Porto /2/


Dobra rada przed podróżą do Portugalii i jej dwóch najbardziej znanych miejsc. Warto popracować nad dobrą formą i warto zadbać o dobre, wygodne, sprawdzone buty. Jeśli wydaje Wam się, że chodzenie po kawę do biurowego ekspresu to budowanie formy, jesteście w błędzie. Przyznam się bez bicia, że kiedy zaczyna się zima to mój spadek jest widoczny. To zwyczajnie przez to, że w moim życiu pojawia się trochę więcej wolnego czasu, chociaż ta zima jest wyjątkowo mocno zabiegana, a wolny czas spędzam przy komputerze. Większość pracy każdego fotografa to komputer. W mojej pracowni mam świetne krzesło, które dba o moją wygodę i zdrowie, więc jeśli pracujecie dużo to warto wydać więcej jak 1000zł na siedzisko. No dobra, co by nie zalewać Was rzeczami o których dużo wiecie, wracamy do Porto, wygodnych butów i siłą w nogach.

Ten dzień był bardzo aktywny, ogromna siła i chęć poznania miasta, zaprowadziła nas na sam szczyt wieży kościoła Igreja e Torre dos Clérigos. Warto tam wejść (bilet wstępu to 4€) i zobaczyć całe miasto z góry. Widok robi wrażenie, a wyobraźnia pracuje. Jeśli macie klaustrofobię, to pewne odcinki mogą być problematyczne, szczególnie przez wąskie schodki. Cel uświęca środki, jak zawsze, a dzięki temu możecie zobaczyć jakie elementy miejskiego krajobrazu będą waszym następnym krokiem. Warto dostać się nad brzeg rzeki Duero przez ciekawą dzielnicę Riberia, którą też warto zobaczyć z przeciwległego brzegu. Tu można dostać się wspomnianym mostem Ludwika I, który podczas naszej podróży był punktem odniesienia i byliśmy tam codziennie.

Podczas pobytu towarzyszyła mi muzyka, oczywiście fado. Narzuciłem sobie odgórnie kilka płyt, by wczuć się w klimat wąskich uliczek, stromych podejść, zapachu wina i dźwięku tramwajowych kół na zakrętach. Szczególnie trafiła do mnie płyta Anny Marii Jopek – Sobremesa, która także towarzyszmy mi podczas wpisów z Porto.

Porto jest szalenie fotogeniczne i za to je bardzo polubiłem!

Porto /1/

Poranek przywitał nas słońcem. Na stole tuż obok śniadania, stał kubek z ciepłym, mocnym czajem. Obok mapa z zaznaczonymi miejscami, które warto zobaczyć. W tym nam pomógł gospodarz, a także małe przygotowania do wyjazdu. Plan był ambitny, ale z poziomu mapy. Spacer po mieście to była czysta przyjemność, wypełniona ogromną ilością słońca.

Nie chcę pisać za dużo, od tego są fotografie.

Porto. Wieczór na moście.











Pomysłów na wakacje było kilka, wygrała Portugalia z czystej ciekawości i dobrych opinii moich znajomych i bliskich. Wybraliśmy wariant chyba najbardziej popularny czyli Lizbona + Porto. Bilety kupiliśmy za około 750zł na dwie osoby w dwie strony wraz dużym jednym bagażem. Nie jesteśmy fanami zabierania milionów rzeczy, z których i tak nie będziemy korzystać. Idealnie to spakować się w mały plecak, ale to jest dobre wiedząc, że warunki pogodowe będą stabilne. Portugalia ze swoją temperaturą nas nie rozczarowała i ani razu nie padał deszcz, chociaż według wcześniej zebranych informacji, styczeń to miesiąc z największą ilością opadów. Udało się :)

Lot do Porto z Modlina trwał blisko 4 godziny. W drugą stronę o trzy kwadranse mniej, bo jak powiedział kapitan, mamy dobre wiatry. Lubię obserwować pasażerów i mogę śmiało powiedzieć, że Portugalię wybierają bardziej ambitni „turyści”. Nie obrażając Hiszpanii, to ten kierunek jest bardziej popularny wśród przysłowiowych Januszy i Grażyn, a może Sebastianów i Karin. Generalnie po tym jakie osoby stoją do wejścia do samolotu, łatwo można określić ich kierunek. Mogę się mylić, nie bierzcie sobie tego do serca i jako jakąkolwiek wykładnię, ale Porto jakoś skradło moje serce. Wiem, że gdybym miał wrócić kiedyś do Portugalii to właśnie Porto było by początkiem lub końcem trasy.

Dojazd z lotniska jest przyjemny i jak na warunki europejskie tani. Koszt to około 10 pln (2 euro za bilet + 0,60 euro za kartę). W drugą stronę już tylko 2 euro, bo kartę mieliśmy. Warto je trzymać, bo kto wie, może szybko wrócicie do jakiegoś miasta gdzie taka karta obowiązuje, a można ją ładować w nieskończoność. Mieliśmy nocleg bardzo blisko stacji metra, chociaż 90% naszych tras pokonywaliśmy na piechotę i to bardzo mi się podobało. Jedynie na dojazd nad ocean, szkoda było tracić czasu na spacer, wiec wybraliśmy tramwaj. Cena biletu różni się od długości naszej trasy. Początkowo jest to trudne do pojęcia, ale po chwili wszystko staje się jasne, a lokali ludzie chętnie pomogą Wam to pojąć. Porto jest podzielone na zony, ale na wszystkich automatach biletowych są mapki i instrukcje. Chociaż tak jak pisałem, wszędzie można dojść na piechotę, nawet nad ocean.

Po przylocie wybraliśmy się na zapoznawczy spacer. Głównym punktem miasta jest most Ponte Luís I, który jest wizytówką miasta. Jest przepiękny! Nasz nocleg (Look At Me) mieścił się dosłownie 15-20 minut od tego mostu. Generalnie jeśli będziecie się tam wybierać, to polecamy miejsce w którym się zatrzymaliśmy.

Dobry spacer, zakończył długi dzień. Na naszej mapie było kilka zaznaczonych tras. Warto przed wyjazdem gdziekolwiek rzucić okiem na Instagram i zobaczyć czego można się spodziewać, chociaż czasami psuje to niespodziankę :)

Notatka z podróży

Lizbona. Portugalia. 2018

Wychodzę z założenia prostego. Ma być dobrze i smacznie jak u Mamy! Czyli DiT, dobrze i tanio. Do tego dodam, że jeśli wschód ma smakować równie dobrze, trzeba udać się na zachód. Przez wiele lat zachód był u mnie mocno zaniedbany i od jakiegoś czasu nadrabiam zaległości. Może to też fakt, że zachód potrzebował zawsze większych nakładów finansowych niż wschód. Chyba im więcej mam lat tym widzę, że nie ma kompromisu, złotego środka czy miejsca które miałoby mieć wszystko w sobie. Ciągle poszukuję, siebie także, a droga bardzo w tym pomaga.

Nie czuję się żadnym podróżnikiem, ale czuję całym sercem, że podróże to część mojej duszy, tak jak fotografia. Podróż jest i bywa uzależniająca. Jedni otaczają się rzeczami, całą swoją pracę wkładają w to by mieć tych przedmiotów jak najwięcej. Rozumiem to. Każdy człowiek ma w sobie wolne miejsca, które zapełnia tym co czyni go szczęśliwym. To może i brzmi banalnie, ale każdy z nas kiedyś odejdzie. Każdy z nas będzie nagi tak jak się urodził. Nie zabierzemy ze sobą samochodu, mieszkania, zmywarki czy innych kilogramów złota. Zostaną wspomnienia, chociaż i tak też już z nich żadnego pożytku nie będzie, ale wspomnienia są bezcenne. Trzeba chyba być fair w stosunku do innych i siebie. Ostatnio w samolotach spędziłem blisko 12 godzin na lotach po starym kontynencie i sporo rozmyślałem o ludziach, podróżach i wartościach. Jeśli wrzucimy te trzy aspekty do jednego worka to od zawsze jakąś dziwną największą wartością człowieka była dla mnie ilość odbytych podróży. Zwyczajnie mi to imponowało. Podróż jak nic innego uczy życia.

Lubię smak drogi, lubię ten stan kiedy wiem, że zaraz się zacznie podróż, że czekają mnie kolejne kilometry drogi. Zobaczyć nowe miejsca, pozdrowić już te które „znam”. Podróż to cudowna terapia na oderwanie się od codziennych problemów, które każdy z nas ma. Te mniejsze i większe. Podróż jest dobra na wszystko. Szczególnie jeśli pod domem mamy rozpuszczony śnieg, przemieszany z odchodami, a my możemy napawać się nawet najmniejszą ilością dobrego słońca, gdzieś daleko od domu. Nawet jeśli te daleko to 30 minut jazdy od domu.

Właśnie zakończyła się moja duo-podróż. Porto/Lizbona oraz Ateny. Postaram się szybko wrzucić moje myśli i fotografie z tych wszystkich miejsc. Portugalia mnie zauroczyła, szczególnie Porto, które daleko w tyle pozostawia osławioną Lizbonę. Do tego Ateny, które już miałem okazję zobaczyć (grudzień 2016). Myślę, że to moja druga i ostatnia podróż do tego dziwnego miasta.

Książki i seriale

Wojciech Chmielarz – Farma lalek to historia która dzieje się w Kowarach, moim ulubionym mieście w Karkonoszach. Świetny kryminał!

Ten rok zaczął się ciekawie bo postanowiłem nadrobić kilka małych zaległości. Bez bicia przyznam się, że w poprzednim roku kilka książek chciałem przeczytać, ale jakoś nie było czasu i chęci. Od zawsze uwielbiałem proces zakupu, ale nie zawsze zakup książki był równoznaczny z jej przeczytaniem. Na półce mam kilka takich tytułów i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je przeczytać np. Archipelag Gułag. Czasem też pewne książki kuszą duetem autor-tytuł (a nawet i okładką!), ale nie idzie jednak przebrnąć dalej niże jeden, dwa rozdziały. Zawsze wtedy jest mi dziwnie smutno. Nie ma chemii.

Postanowiłem też obejrzeć kilka filmów z kategorii miłość-tvn-karolak i muszę powiedzieć, że kilka momentów było wartych uwagi. Filmy lekkie, dobre przy pracy, gdzie nawet jeśli ucieknie kilka scen nic złego się nie stanie. Do tego kilka seriali także nadrobiłem. Fargo 3, Punisher, Stranger Things 2, a także…Dark. To ostatnie jest przedobre. Uwielbiam wszystkie dzieła w których podróżuje się w czasie. Chcę więcej! Teraz oglądam na Netflixie Modliszkę, a potem będzie czas na Czarne Lustro i inne.

Skromnie też napisze, że rozpocząłem pracę nad moim pierwszym opowiadaniem. Liczę, że niebawem uda mi się je ukończyć. Pisanie jest piękne, ale zapewne wyjdzie to jakoś pokracznie, a może nawet śmiesznie. Są tu jacyś chętni by je przeczytać jak będzie ukończone?

Na zdjęciu jedna z dwóch książek, które udało mi się już przeczytać. Mam już następne do pochłonięcia, a mój kalendarz uświadamia mi, że będzie na to czas. Jupi!

Karkonosze kończą rok


Przedostatnia podróż w roku. Karkonosze. Po prostu by wypocząć, zobaczyć trochę słońca i pobyć tam gdzie jest spokój i piękno.

W tym nowym roku 2018 też tam wrócę. Najbardziej chciałbym się zaszyć na dłuższy czas gdzieś w Kowarach i zrobić to co chodzi mi od kilku lat po głowie. Dlaczego tak trudno zrobić ten pierwszy krok? Dlaczego? :)

Metropoliten – czyli moskiewskie metro / Moskwa cz. 7 / Dużo fotografii

Tak wyglądała moja mapa metra. Powstała z dwóch wyrwanych stron z jakiegoś przewodnika po Moskwie znalezionego na lotnisku. Na mapie zaznaczone są stacje, które udało się sfotografować.

12 listopada cały dzień byłem pod ziemią. Inaczej nie ma możliwości by zwiedzić moskiewskie metro. Oczywiście jeden dzień pozwala tylko na to by zobaczyć te najciekawsze, chociaż oczywiste jest, że każda ze stacji ma w sobie coś wyjątkowego. Metro w Moskwie to muzeum, tętnica miasta. Dla upartego dałoby się zobaczyć te wszystkie stacje na jednym bilecie.

W telegraficznym skrócie moskiewskie metro powstało w 1935 roku. Dziś liczy sobie 200 stacji, a długość linii to 333km. Linii jest 12, a po nich porusza się blisko 4500 wagonów. Codziennie wagoniki metra transportują 7 milionów pasażerów.

Odległość między stacjami:
średnia – 1,8 km
najmniejsza – 0,5 km
największa – 6,47 km
Stacji – 200
Największa głębokość stacji – 84 m

Schody ruchome:
liczba – 637
łączna długość – 66,8 km
największa długość – 126 m
Zajezdni – 15

Wagony:
liczba – 4510
średnio dziennie używanych – 3438
Średnia dzienna trasa wagonu – 548,7 km
Pasażerów w wagonie – 50
Średnia prędkość – 41,62 km/h
Zatrudnionych – 35 623
Zgodność z rozkładem jazdy – 99,98%
Najmniejszy odstęp między odjazdami – 1,5 minuty
Długość przeciętnej podróży – 13 km

Więcej informacji oczywiście na Wikipedii https://pl.wikipedia.org/wiki/Metro_w_Moskwie

WDNH / Moskwa cz. 6



Po porannej wizycie u Lenina (Lenin wiecznie żywy? / Moskwa cz.5) pojechaliśmy na stację metra WDNH. Jednym słowem to ogromny park który jest pozostałością po rolniczym expo z 1935 roku.  Miejsce robi wrażenie, ale pogoda była koszmarna. Przenikające zimno do samego wnętrza. Większość budowli była w remoncie, a na środku rozpoczęła się budowa lodowisk, które w Rosji są szalenie modne. W Murmańsku widziałem lodowisko wielkości całego boiska piłkarskiego z bieżnią.

Początkiem wystawy było rozporządzenie Stalina z 17 lutego 1935. Wybrano teren na peryferiach Moskwy przy Szosie Jarosławskiej. Wystawę, wówczas noszącą nazwę Wszechzwiązkowa Wystawa Rolnicza (ros. Всесоюзная сельскохозяйственная выставка – ВСХВ), otwarto oficjalnie 1 sierpnia 1939. Obok jej wschodniego wejścia umieszczono pomnik robotnika i kołchoźnicy Wiery Muchinej.

Obok głównego wejścia w 1964 umieszczono Pomnik Zdobywców Kosmosu.

Przy budowie pawilonów wystawy przestrzegano wymagań realizmu socjalistycznego. Pawilony były obficie zdobione szczegółami zaczerpniętymi z architektury klasycznej i z budownictwa poszczególnych republik związkowych. Na obszarze wystawy rozmieszczono elementy dekoracyjne, m.in. pozłacane fontanny. Bogata oprawa wystawy miała wywrzeć silne wrażenie na zwiedzających / Wikipedia

Warto też wspomnieć, że przed wejściem do parku tuż obok dużej ulicy znajduje się pomnik „Robotnik i kołchoźnica” znany z intro radzieckiej wytwórni filmowej Mosfilm. Budowę pomnika ukończono w 1937 roku i została pokazana w Paryżu przy radzieckim pawilonie. Potem wróciła do Moskwy dopiero w 1939 roku (w transporcie coś jej odpadło). Wysokość rzeźby z cokołem to 25 metrów. Robi wrażenie! Mam słabość do tego rodzaju architektury.

Na głównym placu góruje pomnik Lenina. Na tej samej linii znajduje się rakieta Wostok, a obok niego Jak 42. Po powrocie oglądałem film „Wydział Rosja„. W głównych rolach Sean Connery oraz Michelle Pfeiffer. Akcja filmu dzieje się w Moskwie. Jedną ze scen realizowali koło samolotu i rakiety. Był rok 1990. Nic się nie zmieniło! No może tylko to, że rakieta była w poziomie. Dziś jest w pionie. Czy to coś znaczy?

Oczami wyobraźni widziałem lato i moment kiedy otwierali to sowieckie expo. Zawsze wyobrażam sobie moment otwarcia i biel budynków.

Końcem spaceru było Muzeum Kosmonautyki. Byłem to drugi raz i drugi raz wychodziłem szczęśliwy z dwoma kubkami zakupionymi w muzealnym sklepiku. Właśnie piję czaj z takiego kubka. Na nim sputnik bo jak by inaczej! Ten kto mnie kiedyś widział to wie, że mam taki wytatuowany na mojej ręce ;)

Wszystkie zdjęcia które publikuję z czarną ramką są wykonane Fuji x100t :)

Lenin wiecznie żywy? / Moskwa cz. 5

Kolejny raz jesteśmy na Placu Czerwonym. Jest godzina 9 rano. Na jednej z wież Kremla biją dzwony, kuranty znane z telewizji czy radia. Tuż przy samym wejściu na Plac Czerwony widać charakterystyczne miejsce na kolejkę. Ponieważ pogoda nie zachęca do spacerów to na samym końcu chodnika widać już kilka osób. Pewnie latem sytuacja wygląda tu zupełnie inaczej. To kolejka do Mauzoleum Lenina.

Razem z Dawidem stoimy w pierwszej dziesiątce ludzi chętnych by zobaczyć Wielkiego Wodza Sowieckiego Sajuza. Wycieczka jest darmowa. Po blisko 40 minutach oczekiwania ilość osób wzrasta. Tuż obok mnie stoi jakiś facet, który na głupiego chce się wepchnąć. Mam to gdzieś. Potem widziałem, że policjantka która pilnowała przepustowości bramek, odesłała go z kwitkiem. Punkt godzina 10 otwierają się bramki. Napięcie rośnie. Jest 11 listopada.

Po przekroczeniu magicznej linii przechodzi się przez bramki do wykrywania mieczy i granatów. Potem Pan policjant (w Rosji nie ma już milicji) oglądał zawartość mojego plecaka. Nie było tam nic ciekawego. Ręką pokazał, że jestem wolny, że udało mi się przejść kontrolę pozytywnie, więc udałem się z Dawidem pod kremlowski mur. Na ścianie widnieją tablice z ważnymi dla systemu nazwiskami, które do dziś nie wiele mi mówią. Ściana pełni rolę cmentarza i chowano tu sowieckich VIP-ów do lat 70-tych XX wieku. Taki nasz Wawel.

Droga prowadziła bezpośrednio do centralnego punktu jakim jest schron Lenina. On sam umarł w 1924 roku. Od razu go zabalsamowano i w tym samym roku powstało pierwsze mauzoleum. W 1930 roku wybudowano już nowe, ale zachowano poprzednią wizję architekta. W 1940 roku Lenin otrzymał nowy sarkofag, który używany był do początku lat 70-tych. Następny sarkofag miał już pancerne szyby. Lenin tylko raz opuścił swój bunkier. Było to podczas II Wojny Światowej kiedy Niemcy zbliżyli się za blisko Moskwy. Od 1953 roku do 1961 tuż obok Lenina leżał Stalin. Dziś Stalin leży za budynkiem mauzoleum. Co ciekawe pod jego popiersiem leży najwięcej kwiatów. Czerwonych.

W czasach ZSRR dach mauzoleum służył jako trybuna do przyjmowania defilady na 9 maja. W 1993 zlikwidowano wartę honorową. Dziś taka warta jest obok Grobu Nieznanego Żołnierza tuż za winklem. Trup Lenina był atakowany trzykrotnie. W 1959, 1967 i 1973. Dziś wiele osób chce by Lenina pochować, ale Putin kilka dobrych lat temu powiedział, że Lenin nadal będzie tam spał.

Przed wejściem do mauzoleum stał żołnierz. Swoim wyglądem przypominał mi filmy o zimnej wojnie i latach 80. Długi płaszcz i wielka czapa. Ręką nakazał mi zdjąć czapkę. I wskazał kierunek wejścia. Pierwsze schody i kolejny żołnierz. Miałem wrażenie, że co trzy metry stał właśnie jakiś chłop w płaszczu. Kolejne schody w dół. Zaczęło się robić ciemniej i ciemniej. Nagle pojawiło się ogromne pomieszczenie, tak mi się do dziś wydaje że było wielkie. Po środku sarkofag.

Sarkofag można obejść z trzech stron. Sarkofagu nie da się dotknąć. Oczywiście można spróbować, ale po pierwsze można wypaść za kamienną barierkę, murek i spaść na dół. Po drugie myślę, że jeden z żołnierzy odstrzelił by rękę. Po trzecie nie wiem po co. W środku panowała dziwna ciemność, a rozświetlony delikatnym czerwonym światłem sam Lenin wygląda jak żywy!

Doznałem dziwnego uczucia. To coś jak gorzko-słodki smak. Połączenie przerażenia i ciekawości, fascynacji tym zjawiskiem. Nie jestem i nie byłem zwolennikiem Lenina i jego dzieł, ale samo spotkanie z człowiekiem-symbolem-radzieckim robi wrażenie. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że Lenin widnieje na całym wschodzie. Już nie wszędzie, ale nadal się z nim silnie kojarzy i zlewa. W Moskwie lądowaliśmy dzień po 100-tnej rocznicy Rewolucji Październikowej.

Idąc wzdłuż murka co jakiś czas zwalniałem by wyostrzyć wzrok i zobaczyć wszystko dokładnie. W mauzoleum nie wolno się zatrzymywać, rozmawiać i fotografować. Myślałem, że jego ciało jest w gorszym stanie bo w zasadzie ciężko było sobie cokolwiek wyobrazić. Oczywiście są jakieś zdjęcia w sieci, ale to nie jest to. Muszę przyznać, że jego skorupa jest w bardzo dobrym stanie. Wygląda jak by spał, długo spał. Dwie rzeczy zrobiły na mnie spore wrażenie, oczywiście pomijając klimat tego wnętrza. Pierwsze to jego włosy na twarzy, a raczej broda. Każdy włos można było policzyć. Drugą rzeczą były jego dłonie. Jedna zaciśnięta, druga swobodnie położona. Nie wiem do dziś dlaczego, ale te dłonie widzę przed swoimi oczami. Zastanawialiśmy się z Dawidem czy Lenin ma nogi bo ich nie widać. Widać tylko popiersie i ręce.

Po chwili znów żołnierz i schodami na górę. W środku byliśmy może…30 sekund! Chociaż miałem wrażenie, że wszystko trwało o wiele dłużej, a moje małe przystanki pozwoliły mi zapamiętać więcej. Szkoda, że nie mam ani jednego zdjęcia ze środka. Więc jeśli kiedyś będziecie w Moskwie, a Lenin nadal będzie tam leżał to warto przyjść wcześniej i zobaczyć na własne oczy to wszystko. Dla mnie był to zwyczajnie punkt obowiązkowy. To troszkę jak być w Paryżu i nie wjechać na jej wieżę. Taki to jest ładunek. Jak piszę ten tekst nadal czuję to przerażenie i ciekawość.

Roczne utrzymanie Lenina to koszt około 200,000$.

Po wyjściu z mauzoleum można napotkać popiersie Stalina, które dosyć szybko ominąłem i skierowałem się ku ścianie Kremla. Była tam tablica nagrobna pierwszego człowieka w kosmosie – Jurija Gagrina. Jako fan kosmosu oddałem mu w głowie hołd. I ruszyłem ku wyjściu. Jego tablicę z oddali fotografowałem w kwietniu 2011 w dniu mojego pierwszego długiego lotu Moskwa – Władywostok.

Czertanowo. Blokowisko. / Moskwa cz. 4

















Program telewizji śniadaniowej został przerwany przez wypowiedź Putina. Może program się skończył, a może gdzieś w aurze zapomnienia ktoś z nas przełączył kanał. Jego twarz budzi pewien niepokój, ale pokazuje że on też jest człowiekiem i każdego czeka ten sam koniec. Za oknem zrobiło się strasznie smutno. Gdzieś te wczorajsze słońce i błękitne niebo odpłynęło, zamieniając się miejscem z zimnem i miliardami kropelek.

Wagonik metra jedzie szybko, trzęsie czasem niemiłosiernie. Kolejne stacje, kolejne setki pokonanych metrów. Nasz stacja. Czertanowskaja. Stacja ma tyle lat co ja. Wysiadamy. To pierwsza część naszej podróży na dziś. Jak tylko dotarliśmy do szklanych drzwi, naszym oczom ukazał się żyjący moloch. Blokowiska na Czertanowie. Jeszcze wczoraj oglądaliśmy film SF o tym jak właśnie tutaj rozbija się ogromny statek kosmiczny. Blokowiska od lat przyciągają, czasem dają spokój, taki dziwny nie do opisania.

Za każdym razem nachodzą mnie te same myśli. Za każdym razem poszukuję zwykłego życia. I zawsze zastanawiam się dlaczego ciągnie do tych blokowisk. Tak to jest jak człowiek pochodzi z bloków, a szara płyta jest oznaką domu.

Robi się przenikliwie zimno. Nawet już nie chce mi się wyjmować aparatu.