Północna część wyspy [Fuerteventura cz. 3]


Do pomocy wrzucam mapę północnej części wyspy. Niestety nie wszędzie da się dojechać zwykłym, niskim samochodem. To taka moja rada dla samego siebie bo wiem ile miejsc nas zablokowało. Oczywiście gdybym się niczym nie przejmował to bym pojechał, ale szkoda auta i to jeszcze nie mojego. W każdym razie jeśli tylko opuszczacie przepiękne Corralejo, możecie śmiało wybrać się do miasta pod taką samą nazwą. Miasto jest klimatyczne, ale pachnie lekkim kurortem. Potem gdy opuścicie granice miasteczka, koniecznie wyruszcie do El Cotillo, a właściwie na północ do El Toston. Przepięknej latarni morskiej. Wszędzie tam na spokojnie znajdziecie miejsce by poleżeć na plaży. Szczególnie w El Cotillo. Tylko tam uważajcie bo część plaż, oblężona jest przez stare europejskie, wyeksponowane genitalia. Mimo wszystko jest pięknie.

W drodze powrotnej krajobraz zmienia się w zupełnie inną planetę. I to jest jedna z tych rzeczy, która przyciąga i cieszy oko. Trochę Ziemia. Trochę Mars.

Skrócić zimę, czyli Fuerteventura część 1
Przepiękne piaski Corralejo [Fuerteventura cz. 2]

Przepiękne piaski Corralejo [Fuerteventura cz. 2]

Jadąc z Puerto Del Rosario na północ do Corralejo, obowiązkowo trzeba zmienić drogę FV-1 na FV-1a. Dzięki temu uda Wam się dojechać do jednego z najpiękniejszych miejsc na Fuercie. To Parque Natural de Corralejo czyli przepiękne plaże i wydmy. Można tu poczuć się jak na pustyni. Przymykałem oczy i widziałem Arizonę. Do tego woda, dużo wody. Fotografie w żaden sposób nie oddadzą uroku tego miejsca.

Park Przyrody Corralejo jest idealnym miejscem do podziwiania pustynnego piękna wyspy Fuerteventura. Ten przybrzeżny pas o szerokości 2,5 na 10,5 kilometrów, usytułowany jest w północno-wschodniej części wyspy, ma dwie części harmonicznie kontrastujące. Na północy, w pobliżu dużego ośrodka turystycznego Corralejo znajduje się największe pole wydmowe Wysp Kanaryjskich, olbrzymi teren o białym piasku, skąpany turkusowymi wodami Oceanu Atlantyckiego. Część południowa jest całkowicie odmienna: wulkaniczna w odcieniach ochry i czerwieni o nierównych i dramatycznych kształtach.

Skrócić zimę, czyli Fuerteventura część 1

Skrócić zimę, czyli Fuerteventura część 1


Od lat jestem przyzwyczajony, że w okresie jesienno-zimowo-wiosennym podróżuję. Zazwyczaj są to wyjazdy za naszą wschodnią granicę. W zeszłym roku tuż przed tym wyjazdem mieliśmy podróż do Albanii (przez Węgry, Słowację i Austrię).

Trzy lata temu pierwszy raz się „złamałem” i w środku grudnia poleciałem do ciepłego Izraela. Rok później do Aten. Potem znów w styczniu Portugalia i Ateny. To moim zdaniem świetny pomysł by skrócić sobie zimę. To jest nawet w pewien sposób uzależniające. Nie muszą to być wyjazdy długie ani drogie. Najważniejsze by złapać trochę słońca i nacieszyć się o wiele wyższą temperaturą jak w Polsce. To bardzo pozytywnie wpływa na ciało i duszę.

W zeszłym roku pomysł padł na Wyspy Kanaryjskie. Długo nie trzeba mnie namawiać na jakiś wyjazd, ale zacząłem się zastanawiać czy ciepło, woda i spokój to właśnie jest to czego chcę. Tak to było właśnie to czego chciałem, chociaż jeszcze o tym nie wiedziałem. Naczytałem się, że na Fuercie jest pełno emerytów i turystów z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. O wietrze co urywa głowę no i oczywiście, że warto się tam wybrać.

Lot z Warszawy na Fuerteventurę trwał około 5 godzin. Wylot z Modlina. Przelot Ryanair. Spakowaliśmy się jedynie w bagaż podręczny. Plecak do 10 kg. Kiedy wsiadaliśmy do samolotu było -12°C. Na miejscu słońce i blisko +20°C. W słońcu dodałbym jeszcze z +10.

Na miejscu wynajęliśmy samochód. Miał być mały i skromny. Taki też był.  Co więcej dostaliśmy samochód lepszy niż chcieliśmy. Skorzystaliśmy z firmy Cicar, której wypożyczalnia mieści się tuż przy wyjściu z lotniska. Przyznam się, że drugi raz w życiu wypożyczałem samochód. Na Fuercie warto mieć samochód ciut wyższy z ciut mocniejszym silnikiem.

Długo zastanawialiśmy się nad tym gdzie mieć bazę wypadową na Fuercie. Czy połowę wyjazdu spędzić na północy, a drugą na południu? Kompromis okazał się strzałem w 10. Cały pobyt spędziliśmy w stolicy wyspy Puerto del Rosario. To największe miasto na wyspie więc też możliwości jest najwięcej. Ponieważ nasz pobyt był dłuższy jak 2 dni to w grę wchodziło tylko wynajęcie mieszkania z kuchnią. W PdR jest jedyny Lidl na wyspie. To też mnie zaskoczyło bo spodziewałem się wysokich cen. Okazało się, że ceny w Lidlu są jakieś 5-10% większe jak w Polsce. Korzystając z karty Revolut, mogłem kontrolować wszystkie wydatki. Okazało się, że żywiąc się w domu, wydawaliśmy dziennie 30-40zł. To jest ogromny plus bo miejsce gdzie można wypocząć i mało wydać, to dla mnie miejsce o dużej wartości. Do tego dodam najważniejsze. Fuerteventura to przepiękna wyspa!

Jeśli ciekawi Was ile kosztował nas wyjazd to wygląda to mniej więcej tak:
✈️ Warszawa Modlin – Fuerteventura – Warszawa Modlin
? Samochód (+ 1,5 baku paliwa)
? Mieszkanie (7 nocy)
? Ubezpiecznie
? Życie (jedzenie, zakupy etc.)
1500 zł od osoby

Wyspa sama w sobie jest mała. Wszędzie jest blisko. To jej ogromny plus. Jeśli ktoś nie może żyć bez szybkiej jazdy to tu nie poszaleje, a niektóre kręte odcinki powodują szybsze bicie serca. Po jednej stronie ogromne fale, po drugiej spokojne morze. Podczas naszego grudniowego pobytu ani razu nie padało, codziennie było słonecznie i ciepło. Planujemy tam wrócić w większym składzie.

Teraz jednak gdy za warszawskim oknem sączy się lutowy deszcz, będę Was napastował fotografiami.

Słoneczne Batumi


Było jeszcze ciemno. Metrem ruszyliśmy na główny dworzec w Tbilisi. Tam czekał na nas najnowocześniejszy pociąg w Gruzji, który zabrał nas do Batumi. Zawsze tam gdzie sieć kolejowa cieszy się dużą popularnością, a sama nie jest rozwinięta i jesteście na wschodzie, to zawsze warto wcześniej kupić bilet na interesujący Was pociąg. Jeśli tego nie zrobicie to zwyczajnie biletów może nie być.

Bilet Tbilisi – Batumi kosztował 35 zł, a sam pociąg jechał blisko 5 godzin. Czy to długo? Nie. Pociąg nocny jedzie dwa razy dłużej. Kilka minut po dwunastej byliśmy już na miejscu. Sama podróż pociągiem była wizualnie szalenie miła, bo po obu stronach było można zobaczyć wysokie góry. Tak jak w przypadku mojego latania tanimi liniami, tak tu w pociągu miałem podobne odczucie, że wiele osób pierwszy raz jechało tak nowym pociągiem. Szczególnie grupka młodych mężczyzn, którzy przeżywali podróż jak gdyby była to podróż na księżyc. Po blisko 3,5h jazdy, na pierwszym przystanku, połowa pociągu wyskoczyła na papierosa.

Stacja kolejowa w Batumi nie jest w centrum miasta. Można do niego dostać się autobusem i taryfą. Autobus to koszt około 50 groszy. Nie jest to może blisko, ale już z dworca widać całe miasto. Nie warto zatem iść na piechotę.

Batumi poza sezonem wydaje się fajnym miejscem na spędzenie tu kilku chwil. My zdecydowaliśmy się na dwa. Byłem już w Batumi w maju 2016 przy okazji mojej pierwszej wizyty w Gruzji. Było wtedy bardzo ciepło i było bardzo dużo ludzi.

Mieliśmy nocleg na 27 piętrze w wynajętym mieszkaniu w nowym budynku. Widok był świetny. Po jednej stronie morze, po drugiej góry. Wszystko przywalone nowo powstającymi budynkami. Przez te blisko trzy lata wiele tu się zmieniło. Miasto rośnie w górę. Bardzo szybko. Z klatki schodowej było widać Turcję i lądujące samoloty.

Samo miasto składa się w dwóch części. Starej i nowe. Ta stara jest niska, nowa wysoka. Mam wrażenie, że miasto to jedynie zbiór hoteli, mieszkań do wynajęcia i portu. Wszystko w otoczeniu długiego bulwaru, które „prawie” od granicy z Turcją rozpoczyna się bulwarem im. Lecha i Marii Kaczyńskich. Przyznam się szczerze, że tam nie nie dotarliśmy. Może uda mi się za trzecim razem.

Dla Gruzinów Kaczyński jest kimś szalenie ważnym za to co zrobił dla Gruzji. Oni nie wiedzą jaki był dla Polski. To ich zwyczajnie nie interesuje. Zrobił dużo dobrego dla nich i to jest najważniejsze. W Tbilisi też ma swoje miejsce.

Tego dnia do Batumi przypłyną amerykański niszczyciel USS Donald Cook. Kawał statku. Przyznam, że pierwszy raz z bliska miałem okazję oglądać taką maszynę. Wszystko po to by pograć Ruskim* na nosie. Widok amerykańskiej flagi na żywo, zawsze wzbudza we mnie tęsknotę za USA. To chyba jedyne Państwo gdzie mógłbym mieszkać poza ukochaną Polską.

Te dwa dni w Batumi były świetne i jeśli ktoś zastanawia się czy tu przyjechać to odpowiadam, że warto. Może plaże nie są przepiękne, ale… :)

*) Dzielę ludzi w Rosji na Rosjan i Ruskich. Tych drugich nie szanuję.

Powrót do Tbilisi


Pamiętam jak czekałem na samolot do Warszawy na lotnisku w Tbilisi. Leżałem pod ruchomymi schodami na sztucznej trawie i już w głowie planowałem powrót. Był maj 2016 roku. Tego dnia padał deszcz.

I tak w styczniu 2019 roku samolot wylądował w Kutaisi /Wizzair/ gdzie czekał na nas autobus do Tbilisi. Po blisko 3-4 godzinach byliśmy w naszym hotelu. Chociaż bardziej to jak hostel z łazienkami w pokojach, ale lokalizacja świetna. Podwórko już samo w sobie zrobiło klimacik. Zresztą klimacik to słowo, które kojarzy mi się z całą Gruzją. Plan na wyjazd był prosty. Tbilisi, a w praniu wyszło, że także Batumi i oczywiście Kutaisi skąd wracaliśmy do Warszawy.

Tbilisi w kilku słowach to ciekawe miasto, pełne dobrej energii. Mimo styczniowej aury, bardzo miło było spacerować po wąskich uliczkach, oglądać magiczne gruzińskie podwórka i ponownie zjeść chinkali, gruzińskie pierożki. Dla miłośników jedzenia to nie pierożki, a kołduny. Wypełnione mięsem, a wszystko w gorącym przepysznym bulionie. Są też warianty z ziemniakami lub serem. 10 na 10!

Na moim Instagramie zrobiłem ankietę z pytaniem czy ktoś z Was był w Gruzji. Na 160 osób 130 odpowiedziało na NIE, reszta na TAK. To w sumie fajnie bo wiele osób zwyczajnie ma przed sobą fajną przygodę, oczywiście pod warunkiem, że takie klimaty im pasują.

Wyjazd na 7 dni do Gruzji kosztował nas 950 zł od osoby. W tej cenie są przeloty, transport, noclegi, ubezpieczenie, jedzenie i wszystko to co jest na miejscu ważne. Gruzja pod tym względem jest miejscem szalenie dobrym na ograniczone budżety. To też powód, że śmiało można tu wrócić. Góry i morze. Zabytki, dobre jedzenie, mili ludzie. Dużo miejsc do fotografowania. No i wino…ale ja nie piję alkoholu.

Pisząc ten wpis wiem, że to nie ostatni mój pobyt w Gruzji.

Bratysława

Bratysława. Byłem tu pierwszy raz i muszę powiedzieć, że szalenie miło się zaskoczyłem. To idealne miasto na weekend. Nie jest duże i dzięki temu można poczuć się tu trochę jak w domu. Przyjaźnie i kameralnie. To także dobry punkt wypadowy do Wiednia i z tego też skorzystaliśmy. Może następnym razem pogoda będzie bardziej przyjazna :)

Cześć Tirana, cześć Albania!

Zabraliśmy nasze rzeczy i ruszyliśmy na prowizoryczny dworzec autobusowy w centrum Szkodry. Tak ruszyliśmy w podróż do Tirany. Nasz nocleg mieścił się w samym centrum miasta. Najlepszy jaki mieliśmy podczas całej podróży więc postanowiliśmy zwyczajnie odpocząć bo następny dzień zapowiadał się szalenie długi. W planach mieliśmy lot z Tirany do Budapesztu, tam kilka godzin na lotnisku (w nocy) i z samego rana autobus do Bratysławy. Do tego prognozy pogody były masakryczne.

Tak też się stało. Cały ostatni dzień w Albanii był pod znakiem deszczu. Dzięki temu poszliśmy zwiedzać jeden z bunkrów, które dziś jest muzeum. Bardzo ciekawe doznanie bo ja sam jestem wielkim fanem wszelakich schronów, bunkrów i rzeczy związanych silnie nie tylko z drugą wojną, ale głównie z zimną wojną. Szczerze polecam.

Kiedy robiło się już ciemno wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy na lotnisko. Na dosłownie kilka minut przed rozpoczęciem boardingu, zerknąłem sobie na jedną z moich ulubionych aplikacji jaką jest Flightradar by zobaczyć gdzie jest nasz samolot. Za oknem ulewa i burza. Samolot minął nasze lotnisko i zaczął wracać skąd przyleciał. Potem wszystko wskazywało na to, że samolot będzie lądował w Skopje i tak też się stało. My już doskonale wiedzieliśmy, że dziś nie polecimy do Budapesztu, Ci wszyscy ludzie dowiedzieli się o tym kilka chwil później. To co tam się działo to były iście bałkańskie sceny dantejskie. Dziś po czasie nie da się tego tak dokładnie opisać, ale było dosłownie blisko rękoczynów. Lotnisko i linia zapewniły nam hotel. Spędziliśmy w nim może z 3 godziny. Kiedy usiedliśmy na łóżku, zapadła cisza i ciemność. Nie było prądu. Miałem wrażenie, że tak właśnie musi być. Rozśmieszyło nas to szalenie mocno.

Tuż przed południem samolot wylądował w chłodnym Budapeszcie gdzie czekał na nas autobus do Bratysławy. Cieszyłem się, że jedziemy dalej, że w pewnym sensie rozdział albański jest u mnie zakończony. Czekałem na nowe.

Szkodra (część pierwsza)


Autobus odjechał. Następny będzie za trzy godziny. Na lokalnym dworcu autobusowym jakieś zamieszanie. Tak nam się tylko zdawało. Wszystko wypełnione zapachami świeżych bananów. Jeden z kierowców tłumaczy, że autobus do Szkodry będzie po godzinie trzynastej. O tej samej godzinie będzie także pociąg, jeden z nielicznych w tym kraju. Kolejny kierowca małego busika pyta raz jeszcze gdzie chcemy jechać. Na początku wstukał w swój kalkulator cenę z kosmosu, po telefonicznej negocjacji z jego kolegą w języku angielskim, cena spadła diametralnie. Kierowca nawet nie był zadowolony, że tamten zaproponował cenę poniżej minimum. Plus dla nas. Kiedy tylko autobus wypełnił się pasażerami, kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce i kaput. Po blisko trzech kwadransach reanimacji trupa udało się ruszyć w trasę. Do Szkodry nie jest daleko jak na polskie drogi, ale w Albanii wszędzie jest daleko. Okazało się, że gdzieś w trasie kierowca nas wysadził i wsadził do innego samochodu. Tutaj w radio sączyła się skoczna muzyka. Kierowca czekał aż znów zapełni się siedzenia. Było już czuć zmianę pogody. Robiło się chłodno.

Wiedzieliśmy kiedy przyjechać. W Szkodrze odbywał się mecz Albania – Szkocja. Jak się okazało po poprawnej rezerwacji noclegu, pocałowaliśmy klamkę. Recepcjonista wzruszał tylko ramionami, ale dosłownie za chwilę zjawił się właściciel małego hoteliku, który szybko załagodził sytuację i zawiózł nas do hotelu obok. To takie miejsce noclegowe dla księży. Dostaliśmy banany i właściciel zaproponował nam, że następnego dnia zawiezie nas gdzie chcemy i pokaże nam okolice. Nie skorzystaliśmy z tego, ale bardzo miło z jego strony.

Fajnie było patrzeć na szkockich kibiców. Tu albańska grupa przechadzała się główną uliczką ichniejszego centrum chociaż lepiej określić to mianem starówki, a potem kibice ze Szkocji. Postanowiliśmy gdzieś schować się na jakiś obiadek, padło na nieśmiertelną pizzę.

Albania przegrała mecz. W pokoju było chłodno.

Durrës

Podróż z Tirany do Durres to idealny przykład na to jak działa transport w Albanii. Oczywiście ten międzymiastowy. Do Durres można dostać się na trzy sposoby. Zacznę od najmniej ekonomicznego czyli taksówką. Potem mamy autobus, a na szarym końcu pociąg. Generalnie sieć połączeń kolejowych w Albanii jest mizerna. Pociągi są w opłakanym stanie, ale są najtańsze. Kursują rzadko i ten rodzaj transportu sobie odpuściliśmy. W zależności od kierunku w jakim chcemy się przemieszczać, jesteśmy zmuszeni do wybrania odpowiedniego dworca w różnych częściach miasta. Dworzec autobusowy na północ leży na tej samej ulicy co dworzec autobusowy dla zachodnich kierunków.

Cel podróży każdego autobusu widnieje na jego froncie. Wsiadamy, zajmujemy miejsce i czekamy. Autobusy nie mają stałych rozkładów jazdy. Autobus odjeżdżają wtedy kiedy zbierze się odpowiednia ilość pasażerów. Zazwyczaj jak większość siedzeń będzie zajęta. Jest to w pewien sposób bardzo mądre podejście, ale dzięki temu nie mamy pewności kiedy odjedziemy.

Generalnie dworzec autobusowy wyglądał jak mały parking z dużymi autokarami, które mocno lawirowały by wydostać się z dworca. Wyglądało to jak wkładanie dużych drewnianych klocków do małego pudełka. Podróż sama w sobie było zwykła.

Durres to spore miasto jak na Albanię. Port, plaże, hotele, domy mieszkalne i promenada wypełniona całym dziadowskim asortymentem rozrywkowo-usługowo-spożywczym. Z jadącego autobusu miejskiego można było podziwiać morze i szereg dziwnych budynków.

Nasze miejsce na dwie noce zarezerwowaliśmy sobie będą jeszcze w Polsce. Ponownie było to mieszkanie. Koniecznie z pralką ponieważ nasz bagaż był ograniczony i trzeba było odświeżyć tkaniny. Z kanapy w dużym pokoju był widok na plaże i morze. Wszystko w odległości dosłownie kilku metrów. Do tego piękny zachód słońca, który rozświetlał port.

Okolica naszego lokalu zasługuje na kilka słów. Było tak fajnie pusto. Długa ulica, równoległa do linii brzegu. Jakieś półczynne knajpki, głośnik z muzyką na pustej plaży. Obok zwykłe bloki mieszkalne w stylu początku nowej ery lat 2000. Trochę już bijące slamsami, a pod nimi trzy kopułki. Trzy bunkry, czopki betonowe.

Bunkry to część Albanii. I to bardzo ważna jej część. Enver Hodża, dyktator ze swoimi koszmarnymi snami w głowie, bał się ataku złych na jego kraj i zainspirowany wojną w Wietnamie, nakazał budowę małych bunkrów na terenie całego kraju. Jedne dane mówią, że tych czopków jest blisko pół miliona, inne mówią aż o 800 tysiącach. Do tych już nie dało się wejść bo były zasypane śmieciami i piaskiem. W takim bunkrze może od biedy wejść kilka osób, ale nie będzie to komfortowe. Jadąc autobusem można było też na horyzoncie zobaczyć większe bunkry. Najbardziej ciekawe są te w Tiranie, które należały do władzy. Podziemne, przeciwatomowe.

Wieczorem w telewizji leciał jakiś stary film o młodych pilotach odrzutowych samolotów. Dobry klimat.

Tirana. Stolica w cieniu Hodży.















Jak to ugryźć? Takie miałem myśli przed podróżą do Albanii, przed wybraniem jej jako cel podróży. Nie będę ukrywał, że Albania była czarną dziurą na mojej mapie świadomości. Wiedziałem gdzie leży, jaka jest jej stolica, że są jakieś bunkry, ale nie wiedziałem dlaczego i żyłem w przekonaniu, że Albania była częścią Jugosławii. Nie była.

Tuż po zakupie biletu na lot Budapeszt – Tirana od razu trafił w moje ręce przewodnik po tym kraju. To taka książka, która czasem nie pomoże, ale staje się Twoim przyjacielem w podróży. Czymś co zawsze będzie przy Tobie. Po każdej podróży taki przewodnik to element wspomnień, zaryzykuję i powiem, że równie mocny co fotografie.

Kolejnym ważnym elementem był zakup książki Małgorzaty Rejmer – Błoto słodsze niż miód. Ta książka stała się podczas tej podróży bardzo ważnym fundamentem, który rozjaśnił mi z czym to się je, albo na co to położyć by to zjeść lub spróbować. Po wielu małych i większych podróżach oduczyłem się próby zrozumienia. Dlaczego tak się dzieje, po co etc. To nie ma sensu. Zrozumienie Albanii chyba zajęłoby zbyt wiele czasu, a współczesność krok po kroku wypiera przeszłość, która dla Albanii nie miała żaden litości. I o tym jest ta książka. Zatem jeśli planujecie się wybrać właśnie do Albanii to polecam ją każdemu.

W Internecie można było przed wyjazdem wyczytać wiele ciekawych informacji i dużo też sprzecznych danych, które powodowały lekki niepokój. Głównie związany z transportem.

Po wylądowaniu w Tiranie gdzie przywitało nas ciepło, ruszyliśmy autobusikiem do centrum miasta. Tuż obok głównej poczty czekał na nas właściciel naszego tymczasowego mieszkania. Młody, sympatyczny człowiek z zegarkiem przyszłości. Takim co nam zmierzy tętno, sprawdza pocztę i ilość kroków. Tu też nie będę owijał w bawełnę, że jestem zwolennikiem tych zegarków których może nie trzeba nakręcać, ale można poczuć jak wskazówka lekko przeskakuje co sekundę. Mieszkanie było ładne, nowe, czyste, pachnące dobrą energią. Jego fasada była zaprzeczeniem wnętrza.

Tirana nie jest dużym miastem, a jego zwiedzanie można ograniczyć do samego centrum. Nawet jeden pełny dzień w zupełności pozwoli nam nacieszyć się tym co najważniejsze.

Głównym punktem odniesienia jest Plac Skanderbega. Podczas naszego pobytu montowali stragany i choinkę. Na placu znajduje się Narodowy Teatr Opery i Baletu, Biblioteka Narodowa i pomnik narodowego bohatera – Grzegorza Skandeberga. Do tego ogromna mozaika na budynku Narodowego Muzeum Historycznego, która najbardziej mnie zaciekawiła. Dlaczego? Mozaika według projektu Josifa Droboniku zajmuje powierzchnię 400 m.kw. i przedstawia trzynaście postaci Albańczyków z różnych okresów ich historii. To zaczątek do tego całego fundamentu jaki wyniosłem z książki.

Na tym placu przez wiele lat stał pomnik Józefa Stalina, a do 1991 roku Envera Hodży. Albańskiego dyktatora, który od 1945 do 1985 roku trzymał kraj stalową pięścią za gardła jego mieszkańców. To on zrobił tutaj Związek Radziecki plus Korea Północna w jednym. Człowiek który opętany przez swoje paranoje, odciął Albanię od reszty świata. Od blisko 30 lat Albania wraca na mapę Europy, ale ta droga będzie długa i ciężko mi powiedzieć po tym krótkim pobycie w jaką stronę to pójdzie. Tak jak to bywa w krajach z dyktaturami na czele, że gdzieś tam w sercach ludzi starej daty, zawsze będzie grała pieśń tęsknoty za ciężką ręką Hodży. Dziś można kupić z nim kubek do picia czaju czy magnesik. Można też śmiało przekroczyć brudny strumyk i wejść w dzielnicę Bloku, gdzie w środku znajduje się za niskim płotem jego była rezydencja. W czasach jego władzy zwykły śmiertelnik nie miał prawa się nawet zbliżyć do granicy tej dzielnicy.

Charakterystyczną widokówką Tirany jest też piramida z betonu. Pamiętam jak Mama pokazała mi kilka lat temu jej fotografię tuż po powrocie z wycieczki po Albanii. I to mnie zaciekawiło. Piramida to budynek piękny i brzydki, jak wszystko co brutalne i betonowe. Wybudowana już po śmierci Hodży. Miała być jego muzeum. Jednym z projektantów była jego córka. Niestety po 30 latach od udostępnienia (podobno kosztowało to fortunę) zwyczajnie niszczeje i są plany by to zburzyć.

Na rogu ulicy tuż pod naszym „domem” znajdował się Fast Food Albania, który rozpieszczał mnie kulinarnie przez wszystkie dni pobytu w tym mieście. Generalnie Albania jest krajem o cenach podobnych do naszych, chociaż większość rzeczy jest tańszych co czyni ten kraj atrakcyjnym dla turystów bardziej świadomych, takich którzy lubią podróżować i nie boją się, że nie wszystko się uda tak jak trzeba. Takich którzy lubią wkładać większy wysiłek w swoją podróż.

Albańczycy kochają trzy rzeczy (oczywiście te, które od razu da się zauważyć). Pierwsza z nich to samochody marki Mercedes. Ciekawostką jest to, że dopiero od blisko niecałych trzech dekad zwykli ludzie mogą mieć tu samochody! Dlaczego Mercedes? Bo to niemieckie auto, które jest według nich niezniszczalne, a to jest ważne gdzie w kraju nie ma dobrych dróg. Drugą rzeczą są włoskie produkty. Nawet język albański ma coś z włoskiego. Są nawet sklepy gdzie półki są wypełnione produktami z Włoch. Małe biura podróży oferują połączania tylko do Włoch. Trzecią rzeczą są ekskluzywne marki. Prawie wszystkie kobiety mają torby od Louis Vuitton, Prada, Gucci czy Michael Kors. Można te produkty kupić dosłownie w każdym kiosku czy na bazarze. Wszystko lewe. Oczywiste, chociaż mrużąc oczy czuć w powietrzu ten dobrobyt.

Tirana leży niedaleko Skopje, które miałem okazję oglądać w zeszłym roku. Muszę powiedzieć, że te miasta mają podobny klimat. Połączenie smutku, chaosu i bałkańskiej dzikości co czyni to miasto dziwnie przyciągającym.

Naszym następnym punktem w podróży była nadmorska miejscowość Durrës, oddalona o jakieś 40 kilometrów od Tirany na zachód.