
Poszukując pomysłów pojechaliśmy dziś do Czech, a tam na półce w sklepie Lentilki i Coca Cola o smaku waniliowym.
Republika Czeska | Bruntál












Wspominałem już, że Izrael to mały kraj więc podróżowanie po nim to czysta przyjemność. Z Tel Awiwu nad Morze Martwe drogie wiedzie przez Palestynę, ponieważ większość połączeń jest przez Jerozolimę. Samo przekroczenie „granicy” było mało widoczne, dopiero po tym jak zmienił się krajobraz i to z jakich elementów był zbudowany znaczenie odróżniał go od Izraela, chociaż wystarczyło kilka kilometrów by zmienił się krajobraz z zieleni do pustynnego koloru gór i piasków. Podróż trwała około 2h z tym, że podczas przesiadki musieliśmy dosłownie biec, a na plecach plecaki i szukanie odpowiedniego peronu.
Fotografowanie przez szybę jest stosunkowo kiepskie, ale czasem zwyczajnie nie ma wyboru jak za oknem takie widoki. Naszym celem była oaza nad Morzem Martwym, Ein Gedi. Nie powiem, ale to co zobaczyłem szalenie mnie zauroczyło. Do tego wysoka temperatura i słońce, gdzieś za delikatną warstwą dziwnych chmur, która spowodowała, że wszystko stało się miękkie i piękne do fotografowania.














Migawki z ciepłego Tel Awiwu. Szereg małych klimatycznych uliczek. Małych sklepików i miejsc gdzie można coś zjeść. Kilometry, schodzone od rana do wieczora.
Będąc tam w zasadzie myślałem o tym co dopiero nas czeka. Jak mawiają w Izraelu: „Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, a Tel Awiw imprezuje”. To trzecie nie w moim stylu :)

Korzystając ze świątecznego przejedzenia kupiliśmy bilety z Warszawy do Tel Awiwu u naszego narodowego przewoźnika, do którego szczerze mam jakiś sentyment. Każdy ma swojego ulubionego. O ile ma. Chociaż po ostatnich cięciach związanych z podróżowaniem tymi liniami, mogli by sobie już darować tego Prince Polo za 70 groszy i dać nawet wafle z Biedronki i do tego ciepły słodki czaj w kubku, nawet niech to będzie Saga o smaku wody. W drodze powrotnej po starcie od razu zasnęliśmy będąc prawie 24h na nogach i Prince Polo przepadł ;) trochę się z tego śmieję, ale fakt faktem jest to, że skoro lot trwa 4h z Warszawy do Izraela to dołożyli by z biletu 2zł i można było cieszyć podniebienie, delikatnie, ale jednak, chociaż może właśnie coś w tym jest bo lecąc z Nowego Jorku do Los Angeles, dostałem 6 słonych orzeszków i Colę. I chociaż w plecaku miałem swoje polskie kanapeczki to jednak ten mały batoniczek dał mi do myślenia. Wiadomo, każdy szuka oszczędności tak jak i my wybierając się do Izraela który tanim miejscem na wypoczynek nie jest. Niestety, bo Izrael jeśli chodzi o podróżowanie jest krajem bardzo łatwym i małym, to mnie szalenie zauroczyło.
Przed wyjazdem Izrael jak i jego sąsiednie kraje były (i poniekąd dalej są) białą plamą moich zainteresowań i wiedzy. W szczególności z moich krajów które chciałbym odwiedzić, już dawno wykreśliłem kraje, w których dominuje islam. Chociaż Iran na niej widnieje raczej wysoko. Dlatego też lecąc tam opierałem się na tym co wie Kasia, która była tam już wcześniej. Pozostawiłem sobie wszystko jako jedną wielką niespodziankę i powiem wam tak. Ten kraj zaskoczył mnie bardzo pozytywnie i pewnie kiedyś jeszcze tam wrócę, chociaż moja lista zawiera o wiele więcej ważniejszych miejsc. Wydaje mi się, że są miejsca na naszym globie które warto zobaczyć i jeśli tylko jest na to cień szansy, dlaczego by z tego nie skorzystać? Kiedyś jak zaczynałem fotoblogować wykreowałem sobie taką dziwną listę miejsc, które musi odwiedzić prawdziwy fotobloger-fotograf. Dwa lata temu ją zrealizowałem. Kolej Transsyberyjska – Nowy Jork – Azja. Trochę się z tego śmieję, ale wyznaczanie sobie celów jest w życiu ogromnie ważne, tak jak odbywanie podróży, które są jedną z trzech moich ogniw zasilających mój mózg, życie i serce.
Szykując jakąkolwiek podróż (małą czy dużą) szuka się noclegu. W przypadku Izraela wyszukanie noclegu nie jest kłopotem o ile nasz portfel jest wypchany złotem, sztabami złota, żart ;) Dlatego też wyszukanie taniego noclegu nie jest łatwe, ale nie jest też niemożliwe. My opracowaliśmy sobie trasę Tel Aviv – Ein Gedi – Ein Bokek – Jerozolima – Tel Aviv z czego dwie noce spędziliśmy na lotnisku i mieście. Warto też tuż po zakupie biletów lotniczych od razu klepnąć sobie nocleg, bo często bywa tak, że najtańsze miejsca są zazwyczaj mocno okupowane i w danym terminie, po zakupie biletów może być kłopot. Transport i nocleg to dwa kluczowe wydatki. Jedzenie to trzecie, chociaż tak jak w naszym przypadku zaopatrzyliśmy się w podstawowy zestaw kulinarny PBC (Polaki Biedaki Cebulaki), aczkolwiek w przypadku miejsca gdzie kebab to koszt około 45zł, czekolada 9zł, chleb prawie 20zł, warto mieć coś swojego. Własny czaj i grzałka to żaden wstyd. Zupka chińska czy pasztet podlaski z mielonką turystyczną, nie smakuje piękniej jak tylko w podróży. Taki zapach Polski. Jeśli jedzie się do kraju gdzie jest cieplej, warto zabrać mniej ubrań, a resztę zapełnić jedzeniem lub w ogóle mniej zabrać wszystkiego. Dzięki temu można zaoszczędzić, a to co zaoszczędzimy wydać na zakup kolejnych biletów lub paliwa. Filozofii podróżowania jest wiele i przyznam, że uczę się za każdym razem nowych rzeczy. Moim marzeniem jest dojście do takiego punktu w którym jednym bagażem będzie mały plecak i aparat z jednym obiektywem. Warto też podczas rezerwacji noclegu zobaczyć czy dane miejsce oferuje śniadanie, kolację, wtedy zmniejsza się ilość zabieranego pożywienia. I rzecz jasna wszystko dotyczy podróżowania na własną rękę. Dziś innej opcji nie przewiduję. Nie mógłbym chyba znieść podróżowania z 45 osobami, wstawaniem o 5 rano i całodziennym zwiedzaniem miejsc z wizytą w sklepie z dywanami. Lepiej się trochę po stresować jak odbierać sobie wolność, która jest chyba rzeczą w takich podróżach najważniejsza.
Transport w Izraelu jest świetnie zorganizowany. O czym wspominałem to wielkość kraju. Z Tel Awiwu do Jerozolimy jedzie się 50 minut, około 60km. Nad morze martwe jedzie się około 2h z Tel Awiwu przez Jerozolimę i Palestynę. Ceny są do przełknięcia, a autobusy klimatyzowane i z wifi. I co najważniejsze. Połączeń jest od groma i z Jerozolimy do Tel Awiwu autobus odjeżdża co 20 minut (pomijając czas kiedy jest szabat, wtedy nic nie działa). Z lotniska do centrum miasta dojeżdża pociąg. Dosłownie w 10 minut. Nie wiem jak jest z dostępnością na inne systemy w telefonach komórkowych, ale podstawą jest posiadanie map(y). Ja polecam City Maps 2Go, jest to mapa na telefon w trybie off line za darmo (na iOS). Przyznam, że bez tego programu było by ciężko, nawet bardzo, szczególnie w wąskich uliczkach Jerozolimy! Wystarczyło w zasadzie wgrać tylko okolice Jerozolimy by mieć wszystkie miejsca jakie odwiedziliśmy, taki urok tego kraju. Na szczęście prawie większość znaków była też po angielsku bo bez tego czarna magia. Oficjalnym językiem w Izraelu jest hebrajski i arabski. Oba szlaczki.
Tel Awiw przywitał nas ciepłem i słońcem, potem słońce zakryło niebo, dając nam piękne, magiczne, nieznane mi wcześniej światło. Tego mi brakowało. Cały dzień spędziliśmy na plaży spacerując i fotografując, chociaż po całym dniu i całej nocy bez snu, wszystko wydaje się dziwne, pijane. To wielkie miasto w zasadzie odbiegało od moich wrażeń związanych z żydowskim miastem. W zasadzie gdyby ktoś mnie tam przeteleportował i nie widział bym napisów pomyślałbym, że jestem gdzieś we Włoszech. Aparat przewieszony przez ramię, a to jest taki mój mentalny znak, że jest bezpiecznie, bo jest. Bardzo.
Bose stopy na piaszczystej plaży o chłodnym piasku. Wyjmuje aparat z plecaka. Tryb ON. Tak zaczęła się nasza przygoda z Izraelem. Wyjątkowa, którą postaram się jakoś fotograficznie streścić i was nie zanudzić.

Wygodne buty. Długie czarne spodnie. Ciemna koszulka. Koszula z długim rękawem. Okulary w plecaku. Gdzieś w bramie Kasia zakłada czarną, smutną jak noc spódnicę. Nad wejściem wisi informacja, że nie jest to miejsce turystyczne, że najlepiej by było gdyby ludzie dali im święty spokój, nie mówiąc o ubraniu w jakim nie można wejść. Chodzi oczywiście o dzielnicę (jeśli to tak można nazwać) Jerozolimy gdzie mieszkają ultra ortodoksyjni Żydzi, którzy nie uznają państwa Izrael, a jedynym zajęciem mężczyzn jest modlitwa. Szczególnie za tych którzy im dają pieniądze na życie, zza oceanu. Wydaje się, że czas tu się zatrzymał. Co krok przemyka jakiś Żyd w czarnym kapeluszu i ogromnymi pejsami. Ciągnie za rękę syna. On też ma pejsy, ale do pasa. Prawdę mówiąc nie mam śmiałości by fotografować, bo wiem, że mieszkańcy tego nie lubią. Jak by nie patrzeć, nikt nie lubi obcych butów w swoim domu. W powietrzu unosi się zapach popcornu, przemieszany ze smrodem biednych miejsc i śmietników. Wszyscy gdzieś biegną. Za kilka godzin szabat i wszystkie sklepy będą zamknięte. Kobiety ubrane skromnie i chyba przez to obdarte z pewnej kobiecości. Każda w ciąży, a ta u której brzucha nie widać, pcha wózek. Małe dziewczyny też pchają wózki, puste jak by już za młodych lat uczyły się tego do czego są. W zasadzie wózki są wszędzie. Widok tego wszystkiego jest dziwny do opisania. Z jednej strony coś fascynującego, z drugiej strony pokazuje jak religia i jej fanatyczność zmienia życie. I to mnie przeraża.
Opuszczamy mury Mea Shearim i wracamy do starych murów Jerozolimy. Nad miastem unosi się słońce, które na wyciągnięcie ręki smaży jej budowle. Chowamy się w cieniu i wypijamy zimną wodę. W oddali słychać nawoływanie wiernych do modlitwy. Muzułmańskie wieże ryczą, a my na dachu jednego z budynków rozkoszujemy się ciepłą panoramą ze złotą kopułą w tle.
Zbliża się wieczór. W małych alejkach, pełnych arabów przemykają ortodoksyjni Żydzi. Pędzą do ściany płaczu. Patrzę w bok. Trzecia stacja drogi krzyżowej.

Autobus 204. Z hotelu na dworzec PKS. Oczywiście ten autobusowy dworzec to drugi pod względem wielkości tego typu budynek na świecie. Kierowca autobusu pyta skąd jesteśmy. Nigdy nie wiem na ile moje Poland to Holland. Mówi, że to piękny kraj, ale nigdy nie był. Dworzec ponownie. Szybko rozglądam się i staram się jakoś wyobrazić sobie jak to kiedyś wszystko tu działało. Ma siedem czy osiem pięter. Na siódmym czeka autobus do Jerozolimy. Wsiadają do niego też jacyś kadeci. Każdy z nich nosi ze sobą karabin maszynowy. Chłopcy i dziewczęta. Autobus w godzinę dojeżdża do celu. Tam kilka chwil i znów siedzimy w autobusie nad Morze Martwe. Trasa biegnie przez Palestynę. Z okien widać mur dzielący to ten obszar od Izraela. Jerozolima znika i pojawia się obszar pełen złotych gór i miliona głazów.
Wchodzę do Morza Martwego. Woda wypycha mnie na powierzchnię. Dryfuję w pełni słońca.
Ona stoi na brzegu.




Wczoraj. Prawie 32 godziny na nogach i upragniony sen, a nad głową okna wychodzące na szalenie ruchliwą ulicę Bena Yahuda. To nie ma większego znaczenia. Padamy jak muchy.Wieczorny Tel Aviv ciepłem zaprosił do spaceru wzdłuż małych, klimatycznych uliczek, wszystkie ulice wypełnione też ciepłym i słodkim zapachem.
Szczególne pozdrowienia dla dwóch naszych rodaczek i jednego naszego rodaka,
którzy podróżowali rząd za nami. W ogóle Polacy zagranicą to oddzielny temat, na książkę, jeden wpis nie pomoże. A za co im dziękuję? Za to, że przez większość lotu z Warszawy do Tel Aviu (3:45h – LO151), komentowali każdy ruch samolotu, dołączając barwne opowieści i życiowe doświadczenia. To na prawdę bardzo miłe z ich strony :) chyba bez takich spotkań, życie byłoby nudne.
Tink tong.
– Prosimy Państwa o zapięcie pasów. Właśnie wlatujemy w strefę turbulencji.
– Będzie trzęsło? – zapytała jedna z Pań (wiek około 45-50 lat)
Turbulencje.
– Oj tam trzęsie! Pamiętasz jak jeździłaś Żukiem, też tak trzęsło!
Nałożyłem na siebie koc, przyłożyłem głowę do okna, miliony gwiazd i ta dziwna niewiedza o miejscu w jakim się jest.
Nocne miasto, ludzie śpią, wszędzie koty, ogromna ich ilość. Idziemy na piechotę, namioty w parku, gdzieniegdzie ludzie śpią, szczelnie okryci kocami, na starych materacach. Kiedy świta, jesteśmy na plaży, gdzie miejscowi już biegają i ćwiczą. Przy kranach na plaży jakaś kobieta się zwyczajnie myje. Ceny w sklepach znacząco różnią się od tego co jest w Polsce, nawet wydaje się, że są większe jak w Nowym Jorku. Kilka parówek 30zł, chleb 16-20zł. Ceny noclegów też nie są za ciekawe, ale prawdę mówiąc żeby spokojnie podróżować w pewnym momencie trzeba wyłączyć pewien system przeliczania na złotówki. Nie jesteśmy u siebie.
Nowe miejsca, nowy kraj to zawsze idzie w parze z nowymi pomysłami i sposobami jej odbycia czy przeżywania, dlatego też postanowiłem, że nie będę na bieżąco wrzucał zdjęć i relacji na fotobloga, tylko skupię się na tym co mam do zrobienia i po powrocie do Polski wrzucę więcej, tak samo więcej będzie do poczytania.
Tym razem w telefonie polska karta SIM, bez kupna lokalnej. Czas odpocząć od Internetu. Czas w ogóle odpocząć, potrzebuję tego.