








Tradycyjnie przy samym brzegu wody już nie ma. Wszystko pokryła biała warstwa śniegu. Spacer w lekkim mrozie, słońcem już nie tak wysoko nad horyzontem. Lubię to miejsce. Pies także.
Neve Zohar II













Opuszczone biuro PR Morza Martwego w tym opuszczony hotelik i restauracja w Neve Zohar.
Neve Zohar I











Autobus mknie przez całe wybrzeże Morza Martwego. Po jednej stronie morze, po drugiej góry, a potem pustynia. Miejscem docelowym jest punkt, który w żaden sposób nie widnieje na turystycznej mapie Izraela. To mała oaza, która liczy około 100 osób, nad brzegiem samego morza. Tylko, że ten brzeg, należy obedrzeć z romantycznej wizji tego słowa, z jakim mocno się kojarzy. Ta oaza, kilka uliczek, dwa ronda, budynek szkoły, opuszczony hotelik, kilka dziwnych budynków i ogólnie panujący bałagan. Idealne miejsce na spacer.
Kalya


Kalya. Opuszczona baza wojskowa na ternie Palestyny.
Cisza

Opuszczone miejsca mają w sobie wiele cieszy, ale jednocześnie przedmioty tam żyjące, wiele krzyczą. Niestety czasem nie ma ja usłyszeć tych głosów przeszłości.
Ein Gedi Nature Reserve

Zaskakujące dziwne to uczucie, kiedy prawie nago człowiek stoi na tarasie i podziwia wschód słońca. Świeże powietrze pobudza niczym ciepły czaj. Dziwne to bo w polskiej rzeczywistości od blisko kilku miesięcy człowiek chodzi ubrany zakryty od góry do dołu. To idealne miejsce i moment by ruszyć w góry, pustynne, dziwne, a kolorem przywołujące kadry z filmu „Pamięć Absolutna” i ta jedna scena która jak żyletka przejechała mi przez mój młody mózg.
Park Narodowy Ein Gedi leży na zachodnim brzegu Morza Martwego, przy kibucu Ein Gedi.
Park zajmuje większą część oazy Ein Gedi, położonej w depresji Morza Martwego. Tutejszy mikroklimat sprzyja rozwojowi roślinności podzwrotnikowej (palm, drzew balsamowych i różnorakich drzew owocowych), co sprawia, że teren Parku wyróżnia się jako zielony ogród na tle jałowej Pustyni Judzkiej*
Suche kamienie pod butami, zaraz jakiś strumyk w który wpadłem. Spacer w górę po kamieniach małych i dużych. Oczy rozkoszują się dziwnymi kształtami w których to umysł próbuje doszukać się znanych mu symboli i przedmiotów. Tam kawałek tortu, tam kawałek ciastka, tam z kamienia cukierek. Na szlaku tylko kilka osób. Miejsce to staje się pustynią i obszarem ciszy. Wtedy dobrze się myśli. Góry tak mają. Wydają się ogromne, ale dopiero dane uświadamiają jak są małe. Zaczyna się z poziomu blisko -400 m.p.pm, a szczyt górski ma blisko 200 m.n.p.m…robi wrażenie.
W drodze powrotnej natrafiamy na kierowcę białego Forda, który znów próbuje nam „wcisnąć” podróż. Zgadzamy się by odwiózł nas pod bramy hostelu, to kawałek drogi, ale chcieliśmy mieć już go z głowy. Pan miły, zaproponował nam podróż do Palestyny na plażę. Nie wyraziliśmy większej chęci, ale On powiedział, że będzie czekał o godzinie 10 pod bramą. Wiedzieliśmy, że musimy wcześniej wstać.
*) wikipedia
Nowa droga

Zaczął się nowy 2016 rok. Te uczucie czystej karty i postanowień. Miłe uczucie. Jeszcze milsze to rozpoczynać nowy rok w gronie przyjaciół, śniegu i mrozu. Tak mógłbym spędzać prawie każdą wolną chwilę.
Jednego dnia postanowiłem, że pojedziemy do górnego Międzygórza. Miejsca gdzie spędzałem wakacje w 1995 roku. Miejsce, domek nic, a nic się nie zmienił. Obszedłem go dookoła. Czas się zatrzymał. Namacalnie. Wróciły wspomnienia z lata. Spędziłem tam wtedy miesiąc. Nauczyłem się świadomie słuchać radiowej Trójki (oraz Radia Wrocław). Zbudowałem z patyków mały szałas i czytałem bajki. To był piękny beztroski czas. Miło wracać. To było 20 lat temu.
—
Kalendarz pełen moich fotografii można nabyć na charytatywnej aukcji WOŚP http://aukcje.wosp.org.pl/kalendarz-2016-a3-fotograf-robert-danieluk-i2651281 :)
Rok Kozy
Kończy się rok. To czas by zrobić małe podsumowanie tego co działo się przez te 12 miesięcy. Chociaż do końca roku jeszcze kilka chwil, to jednak śmiało można go opisać i pokazać. Działo się dużo, ale paradoksalnie na blogu niewiele. Chyba wiem czym to jest spowodowane. Większość strumienia fotograficznego przelewa się do Instagramu, ale wiernie i dzielnie będę kontynuował pracę u podstaw. Statystyki nie powalają, ale dziś nie jest to najważniejsze. Nie jestem „blogerem”, który robi wszystko pod coś, dla kogoś, za coś. Fotoblog jest, był i będzie moim fotograficznym notatnikiem do którego lubię i będę wracał by zobaczyć co działo się na kartach mojego życia.
Ten rok był pod znakiem tworzenia wideo. Cieszy mnie to, ale fotografia nadal pozostaje niezagrożonym numerem jeden. Zapraszam wszystkich zainteresowanych na małą podróż po 12 miesiącach. Mam taką swoją małą mapę na której zaznaczam moje podróże (małe i duże) i widzę, że ten rok zdominowała Polska. Na mojej mapie zabrakło jedynie Szczecina i okolic. Tam jest mi najdalej, ale muszę to nadrobić!
Tytuł wpisu jest „Rok Kozy” czyli koza (owca) jest symbolem kultury, odnosi się do czasu relaksu, pielęgnowania i zbierania sił (link). Tak mówi chiński kalendarz. Coś w tym jest. Ostatnie chwile na przyjemne przepuszczanie czasu przez palce.
Wybór zdjęć był trudny ponieważ większość zdjęć pojawia się na Instagramie, a tu chciałem wrzucić (co się udało) zdjęcia zrobione tylko aparatem.
Styczeń

W styczniu pojechałem zbierać myśli i pomysły tam gdzie po zachodzie słońca nic nie rozprasza. Postanowiłem na południowej ziemi Podlaskiej, gdzie styka się z północną Lubelszczyzną zapoczątkować cykl wideo „Zwykłe Rzeczy„, który obecnie jest w wielkiej fazie eksperymentu. Plany na 2016 rok są, więc trzymajcie kciuki!
Lubię Terespol i okolice. To jednak część mojego życia, dzieciństwa, miejsc i symboli, które w sobie pielęgnuję. Na fotografii słup graniczny na Bugu (koło miejscowości Neple). W tle Białoruś.
Luty

Zimowe wejście z przyjaciółmi na Babią Górę w Beskidach. To moja pierwsza wizyta w tamtych rejonach. To był 14 lutego. Przepiękna pogoda. Ze szczytu (podejście trwało około 4-5 godzin, ze względu na ogromną ilość śniegu) było widać Tatry. Na górze kilkanaście minut i szyba ucieczka przed nocą. To było niesamowite. Wieczorem w telewizji obrazki płonącego Mostu Łazienkowskiego. Smutny widok i kilka miesięcy problemów.
Na fotografii Kasia.
W lutym też zrobiłem krótki materiał wideo o Adamie, golibrodzie z Opola, który dba o moją brodę.
Marzec

Któregoś dnia siedzieliśmy sobie na jednym z portali oferujący noclegi na całym świecie. Z ciekawości rzuciliśmy okiem na ceny noclegów w Japonii. Skoro lecieć do Tokio, dlaczego by nie lecieć przez…Hong Kong? Tak narodził się pomysł na 4 i pół tygodniową podróż po Chińskiej Republice Ludowej i Hong Kongu. W tym mieście spędziliśmy tydzień, a potem ruszyliśmy dalej. Nasza podróż to 5000 kilometrów koleją po Chinach. Jedna z trudniejszych, szczególnie że krótki ale intensywny pobyt w placówce zdrowia w Chińskim Ludowym Szpitalu Yangshuo, odebrał mi sporo sił i radości z podróży.
Na fotografii jedno z osiedli w Hong Kongu (dla tych bloków, chciałbym tam wrócić). Liczyłem. 60 pięter.
Kwiecień

Kwiecień także stał pod znakiem podróży po Chinach. Podczas naszej podróży odwiedziliśmy wspomniany wcześniej Hong Kong, następnie pierwszym miastem w Chinach był Kanton. Dalej Guilin, Yangshuo, Zhangjiajie, Hangzhou, Szanghaj i Pekin.
Na fotografii chińska flaga z najbardziej rozpoznawalną budowlą w Szanghaju, Oriental Pearl Tower.
Tutaj Zwykłe Rzeczy – Hong Kong & Chiny znajdziecie wszystkie filmiki jakie zrobiłem w Chinach.
Maj

Wyjątkowo nie moje zdjęcie, a Kasi podczas realizacji krótkiej formy wideo o Hołowczycu. Ten rok był bardzo filmowy.
Czerwiec

Im cieplej tym było mniej czasu by robić swoje rzeczy. Taki urok pracy jako fotograf.
Tutaj na fotografii wnętrze stodoły należącej do mojej Rodziny z południowego Podlasia. Zawsze gdy tam jestem znikam na chwilę by poszukać ciekawych rzeczy.
Lipiec

Lipiec był zwariowanym miesiącem. Pamiętam jak wracałem nocnym pociągiem relacji Gdynia – Szklarska Poręba. Istna mordownia letnia. Jedyne wolne miejsce znalazłem na podłodze w wagonie do transportu rowerów. Drewniana podłoga i inni mocno śpiący towarzysze drogi. Uwielbiam podróżować pociągiem. W tym roku więcej podróżowałem w wagonach sypialnych niż tych z samymi siedzeniami.
Na fotografii widok z okna statku podczas rejsu Gdynia – Karlskrona.
Sierpień

Moja praca w dłoniach Stevena Mulla oraz jego żony Cheri podczas pożegnalnej uroczystości. Ambasador USA wrócił do domu i podjął się bycia liderem w rozmowach dotyczących atomu i jego energii na linii USA – Iran.
Smutny to był dla mnie dzień.
Wrzesień

Wojtek Grzędziński trzyma w dłoniach album fotograficzny o prezydenturze Bronisława Komorowskiego. Wojtek przez blisko 5 lat był jego osobistym fotografem. Sąsiad.
We wrześniu do moich narzędzi fotograficznych (aparat, telefon) dodałem małego Fuji x100t. Czegoś takiego mi brakowało. Cichy i skuteczny.
Październik

Brakowało nam czau na wakacje. Ciągle coś. Na szczęście udało się załapać kilka oddechów w najpiękniejszym miejscu na ziemi tuż pod Kazimierzem Dolnym.
Listopad

W listopadzie udałem się na zdjęcia do Berlina. To jest właśnie najśmieszniejsze, że człowiek jedzie do dużego fajnego miasta i przywozi dla siebie 2 fotografie. Reszta trafia do klienta. Na szczęście z najlepszym męskim kompanem do podróży Dawidem, udaliśmy się do chłodnego Kijowa i Lwowa na fotograficzne spacery. To taka nasza już chyba tradycja by jesienią wyskoczyć za wschodnią granicę. Wcześniej była Białoruś, rok temu Ukraina-Mołdawia-Naddniestrze. Teraz znów Ukraina. Nie ukrywam, ale teraz chyba czas na Rosję. W dzisiejszych czasach takie słowa mogą być karalne, ale tęskni mi się za nią.
Na blogu pojawią się jeszcze zaległe wpisy z Kijowa i Lwowa.
Grudzień

Po powrocie z Ukrainy razem z Kasią wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do ciepłego Izraela na kilka dni. Tego nam trzeba było (aktualnie dodaję wpisy z tej podróży).
Mieliśmy ambitny plan by na terenie Palestyny dotrzeć do opuszczonego parku wodnego. Niestety wysoki płot nie pozwolił nam się tam dostać. Obok pole minowe i opuszczona baza wojskowa. O tym, że nie można po niej chodzić, dowiedzieliśmy się dopiero przy wyjściu :) taki był ten rok!
Ostatnie 11 godzin ostatniego dnia roku więc na jednej nodze udało mi się zrobić ten wpis :) Wszystkiego dobrego i oby 2016 był 10x lepszy od tego!
Ein Gedi

Autobus beztrosko przemierzał Zachodni Brzeg Jordanu. W zasadzie nie widać gdzie jest granica jeśli ktoś uważnie nie patrzy lub czyta książkę. Do Palestyny wjazd i wyjazd bywa bezstresowy. W drodze z Jerozolimy nad Morze Martwe, warto siedzieć z prawej strony. Widać wtedy jeden z najpiękniejszych krajobrazów. Góry po obu stronach Morza, długą drogę ciągnącą się między żółtymi górkami i piaskiem pustyni. Kolory. To jedna z tych rzeczy dla której znów tu jesteśmy. Ein Gedi to dla nas ważne miejsce.
Kiedy autobus (486) zatrzymał się na przystanku, od razu było widać zmiany. Morze pochłonęło jedyną w okolicy plażę gdzie można się kąpać. To nie jest Morze Bałtyckie (czy każde inne), gdzie można gdziekolwiek wejść do wody i z niej wyjść. Po pierwsze większość linii brzegowej Morza Martwego to niebezpieczne miejsca. Ukryte dziury mogą wciągnąć człowieka na amen. Znaki o tym krzyczą bezlitośnie. Plaże nad Morzem Martwym mają natryski, które pozwalają zmyć z siebie sól. Jeśli tego nie zrobicie po paru minutach będziecie cali biali. Tu droga zamknięta, plaża także. Najbliższa możliwa kąpiel to plaża oddalona o 30km w jedną i drugą stronę. Jesteśmy zawiedzeni. Nawet nie da się do niej podejść, szkoda ewentualnego zdrowia na kilka chwil bycia tam. Niestety. Na przystanku starszy mężczyzna zaczyna nas zagadywać. Jest kierowcą białego samochodu. Proponuje transport, my odmawiamy, chociaż Pan jest miły, ale taki chyba to biznes. Hostel jest tuż za plecami przystanku autobusowego. Dostajemy pokój najwyżej położony z którego widać Jordanię.
Kiedy słońce zachodzi nad tym regionem robi się chłodno. Coś wisi w powietrzu bo przez cały wieczór niebo przecinają izraelskie F-16. Zawsze w duecie. Jeden wysoko, drugi tuż nad taflą wody, spokojnej wody.
Droga przez Jerozolimę












Wieczorny spacer po Tel Awiwie przynosi spotkanie z zamkniętym delfinarium, które po jego zamknięciu było dyskoteką. Budynek za dnia robi o wiele ciekawsze wrażenia jak nocą. Zresztą noc czasem kradnie wszystko to co warte uwagi, chyba dlatego tak nie lubimy jesieni i zimy w Polsce, gdzie szybko robi się ciemno. Od strony ulicy stoi mały kamienny pomnik. Napisy w języku rosyjskim. Nawet jeśli ktoś nie zna tego języka od razu czuje pewne napięcie, nie bez przyczyny. Na monumencie widnieje 21 nazwisk. Dlaczego? 1 lipca 2001 roku niejaki Saeed Hotari postanowił odebrać sobie życie, wysadzając się w powietrze. Przy okazji zabił 21 niewinnych ludzi, nie ważne jakiej narodowości. Byli zbyt młodzi by umrzeć. Najmłodsza miała 14 lat, Maria. Na każdym kroku można spotkać takie czy inne znaki nienawiści, zbrodni i rzeczy, które w Polsce nie są zrozumiałe. Na szczęście.
Każdy kto chce wydostać się drogą lądował z Tel Awiwu w kierunku Jerozolimy, musi udać się na PKS Centralny (dla mnie dworce autobusowe, gdziekolwiek bym był, będą PKS-ami). Ten budynek jest fascynujący. Będąc tam drugi raz dostrzegłem nowe miejsca, ale to i tak zbyt mało czasu i możliwości by poznać ten dworzec, a co dopiero sfotografować! Jest to największy dworzec autobusowy na świecie! Oddany do użytku w 1993 roku. Mało praktyczny, brzydki (przez to piękny!), uderzający w nozdrza uryną i mający w sobie jakiś wizualny, betonowy magnetyzm. Pierwszy wynik w Google po wpisaniu Tel Aviv central bus station, pokazuje atak terrorystyczny. 5 stycznia 2003 roku życie straciło tam 23 osób z czego 100 zostało rannych. Zwyczajnie. Dwóch gości się wysadziło w powietrze. Palestyńczycy.
Wsiedliśmy w autobus, kierunek Jerozolima. Kierowca ten sam z który 1,5 roku wcześniej jechał na tej samej trasie. Jakaś kobieta molestuje mnie ulotkami (w języku polskim!) o Falung Gong. Na naszej trasie pominęliśmy Jerozolimę świadomie, ponieważ ostatnio zbyt dużo złych wiadomości docierało do nas z mediów o różnych incydentach. Podczas naszego pobytu doszło do jednego ataku. Na szczęście nikt nie zginął. Podczas krótkiego pobytu na stacji w Jerozolimie udaję się do toalety. Myjąc dłonie, obok mnie stał Żyd, cywil. Za paskiem miał pistolet.
Po przekroczeniu granicy z Palestyną, rozpoczęła się najpiękniejsza wizualna podróż po Izraelu.