Welcome to Iran! Sziraz (cz.2)
























CZEŚĆ PIERWSZA: Welcome to Iran! Sziraz (cz.1)

POCZĄTEK CZĘŚCI DRUGIEJ

06.03.2017 (poniedziałek)
Sziraz

Snuliśmy się po mieście, a ja szukałem rzeczy które przypadną mi do gustu, a co najważniejsze będę chciał sfotografować. Nie wszystko co widać i jest interesujące, nadaje się by zmarnować czas. Miałem wrażenie, że to miasto to szereg takich samych uliczek, wypełnionych sklepami pogrupowanymi tematycznie. Na tej ulicy punkty oferujące pieczątki, na innej dywany, garnki i szereg mało przydatnych dla mnie rzeczy. Następna i poprzednia, taka sama. Wszystko zlewa się w całość.

Sziraz (co się potem okazało, także inne miasta) to jedne wielkie bazary.

Psim swądem trafiliśmy do niedużego lokalu z „paszą”. Trochę mi to przypominało lokal gastro w Chinach. Nic ciekawego. Zamówiłem jagnięcinę z ryżem. Do tego tradycyjnie jak podczas każdego mojego wyjazdu puszkę Coli. W Iranie nie ma wieprzowiny, a jagnięcina dobra, ale chyba ciut za delikatna i mdła. Zresztą smakosz, ze mnie żaden. Pozostawiam to innym. Ja chciałem się najeść. Podczas takiej czy innej podróży, można zapomnieć o regularnym i zdrowym odżywianiu, chyba że spędzamy wakacje w domu albo w Szaremenen Ej Szejkiej z VIP opaską.

Kawałek dalej w kierunku metra, którym chcieliśmy wrócić do naszego hotelu znaleźliśmy piekarnię rozumianą po irańsku. Małe pomieszczenia z dużym piecem. Jeden facet sprzedaje efekty pracy tego miejsca, drugi rozrabia ciasto na małym podeście, stoliczku, a trzeci wyglądający jak grecki drwal, wkładał swoją szuflę i wyciągał wielki chlebowy placek z rozgrzanego pieca. Ten od finansów wyjmował kamienie na których rosło ciasto i wykładał to na stół. Placek o długości może 60-80cm i szerokości 20-30cm kosztował blisko złotówkę. Smakował jak milion dolarów.

Okazało się, że w tym mieście nie ma metra. Jest ono wszak na mapie, ale stacji szukać na próżno. Wcześniej odwiedziłem publiczny szalet, który niczym amoniak popędzał mnie w załatwieniu swojej potrzeby i szybkiej ewakuacji.

Wieczorem leżąc na łóżku czułem na sobie ogrom słońca i zbliżający się wielkimi krokami katar.

W małym telewizorze na ścianie znów leciał Koran, a ja tęskniłem za moją nadzieją na lepsze jutro.

KONIEC CZĘSCI DRUGIEJ

Welcome to Iran! Sziraz (cz.1)
















06.03.2017 (poniedziałek)
Teheran. Za oknem srogi deszcz.

Poranne śniadanie, zawsze tak samo uciekający czas, układanie wszystkiego w plecaku. Można by powiedzieć, że jest to rytuał trasy.  W hotelowej recepcji zamówiliśmy taksówkę na lotnisko krajowe Teheran-Mehrabad. Prawie o czasie hotelowy boj, wskazał nam ręką, że samochód czeka. O dziwo nie była to taksówka, ale to już tak jest. Każdy chce zarobić, każdy poleca swojego. Osobiście jest i było mi wszystko jedno. Byle dojechać na lotnisko. Cena za przejazd to 350,000 Riali (35zł).

Młody kierowca nie zdołał zamknąć klapy bagażnika i ruszyliśmy. Mieliśmy blisko dwie godziny do krajowego odlotu. Nawet więcej. Samochód ruszył i od razu wbił się w korek. Deszcz sączył się z nieba jak moje myśli, a ja zastanawiałem się jak bardzo będę miał mokry plecak. Nawet więcej, zastanawiałem się kiedy ktoś po prostu go ukradnie i zostanę bez ubrań, słodyczy i innych pierdół. Zawsze, ale to zawsze w małym plecaku mam wszystko to co najważniejsze, włącznie z różnego rodzajami kabli. Ubrania ubraniami, ale skarpetami nie naładuję kamery czy innego elektrogadżetu.

Przemierzaliśmy Teheran z prędkością spacerującego człowieka. Wraz z przesuwającą się wskazówką mojego zegarka, rosło we mnie podminowanie. W pewnym momencie zacząłem się nawet śmiać, a potem gdy nastawiałem minutnik w telefonie do granicy krytycznej, poczułem ogromnie wkurwienie. Na twarzach chłopaków wyglądało to podobnie. Ponieważ nasz młody kierowca, dostał prawo jazdy, a w zasadzie znalazł je w opakowaniu tureckiej chałwy, nie wiedział, że korki da się ominąć bocznymi drogami. To było dla niego chyba za wiele. Było późno, za późno, przed oczami widziałem cały walący się plan, o ile nie uda się przebukować biletów i ładować  kasę za błąd młodego leszcza Hassana z koprem pod nosem. Hassan dla rozładowania stresu pokazywał nam na swoim telefonie pieska. Miałem ochotę wsadzić mu ten telefon w jego perską paszczę.

Deszcz lał, okna parowały, ale Hassan tłumaczył swoim persko-nieangielskim, że jego auto jest na CNG*, że nie ma paliwa w baku, a klimatyzacja działa na silniku zasilanym benzyną, więc Hassan nic nie widział. Co tam. Ważne, że auto się toczyło. Hassan walczył z oknem.

Hassan był chyba pierwszy raz na lotnisku krajowym bo nie wiedział gdzie znajduje się hala odlotów. Była może 9:15, może 25 minut po. Odlot samolotu był zaplanowany na 9:45. Hassan zatrzymał się przed halą i jeszcze zaproponował nam, że pójdzie sprawdzić czy to ten terminal, a najlepiej gdyby przytaszczył nam wózek na nasze bagaże. Deszcz lał jak najęty, a my już nie mieliśmy czasu. Pamiętam, że wrzuciłem swój plecak na głowę i biegliśmy jak szaleni po jeziorach na chodniku. Trochę zaleciało nam klimatem Operacji Argo, wpadliśmy do terminalu chyba w ostatniej chwili, Grzesiek przeleciał jak dzik przez wstępną kontrolę, że pilnujący ją wojskowy, nawet nie zauważył, że ktoś ominął punkt kontrolny. Na ekranach wyświetlały się wszystkie rejsy w języku perskim i nagle pojawił się nasz lot. Chwilę potem nasze bagaże leżały na taśmie i otrzymaliśmy swoje karty pokładowe. Cały ten bieg, pęd, nerwy właśnie rozpoczęły proces wygaszania. Hassan powinien dostać po dupie. Zużył we mnie całe pokłady siły i cierpliwości na ten dzień.

W samolocie było sporo turystów, szczególnie ciekawa była grupa Amerykanów (oni nie mogą po Iranie podróżować indywidualnie), a taże kilka starych Włoszek. Lot trwał godzinę z groszami, niski pułap spowodował, że mogłem delektować się pięknem tego rejonu.

Na samym lotnisku, udało się kupić kartę SIM (podczas zakupu, trzeba było odcisnąć swój odcisk palca), a na nas czekał kierowca Hassan, który skocznym rytmem z głośników, zawiózł nas do hotelu. Na zewnątrz blisko 20 stopni ciepła, pełnia słońca i poczucie, że będzie co robić w tym mieście, a właściwie co fotografować.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ 

*) CNG (ang. Compressed Natural Gas) jest to paliwo – gaz ziemny w postaci sprężonej do ciśnienia 20-25 MPa. Służy do napędu pojazdów silnikowych zarówno z zapłonem iskrowym jak i z samoczynnym. Na świecie jeżdżą ponad 4 miliony samochodów zasilanych sprężonym gazem ziemnym. / wikipedia

Teheran (cz.1)



















04.03.2017 (sobota)
Teheran. +2.5h do czasu Warszawy.

Samolot lekko przyziemił na płycie lotniska im. Imana Khomeinego. Mokra płyta i dojazd na miejsce, gdzie schodami można było zejść na samą płytę. Było chłodno, ciemno, wilgotno od padającego deszczu. Pan stojący obok mnie ręką machał nie w geście powitania, a uświadomienia mnie, że nie wolno robić tu zdjęć. Tylko raz taki gest widziałem, na obskurnym lotnisku w Irkucku, które wspominam koszmarnie, tam na taśmie (był rok 2011) nie pojawił się mój plecak po locie z Pekinu, burząc mój spokój, aż na 5 dni.

Kontrola paszportowa na lotnisku w Teheranie była lekka, łatwa i przyjemna. Nie spodziewałem się tego. Nie padło żadne pytanie, żaden podejrzliwy wzrok. Nic. Ot pieczątka i spadaj Pan dalej bo kolejka. Wcześniej w samolocie i na samym lotnisku spotkaliśmy trio z Polski. Jeden z naszych nawiązał z nimi kontakt. Nie mieli ani wizy, ani noclegu, ani pomysłu na podróż. Mieli namiot. Ciekawe czy żywi wrócili do domu. W górach śnieg.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy (tuż obok napisów w języku perskim) to jakiś Arab, który miał dwie żony. Obok telefonów był kantor z bardzo dobrym kursem, co się raczej nie zdarza. Wystarczy zobaczyć kurs wymiany walut na lotnisku Chopina, tudzież w mojej głowie od zawsze i na zawsze Okęciu. Bandycki kurs. Na lotniskach ceny są zazwyczaj zawsze iście bandyckie. W tym kantorze każdy z nas mógł wymienić tylko 100$. Nie pomogło przechodzenia z okienka do okienka. W mojej kieszeni wylądowało mniej więcej 3 miliony, siedemset tysięcy Riali. Byłem milionerem! Ostatni raz czułem się jak podczas wymiany blisko 200$ na dworcu w Mińsku, gdzie potrzebowałem kupić dwa bilety do Sankt Petersburga. Pani w okienku wydała mi kilogram waluty. Było to miłe, chociaż zawsze czuję brud na rękach.

Zaczepił nas kierowca, który za blisko 800,000R (około 80zł) zaproponował kurs do miasta. To dosyć normalna cena. Grzegorz i Marcin którzy byli w naszej ekipie to był trzon tego wyjazdu. W zasadzie byłem tam z dosyć wolną głową, pierwszy raz od bardzo długiego czasu, gdzie cała organizacja wyjazdu, nie leżała na mnie, chociaż bardzo to lubię, organizować, szukać, szperać.

Ku naszemu zaskoczeniu kierowca pokazał nam Pegouta 206. Małą mydelniczkę, która miała nas zawieźć do hotelu. Czterech chłopa i kierowca Hasan (nazwijmy każdego napotkanego kierowcę i mężczyznę tym imieniem), dwa plecaki i torba na kółkach. Ściśnięci jak klienci Lidla w kolejce po portfele Wiczczena. jechaliśmy, a ja chłonąłem wszystko co było za oknem, przecierając okno od czasu do czasu. Z lotniska do hotelu był kawałek drogi i chyba po godzinie byliśmy już na miejscu.

Hotel jak hotel. Dopiero podczas drugiej wizyty w tym miejscu, miałem ochotę rozszarpać obsługę za ich stosunek do klienta. W każdym razie nasz pokój miał cztery łóżka, telewizor na ścianie z którego sączył się Koran i zegar, który nieubłaganie kradł nam cenne minuty i godziny naszego snu. Pokój miał zasłonięte okna, prowadzące na hotelowy korytarz, więc klimatyzacja szumiała jak wiatr bliskiego wschodu. Wsadziłem w uszy zatyczki i odleciałem.

Był grudzień 1395 roku. Nie miałem żadnego snu.

05.03.2017 (niedziela)
Hotelowe śniadanie. Wyjście na miasto. Odrzucając od razu cierpiarzy, ruszyliśmy przed siebie. Na naszym azymucie była stacja metra, którą chcieliśmy się dostać do wieży Azadiego (mam nadzieję, że dobrze odmieniłem). Pierwszy kontakt z teherańską ulicą, wszystkim tym co tworzy ten klimat, taki jaki lubię. Trochę nieporządku, dzikości, elementów, które proszą się o sfotografowanie. Tuż obok ogromnego ruchu i korków (które dotkną nas następnego dnia), rzuca się w oczy, a w zasadzie rzucają się kobiety.

Podczas pobytu w Islamskiej Republice Iranu, można było spotkać trzy rodzaje ubioru kobiet. Ten najbardziej radykalny widziałem tylko raz, czyli burkę. Widok robi wrażenie, nie powiem bo jednak przy naszych fundamentach kulturowych i wizualnych, taki widok zakrytej kobiety jedynie ze szparką „na listy” to ogromne zaskoczenie, które przenosi się w zaciekawienie. Drugi to bardzo popularny hidżab. Czyli kobieta nosi na sobie czarną szatę, odsłaniając jedynie twarz i dłonie. Przy burce nie widać niczego oprócz oczu i kawałka nosa. Te czarne duchy, lub jak kto woli Star Warsy to na samym początku pobytu, była rzecz która mnie szalenie ciekawiła. Pod spodem kobiety mają normalne ubrania, a czasem nawet było widać torebki. Często kobiety te mają pomalowane usta, ale dopiero będą w drodze do domu, spędzając blisko jeden dzień w Baku, poczułem że kobiety te, nie miały żadnych perfum. Ostatni sposób, chyba najbardziej popularny to zwykła chusta. Kolor dowolny, zasłaniający włosy. Im bardziej wyzwolona kobieta, tym było widać więcej. Tego dnia w naszym hotelu spotkaliśmy znajomych Marcina (który był tu już wcześniej). Ona i On. Shima podczas rozmowy z nami, kilkukrotnie straciła ją z głowy, swobodnie opadała, robiąc na mnie ogromne wrażenie. Sam nie wiem dlaczego, ale była to jedyna okazja zobaczyć pełną fryzurę Iranki.

Bilet na metro to koszt około 40-50 groszy. I to chyba nawet w dwie strony. Bramki w metrze otwierają się po przyłożeniu kodu QR, zawartego na wydrukowanym bilecie. Trochę ciężko się połapać w którą stronę jechać, bo nie było nigdzie sensownych map. W metrze kluczową rzecz, rzucającą się od razu jest pewien podział. Wiadomy. Na początku i na końcu każdego z peronów jest miejsce tylko dla kobiet. Odpowiednie znaki na ziemi i ścianach o tym krzyczą. Jest też odpowiednia taśma i kolor krzesełek. Raz nawet usiadłem na żółtym krzesełku, jeszcze przed tasiemką i dostałem burę z przeciwnego peronu, ale chyba bardziej za to, że filmowałem owe kobiety niż za fakt zajęcia miejsca.

Wagon metra też ma podział taki sam jak na peronie. Tutaj sprawa jest jasna. Kobiety mogą siadać gdzie chcą. W części męskiej (wspólnej) i oczywiście w części damskiej. Mężczyźni konsekwentnie mogą być tylko w części męskiej. Między jedną, a drugą przestrzenią jest barierka, której nie da się otworzyć. Podczas pierwszej podróży w kierunku zachodniej części Teheranu, całą drogę stałem właśnie przy takiej barierce. Z czystej ciekawości, zobaczyć jak wygląda w praktyce ten podział. Obserwowałem i sam byłem obserwowany. Tuż obok mnie stało kilku gości, którzy na końcu stali blisko na wyciągnięcie mojej ręki i zwróceni ku mojej osobie, lustrowali mnie od góry po buty. Poczułem się jak małpa w cyrku. Obywatel Onion Republic w Persji. Tuż obok mnie stali też dwaj bracia. Dzieciaki. Przy barierce od strony damskiej stała Matka, która doglądała swoich synów.

Co chwilę ktoś coś krzyczał. To podziemny bazar. Można było w metrze kupić paski, cukierki, książki. Wszystko. Pewnie po kilku godzinach można wyposażyć sobie tym dom. W części damskiej królowały świecidełka i kosmetyki.

Wieża Azadiego (Azadi Tower) zrobiła spore wrażenie, to jedna z tych atrakcji turystycznych, którą miałem ochotę zobaczyć. W tle grały wysokie góry, a wieża swoją symetrycznością cieszyła moje oczy i aparat. Wtedy zaburczało w brzuchu. Skusiliśmy się na jazdę taksówką z takiego niby to dworca taksówkowego. Kierowca podał za niską cenę, a potem palił głupa, że chce więcej. Nic miłego, ale plusem tego był fakt, że znaleźliśmy się na teherańskim bazarze. Podczas drogi na to miejsce, można było z siedzenia pasażera zobaczyć jak wygląda ruch na ulicach. Samo przechodzenie przez ulicę, nawet na pasach to czysta rosyjska ruletka. Tam piesi nie mają pierwszeństwa. Kto większy ten lepszy. Kto pierwszy ten lepszy. O dziwo jakoś to się wszystko zazębia. Raz tylko widziałem dzwonek.

Pomijam opis jak wyglądał bazar bo jakoś mnie on nie zauroczył. Unikam zatłoczonych miast, jednak chyba najciekawszą tam rzeczą był możliwy zakup metek, różnych znanych firm. Byłem głodny, nie miałem ochoty więcej szukać. Metrem wróciliśmy do hotelu. Podczas tych spacerów szukałem poczty by wysłać pocztówkę, albo kupić sobie kartę SIM z Internetem. Można było zapomnieć. Żałowałem, że nie zrobiłem tego na lotnisku.

Usiedliśmy szczęśliwi w hotelowej restauracji. Przeglądając menu, podleciał kelner i oznajmił, że można zamawiać dania od godziny 20. Chwilę potem byliśmy w jakimś małym lokalu blisko hotelu i wciskaliśmy w siebie wielkie kanapki i parówy. Wierzcie mi czasem nie mam ochoty szukać lokalnych, ani dobrych rzeczy. Ważne by się najeść jak zwierzę, przy okazji trzymając się zasady, że do pustych lokali się nie wchodzi. Najlepiej tam gdzie dużo lokalsów. Żarcie jak żarcie. Najlepsza była zimna Cola.

Wieczorem tuż przed snem przeglądałem Koran, oglądałem TV i myślałem o śnie. Następnego dnia czekał nas lot na południe kraju. Szczerze? Nie mogłem się doczekać!

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Polećmy do Iranu!

Kiedyś musiałem o tym pisać. O mojej małej liście, którą mam w głowie. Ta lista dzieli się na co najmniej dwie części. Pierwsza to miejsca (kraje) do których chciałbym się kiedyś udać, takie TOP 10. Druga lista to czarna lista, czyli miejsca (kraje), które są u mnie mentalnie zablokowane (dla przykładu Egipt czy Dubaj). Może to się kiedyś zmieni, może pozycje się zamienią. Może jak się zestarzeję to będzie mi wszystko jedno. Tego nie wiem, ale pierwszą listę wyjątkowo w głowie pielęgnuję i od lat powoli zakreślam te pozycje, które zobaczyłem. Taką pozycją był i jest Iran. Miejsca odwiedzone nie wypadają z listy bo nadal śledzę co tam się dzieje. Tego nie da się ot tak wyrzucić. Są miejsca do których ozegularnie wracam lub wracać planuję.

Decyzję o podróży do Iranu podjąłem po słowach Szymona (instagram.com/szymonslipko), który oznajmił, że kupił bilety w dobrej cenie razem ze swoimi kumplami (w nocy). Zwyczajnie się wprosiłem bo uświadomiłem sobie, że będzie to doskonała okazja by tam się udać, szczególnie w takim gronie osób, które podzielają moją podróżniczą fascynację wschodnim kierunku. Był wrzesień. Miałem bilety na lot Kijów – Baku – Teheran – Baku – Kijów. Nie miałem głowy na nic więcej, bo już jedną nogą wchodziłem do samolotu który miał mnie zabrać do Waszyngtonu na jedną z najważniejszych podróży w moim życiu. Tuż przed wyjazdem do USA złożyłem wniosek o nowy paszport, ponieważ w starym miałem dwie pieczątki z Izraela (posiadanie czegokolwiek z Izraela czyni go nieważnym), które dostałem w grudniu 2015. Wcześniej jednak przeczytałem, że można starać się o równoległy paszport właśnie w takich przypadkach. Taki paszport jest ważny 2 lata (ma te same numery) i jego koszt to blisko 300zł. Wcześniej trzeba złożyć odpowiedni wniosek do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tak też uczyniłem. Po blisko tygodniu, otrzymałem odpowiedź, że mój wniosek jest niepełny i otrzymałem blisko dwanaście punktów, pytań. Wierzcie mi, ale zabrakło mi ostatniego o próbkę moczu i kału. Odpuściłem. Poczułem się jak szkodnik, szpieg, jak osoba która chciałaby nowy paszport oddać osobie trzeciej, ba sprzedać! Odpuściłem sobie. Tuż przez wylotem do USA miałem nowy (nadal w urzędzie), ale w starym miałem wizę USA, więc nie chciałem robić sobie kłopotu. Nowy odebrałem po powrocie.

Wizę do Iranu można dostać prawie bezproblemowo. Pierwsze co trzeba zrobić to poprzez jedną z kilku firm otrzymać specjalny numer od irańskiego MSZ, który otworzy nam drogę do ambasady i złożenia wniosku. Zatem całość z wizą to około 500-600zł. Ambasada Islamskiej Republiki Iranu, mieści się w Warszawie, wiec to miałem pod nosem. Po blisko siedmiu dniach, wiza była gotowa do odbioru. Mój paszport czysty, posiadający wklejoną jedną wizę, bez żadnych innych wiz, pieczęci. Był goły, smutny, pozbawiony blisko 9-ciu lat moich podróży po świecie. Czułem się jak cipa. Ten stary paszport nie jedna brudna łapa trzymała. Wiele ambasad, skanów, przeciągnięć, pieczątek. Wszystko to było wspaniałym, fizycznym zapisem podróży. Mój paszport, zawsze nosiłem, noszę i będę nosił z dumą na sercu. Polskie MSZ jednak chyba tak nie uważało.

Nasz wyjazd obejmował 10 dni. Jego trasa to Warszawa – Kijów (1 noc) – Baku – Teheran (2 noce) – Sziraz (2 noce) – Isfahan (1 noc) – Teheran – Baku – Kijów (1 noc) – Warszawa. Dwie noce spędziliśmy w autobusach. W Teheranie i Baku po cały dzień bez spania. Całość wyniosła około 10,000 kilometrów. W tym 7 lotów.

W dobrej cenie kupiłem bilety na trasie Warszawa – Kijów – Warszawa naszym LOT-em (można narzekać jak zawsze i wszędzie, ale LOT-em uwielbiam latać i jeśli tylko będę miał taką okazję to będę ich wspierał, nawet jak dostanę tylko małe Pryncze Polo) za 360zł. Bilety z Kijowa do Teheranu to koszt około 650zł (z dużym bagażem). Do tego wiza azerska (by wyjść z lotniska) za 100zł. Do tego doszedł koszt ubezpieczenia, które jest obowiązkowe przy składaniu wizy, ale nawet jak gdzieś nie ma wizy to ZAWSZE trzeba się ubezpieczyć. To nie są ogromne koszta (140zł), a ile potem może być mniej problemów. Odpukać. Raz korzystałem z pomocy w Chinach i gdyby nie ubezpieczenie to nawet nie myślę jak by to wszystko wyglądało.

03.03.2017 (piątek)
Kierowca mojego Ubera (o dziwo rodak), włączył mi głośniej piosenkę Eye Of The Tiger. Ja patrzyłem na chodnik i widziałem jak zostawiam na chwilę to co dziś jest moim życiem. Samochód ruszył, muzyka grała, wzrok wyostrzył mi się na krawędź szyby. Nie słyszałem nic.
– A gdzie Pan leci? – zapytał kierowca
– Do Iranu
– Iraku?
– Iranu!
– A to pewnie jakaś tajna misja. – usłyszałem to i odechciało mi się dalej rozmawiać. Miałem mętlik w głowie.

Samolot do Kijowa wystartował, a ja miałem dla siebie aż trzy miejsca. Samolot to dobre miejsce by przemyśleć, poukładać sobie coś, zapisać jakieś myśli w swoim notatniku. Czasem warto zamknąć oczy i delektować się tym szumem, poczuć że pod stopami ma się kawałek wykładziny, metalu i blisko 10, może 11 kilometrów powietrza. Na tej wysokości zawsze jest słońce. Lubię widzieć skrzydło, chmury i bezkres nieba. Powierzam swój los tej maszynie i dwóm gościom w kokpicie. Staję się w pewnym sensie aresztowany.

Pod lotniskiem czekał na nas kierowca, który z podkijowskiego lotniska zawiózł nas do Hotelu Ukraina, który góruje nad Majdanem (Plac Niepodległości). To ten hotel, który wygląda jak Pałac Kultury z uciętą górą. Zawsze chciałem spędzić w nim noc i tak się też udało. Korzystając z okazji bycia w Kijowie, zrobiłem sobie spacer po znanych mi miejscach. Nawet wiedziałem gdzie jest poczta by wysłać kartkę. Potem moje ulubione pielmienie ze śmietaną, podróż kijowskim metrem. Lubię to miasto. Byłem tam czwarty raz w przeciągu dekady. Chwila samotności dobrze mi zrobiła. Było chłodno i ciemno.

Materac był szalenie wygodny. Noc zleciała za szybko. Kierowca był prawie o czasie. Siedzieliśmy już w samolocie azerskich linii lotniczych. Czekaliśmy na start do Baku. Po chwili samolot był już nad Czeczenią, Gruzją. Kiedyś trasa była krótsza, ale dziś samoloty omijają Donbas. Samolot przyziemił w Baku. To czterogwiazdkowe lotnisko mnie oszołomiło, bo ostatnio bywałem w jakiś budach. Chociaż mam sentyment do Okęcia (Lotnisko Chopina) to jednak jest to lotnisko brzydkie. Mieliśmy około trzech godzin na kolejny lot do Teheranu. Miejsca z mojej pierwszej listy.

Na wyjazd zabrałem ze sprzętu (im mniej tym lepiej):
– Fuji X100T
– Sony FDR-AX33 (realizowałem film, który będzie ukazywał się w odcinkach / Zwykłe Rzeczy)
– iPhone 7

Najważniejsze rzeczy o jakich warto pamiętać:
– na Ukrainę nie trzeba wiz, Kijów to przepiękne miasto
– podczas transferu w Baku też nie trzeba mieć żadnej wizy, ale przy wyjściu z lotniska już tak. Koszt wizy (można to zrobić on-line) to około 24$
– w Iranie nie działają karty Visa i Mastercard, oczywiście na bazarach widnieją te loga, ale…lepiej tam nie dawać swojej karty, wiadomo
– walutą w Iranie są Riale. 1zł to około 10,000 Riali lub 1000 Tomanów. Banknoty są te same, ale używa się dwóch przeliczników.
– Polska po irańsku to Lachestan
– skoro nie działają karty to trzeba mieć gotówkę, euro i dolary, ja miałem 500$ z czego wydałem na miejscu 300$
– w Iranie nie wolno pić alkoholu i też nie wolno wwozić go, także pornografia i homoseksualizm są karalne
– kobiety po opuszczeniu samolotu muszą mieć już chusty na głowach
– na miejscu kobiet nie podróżowałbym samotnie, ale to moje zdanie dotyczące WSZYSTKICH krajów świata
– nie warto wszystkiego fotografować bo…można mieć problemy, budynki rządowe, wojskowe, metro, lotniska, tam zbierzecie burę za zdjęcia o ile ktoś zauważy, a lepiej nie…w Baku nie wolno fotografować w metrze
– podczas pobytu w Iranie miałem telefon z polską kartą SIM z uruchomionym roamingiem, który miał mi służyć jako telefon bezpieczeństwa (nie skorzystałem)
– przed wyjazdem warto wpisać się do Odyseusza na stronach MSZ
– w Iranie można kupić sobie kartę SIM z Internetem. 3GB to koszt około 35zł, można też dzwonić więc WARTO by każda osoba miała swój irański numer w razie potrzeby kontaktu, podczas zakupu złożymy swój…odcisk palca
– w Iranie wiele polskich stron w tym Facebook są zablokowane, dlatego warto mieć taką aplikację jak VPN, kto był w Chinach wie o czym mowa (używałem ExpressVPN za 11$ za miesiąc)
– warto mieć w swoim telefonie mapy offline (City Maps2Go, nie da się w Iranie zassać map Googla) i tłumacza (Google Translator ma offline), warto też mieć obrazkowy słownik w telefonie
– obowiązkowo warto zapoznać się z obyczajami, nie ważne gdzie jedziemy, nie ważne po co, zawsze będziemy gośćmi, a to my jesteśmy największą wizytówką Polski
– warto mieć xero paszportu i wizy, podczas pobytu w hotelu, paszport jest aresztowany, ale mogą dać xero
– warto negocjować ceny i znać je od górnie, chodzi o taxi. W Iranie modny jest do tego kalkulator
– Teheran to cholernie zakorkowane miasto, pamiętajcie o tym jadąc taxi na lotnisko
– noclegów w Iranie nie da się zarezerwować przez booking.com, airbnb, czy inne ustrojstwa ;) Irańczycy też mają zakaz nocowania obcokrajowców
– nie dać się okraść, warto mieć w jednej z kieszeni jakieś drobne
– ostatnia moja rada: nie ufać nikomu i mieć oczy dookoła głowy, a będziecie bezpieczni prawie zawsze, bo w ryło można dostać zawsze i wszędzie









Czas jak rzeka


Choć czas jak rzeka, jak rzeka płynie / Czas jak rzeka  – Czesław Niemen

No dobra. Luty to miesiąc który miał tylko 28 dni. Można powiedzieć, że miał ich dla mnie aż 280. Ta wielka podróż nadal trwa.

Bukareszt












Bukareszt.

Samolot z Włoch wylądował chyba o czasie. Za oknem tony śniegu i zimna. Autobus z lotniska, zatłoczony, tłukł się przez całe przedmieścia, aż do centrum miasta. Chociaż wydaje się, że to miasto takiego centrum nie ma. Chłód przenikał mnie po całości. Myślałem tylko o tym by szybko znaleźć się w hotelu z widokiem na parlament. Okna jedna były po przeciwnej stronie.

Z okna autobusu wyjawiło się miasto, typowo wschodnie, pachnące jednak czymś delikatnie innym. To miasto chodziło mi po głowie od wielu wielu lat. Zresztą krótki pobyt w Rumunii to było też coś na co czekałem i co mnie ekscytowało. Zima i mróz dodał wiele od siebie. Czy dobrego? Jakoś tak mniej więcej kojarzyło mi się to miasto w jakiś moich dziwnych wyobrażeniach. Do tego fotografie Krzysia Millera czy to nagranie z egzekucji dyktatora i jego żony. Gdzieś między tymi obrazami jedyny rumuński film jaki oglądałem 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni. To zresztą był jeden z najmocniejszych filmów jakie dane było mi oglądać. Do tej pory mam ciarki na sobie jak wspomnę sobie ten seans w Kinie Muranów, chociaż było to prawie 10 lat temu, a może dokładnie 10.

Bukareszt mnie wewnętrznie zawiódł i zmęczył. Może przyczyniła się do tego zimowa aura, która potrafi tyle zabrać. Chociaż świeciło słońce, miałem wrażenie, że Bukareszt to miasto tak nieskładne, że wylatując z niego w dalszą podróż, czułem pewną ulgę. Do tego mężczyzna na chodniku, który z uśmiechem na twarzy defekował z wystawionym tyłkiem. Te śmieszne czapki i piękne brutalne metro. Nie wiem czy tam wrócę, ale Rumunia czeka. Widziałem tylko ułamek.

I znów te obrazy. Ceaușescu ze swoją żoną i słowa Millera, bo to był idealny czas by przeczytać ten fragment książki o jego pobycie w Bukareszcie.

Byłem zbyt krótko by oceniać, byłem zbyt długo by poczuć radość.

Po prostu Wenecja









Kilka razy porządnie przejrzałem moje fotografie, które zrobiłem w Wenecji. Są takie powierzchowne, szybkie, nie poszukujące, nie zatrzymujące oka na dłużej. Bez spójności i mojej ciekawości. Chyba takie po prostu są i miały być. Chociaż miejsce jest bardzo turystyczne to jednak te wąskie uliczki, wypełnione słońce, zapraszają by zostać tam chociaż na jedną noc. Po prostu kiedyś. Znów byłem tu na chwilę, a są takie miejsce gdzie kilka godzin to jak kilka sekund.

Pamiętam jak zdjąłem na chwilę czapkę, a swoją twarz skierowałem ku słońcu. Chyba pierwszy raz w życiu poczułem tak wielką tęsknotę za latem i ciepłem. Widzę dziś w swoich oczach tylko lato.

Wypowiedziane na głos

Pamiętam jeden z tych dni w moim życiu, tym życiu, które dziś traktuję jak starą książkę, jak wpis na świadectwie maturalnym. Jak te letnie beztroskie dni bycia cholernie młodym, kiedy codziennie rano budziłem się stojąc na własnym balkonie. Pamiętam kiedy wypowiedziałem na głos pewne słowa. Dosłownie na głos. Pamiętam nawet dokładnie miejsce w którym te słowa wypełniły przestrzeń wokół mnie. Pamiętam jak się czułem i co czułem. To był też ten czas kiedy rozkwitała we mnie wielka miłość do tego co dziś jest częścią (nadal!) mojego życia. To była miłość do fotografii.

Dziś mocno dociskam swoje dłonie do moich oczu. Potem przez chwilę nic nie widzę, tysiące plam, wyostrzają się, jak tysiące potłuczonych luster, by w tym jednym ujrzeć to co wypowiedziałem sobie na głos, blisko 16 lat temu.

Prozaicznie marzę o locie w kosmos. By być kosmonautą. By siedzieć na czubku rakiety. By zaraz opuścić Matkę Ziemię. By poczuć stan nieważkości, poczuć lądowanie na twardej tafli oceanu. Prozaicznie dziś widzę moją rakietę. Mam na sobie strój kosmonauty, polecisz ze mną?

Jest 8:38


Poranek o smaku kawy śniadaniowej. Bardzo lubię ten smak, chociaż kawy nie piję, są jednak takie chwile kiedy po kawę sięgam, ale wolę zardzewieć od czaju, jak to mawiał mój znajomy z poprzedniej dekady, Bartek.

W głowie mam setki różnych obrazów. Ostatnio ich wielość i barwność przenika ekspresowo przez moją wyobraźnię, a pamięć wyszukuje najróżniejsze zdarzenia i (po)widoki. Wszystko powoli się znów zaczyna układać, rysować w niepojętą od dawna całość. Widzę też szereg obrazów, których nigdy nie wiedziałem. Słoneczne letnie popołudnie, granatową sukienkę, ciepło wysokich pól, niewyobrażalny spokój i początek książki.

Chwilę potem stoję obok siebie, na odległość kilku wyciągnięć ramion. Stoję i patrzę, chyba niedowierzając, usilnie szukając odpowiedzi na moje niezadane pytania. To wszystko z muzyką w tle (do posłuchania).

Na fotografii Ola, po prostu Hello Tomorrow!