Strona główna » Chinatown

Tag: Chinatown

The show must go on…

Nowy Jork, 2013Empty spaces – what are we living for?
Abandoned places – I guess we know the score?
On and on…
Does anybody know what we are looking for ?*

Samolot ląduje. Delikatnie. Stoję na metalowych schodach. W dole ludzie idący do autobusu. Mam na sobie kurtkę, zapinam się pod szyję. Z ust leci mi para. Jest około zera. To prawie 30-ści stopni różnicy. Fotografuje telefonem samolot i jego wielki silnik. Za dosłownie 2 godziny będę leciał kolejnym samolotem z Berlina do Warszawy. I wiecie co? Wcale mi się nie chciało, chociaż uwielbiam latać. Paszport. Okienko. Kolejka i straszny odór z ust pewnego Azjaty, który napierał na mnie w kolejce do Pana w zielonej niemieckiej czapce. Jestem drugi raz na tym lotnisku, nie przypadło mi do gustu, chociaż prawie 10 lat temu będąc w Berlinie mieszkałem obok niego. Kiedy lądował na nim samolot, robiło się w hotelowym pokoju ciemno.

Czuje się pijany. Jest mi zimno, głowa gdzieś leci do dołu, a jednak nie można zasnąć. Nie potrafię spać na siedząco. Wsiadamy do samolotu. Jest pusty. Na trasie Berlin – Nowy Jork, jakiś pasażer zdjął buty, była awantura i odór. Jeśli ktoś mnie zapyta czym pachnie Nowy Jork, odpowiem, że śmierdzi. Zapachy ze śmietników, targów, metra mieszka się i tworzy dziwny zapach któremu bliżej do smrodu niż czegoś co miło, długo nam drąży swoje drogi w nosie. Im bardziej egzotyczna kultura tym zapach mocniejszy. Egzotyczna dla nas Polaków. Jedni mówią, że do smrodu można się przyzwyczaić. Ja nadal czuje jak w mojej głowie ciągle lecę. W dół do snu. Coś odbiera Ci siły, rwie, nie daje zasnąć. Niekończące się chwile.

Lubię wracać do domu, chociaż “dom” to pojęcie względne. Im bardziej przywiązujemy się do miejsca w którym mieszkamy, tym nasze horyzonty stają się mniejsze, ciemniejsze. Zapada noc w naszej perspektywie i myśleniu. Takie wyjazdy do miejsc gdzie iluzorycznie wszystko jest jakoś poukładane, może nawet lepsze, strasznie mieszają w głowie. Człowiek z pewnym nieodpartym zapałem do dalszego działania musi się zetknąć z pewnym murem codzienności. Ten mur można przebić, byle nie naszą głową.

Do szyby w domu przyklejam pocięty wywołany film. Pochylam się by cała jego powierzchnia została wypełniona niebieskim niebem, jesiennym, znajomym i dobrym. Widzę jeden kadr. Prosty, a zarazem bijący spokojem. Jakieś takie chwilowe piękno zaczyna mnie utulać. Szybko mija. Głowa leci do dołu, łóżko woła, serce mocno bije. W tle leci Queen. Zawsze leci kiedy ogarnia mnie stan w którym czegoś zwyczajnie nie potrafię zrozumieć. Ułożyć sobie to w moich dłoniach. I może to banalne, ale nic nie trwa wiecznie. Każda podróż się kiedyś kończy. Taka z miejsca A do miejsca B, czy od urodzenia, aż po wieczny sen.

Proste?

There’s no chance for us 
It’s all decided for us 
This world has only one sweet moment set aside for us 

Who wants to live forever 
Who wants to live forever?** 

A w głowie kolejna podróż.

*) Queen – The show must go on
**) Queen – Who wants to live forever

Chinatown

4901 4902 4903 4904 4905 4906 4907Obok mojego komputera jest paczka M&M-sów. Wielka bo kupiona w sklepie, gdzie małych rzeczy nie sprzedają. Co jakiś czas sięgam i zjadam. Patrząc na wnętrze tego opakowania widzę różne kulki. Smak ten sam, ale kolory inne. I taki jest Nowy Jork, jak te M&M-sy. Kolory różne, ale smak ten sam. Mają to do siebie, że często widać jak koło siebie jest więcej kulek o tym samym kolorze. Pisałem jakiś czas temu (fotograficznie), jak wygląda Greenpoint, polskie miejsce w Nowym Jorku. Tak więc pokazowym miejscem, gdzie przebywa społeczność z Chin to oczywiście Chinatown, tuż obok Little Italy. Wszystko to na południowym Manhattanie, blisko dolnego, finansowego Manhattanu ze swoją wieżą WTC. W samym centrum, w małym parku można spotkać odpoczywających Chińczyków. Przez chwile poczułem się jak w Pekinie, chociaż żeby zobaczyć prawdziwe “Chinatown”, wystarczy pojechać na Flushing, część dzielnicy Queens (mówiąc w skrócie). To miejsce gdzie żyją Azjaci, a białego czasem ciężko spotkać. Wchodzi się do sklepu pełnego importowanych i produkowanych produktów dla Azjatów. Wyobraźcie sobie jaki jest w tym sklepie fetor. Zmieszane zapachy żywych jeszcze owoców morza, owoców słodkich, mięs i warzyw. Do tego sama społeczność też ma swój zapach. Prawdziwa Azja daleko od ich domu.

Wsiada się do autobusu Q27 i sami “żółci”. Każdy sobie rzepę skrobie. Nikt na Ciebie nie patrzy. Nie pyta o nic. Siadasz i jedziesz. Kobiecie w ciąży też nikt nie ustąpi miejsca. Taka to “azjatycka kultura” w amerykańskiej metropolii. Ameryka. Smak słodko-gorzki.

Zbieram też myśli do większego wpisu o moim drugim podejściu do posmakowania tego miejsca.

Chinatown

3625 3626 3627 3628 3629

W poprzednim wpisie “Zapiski na kolanie” nie wspomniałem o napotkanym białym człowieku przed stacją kolejową, który pytał czy coś w tym mieście jest i jak się z niego wydostać. Był przerażony nicością tego miejsca. O Bangkoku powiedział tak: Bangkok is crazy…. I taki w rzeczy samej jest.

Wybraliśmy się do jednej z części Bangkoku, Chinatown. Nazwa mnie skusiła. Dojazd był nie mniej ciekawy jak do samego miasta. Uciekliśmy tajskiemu kierowcy tuk-tuka (motor przerobiony na rikszę), który wywiózł nas w miejsca które nic, a nic nas nie interesowały. My straciliśmy czas i nerwy, on utarg. Zarobił taxi drajwer, któremu na światłach wpakowaliśmy się i nakazaliśmy kierunek: Chinatown. Jestem ciekaw jak wyglądaliśmy z boku. Dwójka ludzi biegnie po chodniku, oglądając się za siebie czy nikt ich nie goni.

Samo miejsce jest barwne, tłoczne i przesycające nozdrza różnymi zapachami. Po godzinie mieliśmy ochotę uciec. Rozgrzane autobusy, spaliny, smażenie wszystkiego i miliardy plastikowych gadżetów. Do tego duchota i upał. Na ulicy stała wolna taksówka, pokazałem na mapie gdzie chcemy się dostać, kierowcą coś powiedział, machnął ręką i odjechał. Drugi, bez zębów też coś machał rękami i odjechał. Za trzecim razem się udało.

Bangkok to miejsce nie dla mnie. Wielka rozgrzana metropolia, ciężka, obarczająca. Ma swój klimat, ale po dzisiejszym dniu mam dosyć. Szczerze mogę napisać, że cieszę się z powrotu do domu, na który jeszcze trzeba poczekać.