
W poprzednim wpisie „Zapiski na kolanie” nie wspomniałem o napotkanym białym człowieku przed stacją kolejową, który pytał czy coś w tym mieście jest i jak się z niego wydostać. Był przerażony nicością tego miejsca. O Bangkoku powiedział tak: Bangkok is crazy…. I taki w rzeczy samej jest.
Wybraliśmy się do jednej z części Bangkoku, Chinatown. Nazwa mnie skusiła. Dojazd był nie mniej ciekawy jak do samego miasta. Uciekliśmy tajskiemu kierowcy tuk-tuka (motor przerobiony na rikszę), który wywiózł nas w miejsca które nic, a nic nas nie interesowały. My straciliśmy czas i nerwy, on utarg. Zarobił taxi drajwer, któremu na światłach wpakowaliśmy się i nakazaliśmy kierunek: Chinatown. Jestem ciekaw jak wyglądaliśmy z boku. Dwójka ludzi biegnie po chodniku, oglądając się za siebie czy nikt ich nie goni.
Samo miejsce jest barwne, tłoczne i przesycające nozdrza różnymi zapachami. Po godzinie mieliśmy ochotę uciec. Rozgrzane autobusy, spaliny, smażenie wszystkiego i miliardy plastikowych gadżetów. Do tego duchota i upał. Na ulicy stała wolna taksówka, pokazałem na mapie gdzie chcemy się dostać, kierowcą coś powiedział, machnął ręką i odjechał. Drugi, bez zębów też coś machał rękami i odjechał. Za trzecim razem się udało.
Bangkok to miejsce nie dla mnie. Wielka rozgrzana metropolia, ciężka, obarczająca. Ma swój klimat, ale po dzisiejszym dniu mam dosyć. Szczerze mogę napisać, że cieszę się z powrotu do domu, na który jeszcze trzeba poczekać.