


Kilka dni temu miałem okazję fotografować 100-lecie nawiązania relacji między Polską, a Szwajcarią dla jednego z moich klientów.
[Kazachstan] Ałmaty – Astana (Nur-Sułtan)
Zabraliśmy nasze rzeczy z hotelu i taryfą ruszyliśmy na dworzec kolejowy w Ałmatach. Po południu czekał na nas nocny pociąg do Astany. Grzesiek wcześniej kupił nam bilety klasy lux. Nigdy wcześniej nie miałem okazji podróżować taką klasą. W pociągach na wschodzie można wyróżnić kilka klas. W pociągach z łóżkami są cztery klasy. Dokładnie wygląda to tak:
1 klasa (luks) – zamknięte przedziały z umywalką, po dwa łóżka w każdym
2 klasa (kupe / CB) – zamknięte przedziały, po cztery łóżka w każdym
3 klasa (plackarta) – boksy bez drzwi po 6 łóżek (4 „kupiejnyje” i 2 boczne) i 6 osób, z miejscówkami
4 klasa (obszczij) – boksy bez drzwi 6-8 osób, generalnie wagony jak klasa 3, ale bez miejscówek (siedzi się na łóżkach)

Od kiedy pamiętam kolej zawsze mi się podobała. Przez tyle lat życia udało mi się nią zrobić już kilka kilometrów. Ci którzy śledzą mojego bloga wiedzą, że w 2011 roku jechałem Koleją Transsyberyjską na trasie Irkuck – Moskwa. Przez blisko 82 godziny, pokonałem 5185 kilometrów. Pociągi dalekobieżne, nocne na wschodzie, gdzie temat jest mi doskonale znany to zawsze myśl o podróży, cieszy. Chociaż taka noc może nie jest przespana bo zamiana stabilnego łóżka na trzęsącą się pryczę jest dziwne, ale ta dziwność jest przyjemna.
Nasz pociąg relacji Ałmaty – Astana (Nur-Sułtan), miał do pokonania 1200 kilometrów w 13 godzin. Każdy wagon na wschodzie ma swojego opiekuna. Naszym był młody Ali z którym miałem okazję chwilę pogadać. Do dziś widzę, że obserwuje moje zdjęcia na Instagramie. Kto wie może jak człowiek kiedyś wróci do stolicy Kazachstanu to spotka się z Alim? Podróż takim pociągiem ma swój ryt, jak stukot kolejowych kół. Na początku prowadnik sprawdza dokumenty i bilet. Mówi jaki przedział mamy zająć. Często bywa tak, że jak tylko pociąg ruszy to prowadnik zabiera bilet i oddaje go nam tuż przed stacją końcową. Porządek musi być, a odjazdem pociągu możemy sobie nastawić nasz zegarek.
Przedział klasy lux w kazachskich składach to dwa łóżka, łazienka z toaletą i prysznicem. Na początkowej konfiguracji zamiast dwóch łóżek są dwa fotele. Można poczuć się tu jak w statku kosmicznym. Gdy tylko zachce nam się spać to naciskamy przycisk i przychodzi prowadnik, który rozkłada łóżka. Trwa to może dwie minuty. W przedziale jest dużo fajnych małych udogodnień. Schodki za jednym kliknięciem, rozkładają się ze ściany i można wejść na górną pryczę.
Na dużą uwagę zasługuje tu łazienka. Tak jak pisałem miałem pierwszy raz kontakt z czymś takim. Miałem już umywalkę w przedziale, ale nie całą łazienkę. Skorzystanie ze wszystkich jej udogodnień to był mój obowiązek. Samo korzystanie z toalety jest czymś dziwnym. Po pierwsze trzęsie i organizm tego nie ogarnia bo jest absolutnie nie przyzwyczajony do tego typu atrakcji, ale da się przyzwyczaić. W podróży Transsibem było trochę inaczej. Przy długiej podróży organizm się przestawia i jest bardziej otwarty na nowe doznania. Zresztą tamta podróż mnie bardzo zmieniła, rzecz jasna w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Tuż obok naszego przedziału był lokalny Wars. Przedział wagonu otwiera się specjalną kartą z dziurkami. Można zatem bez stresu zostawić graty i ruszyć na wycieczkę po pociągu czy do restauracyjnego. W Ałmatach było około 7-8 stopni. Gdy do przedziału wrócił Szymon, zajął górną pryczę. Za wybór miejsc odpowiedzialna była moneta, która w rzucie zadecydowała kto gdzie śpi. Przyznam, że w takim wypadku i góra i dół była fajna. W przypadku gdy będziecie mieli opcję wyboru, dół bywa lepszym rozwiązaniem. Po pierwsze można siedzieć, a nie wisieć po drugie w klasie kupe i placek, bagaż można chować pod łóżko do skrzyni. Nocą śpi się na swoim. Gdyby ktoś chciał nam coś podebrać to musiałby nas podrzucić.
Zasnąłem z trudnem. To wina tego, że dawno nie podróżowałem nocą sypialnym. Ostatni raz była to podróż Kijów – Lwów, jesienią 2015 roku. Za każdym razem gdy pociąg się zatrzymywał to człowiek się wybudzał. Im bliżej Astany tym temperatura spadała. Gdzieś na trasie pojawił się nawet śnieg. Nad ranem spało się już dobrze, ale świadomość, że trzeba wstawać nie była zachwycająca. To był też dobry moment by wstać i się wykąpać. Poczułem się jak Danielukov. Sowiecki kosmonauta lata 80-tych. Kąpiel to prawdziwa uczta dla ciała, ale dla głowy to kolejny element fermentu? Dlaczego? Bo po nocnej podróży człowiek wysiada czysty…frapujące uczucie! Nowe! Chyba wszystko czuliśmy to samo.
Stacja Astana, a dziś Nur-Sułtan. Dosłownie kilka dni po naszym powrocie Prezydent Nursułtan Nazarbajew podał się do dymisji (nazwijmy to tak) i władze Astany zmieniły nazwę na Nur-Sułtan. A co, kto im zabroni? Przywitał nas mróz. Mój elektryczny termometr wskazywał -10, może -14. Było cholernie zimno. Chcieliśmy na stacji zostawić nasze plecaki i ruszyć na zwiedzanie miasta. Wieczorem czekał nas lot Astana – Budapeszt. Pani z przechowalni powiedziała, że się nie da. Co się nie da? Zostawić bagaży jeśli nie mamy biletu kolejowego. No to kupiliśmy bilety do Karagandy po 6 zł od osoby i Pani przyjęła nasz bagaż. Na dole w tej zimnicy północnego Kazachstanu czekał na nas kierowca, który z zepsutym prędkościomierzem (pokazywał 220km/h) zawiózł nas do centrum.
Cieszyłem się, że tu jestem. Tak szczerze. Pierwszym celem było centrum handlowe Khan Shatyr, które wyglądało jak wielki namiot. Byliśmy tymi, którzy z tłumem pierwszych klientów czekali na wejście. Chłopaki zjedli śniadanie i wypiliśmy czaj. Ja jadłem tyrolską. Specjalnie na ten moment trzymałem ją tyle kilometrów. Była pyszna. Bo ona smakuje tylko w drodze. Daleko od domu.
Ten dzień spędziliśmy na głównym bulwarze Astany, bulwarze Nurzhol. Hmmmm….ciężko mi opisać dokładnie co czułem. Przerysowane miasto, pełne nowych wieżowców i całej plejady kiczowatego gustu. Wszystko zakończone majestatycznym Pałacem Prezydenckim. Po środku wieża Bäjterek. 105 metrów. Projektantem był Norman Foster, znany jako autor kilku fajnych miejsc m.in. w Warszawie. Sama wieża jest fotogeniczna, ciekawa, strzelista. Pasowała do tego całego kiczowatego krajobrazu i chciałbym tu wrócić za ciepłych dni. Jeden dzień w Astanie to może być trochę za mało, ale może właśnie ograniczona ilość godzin w danym miejscu, pozwoli nam pozostawić taki smak na dłużej? Jakieś niedopowiedzenia, które za drugim razem burzą nam ten piękny sen, wyobrażenie? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, które często sobie zadaję.
Przed podróżą na lotnisko odwiedziliśmy uzbecką knajpę i ruszyliśmy na nasz wieczorny lot do Budapesztu. Tak zaczął się nasz powrót do Polski.
Wyjazd był wyborowy. Po pierwsze ekipa. Bez odpowiednich ludzi, kompanów czy kompana nie ma dobrej podróży. To ludzie nadają jej klimat. To oni są podczas drogi Twoją najbliższą rodziną. To w nich ma się wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Po drugie miejsca, ale o tym już opowiadają fotografie. Jestem wewnętrznie dumny z siebie, że tam byłem, że na mojej liście marzeń, odznaczyłem kolejne miejsca. Już gdzieś na horyzoncie pojawiły się rozmowy o kolejnej podróży. Ta sama ekipa i ten sam, od lat zawsze kierunek: na wschód.
Po trzecie i na sam koniec. W podróżowaniu najważniejsze tuż obok drogi jest myśl, że mamy gdzie i do kogo wrócić.

Bukareszt z Tatą

Bukareszt. Kwietniowy. Wiosenny. Inny.
Z początkiem 2017 roku byłem w Bukareszcie po raz pierwszy. Był to przystanek na trasie z Włoch do Belgii. Było strasznie zimno. Bukareszt mnie wtedy rozczarował. Z biegiem czasu rozczarowanie przeszło w dziwną chęć zobaczenia więcej, ale w głowie nie miałem myśli, że chciałbym tu wrócić. Wszystko zmieniło się w tym roku kiedy postanowiłem, że wrócę do Bukaresztu…razem z moim Tatą, który w swoim życiu mało widział, mało latał. Pomyślałem, że Bukareszt będzie dobrym celem na pewnego rodzaju, przełamanie się. Chyba się udało!
To był fajny wspólny czas. Pełen historii. Śmiechu i wielki kilometrów. Planujemy nowy wyjazd.
[Kazachstan] Ałmaty
Poprzednie wpisy:
Kierunek wschód
Warszawa – Biszkek
[Kirgistan] Biszkek – Tamga
[Kirgistan] Tamga – Tamczy
[Kirgistan] Tamczy – Biszkek
Lot Biszkek – Ałmaty był bardzo krótki. Wracając jeszcze na chwilę do samej kontroli paszportowej w Biszkeku to bardzo ciekawa sytuacja. Kiedy podałem mój paszport pogranicznikowi, on oglądał go z każdej strony. Zawołał swojego kolegę by upewnić się z jakiego jestem Państwa. To chyba tylko świadczy o tym, że turystów z Europy jest tu zdecydowanie za mało, chociaż może chłopak był świeży w swojej robocie?
Ałmaty. Kolejna pieczątka w paszporcie. Trzecia z Kazachstanu. Te pieczątki są wagę złota. Jakiś fizyczny znak odbytej podróży. Na lotnisku czekał na nas kierowca i zwiózł nas do Hotelu Kazachstan. Perełka. Pomnik. Chwila ogarnięcia się i ruszyliśmy coś zjeść. Pierożki kolejny raz. Były dobre. Jak zawsze. Wieczorna mgła, zakryła całe miasto. Pokój był na 19 piętrze. Łóżko było duże i wygodne.
O poranku śniadanie i ruszyliśmy na miasto. W lekko okrojonym składzie bo Grzesiek postanowił odespać ostatnie dni. Tego się trzymajmy. Na piechotę doszliśmy do stacji metra i kupiliśmy żetony podróżnicze. Pani w okienku nie była zadowolona. Po pierwsze musiała pracować, po drugie chyba dałem jej za wysoki nominał bo chodziła i kombinowała jak mi wydać. Po trzecie był 8 marca, a to Dzień Kobiet. Dzień wolny od pracy. Święto. Jednorazowy przejazd metrem to koszt około 80 groszy. Metro jest nowiuteńkie, chociaż ma już kilka lat. Pojechaliśmy kilka stacji by dotrzeć do jakiegoś parku w którym był…Lenin. Przy okazji wykupiłem sobie Internet. Zawsze tak robię bo ceny poza roamingiem UE to jest jakiś koszmar. Szkoda kasy. W parku były też samoloty i śmigłowiec. Na nim bawiące się dzieci. Lenin był ogromny. Sięgałem mu do kolan, a na przeciwko był jego kolega. Też bandyta i morderca, którego nazwiskiem nazwano pewne miasto w Rosji.
W Kazachstanie nie działa ogólnodostępna aplikacja Ubera. Więc Marcin szybko zainstalował Yandex Taxi i za chwilę jechaliśmy do kolejnego punktu. Wyszliśmy z założenia, że szkoda czasu na podróżowanie komunikacją, szczególnie że schemat linii metra nie jest taki super. Ten punkt to był budynek, który Szymon gdzieś wybadał na Instagramie. Typowy brutal, blok. Średniej wielkości podwórko na którym bawiły się dzieci. Kawałeczek dalej jakiś wschodni syfek, ogrodzenie. Już świeciło piękne słońce więc krajobraz był fajnym tłem do zdjęcia. Takiego z wakacji. Żartowaliśmy sobie, że tak właśnie wyglądają nasze „wakacje”, chociaż przyznam, że ostatni raz na wakacjach takich z prawdziwego zdarzenia, biorąc jako wyznacznik takie hasła jak: wycieczka, hotel, basen, drinki, ciepło, morze to byłem 9 lat temu w Turcji. Wtedy uważałem, że mi się należy po 45 dniach pracy pod Pałacem Prezydenckim. Tu ponownie zamówiliśmy Yandexa. Oczekując na transport, zagadaliśmy się z kilkoma facetami, którzy pracowali przy jakiś warsztatach. Zdziwieni, że jesteśmy turystami, a nie na biznesy przyjechali. Nie byli pierwszymi, którzy się tym dziwili.
Kok-Tobe czyli wzgórze na które można wjechać kolejką linową. Przyznam, że widok z góry jest ładny o ile traficie na dzień bez smogu. Może takie dni w Ałmatach są. Na górze festyn, diabelski młyn i jakieś inne dziadostwa. Górę zapamiętam jako miejsce, co tu kryć, które będzie mi się kojarzyć z miejscem gdzie wcześniej zjedzone śniadanie (tak podejrzewam) postanowiło opuścić moje ciało. Ja czekałem na ten moment. Byłem gotowy, po prostu. Więc skróciłem mój pobyt na wzgórzu i wróciłem do hotelu, gdzie postanowiłem do końca dnia zrobić sobie przerwę. To w sumie był dobry pomysł. Warto zwyczajnie zrobić sobie czasem przerwę. W wagoniku kolejki siedziałem cicho. Obok mnie rodzinka. Gadali żwawo po rosyjsku. Nie słuchałem ich, ale w połowie drogi Pani powiedziała do mnie, że chyba nie jestem Rosjaninem bo nie reaguje na ich rozmowę. Powiedziałem, że jestem z Polszy. I Pani się cieszyła bo czuła w sobie jakąś wygraną. Myślami byłem już w hotelu, chociaż widok za oknem przywołał w mojej głowę dwie takie kolejki. Pierwsza to ta w Batumi, a druga to w Chinach. Widoki na ziemi były podobne. Nawet miałem wrażenie, że światło też.
W hotelu leżałem na wielkim łóżku i oglądałem turecką telewizję gdy oczy robiły mi się ciężkie jak betony. Erdogan coś krzyczał ze sceny, już Morfeusz muskał moje ciało, kiedy dostałem wiadomość od Marcina, że są blisko hotelu w knajpie. Wybudziłem się i pomyślałem, że to dobry moment by napić się wódki. Wybór knajpy był świetny. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, ale impreza na którą trafiliśmy to był strzał w dziesiątkę. Mocno poprawiło mi to humor.
Wieczorem leżałem już w łożku. Szerokie z wygodnym materacem. Cieszyłem się, że tu jestem.

[Kirgistan] Tamczy – Biszkek

Ostatni dzień w Kirgistanie.
Rano wstałem bardzo wcześnie i umyłem głowę. Niby nic, a jednak w podróży człowiek takimi rzeczami żyje. Wszystko się z jednej strony zawęża i otwiera. Taki dziwny paradoks. Człowiek łapie ogromny dystans od tego co zostawił w domu. Podróż jest dobra na wszystko. Pozwala na pewne problemy spojrzeć w zupełnie nowy, inny sposób, niektóre z problemów nagle znajdują proste rozwiązania. Wszystko dzięki odległości, zmianie otoczenia, czasem jest to jak podróż na inną planetę. Tu też zawsze zwracam uwagę jak człowiekowi zmieniają się priorytety potrzeb. Może określenie „zezwierzęcenie” nie jest idealne, ale coś w tym jest. Pewne rzeczy przychodzą nam łatwiej, a głowa potrafi szybko przestawić się na tryb „poza domem”. Chociaż od mycia głowy nie ucieknie się tak łatwo.
Ruszyliśmy na zachód. Mieliśmy ograniczony czas bo wieczorem czekał nas lot do Ałmat w Kazachstanie. Naszym celem tego dnia oprócz wspomnianego Biszkeku, było miasto Bałykczy. To blisko 40 tysięczne miasto, chociaż absolutnie nie było tego po nim widać. Może to po prostu takie uczucie gdy zabudowa jest niska i nie widać jak dane miasto jest rozległe. Odpuściłem sobie poszukiwania poczty. Wiedziałem już, że moja tradycja wysyłania pocztówek się tu nie sprawdzi. Było mi jakoś wewnętrznie z tego powodu przykro.
Pomnik ze złotym Leninem. Dalej przy tej samej trasie Lenin na dachu.
Grzesiek podwozi nas pod tory kolejowe, za którymi widać było część portu. Mieliśmy ogromną nadzieję, że uda nam się wejść na teren portu bo na mapach satelitarnych googla było widać jakieś, jak się wtedy wydawało opuszczone statki. Teren niestety był ogrodzony, ale widok na zachód był ładniejszy. W oddali portowy żuraw i ogromna barka. Tam też ruszyliśmy. Na miejscu czekał na nas Grzesiek. Zaryzykowaliśmy i przeszliśmy przez ogrodzenie. Po chwili pojawił się przy nas jakiś mężczyzna, który zapytał co tu robimy. Po tekście, turyści z Polski, od razu pojawił się uśmiech i zdziwienie bo turyści chyba zwiedzają muzea, fotografują kwiatki czy cholera wie co. Nas fascynował żuraw. Facet powiedział, że jeśli chcemy możemy zobaczyć go z bliska. Chętnie, ale nie mieliśmy na to czasu. Ten cały widok to właśnie jeden z tych obrazów z mojej głowy.
Centrum miasta. Ruchliwa ulica przy której znajdziemy wszystko. Jakiś ładny szyld. Wchodzimy. Wybrałem do jedzenia manty (jak zawsze) i były to najlepsze manty jakie jadłem w życiu. Sama knajpka to było bardzo ruchliwe miejsce. Idealne. Można było poczuć jakiś lokalny koloryt. Tego zawsze poszukuję, tego zawsze mi gdzieś brakuje. To musi być. Bez tego podróż jest nie pełna. Jeśli latem nie czuć ciepłych płyt chodnikowych to nie ma lata. Czasem warto położyć bosą stopę na takiej płycie. Znów zamknąć oczy i czuć. Fizycznie. W erze cyfrowych doznań, jest to rzecz którą warto w sobie pielęgnować. To my pamiętamy czasy bez Internetu, zasięgu sieci komórkowej czy Netflixa. Schować telefon. Nie fotografować. Czuć.
Pod jadłodajnią zaczepiają nas ludzie i proszą by zrobić im zdjęcie. Młody chłopak z kurczakiem pyta o nazwę konta na Instagramie. Za jakiś czas śledzi nas Prezydent Kirgistanu. Takie marzenia ma ten chłopak z kurczakiem. Widać w jego oczach ogromną radość. Naciskam spust. Robię fotografie. Nic innego mnie już nie interesuje.
Ruszamy na wschód. Grzesiek robi przystanek i zalewamy nasz bak paliwem. Postanawiam skorzystać z łazienki. To taka chwila, że człowiek musi, organizm się zwyczajnie domaga. To też zasługa łazienki w naszym ostatnim noclegu. Nie czułem się tam komfortowo i to pewnie organizm do czasu…uszanował. Wchodzę do łazienki i widzę kabiny. Wszystkie kible z dziurą. Rzecz jasna dla mnie, osoby która często podróżuje na wschód to taki widok nie jest zaskoczeniem, ale ta dziura jakoś zawsze budzi mój niepokój, jakoś boję się, że mogę tam wpaść. W każdym razie by skorzystać z szaletu, rozebrałem się. Zostałem prawie tylko w butach. Zawsze mnie to bawi, śmiałem się nawet na głos. Dobrze, że szalet był pusty. Pierwszy raz tak korzystałem z kibla podczas podróży koleją transsyberyjską. Tamten wyjazd zburzył we mnie pewne blokady. To jedna z tych rzeczy, które szanuję w podróżowaniu. To czego człowiek się nauczył i co chyba najważniejsze, co zmienił w sobie. Podróże zmieniają.
Po południu docieramy na lotnisko w Biszkeku. Oddajemy samochód. W lotniskowym sklepiku widzę jedyne pamiątki z Kirgistanu. Lepsze to niż nic. Kupiłem magnesik. Kolejny. Kartki i magnesy. To jedno z moich uzależnień. Lot do Astany trwał około 20-25 minut. Najmłodszy samolot we flocie Air Astana. Czysta przyjemność. Kocham samoloty.
[Kirgistan] Tamga – Tamczy

Trzeci dzień w Kirgistanie. W planie mieliśmy zrobić 300 kilometrów i przedostać się na przeciwległą stronę jeziora Issyk-kul. Ludzie którzy opiekowali się miejscem noclegowym, rano przynieśli nam śniadanie i czaj. Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu by delektować się widokami jakie otaczały nasz mały domek. Z okien było widać wodę. Przed domkiem, budzące się razem z dniem góry Tienszan. Przed trasą stałem jeszcze chwilę i nabierałem do mojej głowy ten fascynujący widok gór. Czyste powietrze, chłód, słońce. To taki dobry moment by zwyczajnie zamknąć oczy i poczuć chwilę.
Samochód zjechał z góry i ruszyliśmy w poszukiwaniu stacji paliw oraz pomnika z Gagarinem. Paliwo wlewał nam mały chłopiec. W pełnej powadze dokończył, przyjął walutę i za chwilę wrócił z resztą. Stacja mieściła się na wysokości około 1700 metrów, a naszym celem był wodospad Barksoon, który jak się okazało jest, ale go nie ma. Nie ma bo zamarzł. Staliśmy u jego podnóża na wysokości 2300 metrów. Obok nas mały cokół z głową Jurija Gagarina. Według legend miał tu w tych rejonach odpoczywać po swoim pierwszym locie. Betonowa głowa Gagarina miała przyznam, piękny widok. Tuż za nim z desek zbity kibel.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się by sfotografować pomnik Kamaza.
Drugim naszym postojem był Karakol, zwany też Przewalskim. Miasto oddalone 200 kilometrów od granicy z Chinami. Gagarin do Chin ma bliżej bo tylko 100 kilometrów. Gdy już dojeżdżaliśmy do granic miasta, po lewej stronie tuż przed budynkiem szkoły był pomnik Lenina. Sekundę później gdy przy nim stałem, dzieci ze szkoły zaczęły bardzo interesować się naszą obecnością. To był doskonały moment by ich sfotografować na tle Lenina, a potem Szymon zrobił mi z dzieciakami zdjęcie. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do naszego celu.
Karakol. Miasto, które nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może dlatego, że było tylko krótkim przystankiem. Kolejnym kilometrem trasy. Tutaj też wydawało mi się, że w centralnym parku jest pomnik Lenina. Okazało się, że to pomnik kogoś innego. Azjatyckie rysy twarzy, nieznane mi nazwisko. Zmrużyłem oczy i widziałem w nim wodza z Korei, tej północnej. Przyznam, że trochę śmieszne jest to poszukiwanie pomników Lenina. Coś jednak aparat kolekcjonować musi. Od tego jest. Tuż za parkiem była poczta, tak mówiła nawigacja i szyld przed wejściem. W Biszkeku nie udało mi się wysłać pocztówki bo w placówce nie było ani znaczków, ani pocztówek. Pani mnie wysłała na pocztę główną, ale nie miałem na to czasu. Tutaj poczta składała się chyba z dwóch pomieszczeń. Pierwsze to poczekalnia, a za drzwiami chyba punkt właściwy. W poczekalni były tłumy. Na zewnątrz około 5-7 stopni. W środku 40. Zrezygnowałem. Przy wyjściu z ciekawości zapytałem jakiegoś młodego chłopaka gdzie jest poczta. Nie miałem pojęcia gdzie. Zatem co to był za budynek?
Postanowiliśmy też coś zjeść. Jakaś główna uliczka z hostelem. Tu w drzwiach pojawił się zagraniczny turysta. Kilka dni później w Budapeszcie, kiedy stałem przy kontroli paszportowej, okazało się że to Słowak. Zasada wyboru miejsca z jedzeniem jest zawsze podobna. Musi być tam dużo ludzi. Najlepiej lokalsi. Pani w knajpie przydzieliła nam oddzielną salę. Niczym sala VIP. Za przepierzeniem, kirgiskie seniorki właśnie pałaszowały dania obiadowe. Może któraś z Pań, właśnie miała swoje urodziny. Tyle z domysłów.
Samochód prężnie cisnął na północ, a potem odbiliśmy na zachód. Naszym ostatnim celem była mała wieś Tamczy, gdzie pierwszy raz widziałem jak psy sczepiły się tyłkami. Ten obraz pozostał mi, aż do snu. Nasz nocleg to taki, którego nigdy nie biorę pod uwagę, ale marzec to czas gdy sezon turystyczny w tych rejonach jest martwy, więc wybór jest czasami tylko taki: albo drogo, albo tanio.
Dom. Taki rozbudowany o dziwne dodatkowe pomieszczenia. W małym piecu ogień. Przed wejściem zostawiamy buty i wchodzimy do środka. Myślałem by je zabrać na noc do pokoju, ale zapomniałem o tym, na plus bo rano buty dobrze się odświeżyły. Pani zaproponowała nam, że zrobi dla nas kolację za dodatkowe wynagrodzenie. Zgodziliśmy się. Dostaliśmy do dyspozycji dwa pokoje. Trzeci służył jako jadalnia, chociaż było w nim strasznie zimno. Do tych trzech pokoi można było dostać się z przedpokoju, który miał wejście do kuchni. Przy kuchni był telewizor. Obok drzwi do pokoju dla gospodarzy. Dalej łazienka i prysznic.
Tuż przed snem zatrzymałem się przed telewizorem. Leciały jakieś kirgiskie pieśni i tańce. Poczułem, że jestem daleko od domu.
Zrobiło się chłodno.
Atlas pełen map

Zawsze opisuję pogodę. Nie wiem zupełnie dlaczego się to do mnie przeczepiło. Zawsze też opisuję widok z okna. Czy jest to tak ważne? Chyba tak bo od dawna tak właśnie mi się jawią początki każdego z wpisów na bloga.
Poleciałem do Lwowa. Dosłownie na 48 godzin. W małym plecaku miałem ubrania, notes, książkę, aparat i kable do ładowania elektrycznych rzeczy. Do tego jeszcze moje ulubione japonki za 9zł. Poprzednie mi się rozwaliły. Używałem „antygrzybów” bo tak je nazywałem i nazywam od około 2011 do 2017 roku. Ich debiut przypadł chyba na Tajlandię. Zresztą one przyczyniły się do mojego wypadku na skuterze. Do dziś zachodzę w głowę jak można było kurwa założyć japonki na skuter. Szukałem słoni. Wyzionęły ducha w Moskwie. Tam też je zostawiłem. Pomyślałem, że taki ich „podróżniczy” los.
Lwów był na granicy zimy i wiosny, ale nie miało to większego znaczenia bo leciałem spotkać się z moim kumplem Pavlo. Ostatni raz spotkaliśmy się dokładnie rok temu też we Lwowie. Pavlo i Lwów to jak imię i nazwisko. Dobrze było się spotkać, pospacerować po tym magicznym mieście. Zjeść pielmieni i napić się wiśniówki. Co ciekawe pozwoliłem sobie chwilowo na zwolnienie z mojego alkocelibatu, bo od blisko 2 lat gardzę alkoholem. Nie piję. Nie potrzebuję. Nalewka w pewnej hipisowskiej kawiarnii mnie zniszczyła. Nie sądziłem, że to może być tak dobre.
Drugiego dnia siedziałem w restauracji, a może kawiarni Atlas. Na samym rynku. W samym sercu Lwowa. Lubię to miejsce. Zamówiłem czarny czaj w dzbanku. Wyjąłem też mój czarny notes i książkę. Poczułem się jak prawdziwy podróżnik. Coś zapisałem w notesie, zacząłem rozglądać się po lokalu i układałem swoje myśli. Właśnie ta czynność to jest to co potrzebuję. Ogrom pomysłów wali jak strumień wody w mały lejek. Otwór jest zbyt mały i to dostarcza mi wielu wymyślonych problemów. Czysta głowa to jak czyste biurko. W syfie ciężko mi pracować i tworzyć.
Snułem się po rynku. Tak dobrze mi znajomym. Włożyłem ręce do kieszeni bo było mi zimno. Zapomniałem rękawiczek. Wiosna już uderza mi do głowy. Stałem na ulicy i zastanawiałem się jak spożytkować wolny czas, którego miałem o dziwo za dużo. Do hotelu miałem 6 kilometrów. Ten odcinek pokonałem z buta licząc na odkrycie nowych miejsc. Nie wyjmowałem aparatu. To był jeden z tych wyjazdów który pozwalał delektować się tym co widziałem.
Lot ze Lwowa do Warszawy trwał 40 minut. Czytałem książkę i wspominałem lądowanie samolotu w Budapeszcie. Najgorsze w życiu.
[Kirgistan] Biszkek – Tamga
Nasz plan był mocno napięty. Wszystko przez linię lotniczą, która ucięła nam 3 dni. Zmiany rozkładów lotów bywają czasem mocno irytujące.
Poranek w Biszkeku był pochmurny, ciężki i zimny. Wszystko przez brak słońca. Jakiś depresyjny klimat ogarnął widok za oknem. Do tego mgła zakrywała wszystkie budynki i podwórka. Pod hotelem jakieś bezpańskie psy szukały czegoś na śniadanie. Może zagubiły się miedzy tymi wszystkimi światami. To była dobra noc. Mocny sen zmęczonego człowieka w i po podróży. Uwielbiam takie noce gdzie urywa się film w głowie. Zamyka oczy i otwiera je 8-10 godzin później. Potem dobre śniadanie. O dziwo pojawił mocny czaj w małej filiżance. Ostatnie przygotowania. Energiczne wkładanie rzeczy do plecaka. Zawsze wykładam je na łóżku by niczego nie zapomnieć. Na jednej kupce rzeczy które mam przy sobie, na tej drugiej rzeczy które nie są mi potrzebne i lądują w plecaku.
W międzyczasie chłopaki wyskoczyli odebrać auto pod hotelem i w zasadzie byliśmy gotowi do drogi. Pierwszy dzień prawdziwej wyprawy. Już wtedy czułem, że moje zdrowie wraca do normy bo przed wyjazdem odczuwałem dziwny spadek mocy. W drodze człowiek skupia się na wielu innych rzeczach niż na sobie. Podróż czasem bywa najlepszym lekiem, chociaż wtedy człowiek „choruje” na inne dolegliwości. Droga rządzi się swoimi prawami. Bywa przyjacielem i wrogiem. To chyba jest jedna z tych najbardziej uzależniających jej elementów.
Pierwsze przekręcenie kluczyka. Stukot dwulitrowego silnika. Zapakowane bagaże, załoga gotowa. Można ruszać. Naszym pierwszym celem było opuszczone sowieckie sanatorium gdzieś niedaleko Biszkeku. Ruszyliśmy na wschód i grzecznie skręciliśmy na południe. Po blisko godzinie z kawałkiem musieliśmy odpuścić. Lokalizacja podana w necie była błędna, ale dzięki temu mogliśmy zapuścić się w takie drogi, gdzie było więcej dziur niż płaskich powierzchni. Przyznam się, że moim autem w życiu bym nie wjechał na takie drogi. Jednak nasz srebrny blaszak był gotowy na wszystko. Swoje lata miał, ale widać że nie w jedną dziurę wjechał. Miałem ochotę posłuchać lokalnego radia, ale Grzesiek, nasz kierowca z Gliwic wolał ciszę. Dla mnie muzyka w samochodzie to jak paliwo, jak prąd. Jak kawa w dalekiej trasie. Jak energetyk o drugiej w nocy, gdy siedzisz za kółkiem gdzieś na pograniczu województw. Tu w tej ciszy wszelakiej maści trzaski, umilały daleką podróż. W te miejsca gdzie w mojej głowie były czernią. I to było chyba w tym wszystkim najlepsze, najpiękniejsze i dające najwięcej siły.
Po niepowiedzeniu wróciliśmy na główną drogę w kierunku Bałykczy, miasta z którego można objechać jezioro Issyk-kul od północy i południa. My wybraliśmy właśnie jazdę od południa na wschód.
Przemierzając kirgiskie drogi można było zobaczyć jak wygląda codzienne życie mieszkańców. Można to przyrównać do czytania spisu treści w książce bo jadąc można zobaczyć tylko jakieś ułamki sekund życia. Migawki.
Był poniedziałek. W Kirgistanie było święto ich narodowej czapki zwanej kalpakiem. Żartobliwie nazywaliśmy go kołpakiem. Młodzież wiejska paradowała w małych pochodach z flagami Kirgistanu. Wszyscy dumnie z czapkami na głowach. Mieliśmy nawet okazję na chwilę się zatrzymać przy takim pochodzie. Nie mogło być inaczej. Byliśmy chyba taką samą atrakcją dla nich jak oni dla nas. Kilka fotografii i samochód jechał dalej.
Nasza szyba robiła się co raz to brudniejsza. Niby nic. Jeden ruch ręką i szyba czysta. Nic z tego. Zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji paliw i tam z pomocą identyfikatora Pani zza lady, udało się przepchać wylot spryskiwaczy. Przygoda na miarę Dakaru. Dosłownie. Emocje jak na grzybach. Do tego dużo śmiechu. Od tego w samochodzie był Marcin. Człowiek cytaty filmowe.
Im dalej w las tym krajobraz zaczął się zmieniać. Szczególnie gdy opuściliśmy małe miasteczko Tokmok i droga prowadziła wzdłuż granicy z Kazachstanem. Była prawie na wyciągnięcie ręki. Góry rosły jak grzyby po deszczu. Przyznam, że w życiu nie widziałem wielu gór. Jak miałem lat 15 to na pierwszy mój dalszy wyjazd jechałem przez Austrię i Szwajcarię. Dopiero 3 lata temu miałem okazję być na Kaukazie. I teraz w drodze przez Kirgistan, średnia wysokość gór przekraczała 3000 metrów.
Na południu jeziora był taki klimat jaki wyobrażałem sobie przy wysuszonym Jeziorze Aralskim. Droga. Piach. Góry. Gdzieś w oddali błękitna tafla jeziora Issyk-kul. Było mi strasznie ciepło. Słońce od południa rozgrzewało prawą część mojego ciała. Gdzieś w drodze kolejny pomnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945. Sierp i młot. Za chwilę pojawiła się policja, która z pobocza obserwowała co robimy. Bez żadnej reakcji.
W drodze do naszego noclegu na naszej liście miejsc były jeszcze dwa miejsca. Pierwszy to kolejny „pomnik” Lenina, drugi to kanion Skazka, który zresztą oglądaliśmy o zachodzie słońca. Przepiękne miejsce.
Po małym zamieszaniu związanym z rezerwacją naszego noclegu, ponownie ruszyliśmy w teren. Celem była potocznie zwana pasza. Posiłek. Jedzenie bez którego ciężko funkcjonować. Po przejechaniu około 15, może 20 kilometrów zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu głównej drogi i drogi do miasta. Tam gdzie na szczycie góry był „pomnik” Lenina. Podoba była tu fabryka uranu i całe miasto świeci. Za dnia i nocą. Udało się zamówić pierożki w bardzo dziwnym miejscu. Jak gdyby dom połączony z jadłodajnią. Marny czaj i całkiem dobre pierożki. Wszystko obsługiwała mała dziewczyna, a jej bracia właśnie odrabiali lekcje. Poczułem się jak w Korei Północnej. Te firany, stoły, ściany i jakieś fotografie przedstawiające lokalne widoki.
Zrobiło się ciemno, a ja wlałem odrobinę koniaku w swoje ciało. Czułem, że muszę, chociaż mialem pierwszy raz od kilku lat, ochotę napić się zimnej wódki. Szymon chciał porzucić widoki pięknego Paryża, wspomnienia z podróży po USA i swoje milion książek. Smak polskiej konserwy tyrolskiej, wydawał mu się rzeczą najpiękniejszą na świecie. Mickiewicz, Słowacki czy inne polskie rzeczy, nie były tak silne jak smak tyrolskiej. Oczami wyobraźni widziałem jak Szymon roni łzy w tęsknocie za Polską.
To był długi dzień. Nie pamiętam o czym śniłem.
Mam takie marzenie by mnie ktoś gdzieś wysłał, na jakiś temat. Zrobił z tego reportaż. Fotografie z tekstem, albo tekst z fotografiami. A w przyszłości będę pisał książkę. Mam pomysły na dwie. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że jak wyda się książkę to wszystko to co robię będzie miało jakiś sens, dostępy dla wszystkich.

Warszawa – Biszkek

Na stacji w Warszawie spotkałem Szymona. Za chwilę piliśmy gorący czaj bo nasz pociąg już na starcie złapał opóźnienie. Było jakoś tak przenikliwie zimno, a pociąg łapał jeszcze większe straty. Dlaczego pociąg? Taki był plan. Nasz lot do Astany w Kazachstanie był z Budapesztu. Do tego w Katowicach dosiadł się Marcin i Grzesiek. Cała podróż z Warszawy do Budapesztu trwała blisko 10 godzin. Polska, Czechy, Słowacja i Węgry. Pociąg jechał przez Bratysławę i Štúrovo. W tej ostatniej miejscowości w 1999 roku spędziłem letnie kolonie. Od tamtego wyjazdu nie jem papryki. Przez blisko dwa tygodnie karmili nas papryką, a z okien pokoju było widać Dunaj i Węgry. Za to w Bratysławie byłem z Olą blisko 5 miesięcy temu. Jakaś ta podróż zrobiła się sentymentalna.

W Budapeszcie mieliśmy nocleg blisko ostatniej stacji metra. Dzięki temu powstała oszczędność czasu bo z tej stacji odjeżdża autobus na lotnisko. Tuż obok lokalna restauracja z kuchnią węgierką. Ostatni taki prawie „domowy” obiad na trasie naszego wyjazdu. Zajazdowy klimat z biesiadną muzyką węgierską. Dobry klimat.
Następnego dnia ruszyliśmy autobusem na lotnisko. W drodze natrafiliśmy na szalenie miłego pracownika LOT-u, Węgra. Możliwe nawet, że to pilot jednego z samolotów LOT-u do USA. W Budapeszcie jest polski hub. Gratulacje dla polskiego przewoźnika bo takiego chama to dawno moje oczy nie widziały! Naklejka na torbie z napisem CREW nie zrobi z Ciebie Boga. Może kiedyś się jeszcze spotkamy.
Naszym przewoźnikiem był Wizzair. Bilet kosztował 360 zł w dwie strony, dlatego też to właśnie to połączenie narzuciło nam taką trasę z Europy do Azji. Sam lot trwał blisko 5 godzin z kawałkiem. Z okien było widać powoli zasypiającą Rosję. Zawsze się zastanawiam czy jak człowiek leciał 10 kilometrów nad ziemią to już był w tym kraju? W Astanie było już bardzo późno, a za oknem padał śnieg i było zimno. Przekiblowaliśmy kilka godzin w lotniskowej restauracji. Było tak pusto i cicho.
Rano wsiedliśmy do samolotu Astana – Biszkek linii Air Astana. Po blisko 25 godzinach na nogach i postoju na płycie przez kolejne 1,5 godziny miałem już serdecznie dosyć wszystkiego. Zawiniła tu pogoda bo wszystko było w śniegu. Dwie godziny później byliśmy już w Kirgistanie. Stolica, Biszkek przywitała nas słońcem i ciepłem. Ruszyliśmy do hotelu. Zmęczony ale szczęśliwy, że po blisko 50 godzinach od wyruszenia z Warszawy, udało się szczęśliwie osiągnąć pierwszy cel. Potem się okazało, że to najlepszy hotel na trasie. Prysznic staje się złotem.
Biszkek to okropne miasto. Nic tu nie ma. Serio. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek czuje się zagubiony. Jakiś plac. Sklepy. Bazar. Trafiliśmy do fajnej knajpy, gdzie zjadłem manty. Jestem wielkim fanem wszystkich pierożków. Do tego czaj. Lekki ale całkiem dobry. Tutaj co ciekawe mocna herbata nie jest popularna, a mi zwyczajnie bez tego było ciężko żyć. Wracając do stolicy Kirgistanu, Biszkek nie zaskoczył mnie kompletnie niczym. Ani pozytywnym, ani negatywnym. Miałem nawet ochotę uciekać, zapomnieć i ruszyć w nieznane. Tradycyjnie wstąpiłem na pocztę by kupić kartki pocztowe i znaczki. I tu moje zdziwienie. Ani tego, ani tego drugiego kupić zwyczajnie nie można. Jestem uzależniony od wysyłania kartek, szczególnie nawet tej jednej.
Moje oczy były ciężkie jak betony. Marzyłem o tym by wskoczyć do łóżka. Te hotelowe zawsze są jakieś dziwnie wygodne. Chwilę po godzinie 18 lokalnego czasu, urwał mi się film. Spałem 11 godzin. Rankiem czekało na nas dobre śniadanie i samochód. Szczerze to przyznam się, że każda jedna potrawa, chociaż przepyszna budziła u mnie lekką dozę stresu. Naczytałem się jak głupi, że i tak dorwie człowieka klątwa…szukam jakiegoś kirgiskiego imienia męskiego…bez znaczenia. Zwyczajnie czułem, że zmieniając florę bakteryjną gdzieś mnie dorwie zły sen Lenina. O tak Lenina! Jego macki dosięgły mnie, ale już w Kazachstanie. Mimo wszystko jak człowiek sobie coś tam założy w głowie to potem lepiej mu to przyjąć na klatę. Tak jest ze wszystkim.

Do Kazachstanu i Kirgistanu nie trzeba żadnych wiz. Finalnie podróż w jedną stronę z Warszawy do Biszkeku kosztowała nas około 500 zł od osoby (same bilety). W cenie mały bagaż podręczny i 10 kg rejestrowany. To układ idealny. Na wyjazd zabrałem plecak duży i mały. Oba bardzo lubię i się wielokrotnie sprawdziły w bojach. Sam nie wiem czy zrobić jakiś wpis albo videoblog o tym jak się spakować i nie zwariować? Co o tym sądzicie?
Klasycznie na wyjazd zabrałem mojego małego Fuji X100T oraz kamerę.
Kierunek wschód

Nim zacznę pisać o właśnie ukończonej podróży cofnę się o kilka lat. Była to chyba wiosna 2003 roku. Byłem na dwa, może trzy miesiące przed maturą. Wraz ze znajomymi zaplanowaliśmy wakacje. Wybór padł na słoneczny Krym. Byłem szczęśliwy bo zawsze chciałem przekroczyć naszą wschodnią granicę. Niestety jakoś tak los nie dawał mi na to szansy, chociaż było to na wyciągnięcie ręki. Moja Babcia mieszkała w Terespolu, a z okien było widać srebrną sztycę Twierdzy Brzeskiej. Od małego gdzieś we mnie tliła się ogromna ciekawość. Tyle razy jako dzieciak stałem nad brzegiem Bugu. Patrząc na jej drugi brzeg, chciałem po prostu ją przekroczyć. Tuż po maturze pierwszy raz udało się złamać magiczną granicę. Za chwilę od tamtego wyjazdu minie 16 lat. Przez te lata realizowałem jakąś nieznaną mi misję i to trwa nadal. Poszukiwanie w plenerze tych wszystkich obrazów, które gdzieś siedzą w głowie.
Podróżowanie na wschód uważałem za ładowanie moich gdzieś ukrytych baterii. Tu się od tych blisko 16 lat nic nie zmieniło. Ja po prostu się gdzieś wewnętrznie spełniam lecąc czy jadąc na wschód. Ci którzy myślą „wschód” widzą świątynie, kadzidełka, jogę gdzieś w lesie czy azjatycki klimat. Dla mnie „wschód” to kraje byłego Związku Radzieckiego. Przystanki autobusowe wyłożone mozaikami, witacze przy wjeździe do miast czy pomniki Leninów. Mógłbym o tym pisać tak dużo i długo, że znudzilibyście się po pierwszych stu słowach. A mi wciąż mało. Tak mało. Może dlatego, że wciąż nie znalazłem tego miejsca do którego podążam. Wiem jednak, że takowe nie istnieje. Nie stoi w jakiejś dolinie, nie ma tego na polu czy w górach. To miejsce jest w mojej głowie i składa się z setek innym małych miejsc, rzeczy, słów, muzyki, zapachów czy smaków. Właśnie kolekcjonowanie tych małych klocków sprawia tak dużo radości. W tym wszystkim cieszę się, że są ludzie którzy to rozumieją. Miło patrzeć jak nie tylko mi zaczyna bić szybciej serce na widok samolotu na jakimś cokole.
Czasem dziwię się, że ludzie z taką wielką chęcią jeżdżą do kurortów cieszyć się słońcem i drinkami wykupionymi w pakiecie all inclusive. Jeżdżą co roku w te same miejsca. To takie symboliczne miejsce i nudne. Potem przecież uświadamiam sobie, że ktoś inny może powiedzieć, że Ty to ciągle jeździsz w te miejsca gdzie jest tak zimno, brzydko. Od lat. Przestaję wtedy oceniać innych przez pryzmat swoich upodobań kierunkowych. Ten wschód cenię za to, że jest taki dziki. Czasem mało obliczalny. To mi odpowiada, chociaż nie chciałbym tam żyć. Jestem tylko gościem.
Na mojej liście są kolejne miejsca. Lista jest cholernie długa, podlegająca kompromisom i rozsądkowi. Tu moje serce się raduje, że na tej liście mogłem odznaczyć dwa kraje. Chociaż to brzydkie słowo, bardzo. Odznaczenie nie oznacza zamknięcia drogi powrotnej bo podczas każdej podróży widzi się tylko kawałeczek. Życie jest zbyt krótkie by zobaczyć wszystko. Tak się nie da. Jednak smakowanie tych małych kawałeczków buduje nam pewną całość…właśnie taką jaką szukam. Czy znajdę? Wierzę, że jednak nie. Sprzeczne to uczucia.
Wybór na wiosnę tego roku padł już kilka miesięcy wcześniej. Kirgistan i Kazachstan. W następnych wpisach opowiem Wam historię tej wspaniałej podróży.
Na fotografii znajdziecie oczywiście moją osobę i chłopaków. Złota ekipa. Przed wyjazdem kupiłem flagę Polski. Zabrałem ją ze sobą. Miejsce w dolinie Barskoona było idealne.
Moją ogromną inspiracją do podróży na wschód była i jest Barbara Włodarczyk. Tuż obok niej jest Jacek Hugo-Bader.