

Opuściliśmy Phuket małym busikiem. Kierowca razem ze swoimi pomocnikami szybko załadował ludzi i ich bagaże. Nam przypadło miejsce VIP. Tuż za kierowcą, obok kartonów. Już za miastem kierowca (który zresztą ciągle coś mówił) zaczął pić swoje pobudzające specyfiki. Jego jazda była przerażająca. Fachowiec pełną gębą. Większość (tak myślę) mężczyzn tu i tam, ma jeden długi paznokieć. Kierowca podczas monologu do młodej Tajki, używał tego paznokcia. Już wiem po co im taki diwajs.
Obserwuję tu wspaniały dar pakowania. Towary i ludzie są nieźle upychani. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z bezpieczeństwem.
Po 3,5 godziny dojechaliśmy do miejscowości Krabi. Kierowca sugerował, że może nas zabrać swoim bolidem do naszego miejsca docelowego, ale finansowo to się w ogóle nie opłaca. Dalej po wciągnięciu kurczaka z ryżem na winklu, wsiedliśmy do najciekawszego środka transportu. Taki pickup. Z tyłu dwa rzędy do siedzenia. Połowę miejsc zajęli biali, drugą połowę muzułmanki. Kierowca dawał czadu. Taka ich dusza. W połowie drogi, kiedy zmienił się krajobraz spadł deszcz. Po obu stronach góry, palmy i charakterystyczna flora. Okiem wyobraźni widziałem walki partyzantów w tych lasach. Kilometr dalej, słońce i skwar.
Nie chce mi się wracać do Polski. Tu się wszyscy uśmiechają.



















