Moje #bestnine na Instagramie

Kończący się rok to dobry moment by zobaczyć moje najbardziej popularne zdjęcia na moim Instagramie. Ja bym zrobił inne zestawienie i może się na to skuszę, ale mimo wszystko jak widać ten rok został zdominowany przez Ukrainę.

Opis fotografii:
Angelina Jolie we Lwowie (Ukraina)
Hotel Uzbekistan (Taszkient) /2021/
Astana (Kazachstan) /2019/

Ja w przyszłości
Lwów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)

Irpień (Ukraina)
Kijów (Ukraina)
Kijów (Ukraina)

Kijów – miasto bez prądu

Pociąg szczęścia

Pociąg ze Lwowa do Kijowa to czysta przyjemność. Nie wiem co we mnie takiego siedzi, że te „wschodnie” koleje są dla mnie takie ważne, takie sprawiające przyjemność, takie które przyciągają i mają w sobie jakaś radość dziecka, przygodę. Może zbyt często to robię, ale uwielbiam poszukiwać w mojej pamięci jakiś momentów w życiu, które są powiązane z tymi w teraźniejszości. W przypadku pociągów, a w szczególności tych w Ukrainie to mój sentyment do mojej pierwszej podróży takim pociągiem w 2003 roku ze Lwowa na Krym. 27 godzin czystej przygody.

Na dworcu w Kijowie śnieg, mróz, kontrola dokumentów i ruszyłem do mojego mieszkania gdzie czekał na mnie właściciel. Miałem szczęście bo wtedy moje mieszkanie miało prąd zawsze wtedy kiedy w nim byłem. Sam właściciel mówił, że to tylko dlatego ponieważ mieszkanie jest na tej samej linii co metro. I tak często w nim było słychać przejeżdzające metro.

Kijów Unppluged

Koncerty akustyczne, bez prądu są zupełnie innym przeżyciem jak te zwykłe, gdybym mógł to bym tylko na takie chodził. Chociaż mój ostatni taki koncert na którym byłem proszę Państwa w miejscu kulturalnym, Częstochowa, filharmonia o mało nie zakończył się bójką, dlatego to był chyba mój ostatni koncert zespołu KULT do którego mam sentyment, ale ja nie o tym.

Przybywając do Kijowa miałem w swojej głowie kilka punktów. Zima nie jest przyjacielem tych, którzy chcą lub muszą pracować na powietrzu. Ciepłe ubranie to nie wszystko. Chciałem na własne oczy zobaczyć jak stolica Ukrainy radzi sobie z brakiem prądu (planowo lub nie), a także jak wygląda to ogromne i piękne miasto w grudniu.

Na tej mapie w głowie miałem kilka punktów, ale zmieniałem je spontanicznie. To tu to tam i chętnie bym tam wrócił wiosną, ale do brzegu. Będąc na lewobrzeżnej części miasta, patrząc na mapę, będącą po prawej stronie Dniepru, odkrywałem kolejne brutalne blokowiska. Pogoda temu dosłownie sprzyjała. Mokro. Mgliście. Smutno. Gdzie tylko moje oczy nie skupiły się w jakimś punkcie nie było prądu.

Spalinowa orkiestra

Jednostajny huk, nachodzący na siebie. Taki właśnie dźwięk można dziś w Ukrainie usłyszeć dosłownie wszędzie. Generatory stały się pierwszą potrzebą. Lśniące, nowe maszyny, dudniąc, każde trochę inaczej, tworzy orkiestrę ciężkich czasów. Tu kawiarnia, tu sklep, tam księgarnia. Generatory stojące na chodnikach, a kto go nie ma, zamyka sklep lub zaprasza do siebie gości na romantyczne zakupy. Ze świecą, z latarką czy telefonem. To uczucie dziwne.

Nadzieja

Kiedy byłem na jednym z osiedli, typowych kijowskich blokowisk, zapuściłem się do sklepu. Market ze wszystkim i niczym. Pomyślałem sobie, że poszukam w nim czegoś bliżej nieokreślonego, po prostu popatrzeć, pobyć i wyjść, a może przy okazji kupię parasolkę, której zapomniałem zabrać.

Tu zeszyty z największym samolotem świata, który na początku inwazji umarł. AN-225, napis na zeszycie o marzeniach i o tym, że nie da się ich zniszczyć. Wtem światła zaczęły migać w rytm szybkiej muzyki, która była tylko w mojej głowie. Migające światła to nic nadzwyczajnego. Prawa fizyki.

Potem kupiłem sobie wafelki, na polepszenie nastroju, na dorzucenie wagi i cukrów. Stałem przed kilkoma maszynami, dzięki którym można opłacić rachunki, naładować telefony i bankomaty. Raz się uruchamiały, raz gasły. I patrzyłem na tych ludzi jak wchodzą i wychodzą. Dotarło do mnie właśnie w tym momencie, że nadzieja na lepsze jutro w tych ludziach nie umarła.

Tak jak każda rakieta lub irański dron, który uderza w cel, wzmacnia tych ludzi jeszcze bardziej.

Kiedy zasypiam, wchodzę w śpiwór, nakrywam się kołdrą i kocem. Zamykam oczy. Uruchamia się alarm.

Czy dziś wyłączą prąd?

W Kijowie jak i innych miastach działają specjalne grafiki. Twój sąsiad w grupie numer 1, a Ty numer 2. Jednak gdy sytuacja jest na tyle zła, grafik można wyrzucić do kosza.

I tu pojawia się lawina problemów dnia codziennego. Nie można zaplanować nic. Jeśli Twoja praca wymaga prądu, musisz zmienić plany, jeśli chcesz właśnie zrobić pranie, musisz zmienić plany. Nie ma wody, nie ma ogrzewania. Można by tu się bardziej przyłożyć i dokładnie napisać na czym polegają takie czy inne problemy, ale wystarczy sobie wyobrazić moment gdy człowiek jest w domu i nie ma prądu. Tylko prądu. Niech będzie na 2 godziny, a tam niektórzy nie mają przez 4, 8 czy 12. Bywają miejsca gdzie i przez cały dzień nie ma prądu.

Dziwne uczucie

Kiedy gasną światła na całej ulicy, a jedynym źródłem światła są samochody, serce zaczyna bić szybciej. Od razu wyciągnąłem mój mały statyw i zacząłem bawić się tym spektaklem.

Pojechałem na Ukrainę – „Smutek w pociągu”

10 października 2022 roku

Był to początek kolejnej rakietowej inwazji na Ukrainę. Media obiegły filmy, wiadomości, przekazy słowa. Rosja rozpoczęła nowy rozdział wojny. Na celowniku pojawiły się obiekty które dawały prąd i ciepło mieszkańcom na Ukrainie. Była to kara za atak na Most Krymski.

Ostatni raz na Ukrainie byłem w sierpniu, potem przez dużą ilość pracy, obowiązków i innych rzeczy, plany wyjazdowe na Ukrainę przeniosłem na zimę. Kiedy Rosja ponownie zrobiła nalot rakietowy, infrastruktura krytyczna o której wspominałem wcześniej oberwała jeszcze mocniej. Ukraina jeszcze bardziej zaczęła borykać się z problemami związanymi z elektrycznością, a problemy to nie tylko brak możliwości ładowania telefonu.

Zmęczenie

Na początku grudnia ruszyłem z Warszawy do Lwowa z przesiadką w Przemyślu. Ogólnie jazda na Ukrainę to rzecz która odstrasza do podróżowania właśnie tam. I tu jak widać nie ma znaczenia czy to wojna, czy czas pokoju. Od kiedy z Polski ruszyły dogodne połączenia lotnicze, człowiek się rozpuścił jak czekolada. Dziś podróż do Lwowa (czy w drugą stronę) trwa nawet dłużej jak lot do Nowego Jorku. To jednak nie jest żaden problem, a brak zrozumienia dlaczego granica działa tak kiepsko.

Wsiadłem w jeden, drugi pociąg i dojechałem do Lwowa. Po raz 5-ty w tym roku. Kiedy tylko pociąg przekroczył granicę zrobiło się nagle ciemno, smutno, jak gdyby coś zawisło w powietrzu. Siedziałem w przedziale z czterema łóżkami. Ja, kobieta w wieku około 50 lat i mężczyzna mocno po 60-tce. W jej oczach widziałem zmęczenie, może to jej własne życie, takie które ją męczy i łamie, ale ja w jej oczach, w tym półmroku zobaczyłem przenikliwy smutek. Stary mężczyzna beztrosko grał w pasjansa, a ja patrzyłem jak jej oczy szukały czegoś daleko na horyzoncie.

„Dlaczego Ty się tam pchasz?”

Moja Mama zapytała mnie po co się pcham na Ukrainę? I to jest dobre pytanie. Bardzo dobre pytanie.

W szkole średniej moja wychowawczyni, która uczyła języka polskiego opowiedziała taką historię, która tak mocno utkwiła mi w głowie, że do dziś czuję jej skutki. Nie pamiętam czy to była lekcja wychowawcza, ale była to historia o jednym z uczniów, znanego z imienia i nazwiska, który w ostatniej klasie, tej maturalnej, spakował plecak i pojechał do Iranu (lub Pakistanu) gdzie miało miejsce wielkie trzęsienie ziemii. Czuł, że musi tam pojechać z aparatem i dokumentować to. Wrócił, a nauczyciele pomogli mu przygotować i zdać egzamin maturalny. Dziś jest szefem jednego z działów dużej agencji informacyjnej.

Długo myślałem o tej historii. Do dziś o tym myślę, a minęło od tamtej lekcji jakieś 20 lat. Za kilka miesięcy skończę 40 lat i zadaję sobie pytanie czy z tej historii wyciągnąłem jakieś wniosek, wnioski. I muszę się przed samym sobą przyznać, że poniekąd tak. Niestety życie człowieka to zbiór setek rzeczy które pozwalają mu na pewne rzeczy lub też go totalnie blokują. Tym głównym czynnikiem jest forsa, ale przecież nie musi być jej dużo by robić ważne rzeczy. I od lat mówię sobie, że wnioskiem z tej historii jest to, że narzuciłem sobie jakieś wewnętrzne poczucie, że chciałbym robić rzeczy ważne.

Drugą rzeczą dla których „pcham się” na Ukrainę jest to, że chcę na własnej skórze poczuć to z czym borykają się Ci ludzie. Chcę zrozumieć całym sobą dlaczego trzeba o nich mówić i dlaczego nie można o tym zapomnieć.

Czy się boję? Oczywiście, że tak, ale czym jest strach w porównaniu do tego, że niektórzy nie mogą się ot tak go wyłączyć, oni muszą tu żyć, oni chcą tu żyć.

Alarm!

W poniedziałek rozległ się alarm przeciwlotniczy.

W aplikacji Telegram, gdzie śledzę wiadomości z Ukrainy, płyną informacje, że właśnie rozpoczął się kolejny atak rakietowy. Rosja wystrzeliła 69 rakiet z czego tylko 9 gdzieś doleciało. 60 zostało strąconych przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Siedziałem w jednej z moich ulubionych restauracji we Lwowie. Piłem czaj, czekałem na koniec.

Potem razem z moim przyjacielem poszliśmy odwiedzić Andrzeja. Wojskowego, którego zawsze chciałem poznać. Z frontu przyjechał na kilka dni do Lwowa. Rozmawialiśmy o wszystkim, na koniec w podziękowaniu za pomoc (Andrzej był beneficjentem mojej zbiórki), podarował mi elementy ruskich bomb. Sowiecki blok z tymi pięknymi betonowymi zabudowaniami klatki schodowej. To im się udało.

Pijemy czaj, alarm się skończył i zgasło światło. Zrobiło się totalnie ciemno. Cała dzielnica zgasła. Wyjąłem aparat i zrobiłem jedną z najważniejszych fotografii podczas tego wyjazdu, a i jedną w dotyczasowym życiu. Ciemność przedzierana przez jadący samochód.

Czasem tak mam, że sobie coś wyobrażę i raz udaje się to zrobić.

Nazar tęskni za Julią

Kierowca Ubera wiezie mnie na południe Lwowa. Jest cicho, a za oknem robi się ciemno. Cała dzielnica bez prądu. Okrutne, ale piękne blokowiska. Tam gdzie chodzą generatory, tam jest światło. Stoję na chodniku, widzę jak ludzie świecą telefonami i latarkami, szukają swojej drogi, a ja stoję. Podchodzi do mnie ktoś i świeci mi w tym wojennym mroku prosto w twarz: Saszka?

Kobieta przeprosiła i z uśmiechem znikła gdzieś w osiedlowej uliczce. Schody. Bo winda nie działa. Jest ciemno. Jest na prawdę ciemno, trudno sobie wyobrazić, a może i łatwo, ale gdy to się dzieje, trudno się odnaleźć w tym mroku.

Siedzimy przy stole, jemy zupę, żartujemy. Nazara poznałem w kwietniu kiedy jechałem z Przemyśla do Lwowa. Nim dojechaliśmy do Lwowa ja już wiedziałem, że ta znajomość nie skończy się na tym, że Nazar podrzuci mnie do hotelu. Gdyby nie wojna, nigdy byśmy się nie poznali.

Kiedy tak Nazar jadł zupę, oświetlony jedynie świeczkami, wyjąłem aparat i zrobiłem mu kilka zdjęć. Potem znów było śmiesznie, było smutno, dużo historii. Ja do niego mówię po polsku, on do mnie po ukraińsku. Jesteśmy dowodem na to, że chodź wielu ludzi chce nas dzielić, to potrafimy i możemy być przyjaznymi narodami. Czasem paszport czy inny język nie ma żadnego znaczenia.

Nazar opowiada o żonie i dzieciach, kiedy zaczęła się wojna, wywiózł ich do Tarnowa. Ich rozłąka zaraz będzie trwać 10 miesięcy. Pokazał mi albumy, a ja zasypiam w łóżku jego syna. Jest cicho, lodówka przestała działać, a jej mała lampka mówi, że zaraz zacznie robić się chłodno. Zasypiam. Nie pamiętam o czym śniłem.

Smutek w pociągu

Kiedy następnego dnia jechałem pociągiem do Kijowa, zgrałem fotografie które zrobiłem dzień wcześniej i dopiero zobaczyłem Nazara, który jadł zupę. Zrobiło mi się przykro, poczułem jakąś frustrację i niemoc. Ojciec czwórki dzieci, mąż Julii, żyje sam by jego rodzina była bezpieczna. Samotność bez prądu.

Położyłem się, zamknąłem oczy i oddałem się wibracjom pociągu. Tu było moje miejsce, mój czas. I to jest właśnie ten stan dla którego lubię być, ja właściwie namacalnie czuję, że żyję.

Podróż trwała blisko 8 godzin.

Argo Cable Car / Batumi / Gruzja [odcinek 3]

Będąc w Batumi warto skorzystać z Argo Cable Car, czyli kolejki linowej, która wywiezie nas na szczyt jednej z górek. To tutaj rozpościera się piękny widok na samo miasto, Morze Czarne i po lewej stronie naszym oczom ukaże się granica z Turcją.

Po wszystkim poszliśmy do tureckiej części miasta, można nawet powiedzieć, że to dosłownie kilka małych uliczek. Tutaj zamówiliśmy turecki czaj, a także tureckiego kebaba na talerzu. I tu wydarzyło się coś kulinarnie wyjątkowego, biorąc pod uwagę jak wielkim jestem gastroignorantem. Na talerzu wszystkie składniki by zrobić własnego kebaba i frytki. To było właśnie to co chciałem zjeść.

Przepyszne!

Gruzja po raz drugi w tym roku [odcinek 1]

To był wyjazd inny niż zwykle, dlaczego? Bo z moim młodszym bratem i to do Gruzji. Brat przez pandemię, pracę i rodzinę nie miał okazji się ruszyć dalej, dlatego też długi weekend był idealnym czasem by…pierwszy raz razem polecieć gdzieś zagranicę. Dlaczego Gruzja? To świetny kierunek ze względu na odległość, im dalej tym lepiej można się zresetować, to może nie do końca poprawne myślenie, ale myślę że się udało.

Kupiliśmy bilety i polecieliśmy z Warszawy do Kutaisi, a dalej do Batumi. Może nie jestem wielkim fanem tego miasta, ale Morze Czarne zawsze robi dobrze w głowie. Nie był to wyjazd fotograficzny, był to wyjazd dwóch braci. Szczególnie interesujące były dla mnie jego uwagi i emocje. Byliśmy już razem (z Tatą) w 2014 roku na Białorusi, ale Gruzja to nie Białoruś i całe szczęście.

W tym roku (2022) był to mój drugi wyjazd do Gruzji. Pierwszy był pod koniec lutego. Spędziłem 9 dni i podróżowałem po Gruzji, nowością dla mnie było Borjomi, które zachwyciło mnie opuszczonym sanatorium i domami dla uchodźców z Abchazji. Powrót do Gruzji jest niczym rok 2019 gdzie także byłem dwa razy.

Między lutym, a listopadem widzę ogromną różnicę. Gruzja przez inflację oraz uciekających Rosjan (ruskich w dużych ilościach) nie jest już taka tania, może precyzyjniej muszę napisać, że Batumi nie jest już takie cenowo atrakcyjne. Mimo wszystko piękne gruzińskie słońce, widok morza i kilka dni z bratem, to super sprawa, super czas. Cieszę się. Do tego udało nam się pójść na mecz lokalnej drużyny FC Dinamo Batumi, zawsze chciałem zobaczyć jakiś mecz na wschodzie.

Ten wyjazd zrobił mi smaka na kolejną podróż do Turcji. Stambuł chodzi i chodzi za mną…


Kilka praktycznych informacji (listopad 2022) o podróży do Gruzji, może się komuś przyda.

📄 Do Gruzji można wjechać na polski dowód osobisty lub paszport
🦠 Nie potrzeba żadnych covidowych certyfikatów
📄 Pamiętajcie o wykupieniu ubezpieczenia
📱 Na miejscu (np. lotnisku w Kutaisi) można kupić kartę SIM (koszt około 50 pln) lub korzystać z eSIM (np. Airalo)
🇺🇸🇷🇺 W Gruzji warto znać (podstawy) język rosyjski, młodsze osoby mówią po angielsku

✈️ Do Gruzji najłatwiej dostać się z Polski Wizzairem, ja teraz płaciłem za bilety około 400 pln
🛏️ Noclegi to koszt 80-150 pln w zależności od jakości, miejsca etc.
🚌 Na miejscu między miastami można podróżować marszrutkami (Kutaisi – Batumi 35 pln)
🚗 Po Kutaisi i Batumi korzystałem z BOLT’a bo Uber nie działał
🥟 Średnia cena za obiad to 20-40 pln, cena za jednego chinkali to 1.7 – 3 pln :)


Hoboken / Nowy Jork [6]

Ten piękny dzień zaczął się od podróży do stanu New Jersey, a właściwie do Hoboken po drugiej stronie rzeki Hudson. Dostać się tam jest prosto. Podróż kosztuje 2.75$ w jedną stronę. Warto się tam wybrać z dwóch powodów. Po pierwsze widok jest niesamowity z brzegu rzeki, natomiast jeśli będziemy mieli ochotę to warto zagłębić się w miasteczko. Jest tam spokój, a klimat może nacieszyć wzrok.

W drugiej części dnia odwiedziliśmy teren World Trade Center.

„Slavic” Nowy Jork [5]

Tego dnia miałem kilka chwil dla siebie bo Ola wybrała się zobaczyć „The FRIENDS™ Experience New York” czyli nie lada atrakcję dla fanów tego serialu. Ola to wielki fan więc miała ogrom uwag, ale myślę że fajnie zobaczyć takie miejsce które dobrze smakuje. Jednak wiem, że to jest wyborny biznes. O tym może napiszę przy okazji mojej wizyty w innym miejscu.

Ja natomiast ruszyłem zobaczyć Ukrainian Village, bo miałem jakieś dziwne wyobrażenie, wiedząc jak wygląda Greenpoint, czyli polska dzielnica w Nowym Jorku, która dziś nie jest tym co kiedyś. I tak ruszyłem, snując się po tych wąskich uliczkach i przyznam, że nie znalazłem tam nic ciekawego. Nic takiego na co liczyłem. Ot flag kilka, jakieś wlepki. Nawet ukraińskiego języka nie słyszałem.

Wcześniej jak byliśmy u naszych to odwiedziliśmy jeden z wielu polskich sklepów. To jest zawsze dziwne uczucie, że gdy przekracza się próg sklepu to od razu człowiek czuje się jak w Polsce. Za ladą kobieta, no żywcem wyjęta z PRL-u. Młoda, smutna, zmęczona. Na pytanie Oli o życie tutaj, nawet nic nie odpowiedziała. Szybko wydała resztę i znowu zamknęła się w swojej smutnej głowie. Do końca dnia jakoś to mnie męczyło i zastanawiałem co jest nie tak. Mogła przecież powiedzieć coś, tak by nie zdradzić nic ze swojego życia. Widać gównianego.

Sklep ten oferował ogrom produktów spożywczych w zaskakująco atrakcyjnych cenach jak zwykłe ceny innych towarów na ternie miasta. Kupiliśmy sobie słodycze, a paluszki zjedliśmy po powrocie do Polski bo jakoś nie było okazji by je zjeść na miejscu.

Dużo sklepów i punktów usługowych tych „polskich” szuka pracowników. Jeszcze w różnych miejscach, głównie jednak na Williamsburgu można było spotkać polskie sklepy. W jednym z nich z głośników leciał Dawid Podsiadło. TO było dziwne. Serio.

Akcentów związanych z naszą ojczyzną podczas tego wyjazdu było sporo. Pomijam turystów z Polski bo ich było całkiem dużo, pamiętając w głowie poprzednie moje wizyty. Nawet raz jedna kobieta wysiadając z metra, powiedziała do mnie: dzień dobry rodacy! I wyszła uśmiechnięta. To było miłe. Nagle w głowie widziałem te pola żyta, zachodzące słońce pod koniec czerwca, Chopina grającego pod wierzbami. I tak dalej.

Wieczorny pobyt w China Town przypomniał mi mój pobyt w Chinach. Dosłownie i do dziś, mimo upływu lat nie poprawiło to moich wewnętrznych relacji do wizerunku Chińczyków. Za bardzo mnie zmęczyli wtedy.

Nowy Jork [4]

Przyznam się, że nie wiem co mam pisać do tych fotografii.