Chiatura. Kolejką na szczyt (część pierwsza)

Poranek nie był za szczególny. Za oknem padał deszcz, a głowa ciężko leżała na poduszce. Od samego początku był we mnie pewien dziwny lęk, który powodował obawę przed uciekającym czasem. Wszak mieliśmy być tutaj dwie noce to jednak czasu na samo fotografowanie było niewiele. Ciągle w biegu i w drodze, nie mając czasu by odpocząć opuściliśmy „hotel” i ruszyliśmy na miasto. Wyjątkowe. Tuż przed wyjazdem do Gruzji szukałem miejsc, które warto by było zobaczyć, często też wpisuję jedno magiczne słowo abandoned. I właśnie dzięki różnym kombinacjom słów, udało się znaleźć to miejsce i gdzieś w głowie, Chiatura stała się miejscem numer jeden na liście miejsc i obiektów w podróży po Gruzji.

Mowa oczywiście o Chiaturze. Mieście które uzyskało prawa miejskie w 1921 roku, a wg. danych w 2008 roku mieszkało tu blisko 20,000 osób. Przez miasto płynie rzeka, a dookoła wszystko otaczają wzgórza. Miasto wygląda trochę jak gdyby zatrzymał tu się czas w latach 50-tych. Okolica znana jest z kopalni i zakładów przetwarzania rud manganu. Jednak kopalnie te nie mieszczą się w dolinie, a na wzgórzach, a górnicy i mieszkańcy musieli się jakoś przemieszczać. Ponieważ w miejscach takich jak te są oczywiście drogi, ale najlepszym i najszybszym środkiem transportu byłyby kolejki linowe i tak właśnie w pierwszej połowie lat 50-tych w Chiaturze powstała sieć kolejek. I co najważniejsze. Kolejki te od tamtych lat nie miały żadnego generalnego remontu. Musiałem to zobaczyć na własne oczy.

Gruzja_2016_Danieluk_133Spacerując wzdłuż rzeki, zerkając co chwilę na zegarek musieliśmy najpierw coś zjeść, a w drodze do jedynej chyba pizzeri (ta potrawa nie ma prawa mi się znudzić) w mieście, mijaliśmy pierwszy obiekt związany z system kolejek. Na fasadzie przepiękna mozaika z Leninem i Stalinem, a z samego budynku można było zaobserwować trzy kierunki po których poruszały się wagoniki. Minęła może godzina, dwa słodkie czaje i znów byliśmy w punkcie wyjścia. Nareszcie!

Budynek z mozaiką Lenina i Stalina (na pierwszym planie Stalin, na drugim oczywiście Lenin) mieścił w sobie dwa pomieszczenia. W pierwszym tym mniejszym siedziały Panie, które obsługiwały pierwszą linię, która prowadzi na sam szczyt jednej z gór, ponad rzeką do kolejnej dosyć dużej stacji. W drugim większym pomieszczeniu znajdowało się miejsce w którym czekała jedna kolejka i można było do niej wsiąść za pomocą dwóch małych, dziwnych platform. Całość okraszona łukami i pięknym sufitem. Wszystko umorusane oparami smarów, które od lat 50-tych zapewne lały się tu sowicie. Zawsze na dole był jeden wagonik, zwyczajowo drugi na samej górze. Dopiero w drodze mają okazję się przywitać i trwa to dosłownie chwilę.

Obserwowałem jak powoli ludzie czekali na moment kiedy to z małego pomieszczenia wyjdzie kobieta i otworzy drzwi do wagonu, a następnie razem za nią ruszą ludzie by zająć miejsca w środku. Sam wagonik na pierwszy rzut oka budził lęk przed skorzystaniem. Tu kawałek rdzy, tam przez kawałek poszycia można było zobaczyć wnętrze wagonika. Widać też ile przez te pół wieku, jacyś bezimienni mechanicy nakładali kolejne warstwy nowej farby, jak gdyby proces ten miał pomóc naprawić, zespolić, utwardzić całą konstrukcję.

Pierwsza kolejka z pasażerami opuściła wnętrze budynku i poszybowała w górę. Kiedy jej siostra zjechała z góry, ustawiłem się razem z innymi w oczekiwaniu na kolejny kurs. Na ścianach nie ma żadnego rozkładu jazdy, tutaj kursy odbywają się na prośbę oraz ilość chętnych. Nawet dla jednej osoby kolejka rusza. Kiedy już znaleźliśmy się ze wszystkimi w blaszanej klatce, Pani zamknęła małym kluczykiem drzwi i czekała. Za chwilę nacisnęła na starym telefonie magiczny guzik, gdzieś za plecami w małym pomieszczeniu zadzwonił dzwonek i po chwili całość zaczęła się wznosić, a moje nogi zrobiły się miękki jak blacha na której stałem. Nie po to przejechałem tyle kilometrów bym nie wsiadł i nie był jednym z mieszkańców tego miasta, dla których kolejki te to rzecz jasna żadna atrakcja, a codzienny element. Znudzona Pani, znudzona widokiem za oknem para młodych dziewczyn, które od razu po wejściu zajęły najlepsze miejsce…przy oknie. Bo okna w tej kolejce blakły jak wspomnienia, które gdzieś w głowie z czasem zanikają. Wzrokiem przyciągałem twarz jednej dziewczyny, która odsunęła się od okna i dała mi przestrzeń do zdjęć. Za chwilę ktoś mnie pociągnął za ramię i kazał zamknąć okienko. Wagonik nagle wjechał w krzaki by zaraz znaleźć się na samym szczycie budynku z wielką datą 1953 rok na fasadzie.

Z samej góry doskonale było widać całe miasto, chociaż widok imponujący, bo wszystko co z góry wydaje się piękniejsze to jednak budynki mieszkalne tuż za stacją górną, powodowały że moje wyobrażenie o dokładnym miejscu pobytu znów szalało. Poczułem się jak w Czeczeni. Wielkie szare bloki. Opuszczone w części, tuż obok jakiś budynek z którego warto było oglądać to wszystko co otaczało stację górną. Pośrodku tego mała krowa. W takich miejscach moje serce zawsze bije szybciej. Zawsze.

Po chwili znów byliśmy na dole. Podczas tej podróży bałem się przemieszczać po cienkiej blasze. Każdy mój ruch powodował, że owa cienka blacha wyginała się i wydawała takie dźwięki, po których moje nogi ponownie robiły się miękkie, a każde bujnięcie wagonika nie pozwalały mi w pełni skupić się na tym po co tam byłem. Chociaż co chwilę powtarzałem sobie, że przecież przed chwilą ta kolejka zrobiła kilkanaście kursów w górę i w dół i jakoś nic się nie stało. Na dole czekał na nas kolejny wagonik w kolorze niebieskim. Od razu po jego budowie i oknach było widać, że podróżują nim inni ludzie. Okienka okrągłe, wypełnione gęstą siatką. Wystrój surowy, półmrok. Kolejka ruszyła, stromo wzbijając się ku górze. Widok z góry robił wrażenie, chociaż dopiero jak człowiek przyjrzał się z bliska na punkt dowodzenia ową linią oraz sam peron, wtedy ponownie giętkość nóg zmniejszała się z każdym wykonanym krokiem po blaszanej platformie.

Chwilę potem znów spacerowaliśmy po tym małym, urokliwym miasteczku. W jego samym środku, jak by się wydawało plac, ławeczki, jakieś drzewka. Dosyć tłoczno. Nad placem góruje budynek z wieżą, który zapewne kiedyś był ratuszem, a dziś siedzibą policji. Przypomina on typowy sowiecki pałac. Spacerując po mieście można natknąć się na różnego typu stacje dla kolejek linowych. Jedne po prostu wyłączone z użycia z ciągle napiętymi linami, część z nich przy samej stacji ma swoje wagoniki. Po niektórych widać, że działały jeszcze kilka lat temu. Generalnie stacje te architektonicznie robią wrażenie. Strzeliste dachy, koła, liny. Takie obiekty zawsze robiły na mnie wrażenie. Tuż obok jednej ze stacji przy samej rzece był postój taksówek i kilku mniejszych autobusów. Ponieważ czas nas gonił, a według mapy którą udało mi się gdzieś odkopać z dna Internetu, wynikało że jest jeszcze kilka stacji do zobaczenia. Pierwsze co przyszło mi do głowy to możliwość zamówienia sobie taksówki i poproszenia o kurs do najbliższej stacji, która według mapy była może 3 lub 5 km od punktu w którym się znajdowaliśmy. Nic trudnego.

Pierwsza z brzegu taksówka to stara Łada. Jej kierowca równie stary i zniszczony jak jego maszyna. Pokazałem mu na telefonie moją mapę i zapytałem w jakiej cenie będzie kurs. Mężczyzna był lekko zagubiony, zapytał jakiegoś innego kierowcę po fachu i krzyknął 15 Lari. Przemnożyłem razy dwa, podzieliłem na trzy. Pomyślałem sobie, że cena jest do zaakceptowania. Wsiedliśmy do środka. Wybór tej taksówki był naszym przeznaczeniem. Zapisem na katach przygód i wspomnień, które pamięta się latami, czasem przez całe życie. Kiedy siedziałem już na siedzeniu pasażera tuż przy kierowcy, moim oczom ukazał się widok ciekawy, a nawet szalony. Samochód blisko 15 lat temu przeszedł na wysłużoną emeryturę. Środek przypominał szaber, a na samej kierownicy, która nie była ustawiona prawidłowo, kierowca nakleił małą nalepkę Pilot Master, która swoim położeniem mówiła, gdzie góra i gdzie dół. Nim jednak ruszyliśmy Gieorgij otworzył maskę i wlał do chłodnicy sporą ilość wody z wielkiego baniaka. Chociaż nie poznaliśmy jego imienia, nazwaliśmy go Gieorgijem od jednego z bohaterów znanego serialu w ZSRR, oczywiście polskiej produkcji, o pewnym czołgu i psie. Ten bohater był także Gruzinem, więc nie mogło być inaczej!

Gieorgij, niski człowiek, którego wieku nie potrafiłem rozszyfrować. Bliżej mu do 60-tki niż do 50-tki. Odpalił maszynę i ruszyliśmy dziarsko do przodu. Maszyna podczas jazdy wydawała z siebie symfonię dźwięków, raczej tych bliskich rozpaczy niż radości, chociaż w tamtej chwili była przepustką do zarobieniu kilku porządnych złotówek. Mimo, że nie minęła nawet doba w tym miasteczku, ja już wiedziałem, że coś się kroi. Gieorgij ruszył w przeciwnym kierunku. Przez chwilę pomyślałem, że coś przy okazji musi załatwić, ogarnąć kiedy po chwili wyjąłem telefon i zobaczyłem, że samochód jedzie zdecydowanie w przeciwnym kierunku. Szybko pokazałem to kierowcy i znów upewniając się i uspakajając swoje sumienie, miejsce do którego chcemy dotrzeć. Gieorgij przytaknął i swoim gruzińsko-rosyjskim powiedział, że gdzieś musimy podjechać. Spojrzałem na wskaźnik paliwa i przez chwile byłem spokojny. Patrzyłem też na zegarek, który nieubłaganie zabierał nam cenne minuty światła, które przecież są najważniejsze w tym co robię i po co tam byłem.

Samochód stał koło jakiegoś wielkiego bloku z szarej płyty. Otwarta maska i brak kierowcy, który wrócił po dłuższej chwili z baniakiem wody i całą zawartość przelał do chłodnicy. Po krótkiej chwili znów go nie było, ale sprawa miała się jasno bo przecież z pustym baniakiem daleko nie pojedziemy. Kierowca baniak umieścił pod swoim siedzeniem(!) i ruszyliśmy w drogę, która była zła. Auto ostatkiem sił wdrapywało się po asfaltowej drodze by dotrzeć do małej stacji paliw gdzie Gieorgij kilkoma litrami paliwa zalał prawie pusty bak. Pomyślałem sobie, że ta podróż zaczyna pachnieć absurdem. Jeszcze raz wskazałem mu miejsce docelowe i kierowca ruszył…w złą stronę. Zacząłem patrzeć na mapę czy może to ja jestem taki niezorientowany, może tam gdzieś jest jakiś skrót o którym nie mam pojęcia.

Gieorgij ciskał nogą w gaz i auto mknęło do przodu. Przy tym jak by każda jego część drżała, ale wynikało to raczej z braku jakiegokolwiek wyważenia kół, nie wspominając już o geometrii. Niby takie podstawy, a jednak jaki to inny komfort jazdy. Samochód mknął dalej i dalej, oddalając nas od miejsca w które chcieliśmy jechać. Skończyła mi się cierpliwość, poczułem się nawet aresztowany przez naszego kierowcę. I nagle samochód się zatrzymał. Przed oczami była jakaś cerkiew. Wydumany przez Gieorgija cel. Opadła mi głowa, straciłem chęci na cokolwiek. Miałem ochotę wysiąść i przywalić kierowcy. Wtem starszy człowiek się jak gdyby wybudził ze snu. Uświadomił sobie w mig, że chyba coś mu się pomyliło. Jeszcze raz pokazałem mu mapę, ten przytaknął, a do tego jeszcze ciągle powtarzałem mu gdzie chcemy jechać. Kierownica w lewo i auto ruszyło. Kilkanaście metrów dalej, kiedy auto już nabrało swojej prędkości (podczas zjazdów Gruzin wyłączał silnik!). Miał otwarte okno przez które wpadało świeże powietrze. I zaciekawił mnie dziwny, regularny dźwięk, stukot. Jak gdyby nagle miało coś się stać. Nagle huk wybuchającej opony i walka Gieorgija o prosty tor, o życie, o samochód, skończył bieg auta w dosyć dziwnej pozycji. Szybko wyskoczyliśmy by sprawdzić gdzie tak wystrzeliło. Okazało się, że wybuchła przednia prawa opona. Była tak łysa, że w życiu nie widziałem takiej opony. Przed oczami pojawił mi się czarny obraz dalszego dnia. Widziałem siebie jak łapię stopa do miasta, że zastanie mnie noc, że już nic nie zobaczę.

Gieorgij pokręcił głową, skoczył do bagażnika i wyjął dobre koło. Pomogliśmy mu przepchnąć auto, a kierowca szybko wymienił koło. Miał wprawę, a w bagażniku miał dwie opony w tym tą która przed chwilą nas zatrzymała. Gieorgijowi było strasznie głupio i w tym momencie zrobiło mi się przykro. Tak zwyczajnie po ludzku. Przeszła mi złość i zacząłem się śmiać sam do siebie. Kierowca obiecał nam, że będzie nas woził przez cały dzień. Nas jednak interesowały dwie dolne stacje kolejki, które mieściły się na granicy miasta. Samochód ruszył do przodu, a przed nami pojawił się ostry zjazd z góry. Wtedy na poważnie pierwszy raz od dawna zacząłem się bać. Samochód z wyłączonym silnikiem mknął w dół, przy tym trzęsąc się jak ręce z zimna. W drodze do centrum miasta, Gieorgij ponownie zatrzymał się i poprosił mnie o asystę. Przy jakiejś stolarni rozmawiałem po angielsku z chłopakiem, który w końcu powiedział gdzie kierowca ma jechać. Szczęśliwy z kilkoma kwadransami w plecy ruszyliśmy do celu (a miało być taksówką szybciej!). Po drodze Gieorgij znów gdzieś skręcił bo chciał pokazać nam jedną ze stacji pod którą już byliśmy, a sam ją odkryłem wchodząc w przypadkowe krzaki.

W podróż przedostatnią kolejką wybrał się wraz z nami taksówkarz. Wszystkie przejazdy wagonikami na linach były bezpłatne. Widok z góry robił się bardziej industrialny. Po lewej stronie pojawiły się także budynki, które widziałem na fotografiach przed przyjazdem do Chiatury. Operator linii na górnej stacji, bo każda ze stacji ma swojego, poprosił o zdjęcie i pożegnał nas, gdy kolejka zmierzała na sam dół. Można by nawet stwierdzić, że im dalej od centrum miasta, tym stan techniczny kolejek jest co raz gorszy. Ta dolna stacja robiła wrażenie opuszczonej i kiedy wszedłem na górę, okazało się że tam siedzą ludzie.

Ostatnia stacja była wisienką na torcie. Przez jakieś Peru, Czeczenię dotarliśmy do głębokiej Rosji, niczym wyobrażenie o mieście Norylsk. Ogromny budynek w tle linowych kolejek. Te dwie stacje, a właściwie jej operatorzy jak gdyby te stacje były ich domami. Ciężko to opisać, ale odnosiłem wrażenie, że ta linia kursuje częściej, może nawet przez całą dobę. Obok dolnego budynku biegały dwa małe szczeniaki, które swoją sielanką nie do końca pasowały mi do tego brutalnego otoczenia. Podczas naszej podróży w górę i dół, na dole czekał nas Gieorgij. To był już koniec dnia. Z ciemnych wiszących chmur poleciał deszcz, który czekał do ostatniej chwili byśmy mogli tylko pracować bez deszczu.

Znów byliśmy pod naszym hotelem. Kierowca dostał 20 żeli (GEL), szczęśliwy powtarzał, że to za dużo za dużo. Chociaż to blisko 40 złotych to przecież przygoda czasem nie ma swojej ceny, a ta którą przeżyliśmy do dziś budzi we mnie śmiech, taki przez łzy. Wieczór kończyliśmy w znanej nam pizzeri przy ciepłym czaju, zimnym piwie w cuchnącym hotelu i telewizyjnym kanałem gruzińskim. Patrzyłem w ten telewizor i marzyłem o śnie. Zapadła ciemność.

To był cholernie dobry dzień i jestem świadomy, że dobry materiał powstałby gdybym tu został jeszcze tydzień, ale podróż rządzi się lekko innymi prawami.

W tym wpisie tylko część zdjęć.

Gruzja_2016_Danieluk_134
Gruzja_2016_Danieluk_135
Gruzja_2016_Danieluk_136
Gruzja_2016_Danieluk_137
Gruzja_2016_Danieluk_138
Gruzja_2016_Danieluk_139
Gruzja_2016_Danieluk_140
Gruzja_2016_Danieluk_141
Gruzja_2016_Danieluk_142
Gruzja_2016_Danieluk_143
Gruzja_2016_Danieluk_144
Gruzja_2016_Danieluk_145
Gruzja_2016_Danieluk_146
Gruzja_2016_Danieluk_147
Gruzja_2016_Danieluk_148
Gruzja_2016_Danieluk_149
Gruzja_2016_Danieluk_150
Gruzja_2016_Danieluk_151

CDN…

Szukając celu

Gruzja_2016_Danieluk_132
Pobudka.

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie bo byliśmy świadomi drogi jaka miała nas czekać. Chociaż odległość na polskie warunki nie robiła żadnego wrażenia to jednak tutaj w Gruzji, każda odległość to pewnego rodzaju walka, wyzwanie. Ponieważ nie do końca można było ustalić o której godzinie miał odjechać busik z Kazbegi do Tbilisi zjawiliśmy się wcześniej na głównym placu. Pewnie kiedyś tutaj tuż obok znanego poety stał gdzieś pomnik Lenina, a kto wie może nawet i Stalina. Pod tym pomnikiem biegały bezdomne psy, które wybrały sobie to miejsce jako dom. Miejsce dziwne. Pachnące mi nie wiem czemu, ale Alaską.

Zajęliśmy miejsca w autobusie, a już wcześniej nauczeni, chcieliśmy być pierwsi i mieć pewność, że szybko wydostaniemy się na południe i dalej. Autobusik szybko zapełnił się ludźmi i byliśmy gotowi do drogi. W sumie współczułem temu francuzowi przede mną, ale gdy wysiadałem to współczułem sobie. Nie pamiętam kiedy mną tak sponiewierało. Chociaż tego dnia nie wiele kilometrów zrobiłem na nogach to jednak mój krokomierz zmierzył blisko 17,000 kroków! Tak trzęsło. Wyjście z autobusu to był luksus to był dar z nieba.

W Tbilisi szukaliśmy łazienki by skorzystać z niej przed następnym etapem podróży. Wszystkie lokale gastronomiczne wydawały się mało interesujące, a co więcej budzące sporo zastrzeżeń przed wyborem jakiejś śniadaniowej potrawy w samo południe. Dopiero gdzieś za dworcem udało nam się zamówić dobre jedzenie w fajnej restauracji z normalną łazienką, a tych w stolicy Gruzji było wyjątkowo mało, ale czy w Warszawie jest ich dużo? Rzeczą która mnie uderzyła to palenie papierosów w lokalach gastronomicznych. Człowiek się od tego tak mocno odzwyczaił, że widok dymu i jedzenia budzi niesmak…chociaż jestem typem człowieka, którego nawet najmniejsza ilość dymu papierosowego dusi dramatycznie.

Szczęśliwi opuściliśmy lokal i udaliśmy się na dworzec, gdzie przebijając się przez bazarowe klimaty udało nam się odszukać wskazany przez ludzi autobusik do Zestaponi. Kierowca i jego pomagier pomogli zająć wszystkie miejsca, a mi trafiło się siedzieć koło starszego Pana, który większość drogi szalenie na mnie napierał (siedział w przejściu, jak francuz którego widać na fotografii po lewej stronie). W słuchawkach muzyka, a za oknem przemijały przepiękne krajobrazy, tak podobne do tych które kiedyś widziałem przemierzając Włochy. Po drodze minęliśmy Gori, miejsce w którym urodził się Stalin. To jedyna część drogi, która w Gruzji jest autostradą.

Przystanków jako takich nie ma i trzeba było kontrolować pozycję na mapach Googla (mieliśmy gruzińskie karty SIM). Kiedy już dojechaliśmy do Zestaponi i kierowca miał kilka sekund wolnego, wyskoczyłem i zapytałem o dalszą drogę. Za chwilę staliśmy już na chodniku wielkiego skrzyżowania. Mieliśmy na sobie plecaki, a z nieba lał się żar. Blisko 25 st. C różnicy między Kazbegi, a tym miejscem. Na horyzoncie było widać budynek, który sugerował, że jest to dworzec autobusowy. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że żaden z autobusów nie jedzie do naszego punktu docelowego. Kierowcy wzruszali ramionami, a z ich twarzy można było wyczytać bardziej zdziwienie jak brak zainteresowania. Wtedy przeszła mi przez głowę myśl czy faktycznie nasz cel jaki sobie obraliśmy to inna planeta, teren zbyt tajemniczy, strefa wyobcowania? Jeden z kierowców wskazał palcem kierunek w którym mamy iść. Tak też zrobiliśmy. Nie mieliśmy wyboru.

Idąc niepewnym krok postanowiłem, że się zatrzymamy i jeszcze raz zbadamy mapę, jak by to miało coś dać. Jak gdyby nagle miało coś się stać i pomóc nam znaleźć miejsce z którego byśmy udali się dalej. Zawsze w takich chwilach myślę sobie, że czasem sytuacja może wydawać się słaba czasem beznadziejna to ZAWSZE jest jakieś rozwiązanie i czasem taki stan wydaje się czystą przygodą, chociaż w tym wypadku nie było mi do śmiechu. Zbliżała się godzina 18, a to czas kiedy autobusów jest jak na lekarstwo. Wtem koło nas zatrzymał się pusty autobusik (marszrutka) i wychylił się z niej jakiś facet i zapytał: Chiatura? Oczywiście, że tak! Szybko wrzuciliśmy rzeczy i kierowca powiedział, że zrobiła mu się nas żal, że mamy iść taki kawałek i on nas podwiezie do punktu z którego pojedziemy dalej. Kierowca opowiadał o zmiennej pogodzie i za chwilę nas pożegnał. To był kawałek drogi, a wysoka temperatura wcale nam nie pomogła.

Przystanek autobusowy na którym się znajdowaliśmy to po prostu wiata sklepu spożywczego. Gdyby nie kilka osób które wypatrywały swojego środka transportu w żaden sposób nie można by było dojść gdzie złapać autobus. Niestety kierunki na autobusach są tylko w języku gruzińskim. Jakiś młody chłopak mnie obserwował, więc pomyślałem sobie, że go poproszę o pomoc. Niestety kiedy ja mówiłem do niego po rosyjsku, on odpowiadał mi po gruzińsku. Domyślcie się jak zakończył się nasz dialog. Znów byliśmy w tym samym punkcie. Jednak obok stał starszy Pan który pomógł nam i kiedy przyjechał autobusik już w pełni załadowany, zaklepał nam miejsca. Marszrutka pędziła na północ, kierowca co chwilę odbierał dzwoniący telefon, a kobieta po mojej lewej non stop patrzyła na wielkie torby, które pomagałem jej trzymać gdy tylko otwierały się drzwi. Uśmiechaliśmy się do siebie. Godzinę później dojechaliśmy do celu. Chiatura.

Plac na którym wysadził nas kierowca przypominał mi kadr z filmu, który dzieje się gdzieś w Ameryce Południowej. Musicie mi uwierzyć na słowo. Biały człowiek trafia do miasta gdzie zatrzymał się czas, a gdy tylko autobusik odjechał zostaliśmy w samym środku tego świata. Nagle wszyscy ludzie na placu przerwali swoje zajęcia i zaczęli na nas patrzeć. To ciężko sobie wyobrazić, ale tak właśnie było. Jak gdyby do miejsca zapomnianego przez Boga przyjechali jacyś dziwni ludzie z plecakami, z innymi twarzami, jak gdyby ze statku kosmicznego wysiedli obcy, kosmonauci z flagą UE.

Dziarsko ruszyliśmy szukać hotelu, którego namiar dostaliśmy od pewnego Gruzina z Tbilisi przez Internet, który nam zaklepał 2 noce. Blisko godzinę kluczyliśmy po mieście wzbudzając totalne zainteresowanie mieszkańców. Brakowało mi tylko lokalnej TV i pytań reporterki o cel wizyty. W drodze do hotelu minęliśmy cel naszej podróży, ale o tym później. Nasz hotel przez małe h, mieścił się przy stacji paliw oraz dziwnych warsztatów i magazynów. Żeby nie marnować czasu od razu weszliśmy do hotelu gdzie przywitał nas właściciel z żoną. Fetor jaki uderzył w nasze nozdrza zapowiedział ciekawą przygodę. Wadim (jak go nazwałem) pokazał nam pokój, chociaż usilnie chciał byśmy spali w dwóch, ale gdzie tam o rozdzieleniu naszego trio w podróży nie ma mowy. Każdy zajął swoje łóżko i zaczęliśmy rytualne badanie noclegu. W niedużym zimnym pokoju z widokiem na murek. Mniejsza o widok. O dziwo fetor był większy w pokoju jak w łazience, która bardziej wywoływała u mnie uśmiech jak złość. Hotel u Wadima to jeden z dwóch w mieście, chociaż hotel to za duże słowo. Wadim na moją prośbę o pilota do klimatyzatora (było zimno), wzruszył ramionami i ze straszliwego bełkotu zrozumiałem, że jakieś dzieci go zwyczajnie ukradły. Wzruszyłem ramionami, chociaż miałem ochotę wyrwać mu z gardła ten pilot.

Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer po mieście by zobaczyć co będziemy zwiedzać i fotografować następnego dnia. Kupiliśmy sobie kilka fantów na kolację, lokalne piwo i poszliśmy spać. Pierwszy raz miałem tak, że nakrywając się (podkreślam, że było bardzo zimno) kołdrą, czułem zapach opuszczonych miejsc. Nie było mi do śmiechu, chociaż wiedziałem, że lepsze to jak koczować całą noc gdzieś na lokalnym dworcu, bo taki wariant też przewidywaliśmy. Tak nam zależało tu być. Jak nigdy.

Nie pamiętam o czym śniłem, gdy się przebudziłem za oknem lał deszcz. Nie miałem dobrych myśli, a Wadim od wczesnego świtu krzyczał na swoją żonę w hotelu gdzie ściany były grubości kartki papieru.

Zobaczyć na żywo Cminda Sameba

Gruzja_2016_Danieluk_118
Gruzja_2016_Danieluk_119
Gruzja_2016_Danieluk_120
Gruzja_2016_Danieluk_121
Gruzja_2016_Danieluk_122
Gruzja_2016_Danieluk_123
Gruzja_2016_Danieluk_125
Gruzja_2016_Danieluk_126
Gruzja_2016_Danieluk_127
Gruzja_2016_Danieluk_128
Gruzja_2016_Danieluk_129
Gruzja_2016_Danieluk_130
Gruzja_2016_Danieluk_131
Rankiem wyruszyliśmy do centrum miasteczka by coś zjeść i dowiedzieć się o której godzinie można odjechać pierwszym autobusikiem do Tbilisi. Zjedliśmy skromne śniadanie w małym barze i ruszyliśmy w górę. Podejście dla takiego człowieka jak ja, miejską duszę, nie było łatwe. Nie można było tego powiedzieć o małym psie, który widać żyje tu od lat i wprowadza turystów na samą górę, licząc że dostanie coś w zamian. Pies poruszał się skrótami, a nam dane było wchodzić krętymi drogami, aż na samą górę.

Im wyżej tym Kazbegi stawało się jak zbiór pudełek po zapałkach. Czyste, świeże powietrze i deszcz który to raz padał, raz zanosił się na kolejne opady. Dopiero w drodze powrotnej zaczęło mocno padać. Wejście na górę zajęło nam blisko 90 minut. Mijały nas rosyjskie i japońskie samochody terenowe, które prężnie wwoziły tych turystów, którzy nie mieli ochoty się przemęczać. Dla nas była to pewnego rodzaju profanacja. Na samej górze można było spotkać ludzie w krótkich spodenkach, którzy trzęśli się z zimna…zresztą nie po to tam weszliśmy.

Na samym szczycie Cminda Sameba. To prawosławny klasztor położony niedaleko wioski Gergeti w północnej Gruzji, w pobliżu miasteczka Stepancminda (dawniej Kazbegi). Kościół jest położony na wzgórzu, na wysokości 2170 m n.p.m. Klasztor został zbudowany w XIV w. i według mojej opinii jest to flagowy widok z Gruzji. Tuż przed wyjazdem uświadomiłem sobie, że blisko dekadę temu widziałem ten pejzaż gdzieś na jakimś blogu i zapragnąłem pojechać do Gruzji, chociaż wtedy wydawało mi się to jak podróż na obcą planetę. Zobaczyć na żywo Cminda Sameba, taki był cel. Udany.

W środku klasztoru panował szmer przemieszczających się ludzi. Tuż przy wejściu piec typu koza, który swoim ciepłem przenikał przez moje ciało. W takich miejscach ogarnia mnie pewnego rodzaju mistycyzm, cisza, myśli zaczynają wolniej biec. Zawsze obserwuję wiernych, którzy przechodzą spod jednego do drugiego obrazu, modląc się i całując obrazy świętych. Zawsze wtedy myślę, że chciałbym być częścią tej społeczności i wiary.

Na zewnątrz zaczął zacinać deszcz i nieubłaganie zegarek nakazywał wracać do miasteczka. Nauczeni przez psiego przewodnika, przecinaliśmy drogę skrótami.

Od dziś nowe wpisy będą przyjazne ekranom z wyświetlaczem retina ;)

Kazbegi

Gruzja_2016_Danieluk_099
Gruzja_2016_Danieluk_100
Gruzja_2016_Danieluk_101
Gruzja_2016_Danieluk_102
Gruzja_2016_Danieluk_103
Gruzja_2016_Danieluk_104
Gruzja_2016_Danieluk_105
Gruzja_2016_Danieluk_106
Gruzja_2016_Danieluk_107
Gruzja_2016_Danieluk_108
Gruzja_2016_Danieluk_109
Gruzja_2016_Danieluk_110
Gruzja_2016_Danieluk_111
Gruzja_2016_Danieluk_112
Gruzja_2016_Danieluk_113
Gruzja_2016_Danieluk_114
Gruzja_2016_Danieluk_115
Gruzja_2016_Danieluk_116
Gruzja_2016_Danieluk_117
Leonidas stał przed domem przy swoim samochodzie. Od razu zrozumiał, że trzy postacie z plecakami to Polacy, jego przyszli goście. Otworzył bramę i pokazał pokój. Skromny z łazienką, trzy łóżka i przepiękny widok na góry. Wydawało się, że takie spartańskie warunki idealnie koegzystują z otoczeniem. Zrzuciliśmy swoje plecaki i ruszyliśmy na spacer po tej dziwnej miejscowości. Po drugiej stronie rzeki Terek mieściła się opuszczona stacja kolejki linowej, która została rozebrana przez mieszkańców, którzy uważali, że jest to profanacja tego miejsca. Za dziwną konstrukcją pusty dom. Taki jak z radzieckich filmów lat 50-tych. Tu krowy mają swój dom. Snując się po małych uliczkach miałem dziwne wrażenie, że jestem gdzieś zupełnie w innym miejscu. Może to był Nepal, może jakaś wioska w górach Peru. Tego nigdy nie będę widział, ale wyobraźnia próbowała na siłę gdzieś nas umieścić, chociaż nadal byliśmy tu i teraz.

Wieczorem obserwując zachodzące słońce i powoli zanikające górskie szczyty, zapukał do nas Leonidas (Leo, ale musiałem mu zmienić imię na jakieś bardziej bajkowe), rozejrzał się i zapytał czy chcemy napić się herbaty. Oczywiście, że tak! Za chwilę gospodarz przyniósł nam herbatę, konfitury i własnej roboty wino. Nigdy nie piłem tak dobrego wina, szkoda że tak mało…na szczęście mieliśmy w zapasie drugie.

Gdzieś w głowie trzymałem mocno kciuki przed następnym dniem, kiedy to zaplanowaliśmy wejście na pobliski szczyt.

Gruzińska Droga Wojenna

O świcie wyruszyliśmy metrem na dworzec autobusowy Didube. Miejsce, gdzie autobusy i marszrutki (mniejsze busiki, chyba najpopularniejszy środek transportu na wschodzie) wyruszają do północnej i zachodniej Gruzji. By dotrzeć do celu musieliśmy przebić się przez wielki bazar – czyste wariactwo. Przymrużając oczy, poczułem się jak za starych dawnych czasów na stadionie X-lecia – jeden z pierwszych kontaktów z kulturą wschodu.

Wiedziałem, że marszrutki odjeżdżają z krańcowej części dworca i czytałem by w żaden sposób nie przejmować się innymi kierowcami, proponującymi podróż. Zresztą, odganianie się od niechcianych propozycji transportu było chlebem powszednim, wszędzie, podczas podróży po Gruzji. Na wycieczkę do Armenii chętnie bym się zgodził, tylko czasu za mało.

Gdy szliśmy do autobusu, gdzieś nad dachami bazarowych bud, pojawiła się tabliczka z napisem: Kazbegi i strzałka za która podążyliśmy. Na miejscu było bardzo dużo samochodów. Gdzieś po mojej prawej stronie, wśród tysiąca prowizorycznych bud zauważyłem małe okienko, wyglądało na kasę. Wsadziłem głowę i po rosyjsku zapytałem czy mogę tu kupić bilet i skąd odjeżdżają marszrutki do Kazbegi. Miła starsza Pani, która zupełnie na taką nie wyglądała, wstała, wyszła, zamknęła drzwi i…ku mojemu zdziwieniu, zaprowadziła nas pod konkretny autobusik.

Cena przejazdu to 10GEL (16-18zł) i płatne w busiku i jak to na wschodzie, rozkładu jazdy brak. Kierowca wraz z dworcowymi asystentami czekają aż wszystkie miejsca się zapełnią i wtedy ruszają w trasę.

Gruzińska Droga Wojenna – główny szlak przechodzący w poprzek Wielkiego Kaukazu, biegnie z Tbilisi (w Gruzji) do Władykaukazu (w Osetii Północnej), łącząc regiony Południowego i Północnego Kaukazu. GDW ma długość 208 km a w najwyższym punkcie, tj. na Przełęczy Krzyżowej wznosi się na wysokość 2379 m n.p.m. (wiki)

Przepiękna trasa, ale jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną to zalecam podwójną dawkę leku. Zakręty, wzniesienia, zjazdy, jazda, delikatnie rzecz ujmując, na krawędzi. Jakość drogi pozostawia wiele do życzenia. Ilość dziur może zrobić z naszego ciała galaretkę, lepiej nie siadać z tyłu.

Kiedy marszrutka wznosi się na 2400 metrów za oknem widzę śnieg, czuję chłód i spokój. Ten widok mnie zauroczył. Nigdy wcześniej nie byłem na takiej wysokości. Pierwszy raz widziałem tak wysokie góry. Szczyty, w tej części Kaukazu, wzbijają się na ponad 5000 metrów. Czyste, rześkie powietrze i zatykające się uszy. Byliśmy na Kaukazie. Moje serce biło szybciej i szybciej. Nie mogłem nacieszyć się widokiem gór i dolin, które wydawały mi się jak wielkie kratery. Na zboczach pasły się krowy. Już widziałem takie na Syberii. Krowy, które same wspinają się wyżej i wyżej po świeże źdźbło trawy. Owce, barany, mali ludzie gdzieś obok swoich wiejskich chat, które wydaja się jak pudełka od zapałek. Opuszczone budynki i ta świadomość miejsca gdzie się jest.

Ostatnim przystankiem po blisko 3 godzinnej podróży, była miejscowość Kazbegi (oficjalna nazywa Stepancminda), która mieści się na wysokości 1700 m n.p.m, Na horyzoncie widać szczyt góry Kazbek (5033,8 m n.p.m), ale on nie jest celem naszej podróży. Tuż obok przystanku widzę tablicę z napisem Władykaukaz. Ta nazwa działa na mnie jak magnes. Od znaku do granicy z Rosją jest jedynie 15 minut jazdy samochodem. Do Władykaukazu 45km…tam wybiorę się innym razem. Teraz jestem tu.

Kaukaz i ja. Poczułem się jak na innej planecie. Poczułem się dobrze.

Gruzja_2016_Danieluk_086
Gruzja_2016_Danieluk_087
Gruzja_2016_Danieluk_088
Gruzja_2016_Danieluk_089
Gruzja_2016_Danieluk_090
Gruzja_2016_Danieluk_091
Gruzja_2016_Danieluk_092
Gruzja_2016_Danieluk_093
Gruzja_2016_Danieluk_094
Gruzja_2016_Danieluk_095
Gruzja_2016_Danieluk_096
Gruzja_2016_Danieluk_097
Gruzja_2016_Danieluk_098

Tbilisi dzień 3

Gruzja_2016_Danieluk_070
Gruzja_2016_Danieluk_071
Gruzja_2016_Danieluk_072
Gruzja_2016_Danieluk_073
Gruzja_2016_Danieluk_074
Gruzja_2016_Danieluk_075
Gruzja_2016_Danieluk_076
Gruzja_2016_Danieluk_077
Gruzja_2016_Danieluk_078
Gruzja_2016_Danieluk_079
Gruzja_2016_Danieluk_080
Gruzja_2016_Danieluk_081
Gruzja_2016_Danieluk_082
Gruzja_2016_Danieluk_083
Gruzja_2016_Danieluk_084
Gruzja_2016_Danieluk_085
Tbilisi dzień trzeci.

Nic ciekawego. Większość lokalizacji nie udało nam się odnaleźć albo były zamknięte, niedostępne. Myślami byliśmy już na północy. Kaukaz wzywał.

Tbilisi. Przekraczając Verę

Gruzja_2016_Danieluk_048
Gruzja_2016_Danieluk_049
Gruzja_2016_Danieluk_050
Gruzja_2016_Danieluk_051
Gruzja_2016_Danieluk_052
Gruzja_2016_Danieluk_053
Gruzja_2016_Danieluk_054
Gruzja_2016_Danieluk_055
Gruzja_2016_Danieluk_056
Gruzja_2016_Danieluk_057
Gruzja_2016_Danieluk_058
Gruzja_2016_Danieluk_059
Gruzja_2016_Danieluk_060
Gruzja_2016_Danieluk_061
Gruzja_2016_Danieluk_062
Gruzja_2016_Danieluk_063
Gruzja_2016_Danieluk_064
Gruzja_2016_Danieluk_065
Gruzja_2016_Danieluk_066
Gruzja_2016_Danieluk_067
Gruzja_2016_Danieluk_068
Gruzja_2016_Danieluk_069

Odpalam najnowszą płytę Daniela Spaleniaka. Tak się lepiej pisze, tak się lepiej widzi świat który przemyka w oknie autobusu, odbija się w szybkie pędzącego wagonu metra. Jego pierwszy album towarzyszył mi podczas długiej podróży po Chinach w zeszłym roku. Muzyka jest ważna bo pomaga zapisać wszystko to co ważne, co będzie ważne i co wydaje nam się mało ważne.

Wygodne łóżko w mieszkaniu Pani Tamriko. Na stole w klimatycznej kuchni leżał mój stary laptop, którego miałem ochotę już kiedyś wyrzucić przez okno, ale okazało się, że przeżywa swoją drugą młodość. Na próżno bawić w nim godziny w Internecie bo jedyne do czego się nadaje to zgrywanie zdjęć. Ciężki, ale mały. Przez całą podróż miałem wrażenie, że jest cegłą. Od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że podróżować trzeba z jak najmniejszą liczbą rzeczy. Tego się człowiek uczy. Pięć lat temu kiedy odbyłem pierwszą daleką podróż byłem spakowany tragicznie. Nie warto jednak o tym pisać.

Wyruszyliśmy na miasto. Naszym celem był budynek o którym napisałem krótki wpis Być mieszkańcem bloku na Nutsubidze 1, ponieważ był to szalenie ciepły dzień w jednym ze sklepów kupiłem wodę. Jej źródło jest niedaleko narodowej wody Borjomi. Jeśli ktoś pił Borjomi to wie o co chodzi. Ową wodę się kocha lub…nienawidzi. Ja tego smaku nie lubię, próbowałem się w nim rozkochać, ale niestety żadne podejście nie zakończyło się sukcesem. Woda Borjomi to wszak lecznicza sprawa, a i na kaca podobno lekarstwo w Gruzji numer jeden, ale dla mnie to jak gdyby napić się wody z Morza Bałtyckiego. Kiedy był dzień taki jak wtedy, gorący, duszny to człowiek jedyne na co miał ochotę to zaciągnąć się zimną wodą do dna. W moim przypadku kolega źródlany okazał się bratem Borjomi. Na początku słona woda, a im dalej tym słonej wody nie idzie niczym przepić. Ma to swój urok, regionalna ciekawostka. Wszak człowiek zapachami, smakiem i muzyką, wraca i wspomina.

Zbliżyliśmy się do Very. Małej rzeki gdzieś na dole wąwozu. Nad nią wielki pusty most. Cała okolica budynku Uniwersytetu pozwoliła mi przenieść się w realia gry The Last Of Us. Zabrakło tylko zombie i studentów. Wszystko jak by opuszczone, martwe, zapomniane. Gdzieś jednak w budynku paliło się światło. Mostem z ciekawym widokiem dotarliśmy do przystanku autobusowego. Byliśmy wtedy bez lokalnej karty sim, więc wszystko trzeba było robić na tzw. rympał. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy autobus (niestety autobusy mają kierunki, ulice, opisane po gruzińsku) i pojechaliśmy na Stare Miasto (potoczna nazwa starego Tbilisi).

Na koniec dnia udało nam się wjechać kolejką (taką jak na Gubałówce) na górę i podziwiać skąpane w słońcu miasto. Zawsze gdy widzę jakieś miasta z góry, zamieram i ładuję umysł wspaniałymi krajobrazami, a Tbilisi…ma się czym pochwalić. To rozległe miasto otoczone wzgórzami, a w tle wydaje się górami wysokimi.

W drodze do mieszkania Pani Tamriko wchodzimy do jednego z małych sklepów na ulicy Taszkienckiej kupiliśmy wielką lemoniadę o smaku cytrynowym. Tbilisi szło powoli spać, ciężkie nogi odpowiedziały na kilka prostych pytań o ilości kroków i kilometrów, które zrobiliśmy. Czekały nas jeszcze dwie noce w stolicy Gruzji.

Być mieszkańcem bloku na Nutsubidze 1

Jakaś kobieta wsiadła do windy, która stała na parterze. My już w niej staliśmy. Ona od razu z portfela wyjęła kilka monet i wrzuciła do skrzynki obok tablicy z dwoma przyciskami. Przyscisk z liczbą „1” oraz „14”. Kobieta wrzucała monety aż winda mogła ruszyć. Wrzuciła za cztery osoby. Nie wiedzieliśmy, że za przejazd widną się płaci…absurd? Niekoniecznie.

Budynek na ulicy Nutsubidze 1, a w zasadzie jego winda i 14-te piętro to pieszy szlak tranzytowy. Budynek połączony jest z kolejnym, a ten następny z następnym by finalnie z ostatniego można dostać się…kładkami na inny poziom ulicy. Jak to działa? Na 14-ej kondygnacji pierwszego budynku znajduje się specjalne piętro na które dojeżdzają cztery windy (wszystkie płatne). Następnie na tej wysokości przechodzi przez dwa budynki długa kładka, tudzież most, tunel który pozwala na zaoszczędzenie czasu by dostać się z dołu (ulica) na górę (ulica), bo oba poziomy różnią się własnie tymi 14-toma piętrami i ten pieszy ciąg pozwala na ogromną oszczędność siły i czasu.

W środkowym budynku mieszczą się w przejściu nawet dwa małe sklepy, gdzie starsze Panie sprzedają jakieś ubrania i małe niepotrzebne nikomu rzeczy. Mieszkańcy podróżują innymi windami i dlatego z parteru można dostać się na pierwsze piętro. Z tego 14-tego piętra można dostać się na klatki schodowe, którymi można podróżować w górę i dół, obserwować Tbilisi z wysoka przez przepiękne okna. Zresztą wszystkie trzy budynki są przepiękne, chociaż jak zawsze sobie mówię, nigdy w takich nie chciałbym mieszkać. Wolę patrzeć, naprawać swoją duszę szarą płytą.

Na dół chcieliśmy zjechać sami, ale przypadkowe monety o niskich nominałach nie chciały uruchomić windy. Wydołbył się jedynie głos z wielkiego głośnika, który coś krzyczał po gruzińsku. Dopiero jakaś młoda dziewczyna coś dorzuciła i winda ruszyła w dół. Na niebie pojawiła się burzowa chmura, która jest typowym obrazem majowego krajobrazu Tbilisi.

Architekci: Otar Kalandarishvili, G. Potskhishvili
Lata budowy: 1974–1976

Gruzja_2016_Danieluk_027
Gruzja_2016_Danieluk_028
Gruzja_2016_Danieluk_029
Gruzja_2016_Danieluk_030
Gruzja_2016_Danieluk_031
Gruzja_2016_Danieluk_032
Gruzja_2016_Danieluk_033
Gruzja_2016_Danieluk_036
Gruzja_2016_Danieluk_035
Gruzja_2016_Danieluk_034
Gruzja_2016_Danieluk_037
Gruzja_2016_Danieluk_038
Gruzja_2016_Danieluk_039
Gruzja_2016_Danieluk_040
Gruzja_2016_Danieluk_041
Gruzja_2016_Danieluk_042
Gruzja_2016_Danieluk_043
Gruzja_2016_Danieluk_045
Gruzja_2016_Danieluk_046
Gruzja_2016_Danieluk_044
Gruzja_2016_Danieluk_047

Kierunek Gruzja, kierunek Tbilisi

Na mojej mapie podróży na wschód jeszcze wiele jest dziur, celów, kierunków marzeń, ale w maju bardzo ważne miejsce zostało w pewien sposób odhaczone. To słowo jest dosyć brutalne, ale jednak pewna lista miejsc jest…w głowie, którą chciałbym (co pewnie nie jest możliwe) kiedyś zamknąć.

Gruzja chodziła mi po głowie blisko dekadę, to ogrom czasu. Zawsze jednak było coś co powodowało, że moja odległość od tego regionu Kaukazu była zawsze za duża. Korzystając z zaplanowanego wolnego czasu i dobrej cenie biletu mojej ulubionej polskiej linii lotniczej LOT postanowiłem w doborowym gronie wybrać się do Gruzji. W planach było wiele, ale z perspektywy czasu wypadła nam tylko jedna lokalizacja, Gori, które jedynie symbolicznie traktowałem (miejsce urodzenia się Stalina i jego muzeum). Podczas blisko dwóch tygodni przejechaliśmy blisko 800km po kraju, a nogami nastukaliśmy blisko 160km. Od płaskich ulic, po góry i morze, a także jak dla mnie perełka, miasto Chiatura o którym będą dwa wpisy, taki w zasadzie mój osobisty cel podróży (no tuż obok wejścia na 2200m n.p.m na Kaukazie).

Pierwszym punktem na naszej mapie była stolica kraju, gdzie samolot docelowo wylądował. Była godzina 2:30 polskiego czasu, na miejscu dwie godziny do przodu. Przed lotniskiem czekał na nas młody taksówkarz który pędzać blisko 120km/h zabrał nas do miasta. Zaskoczyło mnie położenie kierownicy po prawej stronie, nie spodziewałem się, że tutaj w Gruzji sprowadzanie aut z Japonii jest tak samo modne jak w Rosji. Nasze mieszkanie zalatywało czasem kiedy to Gruzja oddzieliła się od ZSRR, ale było szalenie wygodne. Kilka godzin snu i ruszyliśmy na miasto. W kilku słowach Tbilisi mnie zaskoczyło bo jest połączeniem tego co Gruzja chce. Europa, wschód i położenie geograficzne czyli…Azja. Gruzja silnie się utożsami z Europą, pokazuje to przez wywieszanie flag UE, wszędzie. W życiu tylu flag nie widziałem co właśnie w Gruzji. Klimatyczne uliczki starego Tbilisi, nowoczesne budynki, metro z lat 60-tych. Muszę powiedzieć, że można się w tym zakochać tak samo jak w gruzińskich pierożkach Chinkali. To co także uderza to przyjazne nastawienie Gruzinów. Jeśli taka pozytywna energia skierowana jest do Polaków to nie pozostaje mi nic innego jak podziękować Lechowi Kaczyńskiemu, który zrobił nam robotę, a orzełek i „Polsza” na paszporcie nie raz nam pomogły. Wierzcie mi, że w kilku słowach nie da się opisać wszystkiego, opowiedzieć co się czuło, jak czuło i jak jadło.

Opuszczając Gruzję czuło się jednak, że pozostawiamy przyjaciela i wracamy do domu. Czuję, że jeszcze z Gruzją nie powiedziałem ostatniego słowa bo w blisko dwa tygodnie nie da się za wiele zobaczyć, ale dawno nie miałem tak, że po powrocie czułem, że wyjazd w 90% został wykorzystany, ale do jednego miejsca chętnie bym wrócił dla kilka długich dni.

Pierwszego dnia poszliśmy w miasto. Zobaczyć jak to wygląda i z czym to się je.

Gruzja_2016_Danieluk_001
Gruzja_2016_Danieluk_002
Gruzja_2016_Danieluk_004
Gruzja_2016_Danieluk_005
Gruzja_2016_Danieluk_006
Gruzja_2016_Danieluk_007
Gruzja_2016_Danieluk_008
Gruzja_2016_Danieluk_009
Gruzja_2016_Danieluk_010
Gruzja_2016_Danieluk_011
Gruzja_2016_Danieluk_012
Gruzja_2016_Danieluk_013
Gruzja_2016_Danieluk_014
Gruzja_2016_Danieluk_015
Gruzja_2016_Danieluk_016
Gruzja_2016_Danieluk_017
Gruzja_2016_Danieluk_018
Gruzja_2016_Danieluk_019
Gruzja_2016_Danieluk_020
Gruzja_2016_Danieluk_021
Gruzja_2016_Danieluk_022
Gruzja_2016_Danieluk_023
Gruzja_2016_Danieluk_024
Gruzja_2016_Danieluk_025
Gruzja_2016_Danieluk_026