SKRAdzione


Słoneczny, pełny smogu dzień, pełen nowych odkryć.

SKRA Warszawa

Biały blat

Słucham jakiejś przypadkowej muzyki. Nic ciekawego. Muzyka robi się tłem do tego co bym chciał sobie poukładać. Rzecz w tym, że przez ostatnie pół roku wiele rzeczy miałem do układania w swojej głowie. Zatem nie warto na siłę układać czegoś co wydaje się dobrze dopasowanym.

Siedzę przy moim miałym blacie. Mam tu tablicę korkową ze scenariuszem mojej książki, krem do ciała, żel do rąk, dwa długopisy i pióro. Jakąś kartkę w formacie A4 z różnymi zapiskami. Kilka przypadkowych słów, które układają się w całość tylko w chwili kiedy mają odniesienie do ważnych spraw.

Jest połowa lutego. Rok 2017. Milion myśli na minutę.

Ciao Bologna!





















Bolonia.

Długo po głowie chodził mi przylot do Włoch. W zasadzie nawet…gdziekolwiek na zachód. Potem im bliżej tym więcej zaczęło mi się rysować. Nawet powiem więcej. Od dłuższej chwili także chodziła mi po mojej głowie Wenecja, którą udało mi się ponownie po blisko 15 latach, znów poczuć całym sobą.

Korzystając z promocji mojego ukochanego przewoźnika lotniczego, PKSryanair, kupiłem cztery bilety za łączną kwotę 160zł. Żal było nie kupić czegokolwiek, po drugie warto mieć przeciwwagę dla wschodnich klimatów. Bolonia zrobiła na mnie ciekawe wrażenie, ale nie oczekujcie jakiegoś długiego tekstu. Po prostu czasem aparat schowany w kieszeni, a oczy patrzyły przez setki arkad.

Obiecuję sobie, że jedną z moich nowych tradycji będzie łapanie słońca podczas polskiej zimy. W tym roku liczę, że będzie to jeszcze bardziej wyjątkowe.

Czekając na wejście do samolotu dowiedziałem się, że jedna z moich Par ślubnych właśnie się rozwodzi. Przyznam, że był to cholernie mocny cios. Poczułem się jak położna, która po latach dowiedziała się, że jej przyjęte na świat dziecko, zmarło.

Samolot leciał nad Alpami. Nie było chmur.

Gdybym wiedział to co wiem

Wsiadłem do pociągu, który jechał do Krakowa. Miał już swoje kilka minut opóźnienia. Na trasie dorzucił do tego kolejne kwadransy. Kto by pomyślał, że czasem spóźnić się to dotrzeć do celu na czas…

Trudno uwierzyć, a jednak.

I tak spokojnie oddycha…

Wenecja. 2017

(…)
Cześć, gdzie uciekasz, skryj się pod mój parasol
Tak strasznie leje i mokro wszędzie
(…)
Wydaje mi się, że jesteś gdzieś daleko
Tak się tylko wydaje, bo właściwie ciebie nie ma
(…)
To wychowanie / T.Love

(…)
Siedzę w łóżku a obok śpi ona 

I tak spokojnie oddycha. 
(…)
List do M / Dżem

(…)
Zostaniesz tu – ile można tak żyć na palcach,
(…)
Andrzej Zaucha / Pocztówka z Paryża

(…)
Gdy po pokoju chodzisz, lubię wtedy śledzić cię

Uwielbiam mocną kawę, nikt nie robi jej jak ty
A kiedy szepczesz: „jestem”, to dla mnie najwspanialszy dźwięk
(…)
Varius Manx / Najmniejsze Państwo Świata

Mam takie wieczory, gdzie usilnie poszukuję siebie w różnych znanych mi utworach. Zazwyczaj widzę jednak siebie w przyszłości. Siebie w innym życiu lub kogoś kto żyje jak gdybym ja sam chciał być na jego miejscu. Niezmiernie lubię przenosić się w te historie utworów. Tworzyć jeden, tak bardzo mówiący, co we mnie siedzi, co czuję, czego zwyczajnie pragnę.

Ten rok zaczął się od tych utworów, których autorzy mieli najlepszy czas na ich tworzenie. To przecież  żadna tajemnica, że najlepiej tworzy się wtedy gdy człowiek jest szczęśliwy lub jest mu po ludzku źle. Źle czasem musi być, po prostu. Życie to istna amplituda. Inaczej byłoby nudno i bezproduktywnie. Człowiek tworzy tylko wtedy kiedy czuje, że musi, że chce.

Kończy się pierwszy miesiąc tego wyjątkowego roku. Roku najdłuższej podróży w moim życiu. Roku pokory w stosunku do życia. Miesiąc też skończył się 5000km podróżą po Europie i godzinami w samolotach. Tam na górze, chyba najlepiej mi się marzy, bo marzenia wypełniają mi miejsca w moim życiu w których jest kartka z napisem Rezerwacja. Odwracam się do tyłu i usilnie próbuję przypomnieć sobie, kto dokonał tej rezerwacji.

Nie można uciec od samego siebie przenosząc się z miejsca na miejsce / Ernest Hemingway

Muzeum Emigracji


















W przeciągu paru dni odwiedziłem dwa muzea. Może to złe zachowanie, ale omijam muzea. Nawet kilka lat przepracowałem w jednym, ale przez te długie 6 lat nie zdołałem przeczytać od deski do deski to co dopiero podczas wizyty w innym?

Kilka dni temu razem ze znaną blogerką i fotografką ze Szczecina – Kamilą Lewdańską, zwiedziliśmy Muzeum Historii Żydów POLIN. Dosyć długo zwlekałem z odwiedzeniem tego miejsca, ze względu na tematykę, która przyznam się nie jest dla mnie ani bliska (mimo dwukrotnej wizyty w pięknym(!) Izraelu) ani ciekawa. Budynek w środku przepiękny. Ekspozycja ogromna. W zasadzie myślałem, że jest to małe muzeum. Dopiero od około XIX wieku, mój wzrok był przyciągany przez informacje i fotografie.

Wczoraj, korzystając z możliwości szybkiego przedostania się z Warszawy do Gdańska, samolotem, razem z młodym fotografem Łukaszem Kłosińskim, wyruszyliśmy na zwiedzanie Gdyni, miasta które Łukasz kocha. Mówił, że gdyby nie kilka rzeczy, chętnie by tam zamieszkał. Tam też oświadczył się swojej dziewczynie, a już jesienią będę fotografował ich ślub.

Jednym z punktów spaceru (w drodze napotkaliśmy na czterech obywateli Korei Północnej, dam sobie za to uciąć rękę!) było Muzeum Emigracji w Gdyni. Żałuję, że wcześniej nie udało mi się tam zawitać, ale w myśl zasady lepiej późno niż wcale…cieszę się, że tam dotarłem. Nie pamiętam też bym ostatnio był gdzieś w jakimś muzeum, że miałem ochotę chłonąć każdą informację, wydrukowaną, naniesioną. Może dlatego że proces podróży, jest mi bliski. Jeśli będziecie kiedyś w Gdyni, Gdańsku czy Sopocie i mieli trochę czasu do marsz do tego muzeum.

Wieczorem samolot stał na płycie i czekał na odlot do Warszawy. Była mgła, która opóźniła powrót, ale poczułem taki spokój, zawsze go czuję kiedy samolot dotyka płyty lotniska i wiem, że czeka mnie coś dobrego. I tak właśnie czuję. To nadchodzi.

Chwila kiedy nie tęskniłem za Polską


Jechałem metrem. To było gdzieś między stacją Seneca Av, a Fresh Pond Road. Jechałem sam. Nie trudno to sobie wyobrazić, ale pierwszy raz jechałem sam w wagonie. Pamiętam, że biegałem po nim i krzyczałem. Gdy tylko metro zatrzymało się na stacji metra, wysiadłem, jak gdyby nic. Zdecydowanym krokiem podążyłem w kierunku ulicy Madison. Jednej z takich typowych uliczek Ridgewood. Chociaż to i tak nie ma żadnego znaczenia. Po prostu jedna z miliarda uliczek miasta Nowy Jork.

Na zegarku jeszcze kilka minut do spotkania w kawiarni The Spot. Ja nienawidzę się spóźniać. Idąc po prawej stronie zauważyłem jakiś plakat, od razu rzucił mi się w oczy, nie pamiętam co przedstawiał, ale był po polsku. Poczułem w sobie nagły przypływ czegoś całkiem interesującego, swojskiego. Po chwili stałem przed polskim sklepem. Po następnej chwili, stałem przed półką pełną polskich…mielonek. Sprzedawca rozmawiał z jakąś Polką, a ja zza tych mielonek, uśmiechnięty patrzyłem na tą całą, wydawało mi się, absurdalną i śmieszną sytuację. Było mi zwyczajnie dobrze. To była jedna z polskich dzielnic.

Po chwili byłem już za jednym z kawiarnianych stoliczków. Do lokalu weszła Monika i zaczęliśmy rozmawiać. Nie widzieliśmy się trzy lata. Ona żyje tu drugie tyle.

Kiedy nastał mój czas powrotu do mojej części miasta, wstąpiłem do delikatesów „Kefirek” i kupiłem mielonkę, tyrolską, Krakusa za 2,5$. Pomyślałem sobie, że śmiesznie będzie ją zjeść tak daleko od domu.

Był ranek 11-tego listopada. W niedużej kuchni hostelu w Queens, otworzyłem mieloneczkę, a obok mnie siedział Rodolfo. Przesympatyczny człowiek z północnej Argentyny. Byłem szalenie zadowolony, że mogę podzielić się czymś polskim, dla mnie tak charakterystycznym.

Tak świętowałem ten dzień i uwierzcie mi, nie tęskniłem za Polską. Nie taką jak dziś. I wtedy chyba nastąpił ten moment, kiedy poczułem się jak jeden z kilkudziesięciu milionów mieszkańców Nowego Jorku.

Przypomniało mi się coś jeszcze. Jak wracałem metrem to postanowiłem, że wysiądę na jakiejś stacji, zrobię sobie mały spacer i wsiądę do innej linii by skrócić sobie drogę do mojej noclegowni. Kiedy szedłem za jakimś ortodoksyjnym żydem w jednej z ciemniejszych uliczek Queens, uruchomiłem mapę googla, na której miałem zaznaczone punkty, miejsc które warto zobaczyć, albo po prostu „zaliczyć” nawet przy okazji. Okazało się, że byłem jedną….tylko jedną, przecznicę od kamienicy gdzie mieszkał sam Akeem, Książę Zamundy z filmu Książę w Nowym Jorku, jednego z moich ulubionych filmów, którego mogę oglądać milion razy w roku. Bodajże następnego dnia byłem w hotelu Waldorf Astroria, ale płatków róż nie było i króla Jaffe Joffera też nie :(

Cisza w słuchawkach













Samotne spacerowanie po wielkim mieście jest bardzo inspirujące, magiczne i dające dużo satysfakcji. Szczególnie kiedy odkrywasz, że w swoich słuchawkach dawno już nic nie gra.

Hello Mr. MJ!

Opowiem Wam o tym jak pojechałem do Nowego Jorku. Nie była to podróż trudna pod każdym jej względem. Wsiadłem do jedengo z wielu autobusów na głównym dworcu autobusowym w Waszyngtonie i w kilka godzin dojechałem do Nowego Jorku. Taki bilet można kupić wcześniej już za 40zł. Zwykły autobus z ciekawymi widokami za oknem. Szczególnie wtedy gdy droga prowadzi przez stan New Jersey i zza industrialnych konstrukcji, zaczyna pojawiać jedna z najbardziej znanych panoram świata. Nie powiem, serce zaczęło mi bić szybciej, chociaż rozpoczynała się już moja trzecia wizyta w tym mieście, w którym czuje i czułem się trochę jak w domu. Po prostu swojsko.

Kiedy tylko wysiadłem z autobusu, udałem się na tradycyjną pizzę w kawałkach. Cena to 1$. Dwa kawałki pizzy i Cola, za 3$. Czy to dużo czy mało? Całkiem nie dużo biorąc pod uwagę ceny jakie są w USA, a tym bardziej w stolicy świata. Szczęśliwie konsumując pizzę i wpatrując się w słoneczne atrakcje, otumaniony nie zauważyłem jak tłusta ciecz oblała moje spodnie. Z ową plamą zaprzyjaźniłem się do końca mojego pobytu.

Ponieważ przyśpieszyłem swój przyjazd do NY to w chwili kiedy kupiłem bilet na autobus, zarezerwowałem sobie nocleg na Manhattanie. Generalnie noclegi w USA nie należą do tanich, a powiem więcej są zwyczajnie drogie to wyszukanie czegoś sensowego (biorąc pod uwagę moje podejście do podróży, czyli wydać jak najmniej, widzieć jak najwięcej i nie odmawiać sobie wszystkiego) nie jest łatwe. To była niedziela. Od poniedziałku na tydzień miałem już wynajęte miejsce do spania w zupełnie innej części miasta. W bardzo przystępnej cenie, aż za.

Ten dzień spędziłem na snuciu się po mieście bez większych planów, ani celów. Po prostu.

Mój nocleg mieścił się w bardzo fajnym hoteliku, gdzie kilka pokoi było czymś jak hostel, a w zasadzie zwykły pokój hotelowy z możliwością wynajmu przez różne osoby. Wszystko na wysoki połysk. Tuż przed snem, jeszcze myślałem że noc spędzę sam, ale pojawił się młody chłopak. Kanadyjczyk z pochodzenia Pakistańczyk. Miałem iść spać, ale rozmowa nas pochłonęła. To pracownik w kopalni złota w środkowej części Kanady.

Zawsze w tych hotelowych klimatach, najgorszy jest check out. I tu zaczął się pewien problem. W zasadzie problem w mojej głowie. Myślałem o tym wcześniej, ale dopiero w tamtej chwili dotarło do mnie, że stojąc przed domem Pana MJ. Stoję przed ruderą. Okolica interesująca (West Williamsburg). Zadzwoniłem dzwonkiem i w drzwiach nikt się nie pojawił. Dopiero po wysłaniu wiadomości przez aplikację airbnb, w drzwiach zjawił się MJ. Trochę arab, trochę hindus, trochę nie wiem kto. Było zdecydowanie za wcześnie na check in, ale MJ zaprosił na pokoje. To był mój pierwszy błąd. I musicie wiedzieć, że ja nie jestem francuskiem pieskiem, ja nie mam wysokich wymagań, ale jeśli tylko mogę to korzystam z wyboru. Tutaj jednak wyboru nie było. MJ otworzył drzwi od swojego mieszkania. Klatka wyglądała jak z taniego filmu klasy C. O dziwkach, narkotykach i gangusach z lat 80-tych. Pojęcie czystości to kwestia zależna od pochodzenia i mentalności.

To była niewielka izba. Po wejściu po prawej stronie było wejście do kuchni, która jak się później okazało była też pokojem mieszkalnym dla brata MJ-a. Stojąc w tym samym miejscu po mojej lewej były dwie kanapy, przytulone do ściany. Ich długość odpowiadała długości mieszkania, a w zasadzie odległości od drzwi wejściowych do drzwi pomieszczenia z ustępem. Robiąc dwa, może trzy kroki po mojej prawej znajdowało się pomieszczenia, zwane pokojem prywatnym. Oddzielone od reszty drzwiami z żaluzji w drewnie. By jednak zachować dodatkową intymność i spokój, MJ wprowadził rodzaj zasłonki. Dla zamknięcia całości, MJ zaoferował małą kłódeczkę, skobelek klasy chińskiej.

Ten pokoik z oknem (które jak się potem okazało nie idzie otworzyć) zawierał łóżko z wysokiem materacem, kaloryfer i małą przestrzeń na rozłożenie walizki. Bez szafek, bez odbiornika tv, bez niczego. Po co nam więcej, skoro przyjechaliśmy jedynie napawać się miastem? Materaca nie powinienem widzieć, ale co się zobaczyło to się nie od zobaczy. Ilość oraz rodzaj płynów ustrojowych na nim była zadziwiająco duża i nie zadziwiająco odrzucająca. Zostawiłem swoją żółtą walizkę (każdemu kto podróżuje, polecam właśnie taki kolor!) i ruszyłem na miasto. Poczułem się jak gdyby ktoś moją strefę komfortu, zwyczajnie zgwałcił. Snułem się do późnego wieczora, bo nie miałem ochoty wrócić do MJ-a i jego starej Matki, która wydawała się być przyklejona do swojej starej kanapy, ze skóry z popękaną powierzchnią, jak pustynia Mojave. Budziła we mnie odrazę jak całe to miejsce. Przed drogą powrotną z miasta, myślałem jak zrobić by tam nie wracać i uwierzcie mi, pierwszy raz w życiu miałem ochotę spać na dworze, albo nie spać w ogóle.

Otworzyłem drzwi do ich mieszkania za pomocą moich kluczy. Wcześniej stojąc przed słuchałem ich kłótni. Po lewej Matka i MJ pijący piwo, po prawej mój pokoik. Wcześniej MJ obiecał, że naprawi drzwi od łazienki, uwierzyłem mu. Kiedy tylko położyłem się na swoim łóżku, analizowałem całą sytuację. Ponieważ byłem srogo zmęczony, jedyne o czym marzyłem to sen. Prosty zdrowy sen. Przed snem postanowiłem, że jeszcze skorzystam z ustępu (którego czystość była licha), udałem się do łóżka. Leżąc jeszcze w oświetlonym pomieszczeniu, skorzystałem z Internetu i poczułem woń, której wcześniej moje nozdrza nie rejestrowały. Co to? Czym to? Gdzież to? To był zapach wymiocin. Chciałem więc otworzyć okno, ale nie dałem rady. Około godziny 1 w nocy, nadal za zasłonką rozbrzmiewał huk telewizji, Matka oglądała mecz futbolu amerykańskiego…a jej dwaj synowie w kuchnio-pokoju, śpiewali jakieś arabskie pieśni. Wkurwiłem się.

Szybko znalazłem jakiś nocleg i następnego dnia uciekłem. Po prostu nie pamiętam kiedy byłem tak głupi, zwyczajnie poczułem w sobie srogą porażkę. MJ miał dobre opinie na swojej stronie lokalu w airbnb. Następnym razem nie warto, aż tak oszczędzać, by nie stracić. Potem doczytałem, że drzwi od łazienki nie zamykają się od paru miesięcy. Matka MJ-a od bladego świtu miała problemy natury gastrycznej, a po jej kąpieli, walały się wszędzie jej czarne mokre włosy. Tuż przed moim wyjściem, postanowiłem dać MJ-owi ostatnią szansę i wlazłem do łazienki. Pomyślałem sobie, że warto się chociaż odświeżyć. Nie było ciepłej wody, nawet widok z okna na Empire State był szalenie słaby, w sumie nic nie było widać, okno było tak brudne. Ktoś w opinii na jego airbnb, napisał o przepięknym widoku na Empire. Zalecam wizytę u okulisty.

Po powrocie do Polski wystawiłem MJ-owi opinię, a ponieważ chłop głupi pewnie nie jest i wie co to tłumacz googla, postanowiłem napisać to oczywiście po polsku i…wierszem.

„Oda przybysza”

W słońcu skąpany zamek rozmaitości, ze snów złożony
Opasany zewnętrznymi marmurami, drewnem i stalą
Miłym gestem ręki, zaproszony na salony
Wpłynął on Ci na szerokie wody oceanu paździerzu

Ostre igły wbite w nozdrza, jak dwa nagie miecze
Tam na łożu mentalnej miernoty, królowa cukru i tanich informacji
Po lewej łoża, po prawej komnata przybysza z dalekich słowiańskich krain
Tam łoże atłasami urynalnymi nakryte Brama do królowej delikatnie papirusem przykryte

Pod murami stwory żyjące
Plam tysiąc i jedną noc więcej
Na szerokim polu atłasowego łoża, gość walczy między jawą, a snem
Walka z górą, walka z niebem, kamieni cierpień tysiąc i czterdzieści oraz cztery

Ostre igły szponów królewskiego pawia
Nozdrza rozerwane Nozdrza zniszczone, tama pacyficzna pęknięta
Portal między światem żywych, a światem fekalianych historii
Królowej świat starości, ostrych igieł pawia

Przybysz przegrywa
Noc zastaje Świt krzyczy: wstawaj przybyszu to Twój czas
Pod osłoną ciszy, gość zamienia swój czas w przeszłość
Znikając gdzieś poza wzrokiem śpiącej Królowej, tej której książę nigdy nie odwiedzi

Długi trakt ku lepszej jutrzence
Z wysokim wyrazem zadumania 200$ poszło w wodny szlak, tym gdzie Król zawsze piechotą chadza

Nowy Jork Listopad 2016

Obecnie jestem na drodze odzyskania mojej kasy od MJ.

Wysokich lotów!


„Ostatnia fotografia” w tym roku. Specjalnie dziś wjechałem na XXX piętro Pałacu Kultury i Nauki by zrobić taką fotografię. Pomyślałem sobie, że to będzie symboliczne zamknięcie tego roku i otwarcie nowego. Samolot to przenośnia zawsze czegoś dobrego, szczególnie w moim życiu. Siedząc na jednym z miejsc, niekoniecznie przy oknie, mam nową listę zadań. Chciałbym za równo 12 miesięcy napisać: Robert, zadanie wykonane.

Co będzie za rok? Kto wie, kto wie…trzymajcie kciuki!