Gone with the sun

4958Siedziała przy stole. Jak zawsze. Ten stół w pokoju i ten w kuchni. Od kiedy pamiętam te stoły były tam zawsze. Miała chusteczkę, którą chowała gdzieś w kieszeni. Patrzyła wzrokiem przenikliwym, czasem może nieobecnym. Takim ciężkim, długowiecznym, pełnym obrazów, wspomnień, dobrych i złych. W tych mętnych oczach, zalanych starością, trudno było dostrzec jakieś jednoznaczności. Miała zawsze tyle pytań, większość tych samych, zadawanych za każdym razem. Raz po raz do znudzenia. Banalne sprawy. I chociaż ciężko opisać człowieka w kilku zdaniach to wiem, że nie jest na to czas.

Siedziała przy stole, a ja potajemnie robiłem jej zdjęcia. Zawsze z taką dziwną, przeszywającą mnie myślą, że muszę to robić, być może po raz ostatni, gdzieś zapisać, zawrzeć obraz, wspomnienie. Podskórne poczucie misji. Zawsze chciała na tych fotografiach wyglądać, dobrze i świecić uśmiechem, chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że ten uśmiech jest ciężki. Tak jak jej wzrok.

Te same historie. Te same słowa. Namacalne, najbliższe połączenie mojej osoby z czasami, które wydają mi się abstrakcyjne, nawet nieistniejące, chociaż właściwie już nieistniejące. Coś się skończyło.

Babcia Ania odeszła rano. 2 grudnia. Miała 95 lat bez trzech miesięcy. A to jej ostatnie zdjęcie, jakie zrobiłem. Nie wiedziała, że ją fotografuje. Jechałem tego dnia do Mińska na Białorusi.

1919 – 2013

Nie wiem co dalej napisać, chociaż wiem, że musiałem.

Lasting Moments

Noc PolarnaGorąca woda leje się z dyszy prysznicowej rakiety. Spada jak letni, ciepły deszcz, pełen wielkich kropli, pod którymi znikam, oblewa mnie swoją wysoką temperaturą, brakiem słów. Dłonie przykładam do zimnej ściany, woda leci dalej, odwracam się, nastawiam plecy, zamykam oczy. Panuje kojąca cisza, wypełniona tylko dźwiękiem rozbijających się kropel, setek kropli o moje ciało, o dno, plastikowe i ciepłe. Woda pozornie milczy, ale w głowie myśli grają, układają piękną melodię, której nie da się zamienić na ciąg słów i zdań.

Ostatnie krople uderzają o moje stopy. Chwilę potem chłód/powrót. Jest miło.

Zapach kawy, zapomniany zegarek, książka, muzyka, jej mała fotografia.

Daniel Bloom – Lasting Moments

Na fotografii, która najbardziej przypasowała mi do utworu, który zresztą mnie zainspirował by coś napisać, to brzeg Morza Barentsa, która wdziera się w ląd. Obwód Murmańsk. Rosja. Zima 2013.

 

Miliony

Czasem brakuje nam kilku centymetrów by wstawić jakiś mebel, by coś włożyć, domknąć, powiesić. A co gdybyście mieli do dyspozycji 400 milionów centymetrów? Tyle jest jak sądzę między jawą, a snem. Przebycie tej odległości w ułamku sekundy potrafi kosztować wiele sił.

Opuszczony dom. Chyba spalony. Słabo go widzę. Nie czuję żadnego zapachu. Ktoś jest ze mną. Twarz tak samo rozmyta jak przejście przez ten dom. Między jedną, a drugą sceną. Jest jasno, chociaż 400 milionów centymetrów w nieznanym kierunku leży moje ciało. Panuje tam noc. Nagle w moje ciało, w tym przejściu między scenami, jakieś nieznane mi obiekty uderzają o mnie, to duchy. Tak to sobie w tej chwili tłumaczę. Gdzie nie spojrzę, lecą mi prosto w oczy, straszą mnie. Nie mogę wytrzymać. Taki niemy krzyk, skok w dziwną przestrzeń między jawą, a sen. Budzę się z krzykiem. W pokoju ciemno i pusto. Serce mi wali, zapalam światło. Boje się.

Lubię śnić!

Pielgrzymka do Pałacu Sportu

4943a 4944 4945 4946 4947 4948 4949 4950 4951 4952 4953 4954 4955 4956 – Dobry wieczór!
– Dobry wieczór – odpowiedziałem grzecznie
– Co Panowie tu robią? – zapytał jeden z wartowników, ubranych niczym na działania wojenne, pojawili się nagle, jak by z ciemności, bezszelestnie
– Oglądamy architekturę – odpowiedziałem po rosyjsku – jesteśmy turystami z Polski! – dodałem szybko
– O! A z jakiego miasta?
– Z Warszawy – odpowiedziałem
– Ale tu nie można robić zdjęć, trzeba mieć zezwolenie na fotografowanie – powiedział jeden ze strażników
– Zrobiliście już zdjęcia? – zapytał drugi
– Tak – odpowiedziałem

Strażnicy bez słów udali się do swojej budki. Przed wejściem do nowej rezydencji Prezydenta Białorusi Łukaszenki (nazwanej Pałacem Niezależności), przed pięknie zdobionym płotem (nie bez kozery budynek nosi nazwę – Pałac) były ogromne metalowe bolce, uniemożliwiające wjazd na jego teren. Strażnicy na pokaz obniżyli i podnieśli blokadę. Byliśmy zażenowani. Zwyczajnie. Budynek ten jest ogromny, przypomina jakaś chińską budowlę, swoim ogromem onieśmielający, kiczowaty, godny władzy. Za naszymi plecami była stara hala ekspozycyjna, bardzo ładna, klimat socrealistyczna, lata 60-te. Za budynkiem plac i na ogromnym maszcie, wielka flaga białoruska. Widać ją z granic miasta. Jest chłodno. Plac obserwuje biały UAZ. W środku siedzi milicja po cywilnemu. Pilnują flagi. Biegniemy do autobusu. Bilet kosztuje 2500 Rubli. To niecała złotówka.

Stacja metra Jakuba Kolasa. Bardzo ją lubię. Na pylonach socrealistyczne rzeźby przedstawiające ludzi pracy. Jest ciepło. Ludzie spokojnie czekają na swoje metro. W obu kierunkach. Wyjmuję telefon i fotografuję stację. Podchodzi do mnie młoda kobieta w mundurze i rozkazuje mi usunąć fotografie. Jest zakaz fotografowania. Udaję, że kasuje. Kobieta odchodzi. Na plakacie widnieje informacja, że za rok odbędą się Mistrzostwa Świata w hokeju na lodzie, Mińsk 2014. Całe miasto zalane jest podobnymi informacjami. Zaczynam zadawać sobie pytanie, czy za rok w maju też turyści nie będą mogli robić zdjęć.

Ogromny plac. Pochmurny dzień. Z nieba od czasu do czasu kropi deszcz. Czapka na głowie, ręce w kieszeni. Nad placem czuwa On, wielki, w zasadzie znamy się od prawie 9-ciu lat. Zawsze patrzy w jedną stronę. Nigdy w drugą. Jest bardzo pusto. Przy tak wielkiej przestrzeni wydaje się jak by ta pustka biła nas po głowie. Lenin. Wielki, chociaż na początku wydawał mi się większy. Zachodzę go od tyłu i fotografuję. Widzę małe schodki prowadzące do płaskorzeźb, które zdobią pomnik. Z budki wychodzi strażnik i wydobywa z siebie dźwięk niczym klakson. Eeeeeeee! Ręką nakazuje mi usunąć się z pomnika. Odchodzimy. Plac nadal pusty, teraz patrzy na nas ich dwóch. Strażnik i Lenin.

Na terenie sanatorium „Krynica” znajduje się pomnik Lenina, jelenia i kobiety z dzieckiem. Kobieta trzyma gołębia, znak pokoju. Jej palec już odpada. Gdzieś zza drzew wyłania się puste boisko do gry w kosza, małe trybuny i mała cerkiew, która pewnie w poprzedniej epoce była domem kultury. Mały chodnik prowadzi nad wodę. Słońce powoli znika za linią drzew, robi się pięknie. Im więcej mam lat tym bardziej taki widok mnie wzrusza. Na wodzie dryfują kaczki i łabędzie. Fotografuje je młoda kobieta, która z zachwytem komentuje poczynania ptaków. Na jej twarzy rysuje się uśmiech, w oczach pełne podniecenie. Woła nas i opowiada o tym co widziała. Oddalamy się w kierunku betonowej konstrukcji, sztucznego wodospadu. Nie docieramy tam bo zachód słońca staje się jeszcze piękniejszy. Siedzę z Dawidem na ławce i patrzymy. Za chwilę słońce zajdzie, a my ponownie mijając pomnik Lenina, udamy się do Mińska. W drodze do miasta miniemy jeszcze długi, oświetlony mur, pełen drutu kolczastego. To dom Aleksandra Łukaszenki. Prezydenta Białorusi od 20 lipca 1994 roku. Na drodze z jego pracy do domu, rosną jak grzyby po deszczu Pałace Sportu. To nic innego jak sportowe hale. Od piłki nożnej, gimnastyki czy hokeja. Którego zresztą Aleksander wielkim fanem jest.

Bardzo łatwo jest nam oceniać, obserwować miejsca w których nie żyjemy. Łatwo nam też przychodzi wydawać własne osądy, wrzucać różne sprawy do dwóch worków, z dobrymi i złymi emocjami. Łatwo nam dostrzegać rzeczy, które nas dziwią, bolą, śmieszą. Także te które budzą u nas dobre skojarzenia. Wszystko co związane z emocjami, zapada do naszej głowy. W takiej czy innej formie. Podczas tego pobytu, dosyć krótkiego ale bardzo intensywnego więcej obserwowałem jak fotografowałem. Niestety ogarnął mnie jakiś wewnętrzny smutek. Może to wina aury, chłodu na mojej twarzy, ale na dzień dzisiejszy Białoruś może zapomnieć o tak mocno, a kiedyś modnie skandowanym hasłem: Wolna Białoruś. Ten kraj nie jest miejscem atrakcyjnym dla zwykłych turystów. Nawet powiem więcej, jest antyturystyczny. Poza Nowogródkiem i Grodem, Polacy nie mają zielonego pojęcia o tym kraju, chociaż i tak nasza świadomość jest bardzo rozwinięta. Na mapach Białoruś jest pustą plamą, czasem czarną. Gdzieś gdzie socrealistyczne budynki stolicy, łączą się z nowoczesną, ale brutalnie kiczowatą architekturą. Ten kraj to Absurdystan, gdzie zwykli ludzie nie mają nic do powiedzenia, a wymieniając dolary, mamy w kieszeni trzy kilogramy waluty narodowej. Gdzieś gdzie słodycze są dobre, a pociągi punktualne. Lubię Białoruś, ale wczoraj pożegnałem się ze smutnym miejscem.

– Niestety nie może Pan codziennie wwozić czekolad z Polski!
– Dlaczego?
– Taki jest regulamin! – powiedziała celniczka z pomalowanymi na czerwono ustami do jednego z setek ludzi przekraczających granicę między Białorusią, a Polską w Brześciu.

Fotografia na której jestem została zrobiona przed Dawida Markoffa, który towarzyszył mi podczas mojego pobytu na Białorusi.

Bilet

20131117-201106.jpg

20131117-201118.jpg

20131117-201129.jpg

20131117-201148.jpg

20131117-201200.jpg
Zamykam oczy.

Nie robię tego z przypadku. Odnajduje w mojej głowie szereg obrazów. Tych bardzo odległych czasów, kiedy miałem może z 17 lat. Przed oczami mam widok jeziora. Ciepłego wiatru. Dziwnego szumu i emocji. Buzujących słów i tego stanu bycia daleko poza domem, gdzie do najbliższej budki telefonicznej było 5 kilometrów.

Leżę na łóżku. Tym najwyższym. Kolanami dotykam sufitu. Jest duszno. Pociąg relacji Praga – Moskwa. Taki sam jakim jechałem dwa lata temu. Na granicy kręcą nosem. Na stacji metra „Plac Jakuba Kolasa” młoda Pani w mundurze nakazuje mi usunąć fotografie które przed chwila zrobiłem. Kilkanaście godzin pózniej żołnierz krzyczy do mnie wymowym „Eeee” bym odsunął się od pomnika Lenina. Zaczyna delikatnie padać. Stoję na moście i patrzę parę młodych ludzi, którzy karmią ptaki. Ciepły podmuch ognia spod pomnika na Placu Zwycięstwa uderza w moje oczy. Zamykam oczy.

„Welcome in Minsk” na wiekim plakacie. Za rok Mistrzostwa Świata w Hokeju. Jestem tu 9-ty raz. To miasto się zmienia, a herbata w kawiarni kosztuje 22,000 Rubli.

Kochanka

1a606a844a5311e3b65e12a560366f47_8 1ec515e24c8911e38fee0eec16a001d9_8 33f076dc4ac211e38b580eb92918f00c_8 4889f1da4d0211e39c040e864920b283_8 241745044ba011e39b390e6c57e6fb13_8 927069304c7d11e3b86d0e965f0a3f99_8 c6772f2c4b3111e3b4870e9031488e14_8 cc1240f04bab11e39c801279d348a7e3_8

Punkt na końcu linii, horyzontu jest początkiem kolejnego miejsca, z którego widać punkt na końcu linii, horyzontu. W zależności od miejsca, pory dnia jest on inny i wymaga innego podejścia. Innego czasu wyczekania. Droga jest moją kochanką, która nigdy złego słowa nie powie, poklepie po ramieniu i zrozumie, wysłucha.  Uczy to wszystko cierpliwości i odpowiada często na nasze małe pytania. Bez słów. Razem odliczamy, przeliczamy, dodajemy. Jest łaskawa i oby zawsze taka była. Chociaż nigdy jej nie ufam.

One

4938 4939 4940 4941 4942 4943
Kasia i Ela podczas jesiennych zabaw na piasku.

Ignacy

4937
Ignacy Skwarcan. Mokotów. 2013

Marta spojrzała na Jacka. Jeszcze spał. Na zegarku świeciła się zielonym światłem, złowroga godzina, nieludzka. Było kilka chwil po godzinie czwartej nad ranem, stanowczo jeszcze w nocy. Wstała. Ich dziecko gdzieś w drugim pokoju domagało się uwagi. Bez słów zniknęła gdzieś w ciemnym przedpokoju. Chwile stała nad łóżeczkiem ich małej córki, która z otwartymi oczami patrzyła na swoją Mamę. Marta odwróciła wzrok w kierunku okna. To za nim rysował się krajobraz śpiącego blokowiska. Zalanego chłodem i czernią listopadowej nocy. Malutka dziewczynka, przytulona do Mamy zaraz zasnęła, a Marta co jakiś czas patrzyła w okno, jak by chciała się upewnić, że to jeszcze nie dzień, że to jeszcze ta chwila ciszy. Zegarek pulsował, odliczając do świtu, a Marta z ciężkimi oczami zanurzyła się w świat ciepłego łóżka, wtulając się w jej męża. Zasnęła. Tej nocy przyśniła jej się wiosenna łąka, ludzie i ciepły wiatr na jej delikatnej twarzy.

Myśli

Myśli
Kiedy przed sobą mam książkę, rozpoczynam zanurzanie, potem kilka pustych kartek i ta presja. Co? Zacząłem w końcu (mam nadzieję, że wielce skuteczną) drogę która na końcu ma napis: praca magisterska. Początek boli.

Zawsze jest tak, że kiedy człowiek ma się czymś zająć to nagle w jego głowie wszystkie inne rzeczy domagają się uwagi i akceptacji.

Nikomu i niczemu odmówić nie potrafię.