
Mglisty, zimny z dobrym śniadaniem na początek.
Gdzie jesteś Kraszan?

Ze względu na występujące tu liczne kanały Bangkok nazywany jest Wenecją Wschodu.
O czym myśli ten chłopak?
Kraszan Bhamaradżanga?
Lodówa szumi, po lewej stronie stoi stara Toyota 4×4. W słuchawkach ostatnie rozdziały „Pojedynku z Syberią” i tym połączeniem rozmarzyłem się o podróży do Murmańska.
Chinatown

W poprzednim wpisie „Zapiski na kolanie” nie wspomniałem o napotkanym białym człowieku przed stacją kolejową, który pytał czy coś w tym mieście jest i jak się z niego wydostać. Był przerażony nicością tego miejsca. O Bangkoku powiedział tak: Bangkok is crazy…. I taki w rzeczy samej jest.
Wybraliśmy się do jednej z części Bangkoku, Chinatown. Nazwa mnie skusiła. Dojazd był nie mniej ciekawy jak do samego miasta. Uciekliśmy tajskiemu kierowcy tuk-tuka (motor przerobiony na rikszę), który wywiózł nas w miejsca które nic, a nic nas nie interesowały. My straciliśmy czas i nerwy, on utarg. Zarobił taxi drajwer, któremu na światłach wpakowaliśmy się i nakazaliśmy kierunek: Chinatown. Jestem ciekaw jak wyglądaliśmy z boku. Dwójka ludzi biegnie po chodniku, oglądając się za siebie czy nikt ich nie goni.
Samo miejsce jest barwne, tłoczne i przesycające nozdrza różnymi zapachami. Po godzinie mieliśmy ochotę uciec. Rozgrzane autobusy, spaliny, smażenie wszystkiego i miliardy plastikowych gadżetów. Do tego duchota i upał. Na ulicy stała wolna taksówka, pokazałem na mapie gdzie chcemy się dostać, kierowcą coś powiedział, machnął ręką i odjechał. Drugi, bez zębów też coś machał rękami i odjechał. Za trzecim razem się udało.
Bangkok to miejsce nie dla mnie. Wielka rozgrzana metropolia, ciężka, obarczająca. Ma swój klimat, ale po dzisiejszym dniu mam dosyć. Szczerze mogę napisać, że cieszę się z powrotu do domu, na który jeszcze trzeba poczekać.
Zapiski na kolanie








Bez wahania można powiedzieć, że podczas jednej „małej” podróży dzieje się więcej niż podczas pobytu w jednym miejscu. Przemieszczanie się jest świetną sprawą, ale czasem nie jest usłane różami. Im mniej tych róż tym z czasem ciekawiej. Z czasem.
Podróż z Ko Samui do Bangkoku trawała około 25 godzin (800 km). Samolotem zaledwie godzinę z groszami. My zdecydowaliśmy się na podróż dłuższą, ale z dodatkami i co za tym idzie – tańszą. Pisałem już o tym jak wygląda transport z punktu A do punktu B. Najpierw busik z kierowcą, który przedżeźniał żydowskich turystów. Po każdym udanym wymijaniu aut i skuterów, uśmiechał się jeszcze weselej. Czułem dziwne drżenie stóp kiedy na styk wykonywał swoje manewry. Kolejna senna poczekalnia w porcie. Ludzie opróżniają butelki i puszki z zimnymi napojami. Za chwilę wszyscy z plecakami i walizkami kierują się na prom. Niemcy wyjęli książki, brytyjki zajadały się kanapkami z czipsami. Ja drążyłem kolejne strony o Korei Północnej. W drugim porcie czekał autobus. Wielki, stary i śmierdzący. Wszyscy się załadowali.
Te autobusy mają swój klimat. Zawsze staram się wyobrazić sobie czasy kiedy te maszyny były nowoczesne. Dziś jeżdzą i starają się chłodzić. Po 90 minutach jazdy autokar skręcił w małą drogę na końcu której było biuro podróży. Tam wszyscy wysiedli i przesiadali się w inne autobusy. Miejsce to wyglądało jak z filmu. Rolę foteli do siedzenia odgrywały fotele lotnicze. Śmierdziało jakimś przekrętem, ale za chwilę znów wsiedliśmy do tego samego autobusu i pojechaliśmy dalej. Naszym oczom ukazał się dworzec kolejowy Surat Thani, wyobrażałem go sobie jako wielki budynek, tętniący życiem z masą różnych punktów gastronomicznych. Czar prysł. Zwykły mały budynek. Obok parę sklepików, wszystkie zamknięte. Na siedzeniach ludzie, większość już spała. Ten dzień był wyjątkowo gorący. Stopni trzydzieści pięć w cieniu.
Do odjazdu pociągu zostało nam tylko 7 godzin. Trzeba było coś zjeść. Poszliśmy w ciemno, w wąskiej uliczce był jakiś bazar. Można na nim kupić gacie, płyty DVD czy małe żółwie. Większość sklepików było jakimiś dziwnymi punktami, w których przyznam nie wiem co się sprzedaje. Ludzie siedzą i nic się nie dzieje. Kręciliśmy się koło szeregu straganów z jedzeniem. Po paru podchodach wzięliśmy od młodego chłopca parówki na patykach. Do odjazdu tylko 6 godzin. Wróciliśmy na stację rozglądając się za czymś na kolację. Wybór padł na faceta, który z trzech kotłów podawał zupę. Ryż, kurczak, wieprzowina. Usiedliśmy i Pan nam podał zupę. Była dobra, ciepła. Do tego rozwodniony czaj, w prezencie. Części mięsne niejadalne trafiły dla dwóch psów, które kręciły się pod naszym stołem. Dziura.
Wróciliśmy na stację. Szybko zajęliśmy miejsca i czekaliśmy na pociąg. Przez tyle godzin można było poobserwować pasażerów i obsługę stacji. Kierownik stacji chodził z niebieskim flamastrem i zapisywał na tablicy zmiany w rozkładzie jazdy.
Nad głową wiatrak obracał się jakby zaraz miał się urwać. Był już późny wieczór, a temperatura nic, a nic się nie
zmniejszyła. Czułem jak muchy łaziły po mnie, chcąc mnie zjeść. Raz wjechał pociąg klasy trzeciej. Stacja jak by podskoczyła. Ludzie wsiadali i wysiadali. Przekazywali sobie paczki, pieniądze. Pociąg odjechał. Stacja znów się jakby zapadła. Słychać tylko wiatraki, jakiś serial w telewizorze przy suficie. Czas leciał.
Tajskie pociągi dzielą się na trzy klasy. Klasa 1, dwa miejsca leżące w przedziale. Klasa 2, miejsa siedzące które w kilka chwil przeistaczają się w kuszetki, oddzielone od korytarza błękitną zasłonką. Klasa 3, miejsca siedzące, otwarte okna, klimatyzacji brak. Szybko zajęliśmy nasze miejsca i poszliśmy spać. Sen jaki był taki był, co jakiś czas szarpnięcia wagonu sugerowały mi, że zaraz umrę. Zawsze tak mam.
Na bilecie widniała godzina 10:30 w Bangkoku. Rano w wagonie opustoszało, więc żyłem z nadzieją na długi sen. Młody konduktor (odpowiednik rosyjskiego prowadnika) już o ósmej rano wszystkich wybudzał. Nikt nie powiedział, że pociąg nie dojeżdża do Bangkoku tylko do jakiejś małej mieściny. Tam czekał na nas kolejny autobus. Kolejny trup jechał prawie 2,5 godziny do Bangkoku. Moje siedzenie wraz z każdym ruchem autobusu chwiało się do przodu i do tyłu. Dawno tak mną nie wytrzęsło. Pod dworcem taxi i do hotelu. Dopiero można było poczuć jaki ukrop panuje na miejscu. To taki rodzaj ciepła, który odbiera siłę.
Uwielbiam podróżować. Chciałem się podzielić z tym co widziałem. Fotografie to wspaniała pomoc w odtwarzaniu sobie obrazów naszych wydarzeń.
Ko Samui

W przewodniku jest informacja, że na Ko Samui jest 2mln palm.
Mimo wielu kilometrów przejechanych po wyspie, wskaźnik stanu paliwa wskazuje ciągle na pełen bak. Jeśli to nie awaria to ja chcę takie paliwo w swoim aucie. Po spokojnej plaży biega pies, który usilnie walczy z jakimiś waszkami. Nos wsadza w dziury na plaży. Kto je tu zrobił?
Na plaży jesteśmy chyba tylko my. Tuż koło łódek rybackich jest mała knajpka. Gorąco i leniwo, niczym w filmie. Jakiś lokals wcina ryż, gospodyni podaje nam karty. Wymiętolone jak w większości takich miejsc. Wciągamy napoje przez rurki, wiatr się wzmaga. Obrusy latają, liście spadają z drzew. Ciemny koleś skończył swoje danie i pali papierosa. Gdyby nie ten wiatr, można by zasnąć z otwartymi oczami. Zastanawiam się jak Ci ludzie tu żyją. Normalnie. Prosta odpowiedź. Można nawet określić to słowem: nuda.
Ostatnia noc na wyspie. Jutro jedziemy dalej, na północ. To będzie długa podróż.
Elephas maximus

Wyspa (Ko Samui) nie jest duża, dziś objechaliśmy jej wschodnią część. W środku palmowego lasu były słonie. Można na nich jeździć co wg. mnie komercyjnie jest głupie i nawet przez myśl mi nie przeszło by z czegoś takiego skorzystać. Wzrok słonia jest taki dojrzały i smutny. Korzystając z okazji, kiedy córka słonicy podeszła do mnie, pogłaskałem ją i jej trąbę. Może to dziecinnie zabrzmi, ale było to coś fascynującego i magicznego. Słoń jest bardzo twardy :-)
Treść






Mówią, że nie fotografuje się napisów. Tylko dlaczego widzę w nich tyle smaczków? Wszystko ma swoje dwie strony. Dla mnie obie są wyjątkowe. Zresztą chyba wszystko jest wyjątkowe, inne, wspaniałe poza naszym podwórkiem.
Zapowiadano deszcz, od kilu dni tu leje. Dziś jednak pogoda się zlitowała i wszystkie chmury poleciały gdzieś dalej. Oby jutro też była taka pogoda, wtedy będzie można zwiedzić wyspę.
Kiedyś wrzuciłem taki wpis Tajski masaż / Thajská masáž z czeskiej Pragi. Dziś skorzystaliśmy i jeśli ktoś gdzieś kiedyś będzie miał okazje to niech spróbuje. Wspaniałość.
Miałem wypadek na skuterze. Rozwaliłem mój obiektyw 35mm.
Ticket please




– Ticket please…
Dokładnie. W każdym hotelu lub informacji turystycznej można zarezerwować bilet lub jakąś wycieczkę. Tych różnych atrakcji jest od groma. Słonie, małpy, skały, nurkowanie. W takiej czy innej formie, wszędzie. Wszystko zależy od regionu w którym jesteśmy, lecz nie jest to teraz ważne, ani godne uwagi.
Takie biura pomagają też przedostawać się z punktu A do punktu B. Myślę, że Tajlandia to idealne miejsce by co jakiś czas przeskakiwać z miejsca na miejsce. To wygląda trochę śmiesznie. Żeby dostać się z punktu, A do punktu B, trzeba dodać jeszcze punkty C, D i E. Na każdy odcinek ktoś inny wystawia bilet, ciągłe przesiadki, z busika do busika. Bez słów. Każdy dostaje też nalepkę z napisem swojego celu. W każdym transporcie jedzie się z innymi ludźmi. Widać, że też są zaskoczeni różnymi przystankami. W międzyczasie kierowca dodaje swoje punkty, bo ma jakieś biznesy, paczki.
Odcinek około 200km pokonaliśmy w 8 godzin. Do kolekcji brakuje już tylko roweru i łodzi podwodnej.
Ko Phi Phi







Wyspa. Biały piasek, błękitna woda. Wypchana po brzegi białymi turystami. W tle wyspa na której kręcono „Niebiańską Plażę” z Leonardem. Wąskie uliczki, co trzy metry taj z kartką, pytający czy nie trzeba „taxi boat”.
Moja kolejna refleksja. Leżąc na plaży, potem na trawie, obserwowałem białych turystów. W różnym wieku. Było trochę czasu. Dookoła mnie każdy kto siedział lub leżał miał jakiś tatuaż. Minimum jeden. Gwiazdeczki, napisy, wzorki, kolejne napisy, czaszki, kolejne wzorki. Nie mam nic do tatuaży, aczkolwiek zastanawia mnie dlaczego Ci ludzie pozwoli sobie wyryć na ciele taki totalny kicz, w zasadzie na całe życie. Szczególnie młody chłopak z czaszką na dłoni z napisem „Hate”. Przekaz rozumiem. Przywalić może bo nienawidzi. Tylko czy ten typ nie wstydzi się walorów artystycznych tej czaszki? Jego kobieta miała też tatuaż na karku. Jakaś życiowa sentencja. Zawsze mi się wydawało, że tatuaż to jakaś oznaka indywidualności, czegoś. A tu proszę. Wszyscy posiadają. Najbardziej mnie zastanawiają młode dziewczyny, które przednie całe części ciała mają wytatuowane. Od dłoni po szyję. Mi osobiście to się nie podoba…ale popatrzeć można ;)
I dlaczego koty mają przycięte ogony?
Jutro jedziemy dalej na wschód. Ósmy dzień na ryżu i noodlach.
Province of Krabi

Skuter. Wynajem 15zł. Bak do pełna i w trasę. Niby wszystko proste jak drut.
Pierwszy raz samodzielnie w tak długiej trasie na skuterze, także pierwszy raz po lewej stronie. Skręt w prawo i zawracanie był dla mnie nie lada wyczynem i mega stresem. Oczywiście nigdy nie jest idealnie. Błoto, poślizg i mój łokieć z kolanem wołają o urlop. Obiektyw też swoje dostał, niestety. Kiedy zapadał zmierzch gdzieś się zgubiliśmy. Na szczęście okazało się, że to jakaś alternatywna droga do naszego „domu”. Dosłownie 200 metrów przed celem złapałem gumę. Jutro nie wsiadam na skuter ;) nie mam kurde siły.
Może wśród was są osoby które orientują się w Azji. Niech mi ktoś powie jak to jest z tymi białymi facetami i młodymi Tajkami pod rękę? O czym Oni rozmawiają?