Gołębi śpiew

Processed with VSCO with a5 preset Ostatnio nie mam czasu na bloga. Tak zwyczajnie.

Zaległe zdjęcia z wyjazdu na Białoruś, gdzieś krzyczą z elektrycznej szuflady, a ja zwyczajnie nie mam czasu tego wrzucić, napisać kilku prostych słów. A efekty mojej codziennej pracy nie mają szans tutaj wylądować, chociaż bardzo dużo fotografuję.

Ostatnio byłem blisko 40 godzin u mojego Taty w Terespolu. Półtorej doby w miejscu gdzie wszystko jest jakieś sentymentalne. Postęp czasu i wydarzeń. Takie jest to miasto, miejsce, dom. Chociaż pewne rzeczy się nie zmieniają, to jednak tu i teraz, powoduje że odnoszę jakieś wrażenie, że każdy czas jest wyjątkowy. Zawsze też patrzę ciut do przodu i taki stan tu i teraz, naprawa mnie radością.

Przedwczoraj uświadomiłem sobie także, że 1 sierpnia ruszyła machina związana z uroczystościami Powstania Warszawskiego, a to drugi rok kiedy nie muszę tego fotografować. Chociaż ten czas był zawsze nad aktywny i mogłem widzieć wiele ciekawych, mocnych rzeczy to jednak dziś, czuję spokój.

I znów myślami wracam do Terespola i gołębiego śpiewu. Nie znam się na nim i na nich, ale gołębie gruchają w różny sposób. Ten jeden powoduje, że wracam do jednego poranka. To był chyba czerwiec, miałem może z 13 lat, nocowałem u mojego Dziadka na warszawskich ochocie. Otwarte okno, ciepło, to chyba było jakieś religijne święto. I te gołębie i to słońce, poranne, najpiękniejsze. Jak dźwięki potrafią zapisać w naszej pamięci obrazy, takie które mamy tylko w głowie i są dla nas najcenniejsze.

Ostatnio kiedy zasypiam myślę o tych, których już przy mnie nie ma. Wspominam i pamiętam.

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 3)

Bezszelestnie opuściliśmy hostelowy pokój, swoje rzeczy zrzuciliśmy w kuchni, szybkie ogarnięcie się i ruszyliśmy z samego rana na dworzec. Miasto było puste, wypełnione zapachem najpiękniejszego lata, czasu podróży w wakacje, jak kiedyś. Nawet wtedy myślałem, że taki zapach kojarzy się z pewną beztroską. Kupiliśmy bilety na plackartnyj i usiedliśmy na jednej z wolnych ławek przed budynkiem dworca. Śniadanie mistrzów. Tyrolska. Symbol podróży. Zapach wakacji.

Pociąg był o czasie. Wsiedliśmy i zajęliśmy wolne dolne prycze. W tej klasie i przy takich odległościach nie trzeba leżeć, chociaż im dłużej czytałem książkę tym bardziej chciało mi się spać. Wnętrze tego wagonu (blisko 60 łóżek bez zamykanych przedziałów) wypełniał także morderczy upał, który od razu zniknął gdy pociąg ruszał z każdej stacji. Po blisko 4 godzinach jazdy z Witebska, przywitał nas Mińsk. Tęskniłem za tym miastem, ale chyba najbardziej za…metrem i jego zapachem. Zważając na fakt, że miasto Mińsk znam całkiem nieźle (w sumie byłem tu kilka dobrych razy), bez problemu dotarliśmy do naszego hotelu „40 lat Zwycięstwa”. Ten budynek to po prostu typowy jak na to co jest za Bugiem, budynek mieszkalny przerobiony na hotel. Skromnie liczyłem na większą sowieckość, ale warunki miło nas zaskoczyły. Pani z recepcji obiecała nam, że nikt z nami nie będzie mieszkać. W jednym „pokoju” były dwa mniejsze. Na jeden „pokój” przypadała wspólna łazienka. My jednak czuliśmy, że mimo zapewnień Pani trafią nam się goście z Litwy.

Mińsk przywitał nas chłodem. Tradycyjnie zapuściliśmy się w miasto i tak też wyglądały te nasze trzy pełne dni w Mińsku. Metro. Ostatnie stacje. Blokowiska. McDonald i Big Tasty(!). Pomniki i skwery. Szerokie ulice. Znane miejsca. Sklepy.

Muszę powiedzieć, że ostatni raz w Mińsku byłem w 2014 roku (Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie) i to miasto już inaczej wyglądało. Mińsk dziś, a Mińsk z 2004 roku to jak dwa różne światy, mimo że ulice pozostały bez zmian, patroni tych ulic także. Podróżując przez ulicę Lenina, przez Partyzancką do Puszkińskiej. Wojna tego miasta nie opuści. To miasto, mam wrażenie zostało na wojnie zbudowane.

Co pozostanie? Smak kwasu chlebowego, ciepło i burza. Także dziwne poczucie, że czas chyba w swoim podróżach pominąć Białoruś. Zobaczymy.

W następnym wpisie wytłumaczę dlaczego wszystkie wpisy z Białorusi z tej wyprawy miały jeden tytuł.

Belarus_Danieluk_2016_026
Belarus_Danieluk_2016_027
Belarus_Danieluk_2016_028
Belarus_Danieluk_2016_029
Belarus_Danieluk_2016_030
Belarus_Danieluk_2016_031
Belarus_Danieluk_2016_032
Belarus_Danieluk_2016_033

CDN.

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 2)

Belarus_Danieluk_2016_009
Belarus_Danieluk_2016_010
Belarus_Danieluk_2016_011
Belarus_Danieluk_2016_012
Belarus_Danieluk_2016_013
Belarus_Danieluk_2016_014
Belarus_Danieluk_2016_015
Belarus_Danieluk_2016_016
Belarus_Danieluk_2016_017
Belarus_Danieluk_2016_018
Belarus_Danieluk_2016_019
Belarus_Danieluk_2016_020
Belarus_Danieluk_2016_021
Belarus_Danieluk_2016_022
Belarus_Danieluk_2016_023
Belarus_Danieluk_2016_024
Belarus_Danieluk_2016_025
Witebsk
Pociąg z Brześcia (poprzedni wpis) przyjechał w samo południe. Witebsk skąpany był ogromną ilością słońca. Tuż przed głównym wejściem na dworzec, widniały wielkie plakaty, setki flag w barwach Białorusi (zielony i czerwony), które mnie olśniły.

Tuż przed wyjazdem do Witebska szukałem noclegów (booking.com) i serwis informował o blisko 98% obłożeniu miejsc. Pomyślałem sobie, no tak, wakacje, ale w sumie co mieli by robić tutaj ludzie? Dopiero przed tym dworcem zobaczyłem, że w Witebsku (tego dnia!) rozpoczyna się Słowiański Bazar. To nic innego jak najważniejszy festiwal piosenki na Białorusi. Połączenie Opola i Spotu oraz Zielonej Góry (Festiwal Piosenki Radzieckiej). W tym roku festiwal obchodzi swoje 25-cio lecie. A każdy z nich jest pod patronatem Prezydenta Białorusi, Aleksandra Łukaszenki.

Są dwie ciekawostki związane z jego początkiem. Przed Słowiańskim Bazarem miał miejsce…uwaga(!) Festiwal Piosenki Polskiej w Witebsku, na potrzeby którego zbudowano w 1988  amfiteatr. A w 1994 roku swój zagraniczny debiut miała na scenie Anna Maria Jopek. W 2013 festiwalowy konkurs wygrał Polak, Michał Kaczmarek i szczerze nie kojarzę chłopaka.

Przeszliśmy przez całe miasto, które przypomniało jeden wielki festyn i zameldowaliśmy się w hostelu (tylko to nam zostało do wyboru w wersji eco). Pokój na 10 chłopa. Łóżka piętrowe. I jak ognia unikam takich miejsc, ale wyboru nie było, zresztą to tylko jedna noc. Cena dosyć wysoka. Po zrzuceniu plecaków, odświeżającej kąpieli ruszyliśmy na kilkugodzinny spacer.

Tak jak wspominałem miasto tętniło festynowym, kiczowatym klimatem. Samo miasto w sobie nie było jakieś za szczególne. Widać, że główne trakty powstały w latach 50-tych. Ten architektoniczny styl wypełniał, wszystkie miasta i miasteczka właśnie tak wyglądają. Szerokie ulice, sowieckie detale, ma to swój urok.

Przez cały dzień czekaliśmy na rozpoczęcie festiwalu. Główną gwiazdą wieczoru był Prezydent. Wszędzie ochrona, milicja, śmigłowiec który od samego naszego przyjazdu krążył nad miastem. Było czuć jakieś bliżej nieokreślone podniecenie, a może to było tylko w mojej głowie, gdzieś jakaś dziwna nadzieja, że zobaczę samego Łukę? Hokeistę numer 1?

Kiedy tylko rozbrzmiały festiwalowe dźwięki, a my byliśmy już po Big Tasty (kanapce w McDonaldzie, której nie ma w Polsce, a jest za wschodnią granicą) udaliśmy się pod amfiteatr z nadzieją na cokolwiek. Blisko 500m od samego punktu zero, kontrola zawartości plecaka. Ponieważ zawsze mam przy sobie blaszanego przyjaciela (gaz pieprzowy), więc musieliśmy go ukryć pod drzewem. Czułem się jak szpieg, który pod korą za murkiem, chowa jakąś wiadomość. Wyglądało to śmiesznie, ale zwyczajnie nie chciałem kłopotów, tak jak to miało miejsce w 2004 w Londynie.

Staliśmy wśród tych którzy nie mieli biletów. Zapewne ich zakup graniczył z cudem, ale jakoś nawet stojąc taki kawałek od sceny nie miałem w sobie poczucia, że chciałbym tam być, no dobra chyba tylko by zobaczyć Prezydenta na żywo. Nagle dobiega do nas śpiewa nam znany. Szybkie przeszukanie pamięci i rozszyfrowanie dźwięków, które dochodząc do nas były nieczyste. To Maryla Rodowicz. Będąc w hostelowej kuchni oglądaliśmy powtórkę z jej występu. Nic ciekawego.

Rano mieliśmy pociąg do Mińska, trzeba było wcześnie położyć się spać, a dopiero po północy zeszli się wszyscy ludzie. Cicho, na paluszkach. Strach było się ruszyć bo łóżko tak trzeszczało, że było mi jakoś wstyd.

Nie pamiętam o czym śniłem.

Nastumpna stancja: Akademia Nawuk! (część 1)

Kiedy pierwszy raz przekraczałem granicę polsko-białoruską, przez moje ciało przechodziła fala magicznej energii. Był wrzesień 2004 roku. Miałem wtedy 21 lat. Rok wcześniej pierwszy raz przekroczyłem granicę, taką która wydawała mi się czymś nieprzekraczalnym i niedostępnym. Było lato 2003 roku, a ja pojechałem na Krym. By zarobić na ten wyjazd sprzedałem gitarę i pracowałem blisko trzy tygodnie jako roznosiciel ulotek. Najgorsza praca w życiu, a zarobek był w granicach 250zł…za cały okres pracy.

Dziś kiedy przekraczałem granicę polsko-białoruską czułem pewien sentyment. Od tamtego czasu minęło 12 lat, a ja przez ten cały czas raz do roku odwidziałem ten kraj, nawet na kilka godzin, kiedy to podróżowałem do Rosji. Za każdym razem gołym okiem widziałem przemiany, te fizyczne, tych innych nigdy nie czułem. Kiedyś nawet wierzyłem ślepo w hasła o Wolnej Białorusi, te piękne flagi biało-czerwono-białe powiewające podczas pięknych koncertów. Dziś wierzę jedynie w to, że Białoruś jest sztucznym krajem, który buduje swoją historię i symbole na jedynie kilku rzeczach. Czy do mnie to przemawia? Nie wiem. Uważam to za coś normalnego.

Ten wyjazd w moim mniemaniu był na pełnym luzie, nie chciało mi się z grubsza nawet fotografować, a obserwować. Rozkoszować się zapachem metra, smakiem kwasu chlebowego i wszech obecnym klimatem, który zawsze ładuje moje baterie na dosyć długi czas, a przecież dwa miesiące temu byłem w Gruzji. Ten wyjazd na Białoruś to także chyba jakieś tymczasowe zamknięcie pewnego rozdziału związanego z tym krajem. Czas na coś nowego, coś dalszego.

Podczas wyjazdu powstał także materiał wideo, który w zasadzie jest super wakacyjny, bez żadnego ciśnienia, takie coś na co miałem od dawna ochotę.

Warszawa – Brześć – Witebsk
Wsiadamy do porannego pociągu Warszawa – Terespol. Cały przedział nasz. Musimy tak dostać się do Terespola by wsiąść o 11:25 do pociągu na Brześć. Pociąg już nie taki jak kiedyś. Brak drewnianych siedzeń, ale o dziwo nie są to dwa wagony, a blisko osiem. Dwa wagony dla zwykłych ludzi, reszta dla…deportowanych obywateli. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Pociąg rusza z blisko godzinnym opóźnieniem. W środku żar roztapia obicia łóżek. Dopiero w kolejce stojąc wśród nich dowiedziałem się kim są, gdzie jadą, chociaż ich życie nadal było dla mnie nadal wielką zagadką. Po powrocie dowiedziałem się, że w Brześciu czeka blisko 1000 osób na wjazd do Polski (UE), ale ta blokuje ich wjazd. I tak jak piłeczki ping-pongowe odbijają się od granicy. To przejście graniczne zawsze mnie jakoś przerażało. Pani z paszportowego okienka poprosiła mnie o dowód osobisty, bo w dokumentach nie miałem takiej dużej brody, a w zasadzie kolejka składała się z samych czeczeńskich brodaczy. Pani z lodowatą od uczuć twarzą wbiła pieczątkę i oddała paszport.

Korzystając z kilku godzin wolnego do pociągu relacji Brześć – Witebsk, razem z Dawidem udaliśmy się na długi spacer po mieście. Chociaż byłem tu kilka razy, to nigdy nie udało mi się zobaczyć tego co najważniejsze…Twierdzy Brzeskiej, a w zasadzie jego jedynego elementu. Wysokiego obelisku przedstawiającego bagnet. Całość otworzono w 1971 roku.

Zawsze gdy byłem u mojej Babci (która odeszła w maju tego roku) to podziwiałem ten obelisk, który górował nad całym horyzontem. To chyba on przyczynił się do tego by przekroczyć Bug, ale dopiero 12 lat od pierwszej wizyty udało mi się go zobaczyć z bliska i dotknąć. Pomijam jego symbolikę, miejsce w jakim się znajduje, to po prostu symbol mojego dzieciństwa. Srebrna sztyca, która o zachodzie słońca, odbijała od siebie promienie słoneczne. Sama Twierdza nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia.

O 20:30 pociąg ruszył do Witebska. Pociąg typu kupe, cztery łóżka w zamykanym przedziale. Na dole dwie młode Białorusinki, które rano miały swoją kurczakową ucztę i od rana gaworzyły nie bacząc, że śpimy na dwóch górnych pryczach. W sumie byłem szczęśliwy, że mam przed sobą blisko 15 godzin jazdy i blisko 800km. Nie pamiętam o czym śniłem, pociąg miał wiele przystanków i po całej podróży czułem się jak pranie po szybkim odwirowaniu, chociaż uwielbiam podróżować tymi wschodnimi pociągami. Szczególnie miło wspominam ten poranny czaj w cienkiej szklance i metalowym koszyczku zwanym podstakańczykiem.

Rano czekał na nas Witebsk skąpany latem. Prawdziwym latem.

Belarus_Danieluk_2016_001
Belarus_Danieluk_2016_002
Belarus_Danieluk_2016_003
Belarus_Danieluk_2016_004
Belarus_Danieluk_2016_005
Belarus_Danieluk_2016_006
Belarus_Danieluk_2016_007
Belarus_Danieluk_2016_008

W Tbilisi zaszło słońce

Dzień 11

Tradycyjnie ruszamy z rana na miasto. Spacerujemy dużo, całkiem intensywnie, odkrywając nowe części miasta. Chyba największe wrażenie zrobiła na nas eksploracja opuszczonego parkingu, gdzie zostaliśmy zatrzymani. W zasadzie na dole czekała na nas para dwóch uzbrojonych ludzi, którzy działają i chronią okoliczne ministerstwa, a my tutaj naruszyliśmy ich strefę. Pan który nas spisywał był szalenie miły, a wszystko dzięki polskiemu paszportowi. Na koniec sympatycznie nas pożegnał i wskazał miejsce gdzie mamy opuścić to miejsce.

Wieczorem znów wjechaliśmy na samą górę by zobaczyć jak zachodzi słońce nad Tbilisi. To w zasadzie był koniec naszej podróży po Gruzji chociaż został nam jeszcze jeden pełen dzień.

Dzień 12

Zrobiłem tylko kilka zdjęć. Nie miałem już siły, a dwa z nieba woda lała się jak łzy w Batumi. Próbowaliśmy gdzieś snuć się po mieście, po znanych nam wcześniej uliczkach, w zasadzie czekaliśmy już na chwilę kiedy będziemy musieli zawinąć się na lotnisko.

Stojąc w kolejce do samolotu, mając w plecaku książkę, rozpoznałem korespondenta Polskiego Radia na Rosję (wschód) co dało mi dużo sił bo mogłem chwilę porozmawiać z człowiekiem, którego nigdy nie widziałem, a czytałem książkę i regularnie słuchałem.  Mowa oczywiście o Macieju Jastrzębskim.

Samolot oderwał się od płyty i tak definitywnie zakończyła się fajna podróż po Gruzji, którą z całego serca polecam.

Gruzja_2016_Danieluk_236
Gruzja_2016_Danieluk_237
Gruzja_2016_Danieluk_238
Gruzja_2016_Danieluk_239
Gruzja_2016_Danieluk_240
Gruzja_2016_Danieluk_241
Gruzja_2016_Danieluk_242
Gruzja_2016_Danieluk_243
Gruzja_2016_Danieluk_244
Gruzja_2016_Danieluk_245
Gruzja_2016_Danieluk_246
Gruzja_2016_Danieluk_247
Gruzja_2016_Danieluk_248
Gruzja_2016_Danieluk_249

Mapa naszej trasy:
Mapa podróży po Gruzji 2016

Batumi pełne deszczu

Babcia Halina 1929-2016
Halina Iwanczewska 1929 – 2016

Ten dzień zaczął się tym czego gdzieś w środku się bałem, ale czekałem. Byłem spokojny, a przed oczami przeleciało mi tysiące obrazów. W wieku 87 lat odeszła moja ukochana Babcia Halina, która od blisko miesiąca była w szpitalu. Niestety przez ten czas jak gdyby Babcia była za grubą, matową szybą, to skutki udaru. Ona zwyczajnie nie zasłużyła na to. Zerkałem wtedy na ostatnią fotografię jaką zrobiłem Babci. Siedziała na swoim fotelu. Spokojna, uśmiechnięta, po prostu Ona. Gdyby nie Babcia nie byłbym w tym miejscu w którym jestem. Nie pokochał bym Podlasia, mojego Wschodu. I chociaż wiem, że skończyło się coś ważnego, dużego, bliskiego to pewnych moich magicznych miejsc nigdy nie zostawię, a tych wszystkich chwil, ot tak nie zapomnę bo zapomnieć to uśmiercić także kawałek siebie.

Dziękuję Ci Babciu!

 

 

 

Kiedy siedzieliśmy w autobusie do Tbilisi rozszalała się wielka burza. Patrzyłem na mokrą szybę z bliska, miałem wrażenie, że to miasto, ten kawałek życia kończy się rzęsistymi łzami, ale za tym wszystkim, za tymi wszystkimi chmurami jest przecież słońce, tak samo jak wysoko na niebie, zawsze jest jasno.

Nam w sumie było już wszystko jedno. Czy to deszcz czy przenikliwy, ciężki skwar. Wcześniej drobne zakupy w tureckim sklepie i czekało nas blisko 7, a może 8 godzin drogi w przyzwoitych warunkach. Chcieliśmy podróż odbyć pociągiem, ale dworzec kolejowy mieści się za daleko od miasta, a godzina przybycia do Tbilisi była szalenie późna. W drodze pozwoliłem sobie obejrzeć amerykański film z rosyjskim dubbingiem (lepsze to niż gruzińska mowa, która jest totalnie niezrozumiała). Gdzieś w środku trasy był przystanek. Po wyjściu z autobusu otoczyły nas bezdomne psy. Zawsze tak mnie serce boli jak na nie patrzę. Tuż obok jakaś duża knajpa, gdzie w kilka chwil coś wrzuciliśmy na język. Z chwili na chwilę, dzień ustępował nocy, a to był jasny znak, że za chwilę znajdziemy się w Tbilisi.

Autobus zatrzymał się w zachodniej części miasta. Po wyjściu zostaliśmy brutalnie otoczeni przez lokalnych kierowców, którzy w większości proponowali nam kurs do…Armenii. Chętnie bym skorzystał, ale czas nie jest z gumy i w głowie miałem myśli o powrocie do Polski i tym co mnie tam czeka. Blisko 300 metrów uciekaliśmy przed nimi. Zawsze mnie zadziwia te chore uparcie. Skoro nas coś nie interesuje to po biegu za nami nas zainteresuje? Wątpię.

Nasz nocleg znajdował się teraz w starej części miasta i swoim wyglądem przypominał koniec lat 80-tych, a w nowym telewizorze można było oglądać tylko tureckie programy. Właściciel tego przybytku nie był za bardzo ogarnięty, ale jedyne na co miałem ochotę to schować się pod kołdrą.

Jutro czekało na nas.

Homesick – Nabrdalik

Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Homesick - Maciek Nabrdalik
Jakiś czas temu dowiedziałem się, że Maciek zbiera fundusze na wypuszczenie (czy to dobre słowo?) własnego albumu. Temat magiczny. Zamknięta Zona Czarnobylska. Temat który jedynie powąchałem z daleka. W takim wypadku nie mogłem siedzieć bezczynnie i na tyle ile mogłem, pomogłem.

Kilka dni temu w mojej skrzynce pojawiła się czerwona, gruba koperta, a w niej album (który w sumie jest niczym zapisany fotografiami notes) oraz mapę Prypeci w języku polskim. Idealna mieszanka. Wróciły wspomnienia, obrazy błyskały jak pioruny. Przez kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy po mojej szalenie krótkiej (w porównaniu do tego co zrobił Maciek) wizycie w ZZC (Zamkniętej Zonie Czarnobylskiej), miałem mocne sny. Powracałem w nich nagminne do tych samych miejsc z których wyruszałem odkrywać Prypeć. Ta granica między światem normalnym, a skażonym była szalenie cienka. Namacalna. Brutalna. W tych sennych podróżach wracał koszmar mojej prawdziwej wizyty. Czas. Jego było zbyt mało. I te bieganie. Tak też miałem w tych snach.

Nie jestem żadnym krytykiem, kimkolwiek od drążenia fotograficznych prac, ale to w jaki sposób pokazany jest ten świat, powoduje że czysto zazdroszczę i uświadamiam sobie, że do pewnych rzeczy zwyczajnie nie dojrzałem.

www.nabrdalik.com

 

Batumi

Gruzja_2016_Danieluk_214
Gruzja_2016_Danieluk_215
Gruzja_2016_Danieluk_216
Gruzja_2016_Danieluk_218
Gruzja_2016_Danieluk_219
Gruzja_2016_Danieluk_220
Gruzja_2016_Danieluk_221
Gruzja_2016_Danieluk_222
Gruzja_2016_Danieluk_223
Gruzja_2016_Danieluk_224
Gruzja_2016_Danieluk_225
Gruzja_2016_Danieluk_226
Gruzja_2016_Danieluk_227
Gruzja_2016_Danieluk_228
Gruzja_2016_Danieluk_229
Gruzja_2016_Danieluk_230
Gruzja_2016_Danieluk_231
Gruzja_2016_Danieluk_232
Gruzja_2016_Danieluk_233
Gruzja_2016_Danieluk_234
Gruzja_2016_Danieluk_235

Przez miasto przeszła wielka burza, wtedy też piliśmy lemoniadę i zajadaliśmy się dobrem gruzińskiej kuchni. To było wspaniałe uczucie.

Wieczorem kiedy odpoczywaliśmy po całodziennych spacerach i setkach myśli, siedzieliśmy na wygodnych kanapach i czekaliśmy na konkurs Eurowizji. Dane nam to było oglądać na jakimś kanale rosyjskojęzycznym, gdzie prowadzący co jakiś czas eksplodował swoimi emocjami, szczególnie komentując występ Ukrainy (kawałek szalenie mi się podobał).

Razem z Dawidem nie mogliśmy usiedzieć w spokoju. Nasze zainteresowanie padło na nasze wynajmowane mieszkanie. W „moim” pokoju przy mojej części łóżka była szafka w której był aparat cyfrowy, działający i zawierające fotografie. Nic ciekawego ot kilka fotografii z jakiejś dziwnej uroczystości. Bezimienne twarze, sytuacje. Obok niego jakieś kosmetyki i mała konsola do gier firmy Sony.

W pokoju „należącym” do Dawida od razu można było wywnioskować, że należy do jakiegoś chłopca. Wszędzie książki, komputer, dużo gier i rzeczy, które przed chwilą były w użyciu. Na podłodze leżał plecak z książkami jak gdyby ktoś miał je chwycić i pójść do szkoły.

Postanowiłem przeprowadzić małe śledztwo w poszukiwaniu czegoś co niby miało by mnie doprowadzić do rozwiązania mojej zagadki, do pokazania mi konkretnej odpowiedzi. Co do cholery tutaj się stało? Dlaczego ktoś wynajął w pełni wyposażone mieszkanie obcym ludziom na takim serwisie jak booking.com (jeśli by to było airbnb, nic by mnie nie dziwiło). Wśród różnych zeszytów widniały daty z 2014 roku.

Wkręciłem sobie, że owa Rodzina nie żyje, a ktoś ot tak postanowił wynająć ich mieszkanie. Pokój Dawida nie miał okiem, a na jednej ze ścian była ogromna fototapeta z widokiem na jakieś bliżej nieznane mi miasto nocą.

Zasnąłem z ogromnym żalem, że Michał Szpak tak nie wiele dostał. Zasnąłem i dopiero rano dowiedziałem się, że to była tylko połowa konkursu ;)

Kierunek Batumi

Wadim*, właściciel hoteliku już od bladego świtu krzyczy na swoją żonę, która mieszka z nim i pracuje w jednym miejscu. Tradycyjnie używam zatyczek do uszu, ale głos Wadima przenikał cienkie ściany i wbijał mi się w mój mózg. Pomyślałem sobie, że pozostawię po sobie pamiątkę. Nasz telewizor w pokoju był wyposażony w dekoder do odbioru sygnału kosmicznego i menu było w języku polskim(!). Przestawiłem na język arabski. Szczęśliwie opuściliśmy lokal z załadowanymi plecakami. Wadim nie żegnał nas w progu.

W drodze na dworzec, który mieścił się o dziwo prawie na samym czubku miasta, postanowiliśmy zjeść śniadanie w jednym małym lokalu gastronomicznym, gdzie miła Pani podała nam tradycyjne placki. Co ciekawe w tym mieście najbardziej rzucały się w oczy kolejki do…bankomatów. Niestety nie bardzo rozumiałem sytuację gospodarzą tego regionu, ale  kolejki te wydawały mi się dziwne.

Autobus długo czekał, aż wszyscy zajęli swoje miejsca i powoli ruszył z dworca na południe kraju. Tuż chwilę jak opuścił bramy dworca, do autobusu wsiadła kolejna grupka ludzi, zapewne taniej i bardziej na lewo. Wcześniej bilety trzeba było kupić w kasie na dworcu. Człowiek uczy się życia non stop.

Autobusik szybko dojechał do znanego nam wcześniej skrzyżowania w mieście o bajecznej nazwie Zestaponi. Niczym imię jakiejś lokalnej księżniczki, która przez całe życie czekała na swojego księcia. Obok tego skrzyżowania był dworzec autobusowy, ale Pani z kasy wskazała nam ręką miejsce gdzie mamy iść i szukać połączenia. Tak też zrobiliśmy. Przy sklepie spożywczym czekaliśmy na autobus do Batumi. Żar lał się z nieba i znowu staliśmy pełni dziwnej nadziei na znanym nam wcześniej skrzyżowaniu. Gdzieś w środku nienawidziłem tego miejsca.

Po kwadransie podjechał facet z zapakowanym po dach dużym samochodem i za potrójną stawkę zaprosił do środka. Odmówiliśmy. Chwilę potem podjechał typowy autobus wschodnich dróg i w końcu, szczęśliwi jechaliśmy do celu. Krajobraz za oknem znów przypominał mi Włochy i wtedy nastał ten magiczny moment kiedy mogłem poczytać książkę, którą sporadycznie wożę ze sobą od blisko dwóch lat. Ta książka jeszcze mi się przyda!

Batumi.

Z oddali to miasto pachniało taką miniaturką jakiegoś chińskiego miasta.Wysokie budynki nad samym morzem. Mijaliśmy wybrzeże i jedno z tych miejsc, które wypatrzyłem sobie wcześniej, chociaż wtedy już wiedziałem, że nie będzie czasu by zobaczyć opuszczony hotel z widokiem na Morze Czarne.

Kiedy tylko wysypaliśmy się z autobusu, tradycyjnie zostaliśmy oblepieni przez lokalnych kierowców i sprzedawców tandetnych wycieczek. Miasto od razu rzuciło się dosyć egzotycznym klimatem, sporym ruchem ulicznym, gorącem, ilością słońca i ogromem żebraków. Dzięki Google Maps i pomocy jakiegoś kierowcy byliśmy pod budynkiem, w którym wcześniej sobie zarezerwowaliśmy mieszkanie na booking.com. Odnalezienie właściwej klatki i mieszkania było ogromnym wyzwaniem. Nawet robotnicy i Pan z administracji nie wiedział gdzie i co i jak. Na domiar złego w super nowoczesnym budynku nie działała winda, a mieszkanie było na piętrze numer 14. Nie byłem szczęśliwy.

Zrzuciliśmy swoje rzeczy, a jeszcze długą chwilę patrzyłem na całe miasto z balkonu. 15 kilometrów w linii prostej była już Turcja. Poszliśmy na miasto, odpocząć, złapać trochę morskiego powietrza i nacieszyć oczy horyzontem. Chwilę później powiedziałem Witaj Morze Czarne!  Nie widzieliśmy się 1,5 roku.

*) Ponownie nadałem mu wymyślone imię, które nie jest przypadkowe. Kilka lat temu kiedy chciałem u jednego pośrednika wizowego wyrobić 4 wizy dla 3 osób (całość około 3000zł) zapytałem czy udałoby się wynegocjować jakiś rabat (zapytać nic nie kosztuje). W odpowiedzi dostałem wiadomość, że nie ma takiej opcji, a w ogóle jak się nie ma kasy to się siedzi w domu. Taka odpowiedź. Śmiech na sali :) trochę jak z Wadimem o którym pisałem tutaj. Nazwa firmy była właśnie Wadim lub Waldi.

Gruzja_2016_Danieluk_194
Gruzja_2016_Danieluk_195
Gruzja_2016_Danieluk_196
Gruzja_2016_Danieluk_197
Gruzja_2016_Danieluk_198
Gruzja_2016_Danieluk_199
Gruzja_2016_Danieluk_200
Gruzja_2016_Danieluk_201
Gruzja_2016_Danieluk_202
Gruzja_2016_Danieluk_203
Gruzja_2016_Danieluk_204
Gruzja_2016_Danieluk_205
Gruzja_2016_Danieluk_206
Gruzja_2016_Danieluk_207
Gruzja_2016_Danieluk_208
Gruzja_2016_Danieluk_209
Gruzja_2016_Danieluk_210
Gruzja_2016_Danieluk_211
Gruzja_2016_Danieluk_212
Gruzja_2016_Danieluk_213