
Na jeden dzień przed Wigilią, warszawiacy szturmują wszelakiej maści sklepy. Szczególnie te z towarem za 5 złotych.
Ryan










Kolejny ciepły dzień. Tak go zapamiętałem.
To chyba była nawet sobota. Samochód gnał przez trzy stany. Za każdym razem gdy mijaliśmy granicę stanu, otwierała mi się gęba jak dziecku na widok samolotu. Dlaczego? To proste. Zawsze można dopisać kolejny obszar do listy miejsc, które się widziało. Kolejny stan, jak kolejne państwo. Zmieniają się znaki, linie na asfaltowych drogach, domy i myśli.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że Nowy Jork to nie jest Ameryka. Pomyślałem sobie, że to jakaś brednia, ale dopiero kiedy wjechałem do Pensylwanii, zrozumiałem to zdanie. To było dosłownie kilka dni przez wyborami w USA i cała Pensylwania była wypełniona wbitymi w przydomowe trawniki, flagami z napisem TRUMP. Było czuć taką prawdziwą białą Amerykę. Przed białymi dodami stały wiele samochody. Nieskończenie długie drogi. Poczułem się jak w filmie. Chyba w takiej chwili kiedy otworzyłem drzwi do jednej z lokalnych knajp i wszyscy na mnie rzucili okiem. Mężczyźni jedzący burgery, pijący piwo z czapkami z daszkiem na swoich białych głowach. A może kiedy kelnerka przyniosła moją porcję paszy, która była chyba dla trzech osób, a nie jednej. A może kiedy stałem przed sklepem z bronią, chociaż samotny spacer między małymi domkami, gdzie jedni mówili do mnie cześć, a Ci drudzy wyglądali jak gdyby zaraz mieli do mnie wystrzelić za wtargnięcie na ich teren.
Co ja tu robiłem? Dziś facebook przypomniał mi, że mija dokładnie trzy lata jak poznałem Ryana, który właśnie w małym uniwersyteckim miasteczku miał swój pokój. No nadal go ma, ale za chwile znów stanie się cywilem. Spotkaliśmy się w Warszawie, a teraz za oceanem. Miło było patrzeć na niego i jego Tatę. Ryan na ścianie w małym pokoju swojego akademika miał kilka fotografii. Trzy rzucały się od razu w oczy. Na pierwszym Ryan z Rodzicami i Obamą, na drugim z Clinton, na trzecim z mężem Clinton. Jeszcze wtedy wydawało się, że ta trójka to Prezydenci USA. Ameryka wybrała inaczej. Jak u nas. Miło było zobaczyć chociaż na chwilę to jak wygląda studencka Ameryka, którą gdzieś nas karmią od młodych lat.
Potem siedziałem na jeden z trybun podczas meczu futbolu amerykańskiego, który mimo że w Polsce ma swoje małe miejsce, to jest i był dla mnie niczym praca mojego młodszego brata. Czarna magia. Czułem się nawet lekko zagubiony. Chwilę potem po przegranym meczu przez lokalną drużynę Juniata College, mogłem stać między tymi młodymi bysiorami.
Wieczorem w drodze do Wirginii, na jednej ze stacji paliw kupiłem sobie Colę o smaku waniliowym. Taką oczywiście można też czasem od Niemca kupić w Polsce, ale ona zawsze kojarzyła mi się z wyprawami na wschód. Potem znikła. Zakup tego gazowanego napoju był pięknym lekiem na pielęgnację moich wspomnień. I dopiero w trasie uświadomiłem sobie jak wiele czasu potrzeba by to wszystko skonsumować. Te setki obrazów. Chwil. Smaków. Zapachów.
Ryanowi dałem słoik pełen ogórków, Żubrówkę, ptasie mleczko i małpeczkę wiśniówki marki Soplica. Mojej ulubionej zresztą.
Tego dnia poczułem niedosyt.
Kalimera!














Tego dnia celem był Korynt, ale jak to czasem bywa, nie wszystko się udaje co człowiek sobie zaplanuje. Tak było i właśnie teraz.
W zamian opuszczone lotnisko Ellinikon, działające do 2001 roku.
Pireus














Miasteczka portowe przyciągają mnie jak magnes.
Zapach miejsc w których mnie jeszcze nie było
Zawsze gdzieś „gardziłem” miejscami iście turystycznymi. Wymuskanymi słońcem, milionem tandetnych magnesików, budek z kebabami na każdym rogu i horyzontem morza. Chyba się starzeję i chyba mam ogromną tęsknotę za słońcem, a wyjazdy pod koniec roku w miejsca gdzie panuje temperatura na spacer w samej koszulce, obieram jako nową tradycję.
Ateny mnie zaskoczyły tym czego także mi brakowało. Pięknym brudem, syfikiem, klimatem, a niektóre skrzyżowania pozwoliły mi na tymczasowy fizyczny transfer do miejsc w których nigdy nie byłem. I tak byłem w Teheranie, Bejrucie czy Stambule.
Poczułem lato, które w tym roku gdzieś mi uciekło, jak miliony innych rzeczy.





























Washington DC

















Było jeszcze ciemno. Razem ze Stevem ruszyliśmy z małej miejscowości niedaleko Waszyngtonu. Jego samochód wypełniał zapach mocnej kawy, aż sam miałem ochotę się jej napić, chociaż kawy nie pijam. Mijaliśmy ogromną ilość samochodów, gdzie większość kierowców i pasażerów żyła pod miastem, a za dnia pracowali w Waszyngtonie. Będąc przez jakiś czas blisko stolicy USA, wielkim wstydem było by nie odbycie spaceru po tym mieście.
Jedną z rzeczy, która szalenie mi się podobała, a miałem już okazję z tego korzystać jako kierowca, to specjalny pas dla samochodów w których podróżuje więcej jak jedna osoba. Dzięki temu można korzystać z takiego pasa, a co więcej całej drogi. Dzięki temu można zaoszczędzić czas na dojazd do miasta, pracy i tak dalej.
Korzystając z okazji, że moje ciało jeszcze żyło inną strefą czasową, przywitałem wschód słońca z pięknym widokiem na pomnik Waszyngtona. To zrobiło na mnie spore wrażenie i można powiedzieć, że wraz z poznawaniem miasta, te wrażenie upadało. Całe miasto można zwiedzić w jeden, dwa dni. Wszystkie atrakcje miasta, a zawsze gdzie jestem pierwszy raz, pierwszego dnia czuje się jak turysta, chyba tego nie da się przeskoczyć. Wzdłuż stawu, a w zasadzie na linii między Kapitolem, a pomnikiem Lincolna, mieszczą się wszystkie najważniejsze elementy tego miasta. Wystarczy skręcić w bok na wysokości pomnika Waszyngtona by znaleźć się pod Białym Domem.
Waszyngton to szalenie nudne miasto. Gdzieś mi brakowało tej adrenaliny, ale pokornie odhaczyłem wszystkie miejsca, które sobie wcześniej zaznaczyłem na mojej liście. W sumie uświadomiłem sobie, że przyleciałem tam zwyczajnie odpocząć, być przez chwilę turystą, fotografującym zabytki, które znam z filmów.
Budapeszt na chwilę
Budapeszt dawno chodził mi po głowie. Boże co nie chodzi mi po głowie! Jednak dopiero teraz udało się zrobić mu małą rewizytę. Pierwszy raz byłem na jedną noc w 1999 roku i pamiętam to miasto jak przez mgłę. Dopiero teraz miałem czas bardziej rozsmakować się w jego klimacie, chociaż wiem, że to za krótko. Myślę, że warto odwidzieć to miasto kiedy dzień będzie dłuższy, a drzewa zielone. To banalne, ale ile daje więcej radości!
To miasto pachnie mi Bałkanami, pachnie mi Sofią czy Bukaresztem (w których nie byłem jeszcze), ale ma coś lekko z poprzednich epok, Ikarusy na ulicach i te przepiękne kamienice, nie wspominając już Dunaju i mostach. Słońce miasta mnie rozpieściło, przez chwilę czułem się jak w domu.



















Lecimy dalej

Nowy Jork, listopad 2016
Wypiłem kieliszek białego wina. Chociaż nie piję alkoholu. Słucham Franka Sinatry. Zajadam się lodami o smaku wanilii. Chętnie też dokończył bym książkę. Jestem blisko 11,000 kilometrów nad ziemią. Nad Kanadą, którą chętnie bym odwiedził. Nikt obok mnie nie siedzi, czuję spokój, dawno nie czułem takiego spokoju. Czuję w sobie świadomą równowagę i pewną adrenalinę jutra. Patrzę przez okno i widzę tylko małe światełko na końcu skrzydła samolotu. Dalej czerń i odchłań, ale nie ona jest tu najważniejsza. Światełko na końcu czegoś, zawsze kojarzy mi się z czymś dobrym. Ten wyjazd był cholernie dobry. Wiele się nauczyłem, chociaż USA nie jest końcem świata, który uczy jak mało co i mało kto. Wystarczy jednak wyjść z domu by zobaczyć siebie i mieć czas na rozmowę z samym sobą. Nie ma co ukrywać i o czym należy pamiętać, że jesteśmy dla siebie najważniejsi. To może brzmi lekko egoistycznie, ale kto jak kto, ale to my sami jesteśmy miejscem naszego życia. Bez życia stajemy się tylko masą mięsa, trupem swojego cienia.
W miejscu takim jak Nowy Jork, za którym cholernie tęskniłem, znalazłem czas na rozmowę, monolog, dialog, walkę ze samym sobą. W takim mieście jak NYC, indywidualność to coś normalnego więc chyba nikogo nie dziwił fakt, że rozmawiałem na głos ze samym sobą, tak jakby wypowiedziane słowa na głos były prawdziwsze od tych wypowiedzianych w głowie. Może to też pewnego rodzaju selekcja miliona słów, a wypowiedziane słowa stają się najważniejsze i najcenniejsze.
Chociaż moja podróż fizycznie odbiegła końca to jednak mogę sobie szczerze powiedzieć, że ciągle trwa i tylko kontynuuje ją na swój własny sposób. Nikt nie powie nam jak mamy żyć, nikt nie powie nam czy wybór jaki dokonujemy jest dobry czy zły, bo nikt naszym ciałem i życiem żyć nie będzie. Tak samo jak podróż. Samy wybieramy sobie najlepszą dla nas drogę i dopiero w trakcie tej podróży czy nawet na jej finiszu (tylko czy jest jej koniec), możemy ją ocenić.
Jestem dziś bliżej gwiazd niż kiedykolwiek w moim życiu. W moim ciele rozlewa się od góry do dołu ciepło i stan pewnej błogości, a także świadomości że jestem w stanie być Panem swojego losu, na tyle ile mogę, a mogę dużo.
Gdańsk

Jak za dawnych lat, weekend spędziłem w Gdańsku. Z tymi wariatami z ASP :)
Blue Line

To dosyć ciekawe doświadczenie, ale podróż ze samym sobą jest dobrą chwilą na rozmowę. Na długi dialog o charakterze monologu. W samotnej drodze, stajemy się najlepszym przyjacielem, własnej osoby. Chociaż czasem ciężko doradzić samemu sobie to jednak wybór na każdą chwilę, wydaje się wyborem najlepszym.
Samotny spacer po ulicach Waszyngtonu i metro. Żyły miasta.
Pierwszy raz więcej fotografuję telefonem jak aparatem.