Słoneczne wzgórze Likavitos

Będąc w Atenach obowiązkowo przy pięknej pogodzie warto pożegnać dzień na wzgórzu Likavitos. Warto też być tam mocno przed zachodem słońca bo można sobie zająć lepsze miejsce i dłużej delektować się widokiem całego miasta i nie tylko. Będąc dwukrotnie w Atenach, miałem okazję dwa razy obserwować jak słońce chowa się gdzieś za Salaminą. Widok robi ogromne wrażenie, szczególnie dla tych (i na mnie), którym w okresie zimowym w Polsce brakuje słońca.

To ostatni wpis ze spaceru po Atenach.

Dziękuję i pozdrawiam!

Wisła


Zima nie odpuszcza, a to jeden z tych dobrych powodów by zobaczyć piękno z wysokości. Ten rodzaj fotografowania u mnie raczkuje, ale wiem i widzę, że to jest przeogromny potencjał. Komu zresztą nie podobają się widoki z góry? Mi szalenie.

Aktualnie jestem w posiadaniu małego drona DJI Spark, który nie jest zabawką. Każdy dron poza mieszkaniem nie jest już zabawką. Z dużym respektem podchodzę do wszystkiego co jest związane z lataniem i bezpieczeństwem. Spark pozwala uczyć się latać, a do tego nie potrzeba na niego żadnych zezwoleń. Mimo ich braku trzeba zawsze pamiętać o zasadach latania dronami i głowie na karku. Reszta to już czysta przyjemność.

Ateny /1/


W kilka godzin po przylocie z Portugalii, polecieliśmy do Aten. Miasta które ciężko opisać w kilku słowach. Pełne turystów, brudu, bezdomnych i ogromu słońca.

Lizbona /3/





























Ostatni dzień w Lizbonie.

W drodze nad rzekę, ruszyliśmy na bazar, nie byle jaki bo dokładnie to Targ Złodziei, słynny Feirra da Ladra na Alfamie. Można tam kupić wszystko i gdyby nie ograniczona ilość czasu i wolnego miejsca w walizce, to coś tam bym kupił. Pamiętajcie, że targ jest czynny w jakieś dni i godziny, jak nie jeden dzień w tygodniu. Dla miłośników złomu, idealne!

Lizbonę warto zobaczyć także z drugiej strony. Najszybciej i najlepiej można dostać się tam promem. Już po kilku minutach jesteśmy po drugiej stronie brzegu. To dobra okazja by pokręcić się po okolicy.

Porto i Lizbona ma u mnie duży plus. Może kiedyś tam wrócę. Teraz czas planować nowe wyjazdy.

Krynica_Kult_Kraków

Blisko 600 kilometrów pociągiem i tylko 10 godzin w przedziale w jedną stronę.

Zimowa Krynica to smak ciepłego czaju i gazowanej Kryniczanki. To także ogrom śniegu i zimna, a na deser koncert Kultu.
Gdzieś w drodze jeszcze Kraków i miejsca w których nigdy wcześniej nie byłem.

To był dobry weekend.

Lizbona /2/




























Kolejny piękny dzień w stolicy Portugalii. Ruszyliśmy z naszego „domu” trasą linii tramwajowej numer 28, która jest jednym z symboli tego miasta, ja bym nawet pokusił się, że to symbol numer jeden. Czasem tak bywa, że jeśli gdzieś się przyjeżdża to dana atrakcja, miejsce jest w remoncie. Pech chciał, że nie udało mi się zrobić wymarzonych zdjęć, ponieważ na jednym ze skrzyżowań jest…dziura, która była efektem jakiś prac remontowych. Nie wnikałem, nie pytałem, ale tramwaj omijał najpiękniejsze skręty, wąskie jak szczelina w oknie. Musiałem sobie wyobrazić jak to będzie wyglądało. To trochę jak we śnie w którym się fotografuje, a na aparacie po przebudzeniu nie ma tych wspaniałych fotografii. Można nawet powiedzieć, że nie zrobiłem ani jednego zdjęcia z żółtym tramwajem z którego byłbym zadowolony. To się chyba tak na szybko nie da, z drugiej strony…po co mi takie zdjęcia? :)

Koniecznie musiałem też zobaczyć miejsce gdzie realizowali m.in. polski film Imagine, który był chyba pierwszą wizualną podpowiedzią czym jest Lizbona. Do dziś wiele miejsc w mojej głowie jest czarna lub szara. Kolejne zrządzenie losu chciało, że właśnie dziura jest w tym miejscu gdzie główni bohaterowie popijali małą czarną. Trudno. Zawsze wtedy powtarzam sobie, że to znak, że wrócę jeszcze. Takie mamienie sobie oczu i umysłu. Na fotografii możecie zobaczyć jak zakryłem ją liśćmi. Ot taka sztuczka.

Dotarliśmy na sam dół miasta gdzie wsiedliśmy w pociąg do Belem, gdzie mieścił się Pomnik Odkrywców. Sam odkryłem go w jakimś programie Makłowicza, a tu proszę, sam spaceruję po przepięknej mozaice. Niestety bez drona nie dałoby się pokazać jak bardzo była piękna, chociaż można było wejść na mały taras na szczycie pomnika, ale cena była lekko od czapy. Sorry. A widok  to nic innego jak mapa świata z zaznaczonymi podróżami portugalskich odkrywców. To dobre miejsce by obejrzeć most 25 kwietnia (nazwany na rzecz rewolucji goździkowej, który przywrócił ład i swobody w kraju), który jest kopią tego zza wielkiej wody, czyli Golden Gate z San Francisco. Robi wrażenie!

Warto też pokręcić się w okolicy, bo dzielnica Belem oferuje kilka fajnych miejsc na spacer. Była też nawet wystawa o Józefie Piłsudskim, tuż obok Groby Nieznanego Żołnierza, który osobiście nie przypadł mi do gustu. Tam było tak ciepło, że siedzielismy sobie na jakimś murku, oblani w całości słońcem. Można było nawet zdjąć koszulę i płaszczyk. Było fajnie i oto właśnie w tym wszystkim chodzi!

 

Lizbona /1/



















Wieczorem napiłem się wina, siedziałem na hamaku i patrzyłem na całe miasto. Ja jestem człowiekiem, który nie pije alkoholu, moja głowa jest słaba. Miałem wszystko gdzieś, było mi dobrze, było prawie idealnie.

Człowiek kiedy budzi się poza krajem, szczególnie na południu, domaga się ogromu słońca i ciepła. Ten dzień taki nie był. Pogoda pokazała Lizbonę taką jaką bywa. Bez słońca z delikatnym światłem. Chociaż chmury były stosunkowo nisko to jednak było przyjemnie spacerować. Tak jak w przypadku Porto, wyznaczyliśmy sobie kilka ważnych żelaznych punktów. Lizbonę można podzielić sobie na dzielnice. Alfamę zostawiliśmy na sam koniec.

 

 

Pierwsze chwile w Lizbonie

Anna Maria Jopek – Lizbona, Moja Miłość

Lizbona, Moja Miłość

Stopy same niosą mnie
Na wzgórze Portas do Sol
Chcę znowu nasycić wzrok.
Niebo, dachy, mewy, mówią mi:
„Zostań tu, pośród nas.
Za tą rzeką dalej nie ma nic…”

To są chwile, kiedy wiem,
że jestem tu, gdzie miałam być.
A wskazówka smukłej palmy mierzy puls szczęśliwych dni.

Moja miłość ma już nowy adres: to Lizbona.
Moja miłość, wszystko czego pragnę, to Lizbona.

W Porto było pochmurno i mgliście. Podróż do Lizbony trwała około 3 godzin i 30 minut. Ichniejsze InterCity, które moim zdaniem wiele może się nauczyć od obecnych polskich składów. Ta podróż była szalenie dobra bo miałem czas by czytać książkę. Tuż po starcie z Porto, po naszej prawej stronie pojawił się ocean.

Wiele osób podczas mojej relacji na Instagramie pytało mnie o miejsce gdzie się zatrzymałem. Wyjątkowość tego miejsca polegała na jego położeniu i widoku z okna. Reszta rzeczy była normalna. Chodzi o nocleg-mieszkanie Lisbon Great View! który możecie zarezerwować na Airbnb, jeśli nigdy nie rezerwowaliście noclegu to tutaj możecie odebrać 110zł jeśli klikniecie w moje zaproszenie airbnb.pl/c/rdanieluk. Właściciel mieszkania był bardzo sympatyczny, a różne małe niedogodności rekompensował widok z okna, o którym będzie jeszcze w następnych wpisach.

Taka mała sugestia. Walizki na kółeczkach (szczególnie te ciężkie) nie są dobrym rozwiązaniem na lizbońskie uliczki gdyż wszystkie chodniki są zrobione z małych kosteczek ;)

Jutro też był dzień, szalenie aktywny!

Porto /3/ Ocean Atlantycki

Ostatni dzień w Porto to spotkanie z wielką wodą. Atlantyk jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Można tam dojechać tramwajem, a jeśli ktoś jest uparty to i można dostać się tam za pomocą nóg, ale uwierzcie mi, szkoda na to czasu. My skorzystaliśmy z opcji dojazdu do portu za pomocą metro-tramwaju bo jeśli nazwiemy metrem tramwaj, który ma stację pod dachem to nadal jest to tramwaj. Za blisko 6 złotych ocean jest przed Wami, no chyba że wykupicie bilet na tramwaj zabytkowy wtedy trzeba wyłożyć blisko dwa razy więcej.

Wcześniej jednak postanowiliśmy odwiedzić lokalny bazar Mercado do Bolhão, który mieścił się kilka minut spaceru od naszego miejsca zamieszkania. Ta klimatyczna przestrzeń wypełniona mgłą to także dobre miejsce na zakup pamiątek z podróży. Na parterze jest wiele takich stoisk gdzie możecie kupić wszystko to co jest do kupienia w miejscach pełnych turystów za połowę ceny. Jeśli jesteście zauroczeni azulejo to też rzecz jasna możecie kupić te przepiękne zdobienia kafelkowe na różnych przedmiotach. Bazary to zawsze dobre miejsce by zaoszczędzić parę €. Też proszę nie wyrobić sobie zdania, że jestem sknerą, ale mam w sobie tak zakorzenioną doktrynę DiT (Dobrze i Tanio), że czynienie oszczędności w podróży to jeden z jej elementów. Oczywiście nie na wszystkim da się coś urwać, ale jeśli piękny spacer na bazar zaowocuje nowym magnesem na moją lodówkę, a za to co zaoszczędzę mogę jechać nad ocean to właśnie jest to. DiT! :)

Port kojarzył mi się z Gdynią. Na przeciwko przystanku Mercado znajdowała się rybna hala targowa, sam nie wiem dlaczego ale takie hale i bazary mnie przyciągają, może dlatego że takie miejsca są pełne ludzi, ciekawych towarów, stworzeń i możliwości do zrobienia kilku fotografii. Po przyjęciu odpowiedniej dawki zapachu ryb ruszyliśmy na plażę. Spacer od przystanku do miejsca gdzie ocean łączy się z rzeką to blisko 5 kilometrów. Muszę przyznać, że ta droga wydawała mi się strasznie długa, a ilość przystanków na smakowanie widoków bardzo wydłużyła nasz spacer. Coś magicznego jest w horyzoncie wody, szczególnie tak dużej. Po drugiej stronie Ameryka. Jedyne miejsce poza Polską gdzie mógłbym żyć.

Góry i woda dają spokój, nawet jeśli wzburzone są fale oceanu. Miałem dziwne wrażenie, że ten spokój udziela się wszystkim. W parku blisko linii tramwajowej mieściła się publiczna toaleta. Po jednej stronie męska, po drugiej od strony rzeki damska. Wejście do jej wnętrza było podróżą w czasie i miejscu. Nie napiszę gdzie i kiedy, bo to trochę trudne, ale niech będą to lata 50-te, chociaż przyznam, że nie mam pojęcia jak one wyglądały właśnie tutaj w Portugalii. Po wyjściu z mojej kabiny, na środku pomieszczenia łączącego wejście do budynku z umywalką i wejściem do innych kabin, mieścił się pisuar, taki wysoki gdzie kilku Panów jednocześnie może oddawać mocz (co za słowo!). Przy pisuarze stał starszy mężczyzna, który gdy mnie zobaczył spojrzał na mnie. W jego ustach było pełno dymu z cygara, które trzymał w prawej dłoni, a lewą trzymał swój interes. Nie patrzę nigdy w męskich toaletach na facetów którzy sikają, bo sam tego nie lubię, męska część moich czytelników chyba wie o czym mówię, ale ta scena była jak film! Jakiś spokój wypełnił całe to pomieszczenie, a ja po wyjściu poczułem wewnętrzną ulgę i spokój. Czułem, że odpoczywam mimo kilometrów w nogach.

Zabytkowy tramwaj linii numer 1, zawiózł nas do Riberii, gdzie zakończyliśmy spacer słuchając muzyki nad brzegiem rzeki. Ogromna ilość słońca, jaką przyjąłem czyniła mnie tak nasyconym, że miałem ochotę zwyczajnie położyć się na ławce i zasnąć…

Następnego dnia czekał na nas pociąg do Lizbony.