy zaproszeni przez nieznajomego człowieka na czaj i chleb. Nie mogliśmy odmówić. I chociaż w gospodarstwie była kobieta, nie wyszła ona za próg, a przygotowała wszystko. Na bazarze w Taszkiencie i co zauważył słusznie Szymon, mięso sprzedaje mężczyzna. Owoce i warzywa kobieta. I tu ma także wpływ religia (i wychowanie). Tak wiele pytań bez odpowiedzi.

Kilku młodych chłopaków. Jeden obejmuje drugiego. Dwaj koledzy, pewnie z jednej klasy. Może ich starsi bracia, kilka dni przed naszym przylotem spontanicznie demonstrowali przeciwko osobom LGBT+, które w Uzbekistanie praw żadnych nie mają. Co więcej właśnie te demonstracje zostały wzburzone przez ustanowione prawo które wyznacza konkretne kary za homoseksualizm. Sąsiad ich ma podobne prawo, mowa o Turkmenistanie. Uważam, że Polska jest homofobiczna, ale tutaj jest to wytłuszczone i poparte przez prawo. Homoseksualizm w Uzbekistanie jest obrazą państwa i społeczeństwa. Osoby LGBT+ nie mają i mieć nie będą spokojnego życia. Więc mimo wszystko przytulający się chłopcy, a homoseksualizm jakoś dziwnie ze sobą się to łączy, a mimo to nie ma z tym problemu, znaczy się z fizycznym wyrażaniem uczuć do drugiego mężczyzny. Dotykanie genitaliów jest już jednak karane. Totalny rezonans jednak nie jest to i nigdy nie będzie moją sprawą kto kogo kocha, kto z kim mieszka i śpi. Kochajmy się!




















Ogromny budynek centrum handlowego. Nadzieja na zakup karty SIM i łazienkę. Stoję przed. W tle widnieje parterowa zabudowa, trochę jak slumsy. Po prawej stronie radzieckie bloki z przepięknymi mozaikami. Tak dużo jeszcze takich betonowych obrazów nie widziałem. Z jednego aut z otwartymi oknami sączy się uzbeckie disco polo. Wchodzimy do środka. Jest normalnie. Po lewej nawet uzbecki Carrefour. I jest. Wyspa radości. Kobieta ze stanowiskiem która sprzedaje karty SIM. Ku radości obskoczyliśmy ją, ale…przerosło ją to. Odmówiła. Chociaż mieliśmy wrażenie, że nie miała ochoty nam pomóc. Wysłała nas gdzieś do głównego punktu, ale jej wytyczne były błędne, może chciała nas spławić. Udało jej się. Pęcherz pusty jak brzuch. Jak człowiek głodny to całe myślenie i spokój ulatują. Jeść!

Stacja metra Puszkin. Potem to już z górki, dosłownie. Na naszym stole lądują manty. O tak. Zjeść manty w Uzbekistanie to jak zjeść hot-doga w Nowym Jorku, pizzę w Neapolu czy napić się wódeczki w mroźny wieczór w Murmańsku. Było przepysznie, chociaż ciężko, tłusto. Człowiek zjadł to od razu rozjaśnił swój umysł. Chwilę potem nabyliśmy karty SIM. Chłopaki zostali, a ja wróciłem do hotelu, kilka kroków od restauracji. Trzeba było odpocząć bo przed nami następny długi dzień z trasą. Byłem zadowolony.