







Tuż po powrocie z USA, następnego dnia z rana do Danii. Kilka dni i powrót do Warszawy. W wir pracy, zaległości i nowych spraw. Powietrze tak pięknie pachnie.
A w głowie już nowy pomysł na wyjazd.








Tuż po powrocie z USA, następnego dnia z rana do Danii. Kilka dni i powrót do Warszawy. W wir pracy, zaległości i nowych spraw. Powietrze tak pięknie pachnie.
A w głowie już nowy pomysł na wyjazd.

Każde miasto ma coś swojego. Znanego i popularnego. Im bardziej znane miasto tym więcej takich rzeczy. Oglądanie i poznawanie na żywo takich miejsc jest trochę…zwykłe. Oczywiście wszystko zależy od naszego gustu i takich tam spraw związanych z naszą wrażliwością. Dziś sfotografowałem Małą Syrenkę w Kopenhadze. Myślałem, że jest większa. Zawsze na coś się człowiek nastawia. Pominę to. Zwykłość poznawania znanych rzeczy wygląda mniej więcej tak jak na fotografii. Dziki tłum, tysiące fotografii, taśmowe wysiadanie i wsiadane do autokaru. Obok stoisko z tandetnymi pamiątkami. Zwykłość.
W tym wypadku jednak sam obiekt wydaje się o tyle ciekawy na ile ludzie próbowali coś z nim zrobić. Odsyłam rzecz jasna do Mała_Syrenka_wikipedia, mimo to przytoczę ciekawą datę z życia Małej Syrenki.
11 września 2003 – Za pomocą materiału wybuchowego dokonano strącenia posągu z cokołu.
A co ja bym jej zrobił? Chyba nic :)

Na głównej handlowej uliczce miasteczka Hostelbro piliśmy ciepły czaj, słońce grzało nas przyjemnie, a ciastka były przesłodkie. Mimo to słodki ciepły wywar był jak lek na chorą duszę. Zawsze i wszędzie.

Po kilkunastu godzinach w Warszawie, samolot, pociąg i można odpocząć na wsi w środkowej Jutlandii.
Po tym jak prawie 3 tygodnie w średniej temperaturze 30-35 st.C, tutaj 14 st.C. Jest dobrze.









Kiedy rok temu opuszczałem Moskwę czułem radość. Wynikało to ze zmęczenia i długiej podróży. Kiedy pod koniec zeszłego roku opuszczałem Bangkok też czułem radość. Ogromna wilgotność i upał zrobiły swoje. Kiedy pierwszy raz opuszczałem Nowy Jork czułem smutek. To miasto jest szalenie hipnotyzujące. Nie sposób w trzy godziny poczuć tego co przez lata wytwarzało się w tej szerokości geograficznej. Kiedy dziś w nocy polskiego czasu samolot oderwał swoje koła z New Jersey poczułem smak iście słodko-gorzki. Nowy Jork, Nowy Jork…Warszawa…
Ostatnia fotografia to mój hołd dla wszystkich Polaków przebywających zagranico. Służbowo, turystycznie, nielegalnie i z miłości. Polska mistrzem Polski!





Nowojorskim metrem można podróżować na wiele sposobów. Najczęściej związane jest to z trasą podróży, a także linią. Można krótko, albo bardzo długo i daleko. Metro jest ogromne. Wagoniki schłodzone, stacje rozgrzane do nieprzytomności. Generalnie samo metro w sobie jest szalenie ciekawe. Wczoraj na celowniku było miejsce które tuż przed wylotem z Polski obrałem sobie jako cel: Brighton Beach. Ze względu na dużą ilość Rosjan. Chociaż jacy to już Rosjanie (czy inne nacje), które od lat tu mieszkają i nie mają powoli styczności ze swoim krajem?
Metrem z Queens przez Manhattan. Dalej przez Coney Island do celu. Już w Polsce wiedziałem, że zrobię coś na miejscu. Wśród wąskich uliczek wschodnie twarze przekazywały sobie rosyjskie zdania. Tuż niedaleko wyjścia na plażę, na jednym z okien pozostawiłem swoją pracę „Transsiberian”. Format 3x5cm, około 40 sztuk. Z małym podpisem. Po sfotografowaniu tego udałem się w przeciwnym kierunku. Ciekawe jak długo to tam zostało.
Pod tym wiaduktem metra rozpoczyna się gra GTA IV ;-)

Na pościeli była krew. Señorita por qué?
Klimatyzacja strasznie buczała chłodząc kolejną noc motelowej drogi po USA. Telewizor rozkręcony, same azjatyckie kanały. Na siłę oczy zamknięte, godzina 21. O godzinie czwartej rano pobudka, gorący prysznic, taxi, lotnisko, 5000km, dwa loty, opóźniony samolot, frustracja, fasten your seatbelts. New Jersey. Nowy Jork. Queens.
Z wielką radością patrzyłem jak samolot odrywał się od budzącego się po kolejnej ciepłej latynoskiej nocy Los Angeles. Chociaż ciężko nazwać to patrzeniem skoro zawsze mam zamknięte oczy kiedy samolot startuje.

Słoneczna i gorąca. Najludniejsza i najbogatsza.
Osoby z otyłością mają na autach znaczki z wózkiem inwalidzkim. Widok takiego Pana i Pani w kolejce po burgery robi wrażenie. Ja sam miałem trochę zrzucić tutaj, nic z tego. Burgery są za smaczne ;)
Jutro Los Angeles. Dziś przejechaliśmy przez 4 stany. Kalifornia, Arizona, Nevada i Utah.






Samochód wolno sunie po jednej z uliczek tego małego miasteczka. Na podjazdach stoją samochody, a daleko na horyzoncie słońce idzie spać. Leniwo. Nic się nie dzieje. Pozornie. Właśnie uświadamiam sobie, że te wszystkie obrazki są mi tak dobrze znane. Poszukuję obrazków które chciałbym zapamiętać osobiście.
Jakiś facet do mnie pomachał. Jakieś dziecko powiedziało mi dzień dobry. Wszędzie mówią do mnie cześć, pytają jak się mam, czy wszystko ok? Lubię porównywać to co widzę, a to co mam(y) u siebie. Wyobrażacie sobie by być miłym dla innych nieznanych, nie słyszeć „spierdalaj” po/przed wykonaniem fotografii? Droga. Na niej robotnik drogowy ze znakiem STOP. Grzecznie nim macha i pokazuje co mamy zrobić. Samochód staje. Nic się nie dzieje. Po chwili przyjeżdża pickup z napisem FOLLOW ME, kierowca macha ręką by jechać za nim. Po chwili prostej drogi kierowca pokazuje nam droga wolna. Takie lekko przesadne dbanie o bezpieczeństwo jest fajne.
Pierwsze fotografie pochodzą z Parku Narodowego Zion. Dla tych którzy kochają takie spacery z przyrodą to USA jest pod tym względem rajem.
Amerykanie nie mogą żyć bez telewizji. W małej knajpce Pani zaproponowała miejsce z telewizorem. Był wyłączony. Jednak rodzina obok już pałaszowała burgera z jakimś serialem. Zresztą w motelach też są telepudła po 100 kanałów. 120 hiszpańskich, 750 amerykańskich, 230 śmiesznych i 40 z pościgami za czarnymi którzy właśnie na Long Beach zakosili brykę.