










Warszawa.











Warszawa.
Wyjąłem telefon i zrobiłem kilka zdjęć.


„Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” – taki napis widzę nad Polską. Unosi się kilkanaście kilometrów nad naszym krajem. Ten napis jest widoczny z każdego polskiego domu, jest tak skonstruowany by nie zagrażał samolotom, pioruny go omijają i nie nasiąka wodą. Nocą odbija od siebie światło księżyca, nawet jak jest pochmurno to go widać. To wynalazek na skalę globu, podobno inspirowany kontaktami z kosmicznymi siłami.
Taki napis widzę też w każdym polskim dokumencie (prawo jazdy, dowód, paszport, karta rowerowa czy w paszporcie Polsatu). Tuż obok krzyża i godła Polski w każdej klasie widnieje ten napis. Jak by ktoś zapomniał o czym piszę to przypomnę: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego.
To przecież bez znaczenia, że bliźni to nasz brat, siostra, rodzic, sąsiad Marian co pali papierosy w domu czy sąsiadka Jadwiga, która namiętnie smaży wątróbki i inne płucka. Tak tak to też bez znaczenia, że bliźni lekarz, listonosz czy bezdomny w tramwaju, który tak śmierdzi, że nam się cofa, ktoś podobny z twarzy do nikogo i tak dalej i tak dalej. Bliźnim jest każdy. Dodam, że chodzi o Polaków bo nasz naród jest jeszcze pewnego rodzaju twierdzą polskiej twarzy, rasy, gatunku i wyznania. Wierzyć możemy w nic, w Boga lub Smoleńsk. To przecież bez znaczenia.
Bycie Polakiem to zaszczyt (naród wybrany?). Mamy bogatą historię. Nasz kraj liczy sobie więcej jak tysiąc długich lat. Nasi przodkowie przelewali krew byśmy mieli wolność słowa w internecie, na ulicy. Nie bali się mówić tego co nam przychodzi do głowy. Jesteśmy w Unii Europejskiej i NATO. Możemy mówić w naszym pięknym języku i cieszyć się z demokracji. Od prawie 20-stu lat możemy wyjeżdżać z Polski co oczywiście poszerza nasze horyzonty. Robimy się tacy europejscy i szybko nadrabiamy te stracone półwiecze, które zabrała nam przyjaźń sami wiecie z kim. Jesteśmy dumni ze swojego ogórka, oscypka czy kiełbasy. Z czystych jezior, wspaniałych Tatr i tak mało słonego morza z pięknymi piaszczystymi plażami. Polska to także złota jesień, sok malinowy i soczyste twarde jabłka. Jest dobrze. Prawda?
Ja jednak pierwszego listopada zostałem w domu. Zwyczajnie bałem się kontaktu z moimi bliźnimi. Podczas takich świąt bliźni Polacy zapominają o naszych pięknych jeziorach i smażonych oscypkach. Świadomie wolałem ograniczyć zagrożenie mojego zdrowia psychicznego (czasem i fizycznego). Wszak tradycja to piękna to jednak wolę ją realizować w swoim zakresie, zaczynając od głowy.
Bliźni jednak chyba się nie kochają, a z pewnością nie kochają swojego otoczenia. Dlatego jeśli robi się chłodniej to błagam o śnieg, który przykryje wszystko białym puchem.
Każdy z tych wątków można rozbić na małe drobinki, zebrać i napisać wiele książek. Mnie jednak z tym poniedziałkowym dniem wszystko boli. Patrzenie na ten brak miłości, zazdrość i nienawiść, jak by nikogo nic nie nauczyło.
To utopia.
Na starym komputerze odgrzebałem stare piosenki, których dawno nie słuchałem. Lista jest dla mnie bardzo sentymentalna, a przecież najbardziej lubimy piosenki które znamy. Szczególną jej część pełni muzyka którą dostałem od Sergiusza z Białorusi. Wydaje mi się, że im zimniej za oknem tym bardziej to wszystko smakuje, lepiej.
Przy ciepłej kawie, wiadomościach ze świata.

Wczoraj przed snem (co chyba nie było najlepszym pomysłem) znalazłem w końcu na You Tube stare odcinki „Kryminalnej Rosji” (Kryminalnaja Rossiya), które kiedyś dawno dawno leciały na TVN. Może pamiętacie? To cykl dokumentów jak łatwo się domyśleć o przestępstwach w Rosji lat 90-tych. Tamta Rosja już na samą myśl mnie przeraża. Nie wiem dlaczego. Jakaś taka abstrakcja na punkcie bezpieczeństwa, mafia, samowolka, zamachy terrorystyczne. Najpewniej tak jest teraz, ale wolę pielęgnować mój obraz tego kraju, takim jakim ja go poznałem, wszak ciężko to nawet nazwać poznaniem, skoro kraj długi i szeroki jak…Rosja.
Przy okazji tego wpisu przypomniała mi się pewna mała historia w pociągu relacji Warszawa – Moskwa. Kiedy pociąg zbliżał się do stacji Moskwa Białoruska (pociągi z zachodu właśnie tam kończą swój bieg) do naszego przedziału weszła prowadnica (połączenie konduktorki z opiekunem wagonu i strażnikiem dobrego snu) i poprosiła nas o wypełnienie ankiet, kilka pytań na temat jakości usług etc. Na szczęście ankieta już była wypełniona przez Panią ;) szkoda, że nie mieliśmy „nakazu” zamówienia dodatkowego kompletu pościeli, wtedy na bank wagon prowadnicy byłby numer jeden na trasach międzynarodowych.
Nie bez przyczyny wałkuje mi się w głowie wschodni temat, wszystko z okazji mojego wyjazdu do Rosji i w końcu (mam nadzieję!) realizacji mojego tematu pracy magisterskiej. Jeśli to możliwe to trzymajcie za ten pomysł kciuki, będzie zimno.
Kawa się kończy więc i czas zakończyć wpis.






Siedziałem dziś na jakimiś fotografiami, a za plecami dziwny dźwięk. To setki ptaków które lecą tam gdzie cieplej i lepiej. Chwyciłem aparat i zacząłem je fotografować. Leciały dosyć szybko, coś krzycząc. Za budynków pojawiał się księżyc w pełni. Zrobiło się tak romantycznie.
Chwilę przed południem kawa gdzieś na Żoliborzu z Olafem. Siedzieliśmy nad wydrukowaną mapą i rozmyślaliśmy jak to ugryźć. Długopis, kartka.



Trzy długie dni w Łodzi.
To jedno z uczuć, dosyć miłych, ale też i ciężkich. Kiedy jedzie się gdzieś na trzy dni, a czuje jak by się tam było z pięć. Taka była Łódź. Smutno jesienna, która zamieniła się w smutno zimową z miłym akcentem na deszcz i namiastkę mrozu.
Lubię Łódź. Za dziwnie uczucia. Samotności i jej braku. Brzydkich kamienic i pięknych kamienic. Znajomych ulic i nieznajomych ludzi. Za autobus linii 54 w którym za każdym razem śmierdzi i ktoś pije alkohol.
Najważniejsze, że udało się zaliczyć trzy egzaminy i jestem na 5-tym roku. Ostatnim. To na 30-ste urodziny chcę mieć prezent, że ją ukończę w terminie. Ciesze się.
Postanowiłem wrzucić trochę fotografii z wyjazdu do USA. Jeśli ktoś śledził w sierpniu fotobloga (tego starego) to mniej więcej jak wyglądał przebieg tamtej podróży. Na dole dla przypomnienia mapka. W zasadzie jak mawiał Kapuścińskie, że podróżuje się po powrocie i coś w tym jest. Na spokojnie można sobie na podstawie fotografii i innych małych rzeczy w głowie uświadomić sobie co się widziało i co czuło. Jedynym moim ogromnym niedosytem nadal pozostaje Nowy Jork.
Za oknem mgła, więc ciepły kubek w dłoń i zapraszam do oglądania.
Pokaż MADE IN USA na większej mapie
Nowy Jork
Los Angeles
Los Angeles – Las Vegas
Las Vegas – Grand Canyon – Flagstaff
Arizona (Flagstaff – Page)
Utah (Zion, Hurricane)
Barstow (Kalifornia)