Hello Tel Aviv!

Izrael_2015_009 Izrael_2015_010 Izrael_2015_011 Izrael_2015_012 Izrael_2015_013 Izrael_2015_014 Izrael_2015_015 Izrael_2015_016 Izrael_2015_017 Izrael_2015_018 Izrael_2015_019 Izrael_2015_020 Izrael_2015_021 Izrael_2015_022 Izrael_2015_023 Izrael_2015_024 Izrael_2015_025 Izrael_2015_026 Izrael_2015_027 Izrael_2015_028
Dzień zaczął się od zanurzenia stóp w wodzie, która wdarła się do pokoju przez dziurę między podłogą, a drzwiami. Dopiero potem dotarło do mnie jakie to było niebezpieczne! Szybko zabrałem rzeczy z podłogi (na szczęście straty nie były duże). Przez chwile pomyślałem, że to lodówka…ale przecież to za dużo wody. Otworzyłem drzwi, a tam już był przygotowany specjalny mop. Potem wpadły dwie Panie które szybko pozbyły się wody z podłogi. Przyznam, że nigdy nie miałem takiej pobudki. Za oknem padał deszcz. Tak miało być.

Miło wrócić do Tel Awiwu. To miasto kojarzy mi się z ciepłem i pewnym ciężkim do opisania klimatem. Gdyby nie było tu morza to miasto nie miało by tego czegoś. Te urokliwe wąskie uliczki, stare domy. To przyciąga. Pogoda zrobiła dobrego psikusa i wyszło słońce. Prażące, idealne na środek grudnia.

Mieliśmy 24 godziny na zwiedzanie miasta i sen.

To drugi wyjazd kiedy lustrzankę zamieniłem na bez lusterkowego Fuji x100t, mimo że fotografuję nim od blisko 3 miesięcy jestem ciągle pod wielkim wrażeniem.

Lot nad Turcją

Izrael_2015_001 Izrael_2015_002 Izrael_2015_003 Izrael_2015_004 Izrael_2015_005 Izrael_2015_006 Izrael_2015_007 Izrael_2015_008

Samolot o czasie wylądował na południu Izraela. W chwili kiedy stanąłem na najwyższym schodku, po wyjściu z samolotu, poczułem radość. Bezchmurne niebo, ogrom słońca i kilka dni wakacji. Taka była perspektywa. Cel i droga, zawsze sprawa, że w moim ciele wiele jest dobrej energii. Na ponowny przylot do Izraela czailiśmy się od dłuższego czasu. Lot z Krakowa do Ovdy (50km od Eiliatu) trwał prawie 4 godziny, samolotem Ryanaira. Leciałem trzeci raz, z czego dwa pierwsze na trasie Warszawa-Gdańsk. Coś za coś. Bilet kosztował bardzo mało, a co kosztuje mało ma zawsze jakiś haczyk. W Ryanairze przy krótkich trasach nie ma to znaczenia, ale przy trasie dłużej jak 3h, można odczuć klimat. Siedzenia się nie rozkładają, ale wiadomo, cena biletu jak za PKS Warszawa-Radom, nie można wymagać wiele, zresztą to nie jest ważne, ale ten obnośny handel. Co kilkanaście minut z głośnika płynął strumień dźwięków jak na bazarze. Niby nic, a jednak jak człowiek nie spał w nocy to nawet pospać nie można. Zabrakło mi tylko sprzedaży kołder podczas lot, ale może za dużo wymagam. Po tym jak zobaczyłem słońce, szybko o tym zapomniałem.

Dla osób które wybierają się do Izraela (pierwszy raz), ważną radą moim zdaniem jest zrozumienie czym jest szabat. I nie chodzi mi tu o duchowe doznania, a sprawy związane z transportem i logistyką. Jeśli lądujecie w sobotę (szabat trwa od popołudnia w piątek do popołudnia w sobotę) to koniecznie musicie sprawdzić sobie połączenia autobusowe (mowa o Ovdzie). Generalnie w ciągu całego tygodnia nie ma problemu ze sklepami i transportem tak w sobotę możecie zderzyć się z murem. Warto zatem wiedzieć jak dojechać i o której. Do tego jedzenie. Tuż obok noclegów, jedzenie jest najbardziej drogą rzeczą, dlatego też warto mieć ze sobą worek jedzenia, bo nie zawsze znajdzie się falafelka za 10zł…a kebab (jeśli lubicie) może kosztować nawet 60zł (plaża w Tel Avivie). Niestety. Izrael do tanich nie należy, ale jeśli komuś nie straszno kupić chleb za 20zł, to nie mamy o czym mówić. Jeśli więc planuje się podróż na własną rękę to trzeba mieć w głowie niezły plan :) i to lubię najbardziej.

Podczas wyboru noclegu warto zwrócić uwagę czy dany pokój ma zaplecze kuchenne lub hostel dostęp do kuchni. To co w Europie wydaje się normalne, tam może nie być tak oczywiste i człowiek zostanie na lodzie. Nie w każdej wsi (kibucu) jest sklep! A czasem bywa, że do najbliższego sklepu jest tak daleko, że lepiej nie gadać. Izrael to pustynia. Zazwyczaj tak nie podróżujemy, ale tutaj bagaż rejsowy (15kg) był w większości wypełniony jedzeniem z Polski, bo wierzcie mi, ale humusu nie da się jeść od rana do wieczoru, a to jest tańsze jak w Polsce.

Kontrola w Izraelu (na lotnisku) jest wyjątkowo ciekawą sprawą. Kiedy tylko dreptałem w kierunku budynku lotniska z samolotu, Pani ze Straży Granicznej wyłowiła tylko mnie na krótki wywiadzik. Nie jest to miłe, ale będąc gościem w tym kraju trzeba do tego przywyknąć. Dla poczucia bezpieczeństwa ściągnąłem sobie aplikację Red Alert, która miała mi dawać komunikaty o rakietach wystrzelonych z Gazy na teren Izraela. Odzywała się dwa razy. Natomiast podczas wylotu z Izraela trzeba się przygotować na 4 stopniową kontrolę, ale o tym kiedy indziej.

Z pełnymi walizkami, szczęśliwi, śpiący, wsiedliśmy w autobus z lotniska do Tel Avivu. Autobus dzielnie przemierzał drogę wzdłuż granicy z Egiptem. Powoli zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego zamiast na północ, autobus jedzie na południe. Przez chwilę już mieliśmy czarne wizje, że pomyliliśmy autobusy! Autobus zatrzymał się pod hotelem Hilton w Eiliacie (miasto-kurort) kierowca oznajmił nam, że tam jest kawiarnia i darmowe wifi. Ale po co? Mamy czekać 3h na następny autobus. Zdziwieni i nie do końca szczęśliwi ruszyliśmy na plażę ciągnąc za sobą dwie małe walizki. O 18:00 pod Hiltonem gdzie spotkaliśmy innych Polaków, podjechał mały busik. Uśmiechnięty kierowca oznajmił nam, że będziemy jechali przez Jerozolimę (a co za tym idzie przez Palestynę, a w zasadzie Zachodni Brzeg Jordanu) do Tel Avivu. Jak gdyby nic autobusik podjechał pod przejście graniczne z Jordanią i tam czekaliśmy na dwie osoby. Godzinę. Osobiście było mi już wszystko jedno. Nieprzespana noc, cały dzień w drodze.

Nocą przywitał nas Tel Aviv. Była ciepła noc i krótka. Rano obudziłem się i postawiłem moje gołe stopy na podłodze. Okazało się, że po kostki na podłodze była woda. Tak zaczęła się niedziela. Za oknem padał deszcz.

Wyspa

Turawa Lake Turawa Lake Turawa Lake Turawa Lake
Wracanie bywa przyjemne.

Kachalka

UA_2015_RD-080 UA_2015_RD-099 UA_2015_RD-098 UA_2015_RD-097 UA_2015_RD-096 UA_2015_RD-095 UA_2015_RD-094 UA_2015_RD-093 UA_2015_RD-092 UA_2015_RD-091 UA_2015_RD-090 UA_2015_RD-088 UA_2015_RD-087 UA_2015_RD-086 UA_2015_RD-085 UA_2015_RD-084 UA_2015_RD-083 UA_2015_RD-082 UA_2015_RD-081
Słoneczny dzień w Kijowie. Tuż obok stacji Hydropark (mieszcząca się na wyspie), znajduje się niebywała rzecz. Największa na świecie siłownia pod gołym niebem. Niby dlaczego niebywała? Nie liczy się tu wielkość, a pomysł! Kachalka (Kачалка) to sowiecka odpowiedź na amerykańską Muscle Beach (Santa Monica, Kalifornia). Znajduje się na wyspie Tuhen. Można na nią dostać się małym mostem. Powstała w 1970 roku z pomysłu Polaka! Niesamowite jest to, że wszystkie przyrządy powstały własnoręcznie, wspierając się spawarką. Największe wrażenie robi pomysłowość, rozmach i te części z gąsienicy czołgu. Nie znajdziecie tu ludzi w drogich ubraniach, które dodają siły podczas treningów. Gdzieś obok małej i lekkiej sztangi, Babcia. Obok wózek ze śpiącym dzieckiem, a Ona tak jak inni pracowała nad swoim zdrowiem.

Trenować i ćwiczyć można za darmo. Latem muszą być tam tłumy. Szkoda, że tak mało miałem czasu by zaobserwować więcej.

Pozniaky

UA_2015_RD-057 UA_2015_RD-058 UA_2015_RD-059 UA_2015_RD-060 UA_2015_RD-061 UA_2015_RD-062 UA_2015_RD-063 UA_2015_RD-064 UA_2015_RD-065 UA_2015_RD-066 UA_2015_RD-067 UA_2015_RD-068 UA_2015_RD-069 UA_2015_RD-070 UA_2015_RD-071 UA_2015_RD-072 UA_2015_RD-073 UA_2015_RD-074
Wagonik metra zatrzymuje się na stacji Pozniaky (Позняки).  Zatrzymujemy się chwile na antresoli i patrzymy na peron. Chociaż pozornie stacja może wydawać się stara i mało atrakcyjna to ja chwilę rozkoszuję się jej wyglądem, prostotą i napisem z nazwą stacji. Tuż przy wyjściu ze stacji metra znajduje się „Puzata Hata” to sieciówka, coś jak bar mleczy gdzie za niecałe 10 złotych można wyjść sytym i zadowolonym, a w obecnym czasie także ogrzanym. Ta lokalizacja jest efektem dwóch rzeczy. Po pierwsze nazwa stacji padła w wyniku losowania, po drugie z lewej strony miasta, blokowiska idealnie pasowały na miejsce, które obowiązkowo trzeba było posmakować w Kijowie. Co? Oczywiście wielkie blokowiska, pełne „szarej płyty”. To miód na moje serce. Jesteśmy po prawej stronie miasta, za Dnieprem.

Blokowiska to temat, który doskonale pielęgnuje moją wyobraźnię. Dlaczego? Wystarczy, że spojrzycie na fotografię nad tym tekstem. Wielka ścian pełna małych okienek. Nawet nie chcę ich liczyć. Kiedy tak patrzę na ścianę, zamykając ją w wizjerze aparatu, zaczynam rozmyślać, wyobrażać sobie, że każde okno to inna historia. Zwykli ludzie, tacy jak wszędzie z tymi samymi problemami. Takimi jak moje, jak Wasze, jak sąsiadów z góry i za ściany. Zwykłe życie, czasem szare, nudne, czasem bolesne, problematyczne, a czasami pełne szczęścia i błogości. Ot zwykły blok. Ja jednak przenikam bezkarnie przez te wszystkie okna, lecę z prędkością światła między jedną, a drugą klatką i widzę zwykłość i realność, to co chyba w życiu lubię najbardziej. Realizm. Nikt jednak nie mówi, że połączenie dwóch rzeczy realistycznych, realnych, istniejących tu i teraz musi powodować racjonalne historie. To chyba największe piękno. Takie budowanie historii z klocków. Każdy klocek taki sam kształtem, kolorem różnym, ale dopiero z dystansu widać jak abstrakcyjne może być to połączenie, zawarte w jednej całości.

UA_2015_RD-075Takie codzienne życie niesie za sobą dotyk rzeczy, zapach rzeczy. Widzę i czuję to za każdym razem. Chciałoby się namacalnie wejść w każdą z tych małych historii, książek, opowiadań. I tak też się stało. Postanowiłem wejść na jedną z betonowych płyt, na górce usypanej z ziemi, pełnej błota. Przypomniało mi się czasy kiedy dorastałem na Ursynowie. Pod moim butem coś zaiskrzyło, gdzieś w oko się rzuciło dziwny blask. Po moim butem ukazała się karta pamięci. Brudna, zakurzona niczym stary negatyw. Taka archeologia fotograficzna. Kiedyś odkrywało się stare negatywy, dziś karty pamięci. Ta karta ma wymiary 11 na 15 milimetrów. Wrzuciłem ją do kieszeni i dopiero będąc w domu odtworzyłem jej zawartość.

Fotografie. Datowane od 1 kwietnia 2010 do sierpnia tego roku. W jednym z katalogów było 31 fotografii. To cała zawartość tej karty. Na większości zdjęć widać małe dzieci i podejrzewam, że są to wnukowie tej dwójki starszych ludzi. Odkrycie takich fotografii wydaje się jak przeniknięcie do czyjegoś życia, całkiem bez konsekwencji, zostawiając więcej pytań niż odpowiedzi.

Uwielbiam takie fotografie. Proste nie skażone żadnymi filtrami świadomości tworzenia.

UA_2015_RD-077
UA_2015_RD-079
UA_2015_RD-076
UA_2015_RD-078

Mother Motherland

UA_2015_RD-038 UA_2015_RD-039 UA_2015_RD-040 UA_2015_RD-041 UA_2015_RD-042 UA_2015_RD-043 UA_2015_RD-044 UA_2015_RD-046 UA_2015_RD-047 UA_2015_RD-048 UA_2015_RD-049 UA_2015_RD-050 UA_2015_RD-051 UA_2015_RD-052 UA_2015_RD-053 UA_2015_RD-054 UA_2015_RD-055 UA_2015_RD-056

62 metrowy pomnik wcale nie góruje nad miastem. Z pewnych jego stron nie ma w ogóle możliwości by go dostrzec. To część Muzeum II Wojny Światowej, a sam pomnik „otwierał” Leonid Breżniew. Miało to miejsce 9 maja 1981 roku. Dziś jest trochę niczym sól w oku, ale z dostępnych mi informacji, mimo chęci usunięcia go z panoramy Kijowa, nie jest opłacalna jego destrukcja. Moim zdaniem (mimo jasnej oceny historycznej) takie pomniki chociaż piękne (mi się podobają) to jednak są jak blizny na ciele. Coś pozostaje, czegoś usunąć się nie da, a jednak świadczą o tym co było. Tak chyba też jest z tym pomnikiem i całą radziecką historią, która w obecnej formie miasta jest jego gruntem.

Żyłami wielkich miast jest metro. Można śmiać się z Warszawy, że ma ledwo jedną linię i kawałek drugiej. Kijów ma tych linii trzy. To skutkuje dużą ilością ludzi, stacji i…ruchomych schodów, które zrobiły na mnie największe wrażenie. W Kijowie zatrzymaliśmy się w hostelu nad stacją „Złote Wrota” (Zołoti Worota). Mieszkaliśmy na poddaszu. Tuż przy samych drzwiach tej starej kamienicy było wejście do metra. Perony znajdowały się 100 metrów niżej. Schody ruchome pędzą z trzy może cztery razy szybciej jak te które mamy w Polsce. Inaczej być nie może. Tak duża liczba ludzi musi być jak najszybciej dostarczona z góry na dół, z dołu na górę. Każda taka trasa to trzy linie. Podczas gdy nie ma godzin szczytu kursują tylko dwie. Jedna w dół, druga w górę. W największym ruchu dwie linie prowadzą w górę, jedna w dół. Robi to wrażenie, szczególnie kiedy patrzy się w jeden z kierunków i nie widać końca. By wejść na stację metra (stara linia M1 z 1960 roku), wrzucamy plastikowy żeton. Przejście przez barierkę to dla mnie horror. Mam uczucie, że przechodząc, dwie blokady zamkną się i uderzą mnie w przyrodzenie. Zawsze przechodząc zamykałem oczy…

Uwielbiam podróżować metrem, obserwować ludzi, czuć drgania wagonika i słuchać komunikatów które sączą się z głośników: Dveri zachynyayutʹsya. Nastupna stantsiya… svoboda.

Niebiańska sotnia

UA_2015_RD-15 UA_2015_RD-16 UA_2015_RD-17 UA_2015_RD-18 UA_2015_RD-19 UA_2015_RD-20 UA_2015_RD-21 UA_2015_RD-22 UA_2015_RD-23 UA_2015_RD-24 UA_2015_RD-25 UA_2015_RD-26 UA_2015_RD-27 UA_2015_RD-28 UA_2015_RD-29 UA_2015_RD-30 UA_2015_RD-31 UA_2015_RD-33 UA_2015_RD-34 UA_2015_RD-35 UA_2015_RD-36 UA_2015_RD-37
Pociąg relacji Warszawa-Symferopol (Krym) jechał około 32 godzin. Było ciepło, a pociąg miał kilka godzin przerwy. To była idealna chwila by zobaczyć Majdan Niezależności (Plac Niepodległości), trzy lata po Pomarańczowej Rewolucji. Takie rzeczy są dla mnie ważne, być i widzieć pewne miejsca. Był 2008 rok. Pamiętam jak moczyłem nogi w fontannie na Majdanie. Letni przepiękny dzień.

W 2004 roku kiedy Ukraina zrobiła się pomarańczowa, przemierzałem z religijną misją zachodnią Ukrainę. Tamten wyjazd był urokliwy, ale też wyjątkowo emocjonalny. Wszystkie drogi prowadzą na ten plac, nie zawsze te brukowane, ale w głowach ludzi świadomych, droga prosta, szybka, bez żadnych przeszkód.

Ostatni raz na Majdanie byłem w kwietniu 2009 roku w przeddzień wyjazdu do zamkniętej zony czarnobylskiej. Siedzieliśmy w samym jego centrum. To był ciepły wieczór. I dzień po drugiej rocznicy rozpoczęcia Majdanu znów zjawiłem się by zobaczyć miejsce które w przeciwieństwie do tamtych pomarańczowych dni, miały na sobie krew. Kamienne płyty niczym strony z książki historycznej.

20 lutego 2014 roku. Ta data i ten plac był na ustach prawie całego świata. Zginęło wtedy około 75 osób. Łącznie te wydarzenia pochłonęły prawie 100 osób. Niesamowita jest jednak ta dziwna energia. Fotografia przyczepiona na murze, na drzewie, gdzieś przy stosie kamieni i kasków, które brały czynny udział w walce o wolność i nadzieję na lepsze życie. A ja siedziałem w bibliotece i nie mogłem skupić się na pisaniu pracy magisterskiej, wydawało mi się to wtedy nieważne, tylko śledzenie informacji z serca Kijowa, serca Ukrainy i wtedy serca Europy.

Dziś to miejsce jest dziwną mieszanką świeżych wydarzeń i życia codziennego. Paląca papierosa dziewczyna w stroju Myszki Miki, Pani sprzedająca papier toaletowy z wizerunkiem Putina z podpisem „Putin Chujoza”, McDonalds czy młoda dziewczyna robiąca sobie selfie na tle jeden z rzeźb. Tak wygląda codzienność.

Wieczorny pociąg do Kijowa

UA_2015_RD-01 UA_2015_RD-02 Lwow / Danieluk / Ukraina Lwow / Danieluk / Ukraina Ukraina / Pociag / Danieluk Ukraina / Pociag / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk Kijow / Ukraina / Danieluk
Niedziela rano, tak wcześnie rano, że jeszcze ciemno. Wcześniej rytuał. Ciepły kubek ciepłego czaju. Plecak. Aparat w kieszeni. Na plecaku pamiątka po podróży po Chinach, mała centralnie naszyta na górnej klapie polska flaga. Lubie ją. Lubię ten plecak. Nie jest ciężki, a to pewien znak. Im więcej się podróżuje tym jest on lżejszy. To chyba jakiś taki dla mnie osobisty znak. Obok mnie stał Dawid. Spojrzeliśmy na siebie i swoje buty. Mieliśmy takie same.

Wsiedliśmy w mały busik pełen Ukraińców i pojechaliśmy do Lwowa. Moją uwagę zwrócił pewien szczegół. Otóż pasażerowie w ogóle nie mieli swoich bagaży. Tylko my. Dwa plecaki na kolanach. Taki urok podróżowania. Noga na głowie. Chłodno. Niemiła celniczka. Lwów. Dawno w nim nie byłem, wróciły wspomnienia z kilku wizyt w tym mieście. Mam jakiś sentyment, a do tego Pavlo który na chwile przed Majdanem wrócił do Lwowa z Polski (mieszkał tu prawie 9 długich lat). Ukraina go wezwała. Po wyjściu z busika udaliśmy się od razu na dworzec kolejowy, gdzie udało nam się kupić od ręki bilety na nocny pociąg do Kijowa. (bilet na kuszetkę z 4 łóżkami w przedziale około 40zł). Taki był plan. Kiedyś kupno biletu ot tak było nie możliwe, szczególnie w porze letniej. Mimo, że już zimno, ten fakt mnie jakoś zadziwia, nie wiem sam dlaczego. Korzystając ze świadomości posiadania kilku godzin wolnego, udaliśmy się na spacer po prospekcie Swobody. Widok lwowskiej opery dał mi jakieś dziwne ciepło na sercu. Ten sentyment, cholerny sentyment.

Strasznie mnie ucieszył widok Pavlo, nie powiem, ale gdzieś tam głęboko w głowie zawsze chciałem się z nim spotkać właśnie we Lwowie. Zobaczyć jego miasto, jego oczami. Wieczór skończył się w jakiejś knajpie gdzie tuż obok pielmieni wypiliśmy po kieliszku zimnej, lwowskiej wódki. Była dobra, a dla mnie to coś dużego bo ja alkoholu nie piję. Wódka szybko zaszumiała, a w deszczowej aurze zrobiło się wyjątkowo miło i ciepło, fałszywie ciepło. Szlakiem wąskich uliczek, kamiennych dróżek i tych lamp, które deszczowe drogi wyświeciły do miana przepięknych obrazów, takich o kresach. Dźwięk lwowskich tramwai, które skręcają z jednej ulicy w drugą, przenosiły człowieka w inne czasy. Zaparkowane samochody z poprzedniej epoki, zamykały moją małą książkę wyobraźni.

Tramwaj odstawił nas na nocny pociąg do Kijowa. W drodze na peron, korytarz. Ten sam w którym spałem mając 20 lat, przed moją pierwszą podróżą na Krym, w ogóle to była moja pierwsza podróż za naszą wschodnią granicą. Do tej pory w uszach gra mi dźwięk: szanowne pasażery. Powtarzany ciągle z wielkich szarych głośników. Ten cały dworzec jest przepiękny. Polski projekt, ukończony w 1904 roku. Na peronie stał długi, klasyczny pociąg. Ogrzewany od środka żelaznym piecem. Dym uciekał z małego kominka na wysokości wejścia. W środku ciepło. Zajęliśmy górne prycze, a zapach pasażera z dołu, zajął cały przedział. Z głośnika sączyła się ukraińska muzyka.  Zawsze podczas pierwszej podróży pociągiem (kuszetką), moja noc to jak walka między życiem, a śmiercią. Chociaż szalenie lubię spać w takich pociągach, ta noc wyssała ze mnie wiele sił. To bardziej było czuwanie niż sen. Dopiero nad ranem zrobiło się chłodniej, a to dało mi namiastkę snu.

Kijów. Chłodny, ciemny, szary. Powrót na Majdan Niezależności w tej całej aurze okazał się jakimś szalenie, ciężkim do opisania stanem. Na następny dzień wróciliśmy tu by zobaczyć i dotknąć śladów walki o lepszy świat. Tutaj to jeszcze możliwe. Na Białorusi długo długo nie.

Do wysłuchania utwór który przypadł mi najbardziej podczas tej całej podróży:  Jamala – Иные

 

 

Berlin

ROB_6406
Wrocław, Poznań, Berlin. Lubię podróżować. Szkoda, tylko że w pracy od rana do wieczora w Berlinie nie było czasu by spokojnie pospacerować. Można było jednak popatrzeć przez okno na główną ulicę Berlina, Unter Den Linden.

Wczoraj zjadłem kebaba. Był z kurczakiem, a sprzedający Turek mówił nawet kilka słów po polsku. I co z tego? Od ataku w Paryżu na redakcję jednej z gazet, postanowiłem nie jeść kebabów, chociaż są one tureckie to jednak postanowiłem się trzymać nowej zasady. Wczoraj po namowie chłopaków zjadłem, był dobry. Kilka godzin później doszły do mnie pierwsze wiadomości z Paryża. Od wczoraj znów nie będę jadł kebabów.