Barcelona (część druga)


Drugi dzień spaceru po Barcelonie. Niestety muszę przyznać, że bilety do takich miejsc jak Casa Mila (przepiękna secesyjna kamienica ręki Gaudiego) są zwyczajnie drogie. Za wejście płacić 25 euro. Na szczęście Barcelonę da się zwiedzać tak by nie zniszczyć założeń budżetowych na wyjazd, a to nie zawsze takie proste. Ten dzień znów przywitał nas upałem i słońcem.

Tego dnia wysłaliśmy kartki do Polski, a wieczorem Marek zabrał nas w piękne miejsce z którego widać całe miasto, ale o tym w części trzeciej.

Fotografowałem 70-200 f:4 i muszę stwierdzić, że w porównaniu do 2.8 ten obiektyw idealnie nadaje się by go spakować i z nim podróżować. Bardzo lekkie szkło.

Barcelona (część pierwsza)

W poprzedniem wpisie Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem napisałem kilka słów odnośnie całej podróży oraz jej kosztach, a także o tym jak sugeruje tytuł, jak się spakować w bagaż podręczny Ryanaira na całe wakacje.

Barcelona przywitała nas długim lotem i gorącem, które towarzyszyło nam, aż do chwili kiedy wsiedliśmy do samolotu w Wenecji. Dobrze było założyć wygodne buty i ruszyć na miasto.  Cieszyć się krótki spodniami i odsłoniętymi ramionami. Szczerze mówiąc nie wiem co mam napisać. Nie chce mi się opisywać miejsc w które dotarliśmy bo od tego są fotografie, pełne słońca i ciepła, a wielu z Was tam pewnie było. Wąskie katalońskie uliczki dawały nieodparte wrażenie, że jest się nie w Barcelonie, a w Hawanie. Spacerowaliśmy zawsze po zacienionej stronie ulic. Nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, a ja niedyskretnie cieszyłem się katalońską secesją, bo generalnie jestem w niej zakochany, secesji na całej długości i szerokości geograficznej.

Eurotrip – jak się spakowałem i ile zapłaciłem


Jak człowiek ma jeden wolny weekend w ciepłym sezonie (taki urok pracy jako fotograf ślubny) to musisz korzystać. Całkiem przypadkiem równo rok temu też miałem wolne i wtedy razem z Dawidem udaliśmy się na wschód, a dokładnie na Białoruś (Brześć, Mińsk i Witebsk). W tym roku szala wyboru padła na Europę Zachodnią. To był pewniak. Jedyna kwestia to tylko gdzie i jak. Jeden z największych pomysłów został odrzucony ze względu na brak odpowiedniego czasu, ale to nie ucieknie, ja to po prostu czuję.

Wybór na początek trasy padł na Barcelonę. Nie bez przypadku. Na miejscu po prostu żyje mój kolega Marek. Będę to podkreślał, że Marek był jednym z większych punktów zapalnych do założenia fotobloga. Marek prowadził fotobloga slajd.blog.pl, ale blisko 10 lat cisza ;) Marka można podglądać na Instagramie instagram.com/marekjarosz/ z jego fotografiami architektury. Trzymam też kciuki za Marka pomysły. Fajnie było go spotkać u siebie bo od tak dawna zapraszał.

W Barcelonie byłem tylko raz, tylko na jeden dzień. Miałem 18 lat. Mało co pamiętam, ale tegoroczna wizyta dużo mi przypomniała. Potem na trasie była Marsylia, Nicea, Monako, Genua, Mediolan i Wenecja.

Założenie było klasyczne. Zobaczyć jak najwięcej, wydać jak najmniej i wysypiać się. Ponieważ musieliśmy się wstrzelić w konkretny termin to wybraliśmy lotniczy PKS – Ryanair, który narzucał odpowiednią wielkość bagażu. Od razu w poszukiwaniach odrzucam Wizzaira, bo tam można w cenie biletu spakować się tylko w kieszenie, albo narzucić na siebie kilka koszulek i jako grubaśny grubas wejść na pokład…więc Ryanair pozwala (uwierzcie mi!) spakować się na całe wakacje do bagażu podręcznego. Plecak kupiony w Decathlonie marki Quechua (zwana osobiście jako kłeczenga) jest do tego idealny. Uwaga ten wpis nie jest sponsorowany :D po prostu ja lubię plecaki, a Decathlon oferuje dużo super plecaków. Nie pisze tego by się zwazelinować marce Decathlon! Mam jeszcze jeden tej firmy 60 litrowy z którym podróżuję od 4 lat. Z naszytą polską flagą. Byłem z nim w Chinach (4,5 tygodnie), Izraelu, Gruzji, Iranie czy na innych moich wschodnich wypadach, ale dla Ryanaira, który zaczyna pilnować wielkości bagażu jest zwyczajnie za duży, a dwa nie potrzebowałem aż tylu ubrań. Jest przecież lato!

Do pakowania ubrań używam takich casów z suwakiem, gdzie przez jedną ze ścianek (z siateczki) widać zawartość. Idealne w podróży małej i dużej :) Podczas tej miałem dwa. W Chinach cztery plus jedno na awaryjne buty.

Ten mój ma 30 litrów i spakowałem się na 10 dni oraz 1/3 środka zajął mój wkład foto ze sprzętem. Zabrałem duży aparat z kilkoma szkłami bo mój mały Fuji X100T jest uszkodzony. Niestety spadł mi z dwóch metrów i uszkodził się wizjer na tyle, że fotografowanie nim nie sprawiałoby mi radości. W każdym razie w 30 litrowy plecak spakowałem się na cały wyjazd. Zabierając ze sobą długie spodnie, koszulkę z długim rękawem, sandały trekingowe, długie portki do pływania w morzu, plastikowe sztućce, zestaw kilku koszulek, bielizny, kosmetyki i czapkę, dwie pary okularów i kilka gratów kablowo-elektrycznych bez których nie mógłbym „pracować”. Plecak był spakowany tak, że śmiało wchodził w ich urządzenie pomiarowe. Warto jednak jeśli podróżujecie w dwie osoby by jedna z nich miała mały plecak do noszenia gratów podczas spacerowania. W moim przypadku musiał wejść insert ze sprzętem. Taki kupiłem sobie na aliexpress za jakieś 10-15 $. Nie jestem fanem noszenia jakichkolwiek toreb fotograficznych. To po pierwsze jest mało wygodne, po drugie to widać, a nie zawsze wchodzi się tam gdzie można pokazywać, że ma się ze sobą sprzęt.

Na moją pierwszą daleką podróż zabrałem plecak 80 litrowy. Dziś jest 30 litrów. Czekam na chwilę kiedy zejdę na 20 litrów :)

Ważne jest też planowanie gdzie się śpi. Im bliżej noclegu tym wybór miejsc jest oczywiście gorszy i droższy. Wszystko co fajne i w dobrej cenie już dawno zostało zaklepane. Zostają zazwyczaj jakieś ochłapy, ale na to reguły rzecz jasna nie ma. Oczywiście koszt wyjazdu można by jeszcze bardziej przypiłować jeśli by zrezygnowało się z prywatnej łazienki, bliskiej odległości od centrum. Zamienić to na hostele i pokoje 200 osobowe. Oczywiście jeśli na obrzeżach miasta jest coś fajnego i taniego, do tego trzeba doliczyć koszt dojazdu. A zazwyczaj cena za bilet jednorazowy to koszt 1,5 €. Warto więc kupić bilet dobowy lub taki który zawiera jakiś pakiet XXX przejazdów. W Marsylii bilet solo to koszt właśnie 1,5 €, ale dobowy (na 24h, a nie do północy) to koszt 5 €. Gdy bierzecie mało rzeczy, warto wynająć na min. 2 noce mieszkanie przez np. airbnb, które ma pralkę. Dzięki temu w połowie wyjazdu możecie cieszyć się świeżymi ubraniami, a wnętrze plecaka zwyczajnie Wam nie śmierdzi i co więcej nowe ubrania nie przechodzą zapachem brudnych ubrań zamkniętych w szczelnym worku jakim jest wasz plecak.

I teraz co może być ciekawe to koszta. Za cały 10-cio dniowy wyjazd zamknęliśmy się w kwocie 2000 pln od osoby (jedzenie, transport, noclegi, bilety, ubezpieczenie). Oczywiście dużo zrobił nam nocleg u Marka (3 noce), ale wtedy wystarczyłoby zrezygnować z jakiegoś miasta. W cenie jest też ubezpieczenie turystyczne, które moim zdaniem TRZEBA mieć. Podczas podróży po UE warto wyrobić sobie kartę EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego). Jej wyrobienie NFZ zajmuje jakieś 5 minut. Zawsze się ubezpieczam, a dopiero w Chinach to uratowało mi podróż.

Wszystkie ceny są od osoby.

 Warszawa – Barcelona 240 zł (Ryanair)
 Barcelona / 0 zł
 Barcelona – Marsylia 105 zł (Flixbus)
Marsylia / 2 noce 200 zł (Booking.com)
 Marsylia  – Nicea 55 zł* (Flixbus)
Nicea / 2 noce 157 zł (Airbnb.pl)
 Nicea – Monako – Nicea 30 zł (Trenitalia)
Nicea – Genua 90 zł (Flixbus)
Genua / 1 noc 110 zł (Booking.com)
Genua – Mediolan 61 zł (Trenitalia)
Mediolan / 2 noce 210 zł (Booking.com)
 Mediolan – Wenecja 100 zł** (Trenitalia)
Wenecja – Treviso (lotnisko) 15 zł*** (Trenitalia)
Treviso (lotnisko) – Kraków 65 zł (Ryanair)
Kraków – Warszawa 65 zł (TLK)

*) Autobus Flixbus zatrzymuje się na lotnisku w Nicei. Autobus lotniskowy do centrum Nicei jest za 6 € w jedną stronę. Tuż obok jest przystanek autobusu miejskiego za 1,5 € (ważny 75 min)!
**) Bilet na pociąg szybki oraz bezpośredni Mediolan – Wenecja to koszt około 40-60 €, za bilet z przesiadką w Weronie płaci się już około 20 €.
***) Autobus transferowy z Wenecji (Mestre) na lotnisko to koszt około 10-11 €, ale już pociągiem z głównej stacji Wenecji S. Lucia i autobusem miejskim to koszt 5 € od osoby. Nam Pan kierowca busa podarował przejazd bo nie miał już biletów.

W następnym wpisie Barcelona :)

Wilno. Blisko serca Polski.



























Korzystając z tygodniowego pobytu na Suwalszczyźnie, grzechem było by nie skoczyć za naszą wschodnią granicę. Co nawet udało się kilkakrotnie bo na trójstyku granic można było „bezkarnie” naruszać przestrzenie Rosji i Litwy. Najbliżej rzecz jasna na Litwę. Najbliżej serca rzecz jasna do Wilna. Nigdy nie byłem w Wilnie czego zawsze bardzo żałowałem, a mój wylot do tego miasta w kwietniu zamieniłem na Berlin. Tak musiało być, a wyjazd do Wilna i tak wisiał. Za długo.

Na Litwie byłem ostatni i jedyny raz kilka lat temu. Nie pamiętam czy to był 2010 czy 2011, ale spędziłem na niej 60 minut, moją starą białą Skodą. Niestety nie mam za dużego doświadczenia w prowadzeniu auta za granicą Polski, ale dramatu też nie ma (warto wspomnieć o 2500 kilometrach w USA) dlatego też Wilno to była pierwsza moja wyprawa moim samochodem do stolicy innego kraju. To nie będzie koniec to dopiero początek bo Via Baltica czeka.

Dobrodziejstwo braku granicy i po blisko trzech godzinach z okolic Suwałk znaleźliśmy się w Wilnie. Zostawiłem auto na ulicy Mickiewicza, która mieści się juz poza strefą parkowania, ale bardzo blisko samego centrum. Żar lał się z nieba, a po dniu poprzednim nasze ciała były lekko przypalone po spływie kajakowym. Spacerowaliśmy po stronie ulic gdzie był cień.

Wilno to urokliwe miasteczko. Właśnie takie chciałem je zobaczyć. Pełne słońca, ciepłych chodników, wyszukanych elementów związanych z Polską, chociaż o to nie trudno, a o Polaków w Wilnie tym bardziej. Chyba w samym centrum jest ich więcej jak lokalsów, a może to tylko takie złudne wrażenie.

Warto zatem skoczyć do Wilna, chociaż na chwilę.

Podczas jazdy samochodem warto jednak uważać bo litewscy kierowcy mają w swoich czaszkach diabła, a szkoda stracić życie na ich drogach, ale o tym to napiszę w innym poście bo szkoda psuć piękny, magiczny, kresowy wizerunek Wilna.

Czy tam wrócę? Może. Przywieźliśmy sobie smaczny chleb.

Droga


To były bardzo aktywne dni. Lubię aktywnie żyć, lubię kiedy wzywa droga. Tak też było właśnie teraz. W piątek fotografowałem pod Warszawą. W nocy wsiadłem w samochód i pojechałem na południe Polski. Jadąc po jakiejś lokalnej drodze w lusterku widziałem wschód słońca. Kilka bo dokładnie cztery godziny snu i dalsze zdjęcia. Dopiero dziś rano moja głowa wróciła do siebie. Taką mam nadzieję.

W piątek fotografowałem ślub (w sobotę też oczywiście) i to piątkowe miejsce to właśnie taki typ uroczystości, który zwyczajnie do mnie przemawia całą swoją formą. Ślub cywilny w plenerze, a wesele i jej goście przemieszczający się między drewnianym parkietem, a salą która kiedyś była czymś w rodzaju obory. Miejsca i ludzie robią fotografie.

Dekoracja ślubna w Osadzie Młyńskiej przed śłubem

Kazimierz Nycz


W sobotę robiłem coś po raz pierwszy. Fotografowałem święcenia kapłańskie w Bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Zazwyczaj fotografuję uroczystości zaślubin, czasem chrzty, ale to wydarzenie było wyjątkowe. Ogrom ludzi, księży, gości i kilka osób fotografujących. Zawsze lubię na nich patrzeć, jak fotografują i często zastanawiam się ile im z tego dobrego wyjdzie. W kościele zrobiłem blisko 5000 kroków, całość trwała 3,5h. Kiedy przyjechał mój polski kierowca Ubera, poczułem jak odpływam. Zostawiłem tam całe swoje serce, jak zawsze kiedy pracuję.

Następnego dnia pod Warszawą fotografowałem pierwszą mszę księdza.

Na fotografii kardynał Kazimierz Nycz na kilka chwil przed święceniami.

Spacer po Helu

















Podczas majówki, którą spędzaliśmy na południum Podlasiu, wieczorem oglądałem telewizję. Bardzo lubię tam oglądać telewizję, a w jednym z pokoi można łapać sygnał białoruskich stacji. Ma to swój klimat i mam do tego sentyment. Wpadł mi w oczy film. Połączyli chyba dwa sezony w dwa filmy, mowa o „Zbrodni„. Akcja obu części rozgrywa się na półwyspie helskim. Decyzja o wyjeździe zapadała natychmiastowo.

Wracając jeszcze do samej telewizji. Mało jej oglądam, ale więcej słucham. Zawsze gdzieś za plecami jest to pudło. Wczoraj złożyłem podanie o odcięcie sygnału po wielu latach posiadania odbiornika z dostępem do szerokiej gamy programów. Jeszcze jest jedna rzecz. Zawsze kiedy uruchamiam dekoder, wyświetla się pierwszy kanał TVP. Generalnie od dłuższego czasu nie jestem w stanie oglądać kanałów produkowanych przez nasze Państwo. Podobno będziemy zmuszeni do opłacania abonamentu, wykładania własnych ciężko zarobionych pieniędzy na produkcje TVP. Cześć i czołem!

Do Gdańska samolotem. Można powiedzieć, że lot samolotem z Warszawy to raczej wybór między miłością do awiacji, a zdrowym rozsądkiem. Samolotem taniej, ale czasowo tak samo. Potem pociągiem do Gdyni i dalej pociągiem na Hel. Szybko pod warunkiem, że człowiek jest wyspany i nie wsiada w pociąg w przeciwnym kierunku, ba nawet nie w przeciwnym, a w bok. Tak dotarliśmy do jakiegoś małego miasteczka. Dobrze, że z ciekawości zerknąłem na mapę, bo by nas pociąg wywiózł jeszcze dalej i do tego byśmy zarobili mandat.

Lubię Hel. Ten Hel bez ludzi, bez stonki, dzikich Januszy i Grażyn. To w zasadzie idealny moment by złapać tam ciepło i ciszę. Szczególnie przy wyjściu na północną plażę. Te poukrywane w lasach pozostałości po wojnie, te puste uliczki, słońce odbijające się od wody, ostre końcówki trwa na wydmach.

Wrócimy tam w drugiej połowie września. Może znów Hel będzie taki jakim go chcę pamiętać. Rok temu w marcu było przepusto i przecicho.

Dobry czas.

PS. Wraca do regularnego foto-blogowania. Proszę trzymać mnie za słowo i kontrolować :)

Belgrad I


Już nawet nie pamiętam kiedy kupiłem te wszystkie bilety. Okazało się, że Bałkany to mój ostatni „dalszy” wypad za miasto. W kwietniu mieliśmy lecieć do Armenii, ale w wyniku różnych spraw wyjazd został odwołany. Może to był znak, może to po prostu musi i musiało poczekać. Armenia nie zając, chociaż skromnie liczyłem, że w 12 miesięcy zaliczę cały Kaukaz.

Razem z Dawidem kupiliśmy bilet do Belgradu z Warszawy, naszym LOT-em. Podróż jak zawsze miła i przyjemna. Z lotniska im. Tesli w Belgradzie, autobusem miejskim pojechaliśmy do naszego noclegu u Pani Mariny, która po moim powrocie do Polski, oskarżyła nas (mnie) o kradzież jej książki. Mieszkaliśmy na ten czas w małym, ale bardzo fajnym mieszkaniu całkiem blisko centrum, chociaż jeśli nazwać deptak centrum miasta to trochę za mało. Bałkany długo chodziły mi po głowie, bardzo długo. Jeszcze w drugiej połowie zeszłego roku rozważałem podróż z Warszawy do Stambułu (pociągami, autobusami), więc lądowanie w Belgradzie gdzieś w małym stopniu, zaliczało się do tego planu.

Następnego dnia ruszyliśmy na piechotę zwiedzać miasto. Zakup biletu na autobus nie był taki prosty. Zawsze mnie to dziwi, że nawet takie najprostsze rzeczy wydają się ogromną trudnością. To w zasadzie dobre dla zdrowia. Moje buty znów gięły swoją gumę na ciepłych chodnikach. Była tu już wiosna, ale jeszcze nie taka zielona jak teraz. Generalnie w tym roku moja zima była wyjątkowo krótka. Co więcej w tym roku chciałbym to powtórzyć.

Mieliśmy już zakupiony bilet do Bośni, ale nasze plany się zmieniły. Dlaczego? O tym w następnym poście.