Jeszcze 5 minut


Jeszcze dosłownie 5 minut więcej snu, jeszcze chwila i będę miał czas na swoje sprawy. Na nadrobienie wielu miesięcy dla wielu małych i dużych spraw. Na horyzoncie równie dobry okres roku.

Ostatnio ciągle w drodze, siedem dni pracy w tygodniu.

Wczoraj rano sfotografowałem moje łóżko po piątkowej pracy. Potem wsiadłem w samochód i pojechałem do Czech. Będąc tak blisko nie mogłem sobie zwyczajnie odmówić.

Cierpliwości.

Mediolan (część pierwsza)














Od czego by tu zacząć. Dosyć długo przed określeniem trasy zastanawialiśmy się jak przedostać się do Wenecji, gdzie mieliśmy samolot do Krakowa. Kombinowaliśmy przeogromnie, ale jednak wybór padł na trasę Genua – Mediolan – Wenecja. Czas zweryfikował nasze pomysły. Będąc Genui kupiliśmy bilet do Mediolanu. Od razu też wyszukaliśmy jakiś całkiem sensowny nocleg. Plan był ambitny bo chcieliśmy spędzić tylko jedną noc w Mediolanie, a potem zrobić sobie 48h bez snu. Wygoda i już zmęczenie intensywnością podróży (miły stan choć…) zadecydowały o zostaniu na następną noc w tym jak, że modnym mieście.

Nasz pierwszy nocleg mieścił się szalenie blisko dworca, który wewnątrz był okupowany przez pasażerów, a na placu przed, przez czarnoskórych imigrantów ekonomicznych. Ten plac powróci w innym wpisie. Bardzo lubię otwierać hotelowe drzwi i odkrywać ich pokoje. Im ładniej tym uśmiech na mojej buzi większy. Oczywiście są też takie miejsca, gdzie im gorzej tym lepiej, ale tutaj było tak jak powinno być. Przed hotelem był znak informujący, że we wtorki i czwartki nie wolno parkować rano. I to była zapowiedź następnego dnia. Od bladego świtu rozstawiał się tam cholerny bazar! Koniec snu, koniec marzeń sennych. Cały blady świt przesiedziałem na tarasie z którego obserwowałem jak setka straganów w huku stawia się do pionu. Zresztą Włochy kojarzą mi się z hałasem, a niestety moje magiczne zatyczki zostawiałem w Polsce. Oj strasznie byłem zły. Nie ma nic gorsze jak wygodne łóżko od którego musisz się oderwać…tu, tam, w domu. Nie ma znaczenia…

Rano też musieliśmy opuścić to urokliwe miejsce, nasz następny hotel mieścił się jakieś 8 minut spaceru. Co ciekawe była to już dzielnica afrykańsko-azjatycka. Pokoik skromny. Można by powiedzieć, ze im dalej w las tym nasze noclegi były biedniejsze (chociaż cena rosnąca). Ważne że była łazienka i duże łóżko. Widok z okna też budził wiele emocji.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Genua (część druga)























Tego dnia kupiliśmy od razu bilety do Mediolanu na następny dzień. Zostało nam całe popołudnie i wieczór by delektować się kolorytem tego miasta. To pierwsze miasto na naszej drodze gdzie zrobiło się pochmurno.

Genua (część pierwsza)

Klasycznie.

Obudziliśmy się bladym świtem i pojechaliśmy na lotnisko. Tam czekał na nas autobus do Genui. Podróż trwała około 2,5 godziny bo wybraliśmy opcję droższą, czyli szybszą. Widoki robiły wrażenie (podobnie jak w drodze z Nicei do Monako). Zawsze jak widać morze to widok robi robotę. Granica miedzy Francją, a Włochami zaznaczyła się jedynie innymi znakami na szalenie podobnej drodze. Zakręty i tunele. W autobusie rozpościerał się fetor z łazienki.

Nasz hotel mieścił się może z 3 minuty spacerem od głównej stacji kolejowej. Wąska winda sunęła wolno, ale zdecydowanie. Za ladą recepcji w Hotelu Bernheof siedział właściciel. Duży z wielkim wąsem jak Mario. Jego Luigim była starsza kobieta, która była chyba jego żoną, ale tego nie wiem i chyba nie ma to żadnego znaczenia. Nasz pokój miał swoją prywatną łazienkę. Widok był na jakiś dziedziniec i wąski chodnik między kamienicami. Dokładnie z okna łazienki było można prawie dotknąć drugi budynek. Te charakterystyczne okiennice, zawsze przyciągają moje oko. U Maria były one plastikowe, a sam hotel był mocno wysłużony. Duży pokój z wielkim łóżkiem i małym telewizorkiem. Okazało się, że podczas całej podróży na tym łóżku spałem jak zabity.

Po małym ogarnięciu się ruszyliśmy na miasto. Samo centrum wypełnione jest wąskimi uliczkami, kolorowymi kamienicami i ogromną ilością przybyszów z Afryki. Gdzieś w oddali było widać nawet afrykańskie prostytutki, które w tym upale czekały na swoich klientów. Generalnie podobnie jak w Marsylii, miałem wrażenie, że jestem w jakiejś dziwnej części Afryki.

Kręciliśmy się jak zaklęci wśród tych labiryntów. W dłoni telefon, który wskazywał dobry kierunek. Mieliśmy równo 24 godziny na to by liznąć miasto. Zawsze sobie powtarzam, że można podróżować właśnie w dwojaki sposób. Pierwszy z nich to właśnie takie 24 godziny, gdzie lecimy po łebkach (chociaż to sporo czasu) i smakujemy tylko wyselekcjonowane miejsca i rzeczy. Drugim sposobem jest zostanie dłużej jak jedną noc i wtedy rośnie liczba smaczków. Jeśli miałbym stanąć po jakiejś stronie to uważam, że nie ma reguły. Wszystko zależy od miejsca i charakteru wyjazdu. Oba warianty są fajne. Uważam jednak, że siedzenie w jednym miejscu jest stratą czasu, ale są przecież takie miejsca, że i nawet 2 tygodnie to za mało.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Monako. Państwo miasto.

By zwiedzieć Monako nie trzeba tam nocować. Co więcej taki nocleg może mocno nadwyrężyć Wasz budżet i moim zdaniem nie warto zostawiać tam swoich pieniędzy.

Do Monako można dostać się samochodem, pociągiem lub autobusem. My wybraliśmy pociąg. W kilkanaście minut z Nicei do Monako w cenie 3,30 euro. Szybko i fajnie bo widoki za oknem szalenie relaksujące.

Samo Monako może zrobić wrażenie, a głównym tego powodem jest jego położenie. Piękny kolor Morza Śródziemnego, upchane domy na wzgórzach, a jeśli ktoś lubi popatrzeć na dobre samochody to miasto dla niego. Generalnie jest na co popatrzeć.

Na Monako poświęciliśmy około 4-5 godzin. Nieznośny upał przyśpieszył ucieczkę z tego państwa-miasta.

Monte Carlo (chyba ładniejsza nazwa jak Monako) zapadł mi w pamięci przez jeden obiekt. Nie to nie kasyno ani oceanarium. To stadion AS Monako (Stade Louis II).  Jego pojemność to blisko 19 tyś miejsc. Pamiętam, że wtedy miałem 15 lat i fascynowałem się wszystkimi obiektami sportowymi, a w szczególności stadionami. Na ich widok serce biło mi szybciej i chyba dziś już trochę z tego wyrosłem…

Tego dnia wróciliśmy na dobry włoski obiad do Nicei i popołudniu wskoczyliśmy do ciepłego słonego morza. Po prostu wakacje.

Reszta wpisów z wyjazdu:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)
Barcelona (część trzecia)
Marsylia. Miasto gdzie spotyka się Europa z Afryką (część pierwsza)
Marsylia. Notre-Dame de la Garde (część druga)
Marsylia (część trzecia)
Nicea. Miasto, które nie porywa






















Nicea. Miasto, które nie porywa

Nasz autobus z Marsylii do Nicei jechał około trzech godzin. Mijał wiele znaków drogowych, które rozbudzały moją wyobraźnię. Może tak sentymentalnie Saint Tropez z widokiem Żandarmów pod wodzą Louisa de Funès’a. Potem pojawiło się Antibes, gdzie spędzałem swoje pierwsze zagraniczne wakacje w życiu.

Autobus zatrzymał się na lotnisku. Niestety nie miał przystanku w mieście co moim zdaniem jest zrozumiałe, ale jednak szkoda. Z lotniska do centrum można dostać się dedykowanym autobusem w cenie 6 euro. Jednak wystarczy dostać się na pobliski przystanek autobusu miejskiego i już tylko w cenie 1,5 euro po blisko trzech kwadransach znajdziecie się w samym centrum miasta. No może krócej. Bilet można kupić u kierowcy. Chociaż w różnych miastach nie jest to takie oczywiste.

Wynajęliśmy sobie małe mieszkanko jakieś 20 minut spacerem od morza. Tylko 3 minuty od stacji kolejowej z której w kilka minut można dostać się do Monako (warto pamiętać, że Monako nie jest w UE, więc nie ma dam darmowego roamingu). Duży taras i duże okno. Otwarte przez całą noc, symulowało stan snu na otwartej przestrzeni. Tuż za płotkiem były lokalne krzaki, a w nich siedział pies, który bacznie nas obserwował.

Nicea mnie nie porwała i porwać nie zamierzała. Plaża pełna ludzi, ciekawy punkt widokowy, port, charakterystyczne wąskie uliczki i ogrom turystów. Przyznam, że nie wiem co ich tu tak przyciąga. Może słońce? Nie wiem. Jednak podczas każdej podróży warto mieć takie miejsce gdzie zwyczajnie można zostawić plecak w pokoju, zostawić telefon i pójść na plażę. Wejść do wody i pomoczyć ciało w słonej, ale bardzo ciepłej wodzie.

Zawsze patrzę ile z danego miasta zrobiłem zdjęć. Ilość fotografii w folderze Nicea, jest poniżej 100. Jeśli zatem kiedyś będziecie chcieli zobaczyć to miasto to wystarczy Wam kilka godzin. Ciekawostką jest też cena wody. W centrum u sprzedawcy z wąsem woda o pojemności 1,5l kosztowała nawet 2,5 euro. Co ciekawa ta sama woda w markecie oddalonym o 2 km już tylko 0,30 euro. Cześć i czołem! Nie dajcie się okradać :)

Marsylia (część trzecia)

Poprzednie wpisy:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)
Barcelona (część trzecia)
Marsylia. Miasto gdzie spotyka się Europa z Afryką (część pierwsza)
Marsylia. Notre-Dame de la Garde (część druga)












Ostatni wpis z Marsylii, chociaż jeszcze powinienem wrzucić kilka zdjęć i tekstu z jednego dosyć znaczącego punktu w tym mieście. Chodzi o pewien blok spod kreski Le Corbusiera, ale o tym może kiedyś.

Marsylia pozostawiła w głowie pewien niedosyt, ale nie było zwyczajnie czasu by się nad tym zastanawiać. Przed nami kolejny przystanek.

PS. Menel stojący nad menelem siedzącym to obywatele Polski :)

Marsylia. Notre-Dame de la Garde (część druga)

Poprzednie wpisy:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)
Barcelona (część trzecia)
Marsylia. Miasto gdzie spotyka się Europa z Afryką (część pierwsza)

Bazylika Notre-Dame de la Garde to neobizantyjski kościół w Marsylii, położony na 162-metrowym wzgórzu La Garde; w przeszłości punkt sygnałowy dla statków wpływających do Starego Portu. Szalenie dobry punkt widokowy. Na południe od bazyliki rozpościera się widok na stadion Olimpicu Marsylia, a także blokowiska. O jednym z nich w następnym wpisie.

Po prostu patrzeć na kolor morza. Na słoneczne chwile.













Marsylia. Miasto gdzie spotyka się Europa z Afryką (część pierwsza)

Poprzednie wpisy:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)
Barcelona (część trzecia)

Kiedy autobus wjechał do Francji, poczułem szybsze bicie serca. Za każdym razem kiedy tylko przekraczam granicę w mojej głowie budzą się te obszary, które ciężko mi opisać, bardzo lubię ten stan i Francję. Jednym z przystanków była stacja w Perpignan. Jak ta nazwa mi się podoba!

Była już prawie północ kiedy autobus relacji Barcelona – Marsylia, zatrzymał się na głównym dworcu na końcowej stacji. Do końca trasy pozostało niewielu pasażerów. Na zewnątrz buchnęło w nas ciepło. Dookoła było widać samych znudzonych, śpiących pasażerów oraz tych którzy większość swojego dnia spędzają właśnie tutaj. To dziwne uczucie gdy pod osłoną nocy spacerujesz i w ciemnościach spoglądają na Ciebie białe oczy, zblazowanych życiem imigrantów.

W drodze do hotelu można było napotkać typowych mieszkańców, którzy urodzili się gdzieś w Afryce. Dworzec zatem nie był jakimś wyjątkowym miejscem. Nie mam na tyle dużo wiedzy by dokładnie powiedzieć z jakich miejsc są, ale większość była bardzo czarna. Zawsze sobie wyobrażam jak potworne słońce musi być w ich rodzinnych domach. Spacer zatem z dworca do noclegowni nie należał do komfortowych, ale może to tylko dlatego, że człowiek w żaden sposób nie jest przyzwyczajony do nocnych spacerów po czarnej dzielnicy miasta. Chociaż jak się potem okazało, prawie całe miasto tak wygląda i o tym mówili Ci, którzy tu byli.

Nasz nocleg mieścił się bardzo blisko morza, chociaż proszę nie wyobrażać sobie plaż, parasolek i leżaków. Marsylia głównej części miasta ma dostęp do wody brzegami portowymi i kamienistymi. Oczywiście jeśli ktoś by chciał się wykąpać to nie będzie miał z tym żadnego problemu. Wystarczy też ruszyć się ciut dalej od centrum by zapewne mieć dostęp do normalnej plaży. Ja jednak nie przyjechałem tam się pluskać. To zostawiłem sobie na później.

Bardzo dobrym pomysłem na nocleg jest miejsce w którym jest mały aneks kuchenny. Jeśli szukacie mieszkania to problem jest z głowy. Dzięki temu można sporo zaoszczędzić (także czasu). Zazwyczaj w aneksie obowiązkowo jest też lodówka więc śniadanie macie już z głowy. Pozdrawiam Wujek Dobra Rada. WDR.

W Marsylii mieliśmy dwie noce i w zasadzie 24 godziny na zwiedzanie. Czy to wystarczy? Moim skromnym zdaniem zwiększyłbym to do 48 godzin by na spokojnie zobaczyć wszystko, chociaż większość rzeczy które nas interesowały były w zasięgu ręki. Warto więc kupić sobie w Marsylii bilet dobowy w cenie 5 euro (jednorazowy przejazd 1,5 euro). Dzięki temu bez limitów można podróżować metrem, którego jedna z linii jest wzdłuż miasta. Nasz nocleg był bardzo blisko metra. Dzięki temu można zaoszczędzić i czas i siły. Szczególnie gdy dzień upalny, a jak wiadomo w metrze zawsze chłodniej.

Staliśmy przy automacie z biletami. Przed nami dwie muzułmanki. Kiedy nadszedł ten moment gdy bilet przykłada się do czytnika, jakiś młody chłopak przeskoczył przez bramki i otworzył ją swojej Matce, krzycząc z radości w naszą stronę: to jest Marsylia!  Z francuska C’est Marseille!

Metro to kulturowy tygiel. Metro to soczewka miasta i jego żyły. Gdziekolwiek będziecie warto przejechać się chociaż raz metrem. Azjaci, czarni, muzułmanie i kilku białych. Pewnie turyści, albo zagubieni Francuzi. Podobno Marsylia w przeciągu 10-15 lat stanie się pierwszą w Europie metropolią, gdzie większość mieszkańców to wyznawcy Islamu. Na północy miasta są też dzielnice no go gdzie biali nie mają wstępu, na południu dzielnice gdzie lepiej nie parkować autem.

Mimo poczucia lekkiego zagrożenia, Marsylia wywarła na mnie jakieś szalenie dobre odczucia. Może to też dlatego, że im człowiek więcej podróżuje tym chce więcej i mocniej. Taka podróżnicza adrenalina. Coś moim zdaniem w tym jest. Im brudniej tym ciekawiej. Po mojej podróży do Iranu delikatnie inaczej spoglądam na Muzułmanów, ale moje zdanie jest takie same. I dobrze wrócić do domu. Temat długi i ciężki, ale cały ten wyjazd dał mi dużo do myślenia i o tym jeszcze wrócę przy okazji wizyty we Włoszech.

Tego dnia udało nam się zobaczyć wszystkie miejsca które planowaliśmy. Przyjęliśmy ogromną dawkę słońca i pięknych widoków. Byłem zachwycony!

Koniec części pierwszej.























Barcelona (część trzecia)

Poprzednie wpisy:
Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem
Barcelona (część pierwsza)
Barcelona (część druga)

Marek wieczorem zabrał nas na spacer. Jako już lokals wie gdzie pójść by mieć najlepszy punkt widzenia. To nie podlega żadnej dyskusji. Po blisko 30 minutach spaceru byliśmy już na szczycie góry. Dopiero po chwili zobaczyłem, że jesteśmy przy samym Parku Güell’a. Widok ze szczytu z krzyżem był imponujący. To była już końcówka światła, to ten moment po którym już zazwyczaj nie fotografuję. Pamiętam jak kiedyś biegłem na łeb na szyję by zrobić zdjęcia przed końcem światła. Do dziś uważam, że biegłem wystarczająco szybko bo fotografie jakie wtedy zrobiłem do dziś cieszą moje oko. Mowa o Horseshoe Bend w Arizonie. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję tam być to polecam z całego serca.

Potem wybraliśmy się do Parku Güell’a, który po 21:30 ma bezpłatne wejście. Strasznie mnie to rozbawiło bo było już mocno ciemno i nie było prawie nic widać. Takie Polaki-Biedaki-Cebulaki. Pamiętam jak byłem tutaj podczas mojej pierwszej podróży do Hiszpanii z obozem młodzieżowym. Czas wybiela i łata dziury swoimi wymyślonymi obrazami, dlatego też warto fotografować. Wstęp do Parku to koszt około 7-8 euro.

Marek dużo opowiadał o życiu w Barcelonie, o ludziach. Szalenie miło posłuchać nowych rzeczy.

Następnego dnia zarzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy przez miasto. Pierwszym punktem w Barcelonie był dworzec autobusowy gdzie wsiedliśmy do autobusu Flixbusa, Barcelona – Marsylia z wirtualną przesiadką w Montpellier. Podróż trwała około 7 godzin, ale widoki nadrobiły nudną trzęsawkę. Wieczorem przywitaliśmy Marsylię, jako fan serii TAXI, musiałem kiedyś odwiedzić to miasto. Wydaje się, że na liście tych wszystkich miast, Marsylia widnieje z numerem 1. Dlaczego? O tym w następnym wpisie.